Ruch anarchistyczny

Anarchosyndykaliści w Hiszpanii organizują się ... jeszcze raz

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

W dniach 25-26 czerwca, anarchosyndykaliści spotkali się na konferencji pod Madrytem, by omówić powstanie nowej federacji i utworzenie na nowo anarchosyndykalistycznego CNT-AIT. Konferencja była odpowiedzią na wiele problemów, z którymi boryka się aktualnie organizacja i które z biegiem lat ciągle ulegają pogorszeniu, a także na problemy całego ruchu syndykalistycznego w Hiszpanii. Delegaci reprezentujący około 600 pracowników wzięli udział w konferencji, która jest pierwszym krokiem na drodze do odbudowy poziomej, anarchosyndykalistycznej organizacji w tym kraju.

W ciągu ostatnich lat, w CNT pojawiały się rozmaite tendencje, które poddawały w wątpliwość kierunek rozwoju tej organizacji.

Sam Dolgoff: EWOLUCJA ANARCHOSYNDYKALIZMU

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

 Sam Dolgoff POCZĄTKI

Anarchosyndykalizm nie jest utopią. Anarchosyndykalistyczne idee, metody walki i formy organizacji rozwijały się stopniowo w codziennym życiu i w walkach wyzyskiwanych robotników przeciwko klasie pracodawców i państwu. Anarchosyndykalizm, czyli samo zarządzanie fabrykami przez robotników w bezpaństwowym społeczeństwie, ma solidne podstawy. W różnych formach (gildie, wolne komuny, rewolucyjne związki, kolektywy, spółdzielnie i wiele innych dobrowolnych stowarzyszeń) tendencja ta występowała w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, wydarzeń w Haymarket, Komuny Paryskiej i innych powstaniach rewolucyjnych XIX-ego wieku, w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Ludzi Pracy (IWA) oraz francuskim ruchu anarchosyndykalistycznym w początkach XX wieku.
Wczesny ruch robotniczy, na początku Rewolucji Przemysłowej, jak twierdził Marks: “składał się z niespójnej, podzielonej masy ignorantów”. Ruch robotniczy tego okresu stworzył społeczeństwo alternatywne, sieć powiązanych ze sobą tysięcy stowarzyszeń pomocy wzajemnej, pokrywającą całą Wielką Brytanię - łącznie z najbardziej zacofanymi regionami. Wszystkie sprawy będące
przedmiotem krytyki współczesnych rewolucjonistów - nie tylko państwo i instytucje polityczne, ale społeczne i ekonomiczne cechy przemysłowego i finansowego kapitalizmu, prawo, monopol,
własność prywatna, zysk, wyzysk, walka zbrojna, klasowy charakter walki robotników itd. - były przedmiotem dyskusji robotników już w końcu XVIII w., gdy zaczęła się Rewolucja Przemysłowa.

Stambuł: Anarchiści demonstrują przeciw zakazowi marszów LGBT

Świat | Dyskryminacja | Ruch anarchistyczny

W czerwcu miały się odbyć dwie demonstracje LGBT w Stambule. Parada Gay Pride miała się odbyć 26 czerwca, a Trans Pride nieco wcześniej. Organizacje konserwatywne, w tym nacjonalistyczna Partia Wielkiej Jedności (BBP) zagroziły, że jeśli władze zgodzą się na Gay Pride, to będą blokować paradę. Wiadomo, że chodziło raczej o atak.

Stambulska Gay Pride już odbyła się 12-krotnie, ale w tym roku władze postanowiły zakazać wszystkich marszów LGBT. Ale aktywiści demonstrowali pomimo zakazu, w dniach 19 i 26 czerwca.

Jacques Ellul: Jaka anarchia?

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Wybory

Fragment książki Jacquesa Ellula traktujący o kwestii anarchizmu, parlamentaryzmu i partii politycznych.

Wiem oczywiście, że istnieje wiele form i nurtów anarchizmu, i chciałbym po prostu sprecyzować tutaj, o jakiej anarchii mówię. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że stanowczo wyrzekam się przemocy. W konsekwencji nie mogę zaakceptować ani nihilistów, ani tych anarchistów, którzy jako sposób działania obrali przemoc. Niewątpliwie bardzo dobrze rozumiem to uciekanie się do zamachów, do przemocy. Pamiętam, że kiedy miałem ze 20 lat, któregoś dnia przechodziłem w Paryżu koło Giełdy i pomyślałem sobie: „Tak, dobrze by było podłożyć bombę w tym budynku, oczywiście w niczym by to nie zniszczyło kapitalizmu, ale miałoby wymiar symbolu i ostrzeżenia!”. Ma się rozumieć, nie znałem nikogo, kto byłby w stanie wyprodukować bombę i nie zrobiłem tego! Wierzę, że posługiwanie się przemocą można wytłumaczyć w trzech sytuacjach. Po pierwsze istniała doktryna rosyjskich nihilistów: jeśli zacznie się systematycznie mordować tych, którzy dzierżą władzę, ministrów, generałów, szefów policji, z upływem czasu ludzie będą tak mocno bać się zajmować te stanowiska, że utnie się głowę Państwu i stanie się ono łatwe do zniszczenia. Wielu aktualnych terrorystów ma prawie tę samą orientację. Jest to jednak błędne oszacowanie zdolności oporu i reakcji tych potężnych organizmów… i społeczeństwa! Drugi aspekt to kwestia beznadziei, kiedy wyczerpały się wszystkie sposoby działania lub kiedy się dogłębnie zrozumiało wytrzymałość „systemu”, kiedy człowiek czuje się bezradnym wobec coraz bardziej konformistycznego społeczeństwa, wobec coraz potężniejszej administracji, wobec niezachwianego systemu ekonomicznego (któż mógłby pokonać przedsiębiorstwo międzynarodowe?), wówczas przemoc staje się swego rodzaju krzykiem rozpaczy, ostatecznym aktem, poprzez który chce się zamanifestować publicznie swoją niezgodę i nienawiść wobec tej tyranii. „To skowyt dzisiejszej rozpaczy” (J. Rictus). Jest to jednak również stwierdzenie, że nie ma innych sposobów działania ani żadnego powodu do nadziei. Wreszcie trzeci aspekt to ten, do którego już czyniłem aluzje: symbolika i znak. Ostrzeżenie, że wasze społeczeństwo jest bardziej kruche, niż wam się wydaje i że istnieją sekretne siły, które usiłują je zniszczyć. Jakakolwiek byłaby jej motywacja, jestem przeciwny przemocy i zamachom. I to na dwóch poziomach: pierwszy jest po prostu taktyczny! Od niedawna mamy doświadczenie, że dobrze prowadzone działania bez przemocy (jednak wymaga to dużej dyscypliny i przemyślanej strategii) są dużo bardziej skuteczne, niż ruchy używające przemocy (chyba, że chodzi o wywoływanie prawdziwej rewolucji!). Nie przypominajmy sukcesów Gandhiego, ale bliższe nam, jest bowiem jasne, że M. Luther King wybitnie przyczynił się do postępów w sprawie Afroamerykanów, podczas gdy ruchy, które działały później, Black Muslims i Black Panthers, twierdzące, że zmiany nie następują wystarczająco szybko i chcące działać szybciej poprzez przemoc we wszystkich jej postaciach, nie tylko nic nie uzyskały, ale w dodatku utraciły pewną ilość zdobyczy M. Luthera Kinga. W ten sam sposób, podczas gdy wszystkie ruchy posługujące się przemocą w Berlinie w 53 roku, następnie na Węgrzech i w Czechosłowacji odniosły porażkę, Lech Wałęsa, któremu udało się dopilnować w swoim związku zawodowym wyjątkowej dyscypliny nie używania przemocy, utrzymuje od lat polski rząd na przegranych pozycjach. Taka też była jedna z podstawowych zasad związkowców w latach 1900–1910: strajk tak, ale nigdy przemoc. Również w Południowej Afryce (choć z pewnością będzie to podważane przez wielu), wielki wódz zuluski, Buthelezi optuje za strategią całkowitego braku przemocy, stając w totalnej opozycji do Mandeli (z plemienia Xhosa) i według wszystkich informacji, jakie posiadam, mógłby uzyskać nieskończenie więcej dla zniesienia apartheidu, niż niespójna przemoc (i często (przemoc) pomiędzy Czarnymi) praktykowana przez ANC. Autorytarny rząd nie może odpowiedzieć na przemoc inaczej, niż przemocą.

Mój drugi powód jest oczywiście chrześcijańskiej natury: główny sens orientacji biblijnej to posługiwanie się miłością, nigdy nie jest to relacja przemocy (pomimo opisów wojen w Starym Testamencie, które są, przyznaję to bez oporu, bardzo kłopotliwe!). Niestosowanie przemocy wobec ludzi władzy nie oznacza jednak, że „nie należy nic robić”! Mogę wykazać, że chrześcijaństwo dokładnie przewiduje odrzucenie władzy, ewentualnie walkę z nią, ale teksty o tym zostały zatarte przez wieki przymierza „Tronu z Ołtarzem”. Tym bardziej, że papież będąc głową Państwa, bardzo często zachowywał się bardziej jak głowa Państwa, niż jak głowa Kościoła. Jeśli odrzucę anarchizm używający przemocy, pozostaje anarchizm pacyfistyczny, anty-nacjonalistyczny, moralny, anty-demokratyczny (tzn. wrogi fałszywej demokracji Państw burżuazyjnych), działający poprzez środki perswazji, poprzez tworzenie małych grup i sieci powiązań, obnażający kłamstwa i wyzysk, mający na celu rzeczywiste obalenie wszelkich władz, przejęcie głosu przez prostych ludzi i samoorganizację. To wszystko jest bardzo zbliżone do Bakunina. Jest jednak jedna kwestia, która pozostaje sporna, mianowicie uczestnictwo w wyborach: czy anarchiści powinni głosować? A jeśli tak, to czy powinni zaprezentować się jako partia? Jeśli o mnie chodzi, w zgodzie z wieloma reprezentantami anarchizmu, na oba pytania odpowiadam negatywnie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że głosowanie jest już uczestniczeniem w organizowaniu fałszywej demokracji ustanowionej przez władzę i burżuazję. Czy głosuje się na lewicę, czy na prawicę, efekt jest ten sam. Zorganizowanie się w partię oznacza z konieczności przyjęcie struktury hierarchicznej i chęć uczestniczenia we władzy. Tymczasem nigdy nie można zapominać, jak wielki szkodliwy wpływ może mieć uzyskanie pewnej władzy politycznej: poczynając od afery Mitteranda, kiedy ex-socjaliści i byli przywódcy związków zawodowych doszli do władzy, w latach 1900–1910 można było zauważyć, jak błyskawicznie stali się największymi wrogami syndykalizmu; wystarczy przywołać Clemenceau i Brianda. Dlatego też w ruchu ekologistów, który bywa bardzo zbliżony do anarchizmu, zawsze sprzeciwiałem się udziałowi w polityce. Jestem całkowicie wrogo nastawiony do ruchu Zielonych, zresztą we Francji dobrze widzieliśmy, jakie były rezultaty politycznego udziału ekologistów w wyborach: podział ruchu na kilka konkurencyjnych stowarzyszeń, publicznie deklarowana wrogość trzech ekologicznych „przywódców” do siebie, utrata z pola widzenia prawdziwych celów na korzyść debaty o sztucznych problemach (na przykład taktycznych), wydawanie pieniędzy na kampanie wyborcze itd., bez żadnych rezultatów: w moim mniemaniu to właśnie udział ekologistów w wyborach doprowadził do utraty dużej części ich wpływów. Należy radykalnie odmawiać udziału w politycznej grze, która nie może zmienić niczego istotnego w naszym społeczeństwie. Jest ono bowiem zbyt skomplikowane, interesy i struktury są zbyt mocno wzajemnie połączone, by można było oczekiwać jakichkolwiek zmian na drodze politycznej. Przykład międzynarodowych korporacji jest aż nadto wymowny: lewica będąca u władzy nie jest w stanie zmienić gospodarki kraju z powodu światowej solidarności ekonomicznej. Ci, którzy twierdzili, że globalna rewolucja jest potrzebna, aby nie skończyło się jedynie na zmianie rządu, mieli rację.

Czy powinniśmy w związku z tym odrzucić „działanie”? Oto, co słyszymy nieustannie, gdy prezentuje się radykalne poglądy. To tak, jakby polityka była jedyną metodą działania. Wierzę, że anarchia implikuje przede wszystkim „sprzeciw sumienia”. Wobec wszystkiego, co czyni nasze społeczeństwo kapitalistycznym (lub zdegenerowanym socjalistycznym) i imperialistycznym (w równym stopniu burżuazyjnym, komunistycznym, białym, żółtym czy czarnym). Sprzeciw sumienia nie może ograniczać się jedynie do sprzeciwu wobec służby wojskowej, jest to sprzeciw wobec wszystkich wymogów i zobowiązań narzucanych przez nasze społeczeństwo. Sprzeciw wobec podatków i równie dobrze wobec szczepień, obowiązkowego szkolnictwa itd. Oczywiście jestem przychylnie nastawiony do szkolnictwa, ale pod warunkiem, że jest ono prawdziwie dostosowane do dzieci i nie jest „obowiązkowe” w sytuacji, kiedy dziecko wyraźnie „nie jest stworzone” do przyswojenia danych intelektualnych: należy kształtować szkolnictwo zgodnie z talentami dzieci. Co do szczepień, myślę o [pewnym] znaczącym przypadku. Mój przyjaciel (doktor prawa i licencjat matematyki, któremu blisko do anarchizmu), zdecydował się na powrót na wieś. Taki prawdziwy powrót. W Górnej Loarze, bardzo trudnym regionie, od 10 lat hoduje bydło na wyżynach. Tylko że (i dlatego właśnie opowiadam jego historię), sprzeciwił się obowiązkowemu zaszczepieniu całego swojego stada przeciw pryszczycy, twierdząc, że nie ma żadnej przyczyny, by zwierzę hodowane troskliwie i z dala od innych stad zaraziło się pryszczycą. W tym momencie właśnie historia staje się ciekawa: Został ukarany przez oficjalne służby weterynaryjne, które wystawiły mu mandat. Wniósł wówczas sprawę do sądu, gromadząc pokaźną dokumentację, w szczególności na temat szkodliwości szczepionek i wypadków związanych z ich stosowaniem. Przegrał w pierwszej instancji. Odwołał się od wyroku, uzyskał raporty biologów i uznanych weterynarzy, a sąd apelacyjny triumfalnie oczyścił go z zarzutów. To bardzo dobry przykład na to, w jaki sposób możemy odnaleźć coś na kształt przestrzeni wolności w kleszczach aktualnych uregulowań prawnych. Trzeba być zmotywowanym i nie rozpraszać swoich wysiłków: należy zaatakować w jednym punkcie i wygrać, odpierając administrację i jej prawa. Mieliśmy porównywalne doświadczenie w naszej walce przeciwko Międzyministerialnej Komisji Zagospodarowania Wybrzeża Akwitanii. Za cenę ogromnych wysiłków udało się nam powstrzymać pewną liczbę projektów, które mogły się okazać katastrofalne dla lokalnej ludności, ale trzeba było wielu procesów sądowych, a nawet (wystąpień) przed Radą Stanu. Oczywiście są to tylko małe akcje, ale jeśli podejmiemy ich wiele, jeśli pozostaniemy czujni, możemy doprowadzić do zmniejszenia wszechobecności Państwa. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że „decentralizacja” przeprowadzona z dużym rozgłosem przez Defferre’a znacznie utrudniła obronę wolności. Bo dziś przeciwnikiem nie jest już centralne państwo, ale wszechwładza i wszechobecność administracji. Trzeba więc starać się sprzeciwiać wszystkiemu, oczywiście także policji. Albo deregulacji procesu karnego. Należy demaskować ideologiczne kłamstwa rozmaitych władz, a w szczególności wykazać, że słynna teoria „Państwa prawa”, która usypia demokrację, jest fałszywa od początku do końca. Państwo nie przestrzega praw, które samo sobie narzuca! Wszystkie prezenty pochodzące od Państwa należy traktować podejrzliwie. Trzeba zawsze pamiętać, że ”rządzi ten, kto płaci”. Mam tu na myśli wyjątkowe przedsięwzięcie z 1956 r., jakim były kluby profilaktyczne mające zapobiegać nieprzystosowaniu młodzieży (których założeniem było, że to nie młodzież jest nieprzystosowana, ale samo społeczeństwo…). Dopóki kluby były finansowane na wiele sposobów, włącznie z subsydiowaniem, działały wspaniale i przynosiły doskonałe efekty, nie poprzez dopasowywanie młodych ludzi do społeczeństwa, ale pomagając im samodzielnie rozwijać własną osobowość i przekształcić zachowania destrukcyjne (czarne bluzy, narkotyki itp.), w zachowania konstruktywne i pozytywne. Wszystko się zmieniło, gdy państwo przejęło całkowicie finansowanie, wierząc, pod rządami ministra Mauroy, że właśnie wynalazło profilaktykę, i gdy stworzyło Narodową Radę Profilaktyki, co okazało się katastrofalne w skutkach.

Muszę tu podkreślić, że podejmując tego typu wysiłki nie można być samym. Mam tu na myśli akcję, która byłaby bardzo ważna: sprzeciw wobec podatków. Naturalnie, jeśli jeden podatnik zdecyduje się przestać płacić podatki, albo – w innym wypadku – odmówi płacenia części przeznaczonej na wydatki wojskowe, nie będzie to stanowiło żadnego problemu: zostanie on skazany, jego majątek zajęty itd. W sprawach takiego rzędu musi być nas wielu, jeśli 6 tysięcy, 20 tysięcy podatników porozumie się w takiej akcji, Państwo znajdzie się w niezręcznej sytuacji, zwłaszcza, gdy uda się pozyskać zainteresowanie mediów. Jednak wymaga to długich przygotowań, kampanii wykładów, ulotek itd. Szybsza w realizacji, lecz również wymagająca wielu zróżnicowanych uczestników jest szkoła zorganizowana przez rodziców na marginesie zarówno szkolnictwa publicznego, jak i „oficjalnego” prywatnego. Byłaby to po prostu szkoła, którą kilkudziesięciu rodziców decyduje się zorganizować między sobą, niektórzy z nich zapewniając nauczanie w znanych im dziedzinach pod nadzorem kilku osób posiadających tytuły uniwersyteckie pozwalające na nauczanie. Można również wybrać inną formułę, jak liceum Saint Nazaire, powołane do życia przez brata Cohen-Bendita, gdzie instytucja jest w rzeczywistości zarządzana przez prawdziwych reprezentantów trzech uczestniczących grup: uczniów, rodziców, nauczycieli… Za każdym razem, gdy jest to tylko możliwe, trzeba się zorganizować na marginesie władz (politycznych, finansowych, administracyjnych, prawnych itd.) na planie czysto indywidualnym. Zabawny osobisty przykład pochodzi z czasów, gdy byliśmy uchodźcami na wsi. Po dwóch latach zdobyliśmy zaufanie i przyjaźń miejscowych. Wtedy właśnie zaczęła się dziwna historia: ponieważ wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że studiowałem prawo, zaczęli do mnie przychodzić nie tylko po poradę, ale prosili także, bym decydował w kwestiach spornych i urządzał rozprawy! W ten oto sposób przyjąłem rolę adwokata, sędziego pokoju, a nawet notariusza: oczywiście te usługi (darmowe) były nic nie warte w oczach prawa, ale miały pełną wartość dla zainteresowanych stron i kiedy udało mi się otrzymać podpisy wszystkich pod pismem rozstrzygającym jakiś problem, spór itp., wszyscy uznawali je za równie solidne i prawomocne, co pismo oficjalne… Naturalnie, te skromne przykłady marginalnych akcji odrzucających władzę nie powinny skłaniać nas do zaniedbywania konieczności ideologicznego szerzenia myśli anarchistycznej. Uważam, że nasza epoka temu sprzyja, wobec obecnej całkowitej próżni myśli politycznej. Pomiędzy liberałami, którzy wciąż myślą, że są w XIX w., socjalistami, którzy nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek formą socjalizmu i komunistami, którzy są po prostu śmieszni i nie potrafią wyjść poza post-stalinizm, w obliczu związków zawodowych, które interesuje jedynie obrona korporacyjna, w tej wielkiej pustce myśl anarchistyczna ma swoje szanse, jeśli tylko się unowocześni i oprze na istniejących akceptowalnych zalążkach (jedna z frakcji ekologistów, być może nurt samorządności pracowniczej…).

Za: J. Ellul, Anarchia i chrześcijaństwo, Poznań 2015, s. 19-28

Elisee Reclus: Dlaczego anarchiści nie głosują

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Krótki tekst z 1885 roku wyjaśniający dlaczego anarchiści nie głosują w wyborach.

Wszystko, co można powiedzieć na temat prawa do głosowania może zostać podsumowane jednym zdaniem...

Głosować znaczy poddać się. Wybrać pana albo kilku, na długo lub na krótko, to rezygnacja ze swojej wolności. Nazwij go monarchą absolutnym, monarchą konstytucyjnym lub parlamentarzystą, kandydat którego wynosisz na tron lub na stołek zawsze będzie twoim panem.

Są oni osobami, które stawiasz „ponad” prawem od momentu w którym obejmują władzę ustanawiania prawa oraz ze względu na to, że ich misją jest dopilnować tego żeby byli słuchani.

Głosowanie jest godne idioty.

To głupie wierzyć, że człowiek, tego samego gatunku co my, nabędzie w moment na dźwięk dzwonka wiedzę, która pozwoli mu wszystko rozumieć. Tak to działa. Wybrana przez ciebie osoba ma odpowiadać za legislację w każdej tematyce pod księżycem: jak pudełka od zapałek mają lub nie mają być produkowane, jak ma przebiegać wojna, jak poprawić sytuację w rolnictwie tudzież jak w najlepszy sposób wybić plemię Arabów lub zabić trochę Murzynów.

Prawdopodobnie wierzysz, że ich inteligencja postępuje proporcjonalnie do różnorodności tematyki z jaką mają do czynienia; jednak historia uczy inaczej.

Posiadanie władzy wpływa destrukcyjnie; parlamenty zawsze tworzyły nieszczęścia.

W zgromadzeniach rządowych, w fatalny sposób, zwycięża wola tych poniżej średniej, zarówno moralnej jak i intelektualnej.

Głosowanie, to przygotowywanie haniebnej zdrady i zdrajców.

Wyborcy z pewnością wierzą w szczerość kandydatów i ma to miejsce do pewnego momentu, podczas gdy zapał i żar współzawodnictwa pozostaje.

Ale każdy dzień ma swoje jutro. I tak szybko jak zmieniają się warunki tak samo zmieniają się ludzie. Dziś twój kandydat kłania się tobie nisko; jutro powie ci „tfu”. Z łowcy głosów przeistoczy się w twojego pana.

Jak pracownik, włączony przez ciebie w poczet klasy rządzącej, może być taki sam jaki był wcześniej, skoro od teraz może działać na takich samych warunkach jak inni rządzący? Spójrz na służalczość któregokolwiek z nich wymalowaną na twarzy po złożeniu wizyty u „magnata przemysłu” lub gdy król zaprasza go do sieni swojego dworu!
Atmosfera „Domu” Parlamentu nie jest przeznaczona na głębokie oddychanie, jest to atmosfera korupcji. Jeśli wyślecie jednego z nas do tego obrzydliwego miejsca, nie możecie być zdziwieni, gdy wraca potem w zgniłej kondycji.

Dlatego też nie porzucajcie swojej wolności.

Nie głosujcie!

Zamiast powierzania kwestii obrony swojego interesu Innym, spójrzcie na tę kwestię samodzielnie. Zamiast wybierać doradców, którzy poprowadzą cię w przyszłości do akcji, weźcie sprawy w swoje ręce i zróbcie to teraz! Ludzie dobrej woli nie będą długo szukali szansy bezowocnie.

Zwalanie na czyjeś barki odpowiedzialności za swoje działanie jest tchórzostwem.

Nie głosujcie!

Elisee Reclus (1830-1905) - francuski geograf i anarchista. Członek I Międzynarodówki, uczestnik Komuny Paryskiej. Jeden z pierwszych zwolenników odrzucenia anarcho-kolektywizmu i poparcia anarcho-komunizmu w ruchu anarchistycznym.

http://cia.media.pl/aleksiej_borowoj_w_kwestii_parlamentaryzmu

Aleksiej Borowoj: W kwestii parlamentaryzmu

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Poniżej zamieszczamy fragment książki "Rewolucyjny Syndykalizm" Aleksieja Borowoja - rosyjskiego filozofa anarchistycznego.

Rozpoczęła się sesja parlamentarna. Na ławach parlamentu zasiadają „wybrańcy ludu”, którym kraj powierzył strzeżenie jego rozmaitych skomplikowanych interesów.

Kimże oni są – ci panowie kraju? Ci, którym poświęca się tyle czasu, energii, pieniędzy? Ci, do których należy ostatnie słowo we wszystkich nurtujących lud pytaniach? Już samo to, jak zostali wybrani, pozwala nam sądzić, że niekoniecznie są to ludzie popularni – nawet w okręgach, które delegują ich na swoich przedstawicieli.

Popularność, jak widzimy, buduje się na bezwstydnej reklamie i hojności komitetów partyjnych. Ci ludzie mogą być bardzo dalecy od spraw społeczności, które reprezentują, mogą dobrze znać ich potrzeby, ale to nie jest im potrzebne. Działacz polityczny musi znać potrzeby swojej partii, musi umieć żyć zgodnie z jej interesami, a w parlamencie umieć ubierać jej postulaty w puszystą powłokę ogólnopaństwowych zagadnień.

Jeżeli praca w samorządzie wymaga określonej wiedzy i doświadczenia, to wydawałoby się, że udział w tak złożonej machinie, jaką jest nowoczesny parlament, powinien wymagać nie tylko „dobrych chęci”, ale też pewnej wiedzy specjalistycznej ze strony posła.

A tu nie! W rzeczywistości ogromna większość działaczy politycznych zaczyna przyswajanie alfabetu społeczno-politycznego dopiero wtedy, gdy już znajdzie się na ławach parlamentu. Z drugiej strony ci posłowie – ich ilość nie jest istotna – którzy posiadają kwalifikacje w kwestii rządzenia albo wykształcenie ekonomiczne, zwykle nie są zaznajomieni z rzeczywistymi potrzebami kraju. Z łatwością poruszają się w świecie abstrakcji, głosząc absurdalne hasła, bez możliwości wypełnienia swoich niemrawych form życiową treścią. Robią to dla archiwaliów, nie dla rzeczywistości.

Ale kimże są ci wszyscy dyletanci wybrani, by rządzić krajem?

Przede wszystkim są to przedstawiciele inteligencji, która już dawno zmonopolizowała fotele parlamentu (…). Od inteligenta robiącego karierę polityczną nie wymaga się żadnej szerokiej ani podstawowej wiedzy z zakresu jakiejś branży, z zakresu wiedzy o społeczeństwie, może on być największym ignorantem w najważniejszych kwestiach życia państwa. Wystarczy, że umie dobrze przemawiać, dobrze pisać albo potrafi dobrze opanować sztukę bycia ideologiem ludzi posłusznych i walczyć nie o sprawę i prawdę, ale o tych, którzy go wybrali.

Inteligencja obficie dostarcza takich ludzi. Adwokaci, lekarze, pedagodzy różnego rodzaju i w końcu liczni rozmaici przedstawiciele świata literackiego i dziennikarskiego. Tak wyglądają kadry współczesnych wojowników polityki.

Są wśród nich rzetelni i świetni prawnicy, utalentowani lekarze, wielcy naukowcy, wybitni pisarze, którzy poświęcili lata uczeniu się swojej dziedziny i wszyscy oni z zadziwiającą lekkomyślnością rzucają: jeden swój adwokacki pulpit, drugi nóż chirurgiczny, kiedy pojawia się możliwość dostania się do parlamentu. Oni nie rozumieją albo nie chcą rozumieć, że rządzenie losami całego ludu jest nieskończenie bardziej skomplikowaną dziedziną wiedzy niż ta, której dotychczas poświęcali swoje siły. Nie dziwi więc, że działalność parlamentu każdego kraju zdumiewa swoją bezpłodnością wraz z kolosalnym zmarnotrawieniem sił ludu.

Mijają całe sesje nie przynoszące ze sobą pozytywnych skutków, czas upływa na ciągłej gadaninie, omawianiu bezsensownych projektów, zakulisowych intrygach i partyjnych rozliczeniach (...). Teraz wszyscy znają cenę parlamentarnego słowa, ale wciąż inteligenckie gaduły zajmują dominującą pozycję w parlamencie (…).

Powszechnie znane jest zdanie Spencer'a, że parlamenty są w ogóle skrajnie ignoranckie, że z reguły są poniżej średniego poziomu krajowego pod względem kondycji umysłowej i moralnej (…).

Nędza intelektualna i moralna parlamentu oczywiście wyjaśnia się nie tym, że trafiają do niego tylko nikczemnicy ludu; żądni sławy, korzyści, don kichoci, nierzadko bywają przyczyną pojawienia się w szarym tłumie posłów utalentowanych działaczy społecznych, ale z powodu swojej wewnętrznej natury parlament musi wdawać się w walkę ze wszystkim, co dąży do wydostania się z dusznych ścian dyscypliny partyjnej, niweluje swoich członków, ucina ich projekty, zniekształca je poprawkami i wyjaśnieniami. Pozwala czasami mówić o kwestiach światopoglądowych, daje czasami wymówić się niespokojnemu duchowi jakiegoś parlamentarnego „dokuczliwego bachora”, ale wszystkie jego decyzje są umiarkowane, płytkie, biurokratyczno-bezduszne...

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Rewolucyjny Syndykalizm" wydanej w 1917 roku.

http://cia.media.pl/samorzad_a_samorzadnosc

Tłumaczenie: Egor, Redakcja: Jakub, Korekta: Żaneta

Nie rozumiem jak można wierzyć, że politycy coś zmienią: Wywiad ze szwedzkim anarchistą

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

O sytuacji ruchu anarchistycznego w Szwecji. Wywiad z Timem, działaczem Örestad Lokala Samorganisation w Malmo (OLS).

Powiedz coś o ruchu anarchistycznym w Szwecji.

Obecnie nie ma w Szwecji dobrze funkcjonującej federacji, a wielu anarchistów wybrało aktywność poza ruchem anarchistycznym. Niektórzy wstąpili nawet do partii politycznych takich jak V (wcześniej partia komunistyczna), Zieloni czy Partia Feministyczna. Część działa w grupie o nazwie Allt At Alla w której lokalnie mogą występować anarchiści, ale gdzie indziej mogą dominować marksiści. Anarchistyczny Czarny Krzyż istnieje, jest aktywny i robi dużo dobrej roboty. I oczywiście w Malmo istnieje OLS jako związek który określa się jako anarchosyndykalistyczny. Dość dziwnym jest to, że dość dużo anarchistów postanowiło działać w SAC. W niektórych miejscach Szwecji anarcho-queery i anarcho-feminiści wydają się rosnąć w siłę, ale nie mam niestety wiedzy na ich temat.

Czy mógłbyś opowiedzieć trochę o swojej organizacji i jej roli w ruchu anarchistycznym i związkowym?

Należymy do luźnej sieci związków zawodowych, które odeszły z SAC. Wspieramy się podczas walk w miejscu pracy i czasami współpracujemy w dziedzinie szkoleń. Dzielimy też stronę internetową, ale nie stanowimy federacji ani centrali. Spotykamy się raz do roku. Oprócz nas jest w niej jeszcze jeden związek anarchosyndykalistyczny. Część tych związków podejmuje ze sobą dalej idącą współpracę i według mnie dążą do budowy nowej centrali, ale my w tym nie uczestniczymy.

Macie jakieś problemy z tymi związkami?

Wszystkie są związkami syndykalistycznymi, ale są też bardzo heterogenne. Część z nich nie chce prowadzić działań poza swoimi zakładami, część tworzy kooperatywy itd. My uważamy się za anarchosyndykalistów i cały czas debatujemy z nimi. Część ich członków jest anarchistami i mamy nadzieję, że przekonamy ich do naszego modelu działania lub sprawimy, że przekonają oni do tego swoich towarzyszy. Wszystkie te związki cechuje natomiast niechęć wobec SAC. To nas łączy. Ale muszę zaznaczyć, że to nie jest tak, że nie lubimy wszystkich członków SAC lub wszystkiego co SAC robi. W tamtej organizacji też są dobrzy towarzysze.

A jak wygląda wasza aktywność w ruchu anarchistycznym?

OLS stara się być obecnym na wszelkich eventach anarchistycznych i utrzymywać kontakty z różnymi grupami. Udzielamy im wsparcia nawet jeśli nie zgadzamy się w jakichś kwestiach. Staramy się zachęcać anarchistów do organizowania się w naszym związku i tłumaczyć wagę działalności w miejscu pracy. Wielu z nich uważa za nudne wszystko co związane z pracą, jednak my uważamy, że jest to ważna część debaty w kwestii tego jak powinno wyglądać przyszłe społeczeństwo. Jeżeli chcemy rewolucji musimy wiedzieć jak zorganizować pracę, produkcję, kwestię mieszkaniową itd. Będziemy musięli to zrobić samodzielnie. Organizowanie koncertów i wystaw to za mało.

Niestety wielu anarchistów nie przyłącza się do związków zawodowych, a częć ląduje w SAC albo partiach politycznych. Chociaż ostatnio w Malmo wzbudzamy coraz większe zainteresowanie i odkąd odnosimy sukcesy nawet członkowie SAC proszą nas o rady, których oczywiście udzielamy jeżeli o to proszą. Współpracujemy też z Anarkosyndikalisternas Flygande Cirkus, które jest czymś w rodzaju organzacji ideologicznego wsparcia dla anarchosyndykalistów. Większość jego członków jest też w OLS. Uważam, że ruch anarchistyczny jest nadal za słaby. Mamy raczej do czynienia z powrotem marksizmu. Zdziwiłem się jak się dowiedziałem, że SUF jest częścią międzynarodówki anarchistycznej co wygląda dziwnie w połączeniu ze związkami z SAC, wielu marksistów jest członkami SUF, ale to organizacja młodzieżowa więc wszystko może się zmieniać w zależności od aktualnych trendów.

Może powiesz coś więcej na temat AFC, SAC i SUF?

AFC to niezależna organizacja anarchistyczna, która stara się propagować anarchosyndykalizm wśród anarchistów aktywnych na innych polach. Udziela też pomocy merytorycznej w miejscach pracy. Robi to oczywiście bezpłatnie. Jeśli chodzi o SAC, uważamy go za związek syndykalistyczny. Nie jesteśmy wrogami, ale nie podzielamy poglądów. Nie współpracujemy i nie chcemy współpracować, ale jak trzeba pomagamy działaczom SAC. Miało to miejsce kilka razy. Nie mamy za bardzo styczności z SUF, ale wielu młodszych działaczy anarchistycznych zaczynało w SUF, ale odeszli stamtąd ze względu na brak demokracji i marksizm. Ale w innych częściach Szwecji słyszałem, że SUF robi dobrą robotę. Tak generalnie uważamy, moje osobiste zdanie na temat SAC jest gorsze, uważam że to beznadziejna organizacja. I nie mogę zrozumieć czemu wielu towarzyszy zostaje członkami SAC.

Dlaczego negatywnie oceniasz SAC?

Po pierwsze muszę zaznaczyć, że to tylko moje zdanie. Jest to organizacja, która wbrew swojej propagandzie jest zarządzana hierarchicznie. Przykładów na to można mnożyć. Parę lat temu członek SAC poprosił nas o pomoc w odzyskaniu zaległej pensji. Najpierw kontaktował się z lokalnymi strukturami SAC, ale otrzymał odpowiedź, że nie będą tracili czasu na negocjowanie w sprawie pensji. Nie mogliśmy negocjować za niego, ponieważ nie był naszym członkiem więc udzieliliśmy mu porad prawnych. Inna sytuacja: w Malmo działa lokalny związek SAC pracowników IT. Był aktywny na portalach społecznościowych gdzie pisał dużo na tematy polityczne i ideowe. Nagle lokalna federacja w Malmo nakazała przestać im to robić, sami zostali o to poprszeni przez centralę w Sztokholmie. Kilka lat temu, SAC zaczął łamać swój własny statut i wykluczył kilka lokalnych federacji. Kilka innych lokalnych federacji było kontrolowanych przez marksistów, którzy praktykowali „centralizm demokratyczny” przy okazji podejmowania decyzji referendalnych. Coś takiego nie powinno było być akceptowane, a było. Kilka lat temu powiedzięli też członkom redakcji gazety Arbetaren (będącej własnością SAC) o czym wolno pisać, a o czym nie. Można by to było opisywać w kółko.

Teraz w SAC zachodzą podobno jakieś zmiany, ale nawet bez tych patologii, to jest organizacja syndykalistyczna, a nie anarchosyndykalistyczna więc możliwości pełnej współpracy nie ma gdyż chcemy czegoś zupełnie innego. Lokalnie i w miejscu pracy postrzegamy ich tak samo jak wszystkie inne związki. Oczywiście jak trzeba – pomagamy i pomoglibyśmy wszystkim innym związkom, gdyby były w potrzebie. Naturalnie, muszę się zgodzić ze stwierdzeniem, że czasami struktury SAC robią dobre rzeczy dla pracowników, ale to samo mógłbym powiedzieć o strukturach głównonurtowego LO. W każdym razie, kiedy widzę, że SAC współpracuje z Inicjatywą Pracowniczą z Polski, jestem nawet bardziej podejrzliwy względem SAC niż wcześniej. Tak czy inaczej, to moja osobista opinia, OLS raczej nie zwraca na SAC uwagi i koncentruje się na swoich działaniach.

A co możesz powiedzieć na temat swojego miasta? Malmo kojarzone jest tutaj z napadem na Showana oraz tym, że prawica przedstawia je jako pełne „złych imigrantów”.

Nie wiem o co chodzi z tymi „złymi imigrantami”. Tak, w Malmo jest wielu imigrantów, ale chyba mówiąc o tym ludzie koncentrują się na ostatnich kilku latach. Cała Szwecja stała się popularna pośród rumuńskich Romów. Jest ich kilkaset w Malmo, mają problem ze znalezieniem pracy i koczują w parkach albo na obrzerzach okolic przemysłowych. Politycy nie wiedzą za bardzo co z nimi robic odkąd przybywają z krajów Unii Europejskiej. Wielu ludzi mówi, że w Malmo ma miejsce segregacja rasowa, ale w rzeczywistości ma ona podłoże klasowe. Chociaż aspekt etniczny również istnieje.

Ruch antyfaszystowski jest raczej martwy, ale jak coś się dzieje, reaguje i mobilizuje się bardzo szybko. Tak było właśnie w przypadku ataku na Showana. Tamta część miasta gdzie miało to miejsce nie jest wyizolowana chociaż dochód jej mieszkańców jest niski. To historycznie teren robotniczy, a obszar nie został całkowicie gentryfikowany.

Hardcorowa skrajna prawica nie jest silna w Malmo, ale wielu ludzi głosuje lub sympatyzuje z populistyczną prawicą. Od czasu do czasu kogoś potną, tak jak Showana, ale normalnie nie słychać o nich zupełnie. Niestety dużym problemem jest rasizm dnia codziennego.

Jak wygląda działalność OLS?

W tej chwili prowadzimy dwie sprawy dotyczące mobbingu, jedną w sprawie imigranta bez papierów, który nie dostał wynagrodzenia i jedną przeciwko Uniwersystetowi w Lund. Tak to wygląda przez większość czasu. Większość naszych działaczy jest sama w miejscu pracy. Potrzeba dużo czasu żeby takie sprawy ogarniać. Pod największą presją są ci najbardziej doświadczeni. Jednak nasza działalność jest na tyle regularna, ża każdy może te doświadczenie nabyć. Oczywiście, wspieramy też działania antyrasistowskie, organizujemy benefity, akcje solidarnościowe (np. z towarzyszami z Hiszpanii). Wiele planujemy, ale chwilowo jesteśmy za bardzo zajęci. Realia są takie, że jest dużo roboty, a mało ludzi. Najgorzej będzie jeżeli roboty przybędzie, a ludzi będzie nadal tyle samo. Wtedy albo się rozpadniemy albo staniemy się tacy jak inne związki, więc mamy nadzieję, że tak się nie stanie.

Perspektywy rozwoju dla ruchu?

Na krótszą metę jestem pesymistą,ale na dłuższą myślę, że może bć lepiej. Szwecja jest jednym z tych krajów Europy gdzie prywatyzacja poszła najdalej, a system socjalny z którego Szwecja słynęła rozpadł się. Wielu dawnych anarchistów odeszło i żyją nadzieją, że partie polityczne przywrócą stare czasy. Ale nie wszyscy tak postąpili. Więc jest szansa, że ruch się rozwinie. Jestem prawie pewny, że za 10 lat będzie więcej związków anarchosyndykalistycznych i że będzie to ważny element dużego ruchu anarchistycznego.

Lewicowcy w Polsce nadal żyją mitem szwedzkiego państwa opiekuńczego. Możesz opisać jak to wygląda w praktyce?

Początkowo jeżeli byliśmy ubezpieczeni i stawaliśmy się bezrobotni otrzymywaliśmy w zasiłku 90% swojej pensji. Później to było obniżane i obniżane więc obecnie wynosi 65%. Tylko, że jest powiedziane, że jest to "maksymalnie" 65%, w rzeczywistości jest tego mniej. Jeśli chodzi o długoterminowe zwolnienie lekarskie jest jeszcze gorzej bo po jakimś czasie nie dostaje się zupełnie nic. Nawet jeśli udowodni się, że nie jest się w stanie podjąć pracy.

Poważnym problemem jest też prekaryzacja i działalność firm pośrednictwa pracy jak Manpower. Prawo było spisane w czasach gdy coś takiego nie funkcjonowało więc nie jest do tego dostosowane. Sytuacja pracowników jest więc bardzo zła, a ochrona socjalna stale się zmniejsza. Żadna partia nawet nie postuluje zrobienia z tym porządku. Osobiście nie rozumiem, jak można wierzyć, że politycy cokolwiek tu zmienią. Wszyscy uwielbiają kapitalizm i władzę państwową.

http://cia.media.pl/syndykalizm http://cia.media.pl/walka_z_szefem_jest_dobrze_widziana_wywiad_z_dzialac...

Grecja: Nie żyje anarchista Spyros Dravilas, dwaj inni aresztowani

Blog | Represje | Ruch anarchistyczny

W trakcie operacji oddziałów sił specjalnych greckiej policji niedaleko miasta Wolos stracił życie anarchista Spyros Dravilas dwaj inni anarchiści: Grigoris Tsironis i Spiros Christodoulou zostali aresztowani.

Greckie media alternatywne tak opisują zatrzymanych i martwego towarzysza:

Grigoris Tsironis jest wieloletnim działaczem greckiego ruchu anarchistycznego, uczestniczył między innymi w okupacji Ateńskiej Politechniki w 1995 roku i walkach przeciw gentryfikacji dzielnicy Exarchia. Później zszedł do podziemia.

Spiros Christodoulou - zbuntowany proletariusz, zawsze zachowywał godnośc w najcięższych warunkach takich jak uwięzienie.

Spyros Dravilas - był po raz pierwszy aresztowany za działalność rewolucyjną w wieku 21 lat. Stracił życie w wieku 34 lat.

Według policji trójka towarzyszy należała do grupy illegalistów zajmujących się napadami na banki. Zrabowane pieniądze miały być przeznaczane na wsparcie dla więźniów politycznych i finansowanie działalności rewolucyjnej. Grupa miała współpracować ze słynnym przestępcą Vasilisem Paleokostasem i założycielem organizacji Walka Rewolucyjna Nikosem Maziotisem.

Pomimo wszystkich różnic politycznych jakie dzielą nas z insurekcjonistami:

PAMIĘĆ I SOLIDARNOŚĆ!

Źródła:
athens.indymedia.org
tovima.gr/en/article/?aid=709343

Ukraina: Atak na członka AST

Świat | Ruch anarchistyczny

W sobotę, 23 maja działacz AST (Niezależnego Związku Pracowników) został zaatakowany w centrum Kijowa. Motywy ataku były polityczne. Napastnicy umówili się na spotkanie z artystą, Dmitrem M., udając jego potencjalnych klientów. Kiedy Dmitro przyjechał, dwóch ludzi zasugerowało mu "przejście się celem rozmowy" po czym zaatakowali gdy odmówił. Starcie skończyło się szybko po interwencji przechodniów. Napastnicy krzyczeli na swoje usprawiedliwienie: "Był pierwszym do szkalowania nas w Internecie!".

Działacz AST nie doznał szkód, jednak ten fakt nie może być ignorowany. Spotkanie nie zostało zaaranżowane ani przez policyjnych agentów ani przez boneheadów, tylko naszych białoruskich "towarzyszy" - byłego więźnia politycznego Aleksandra Franckiewicza i jego przyjaciela Maksima (ps. "Białorusin").

Warszawa: Wolność dla Aleksandra Kolchenki

Kraj | Antyfaszyzm | Represje | Ruch anarchistyczny

Pod ambasadą Federacji Rosyjskiej odbyła się pikieta solidarnościowa z działaczem anarchistycznym Aleksandrem Kolchenko i reżyserem filmowym Olegem Sentsowem. Obydwaj byli aktywni w organizowaniu protestów przeciwko aneksji Krymu przez Rosję.

Obydwaj od roku przebywają w więzieniu w Lefertowie z zarzutami dotyczącymi działalności terrorystycznej oraz... członkostwa w Prawym Sektorze. Obydwaj są de facto jeńcami wojennymi. Ich sprawa służy "udowodnieniu" istnienia na Krymie banderowskiej organizacji terrorystycznej oraz zastraszeniu mieszkańców Krymu.

Akcję zorganizowało warszawskie środowisko antyfaszystowskie, a wsparli anarchiści przybyli innych części Polski na odbywający się od tego dnia warszawski kongres anarchistyczny. Część przybyła na pikietę prosto z protestu studenckiego, który odbywał się pod bramą UW.

II Ogólnopolski Kongres Anarchistyczny (15-17 Maja 2015)

Kraj | Ruch anarchistyczny

Jako Ogólnopolskie Środowiska Wolnościowe, zapraszamy serdecznie na tegoroczny Kongres Anarchistyczny. Wydarzenie odbędzie się w Warszawie, w dniach 15-17 maja 2015r. Planujemy na ten czas 3 dni warsztatów w formie wykładów z dodatkami w różnorodnej, twórczej postaci.

Zapraszamy wszystkich – Kongresono to wyjątkowa możliwość wzajemnego poznania się i wymiany poglądów oraz doświadczeń. Jest to też jedna z nielicznych okazji do wzajemnej konsolidacji polskich środowisk wolnościowych. Kongresono jest nie tylko soczewką skupiającą najróżniejsze podejścia do ruchów wolnościowych (kontrsystemowych) ale stanowi także początek aktywistycznej drogi dla wielu ludzi.

Murray Bookchin: Anarchizm Ery Dobrobytu

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

Przedmowa

Jak zauważył kiedyś George Woodcock tradycyjny anarchizm mający swe korzenie w XIX- wiecznych teoriach i ruchach społecznych ożywianych niespełnionymi w burżuazyjnych rewolu­cjach tego okresu ideałami Oświecenia dokonał swego żywota na polach bitew (ściślej w wyniku komunistycznych intryg) podczas Rewolucji Hiszpańskiej 1936-39.
W wypełnionych największą i najgłupszą jednocześnie wojną oraz wykwitłymi po jej zakończe­niu naiwnymi nadziejami na nowy wspaniały świat "Welfare State" latach 40-tych i 50-tych myśl wolnościowa zapadła w sen.
Przebudzenie doszło do skutku z początkiem lat 60-tych i nastąpiło w miejscu oraz społecznym kontekście najmniej do roli wylęgarni kontestacji odpowiednim.
Miejscem tym były bowiem najwyżej zaawansowane kraje kapitalistyczne, a nośnikami rewolty okazały się nie muzealne (choć nazywające siebie anarchistycznymi) federacje, wegetujące na marginesie rzeczywistości i zajęte coraz bardziej doktrynerskimi sporami, ale ludzie nie znający ani historii, ani teorii anarchizmu - spontaniczni buntownicy i młodzi uczestnicy ruchów kontrkultury, organizacji pacyfistycznych czy ekologicznych. Niewątpliwie pierwszą formacją tego nurtu, który badacze ruchów społecznych nazwali neoanarchizmem była powołana w 1957 roku Mię­dzynarodówka Sytuacjonistów. Formułowane w jej ramach, oraz wśród podobnych grup poglądy, pozwoliły wkrótce na wyodrębnienie ogólnej formuły teoretycznej anarchizmu współczesnego. Pamiętać tu trzeba jednak, że odwrotnie niż wśród wywodzących się z XIX-wiecznej tradycji ruchów politycznych, teoria ta budowana była przede wszystkim na doświadczeniu praktycznym i jest raczej radykalną krytyką niż spekulatywnym projektowaniem sformalizowanej utopii.
Jednym z tych, którzy już w latach 60-tych równolegle do toczących się wydarzeń podjęli próbę wyłożenia podstawowych zasad i idei nowego ruchu anarchistycznego jest Murray Bookchin. Jego liczne prace sprawiły, że ma on dzisiaj pozycję wśród najbardziej cenionych i poważanych myśli­cieli anarchistycznych. Miarą tego jest fakt, iż spośród aktywnie uczestniczących w działaniach różnych organizacji teoretyków stawia się go obok Paula Goodmana, Guya Deborda i Raoula Vaneigema.
Lektura "Anarchizmu ery dobrobytu" daje ogólne wyobrażenie o światopoglądzie antyautorytarnym, wartościach, które go konstytuują i o jego społecznym wymiarze w końcu XX wieku. Tym, co w krótkiej pracy Bookchina najcenniejsze, jest to, że zwraca uwagę na aspekt myśli i działań anarchistów, który, choć nie wyartykułowany dosłownie w tekście, daje się zeń wyczytać; jest nim odrzucenie konsumpcyjnej kultury i ideologii społeczeństwa późno-kapitalistycznego.
Anarchizm współczesny nie daje się zwieść urastającej do rangi ideału wizji nasyconego społe­czeństwa konsumpcji, które w reprodukowaniu swego instytucjonalnego porządku, posługuje się sztucznym stymulowaniem "potrzeb" konsumpcyjnych (przy pomocy kultury masowej, reklamy, wytwarzania różnych mód), dla zaspokojenia których konieczne jest ciągle postępujące ogranicze­nie niezależności i suwerenności jednostek oraz mniejszości.
Odmawia on uczestnictwa w "wielkim marszu" zachodniej cywilizacji ku utopii zorganizowa­nego, zaprogramowanego, stechnicyzowanego "raju na ziemi". Jest to podstawowa różnica mię­dzy nim, a innymi opcjami głoszącymi dziś konieczność zmian. Anarchiści odrzucają bowiem nie tyle metodę dojścia do owego "raju", ile samą jego na wskroś totalitarną i alienacyjną ideę. Sprze­ciwiają się usprawiedliwiającej państwowy terroryzm ideologicznej chimerze ogólnego szczęścia kosztem szczęścia jednostek, która zawsze oznacza postawienie interesów uzurpujących sobie prawo do reprezentowania ogółu instytucji nad interesem indywiduum. Sprzeciwiają się liberal­nemu indywidualizmowi kanalizującemu kreatywność ludzką do użytecznych dla państwa i kapitału aktywności gospodarczych (ograniczonych zresztą narzuconymi przez system bądź potentatów finansowych prawami i zasadami rynku). Wiąże się z tym ściśle bunt przeciw warto­ściowaniu ludzkiej egzystencji poprzez pryzmat jej przydatności dla systemu gospodarczego czy politycznego i mitologizacji własności prywatnej, która prowadzi do nieograniczonej eksploatacji a w konsekwencji, zniszczenia środowiska naturalnego.
Ogromną siłą anarchizmu zawsze było to, że odwrotnie niż cała klasyczna lewica, do której przeciwnicy daremnie usiłowali go zredukować, dostrzegał, iż zarówno klasowy podział społe­czeństwa jak i potrzeby podstawowych grup, a także wyznawane przez nie wartości są wytwora­mi kapitalistycznego państwa i kultury oraz, że mają one sens jedynie w odniesieniu do nich jako do pewnej ponadhistorycznej zasady, wobec której uzyskują racjonalność. Dlatego też anarchizm dąży przede wszystkim do obalenia stworzonych przez państwo form życia społecznego, do unieważnienia narzucanych przez nie wartości, antynomii i celów - dąży więc do zanegowania jego racjonalności. Z tych właśnie powodów, jak sądzi Bookchin, w krajach gdzie najbardziej zbliżono się do modernistycznego ideału społecznego, takich jak: Stany Zjednoczone, RFN czy Wielka Brytania i gdzie najłatwiej sporządzić bilans korzyści i strat z tego płynących, przesłanki dla tworzenia ruchów ożywianych neoanarchistycznym etosem są największe, a perspektywa zmiany najwyraźniejsza. Wszakże już w 1964 roku Che Guevara powiedział: "Zazdroszczę wam. Wy północni Amerykanie macie dużo szczęścia. Walczycie w najważniejszej ze wszystkich walk - żyjecie w sercu bestii". W tej sytuacji, dla mieszkańca postkomunistycznej części Europy nasuwa się nieodparcie pytanie: czy oznacza to, że etos ten nie może znaleźć gruntu w krajach takich jak nasz, gdzie kapitalistyczna utopia wciąż jeszcze jest mitem dość skutecznie zawężającym pojęcia wolności, autonomii, samorealizacji do mglistej wizji pełnych półek w luksusowych sklepach i nieograniczonych możliwości konsumowania wytwarzanych przez system ekonomiczny dóbr?
Wydaje się, że na obecnym etapie już raczej nie, tym bardziej, że próbom ustanawiania kapitali­zmu towarzyszy tu narastająca świadomość katastrofalnych skutków ekologicznych gospodarcze­go wzrostu, powiększających się rozwarstwień ekonomicznych oraz szybka kompromitacja par­lamentaryzmu i obłudnego narodowego solidaryzmu.

Przemysław Wielgosz

Anarchizm ery dobrobytu

Uwarunkowania i możliwości
Wszystkie rewolucje przeszłości były rewolucjami partykularnymi, w których jakaś mniejszość dążyła do narzucenia swych interesów reszcie społeczeństwa. Wielkie rewolucje burżuazyjne zaoferowały ideologię radykalnej zmiany systemu społecznego, a w rezultacie zaledwie uprawo­mocniły społeczną dominację burżuazji nadając formalny, polityczny wyraz ekonomicznemu panowaniu kapitału. Wzniosłe pojęcia "narodu", "wolnego obywatela", równości wobec prawa ukrywały przyziemną rzeczywistość scentralizowanego państwa, zatomizowanego społeczeństwa odizolowanych jednostek, dominacji interesów burżuazji. Mimo radykalnych haseł partykularne rewolucje zastępowały jedynie panowanie jednej klasy panowaniem innej, jeden system wyzysku innym, jeden system pracy najemnej innym i jeden system psychologicznej represji innym.
Nasz wiek ma wyjątkowy charakter, po raz pierwszy pojawiła się szansa na rewolucję po­wszechną - całkowitą i totalną. Społeczeństwo burżuazyjne jedno osiągnęło na pewno - zrewolu­cjonizowało środki produkcji na skalę niespotykaną dotąd w historii.
Rewolucja technologiczna znajdująca kulminację w automatyzacji wykreowała obiektywną, ilo­ściową podstawę dla świata bez władzy klasowej, wyzysku i materialnych pragnień. Istniejące obecnie środki umożliwiają rozwój człowieka pełnego, totalnego, wyzwolonego z poczucia winy i naleciałości autorytarnych sposobów wychowania, oddanego pragnieniom i zmysłowej percepcji bogactwa rzeczywistości. Przyszłe doświadczenie człowieka możemy sobie wyobrazić pod posta­cią spójnego procesu, w którym dualizmy myśli i działania, umysłu i zmysłowości, dyscypliny i spontaniczności, człowieka i natury, miasta i wsi, edukacji i życia, pracy i zabawy, zostaną prze­zwyciężone, zharmonizowane i organicznie zjednoczone w jakościowo nowym królestwie wolno­ści.
Ta wolność musi być rozumiana w kategoriach ludzkich, a nie zwierzęcych - w kategoriach życia nie przetrwania. Ludzie nie zrzucą więzów zniewolenia, nie staną się w pełni sobą, uwalnia­jąc się jedynie spod społecznej dominacji i uzyskując wolność w formie abstrakcyjnej. Muszą być wolni konkretnie: wolni od materialnych pragnień, od codziennej pracy najemnej i od brzmienia poświęcania większości swego czasu, w rzeczywistości większości większej części swego życia na walkę o byt. Dostrzeżenie materialnych uwarunkowań wolności, podkreślenie, że wolność zakłada posiadanie wolnego czasu, a także materialny dostatek, który sprawia, iż wolny czas przestaje być traktowany jako swego rodzaju przywilej - wszystko to stanowi wkład Karola Marksa do nowo­czesnej teorii rewolucyjnej.
Zewnętrznych warunków wolności nie można jednak pomylić z jej warunkami wewnętrznymi. Możliwość wyzwolenia nie tworzy rzeczywistości wyzwolenia. Obok aspektów pozytywnych, zaawansowanie technologiczne ma też wyraźnie negatywne i społecznie wsteczne konsekwencje. O ile prawdą jest, że postęp technologiczny zwiększa historyczną możliwość zdobycia wolności, o tyle prawdą jest też, że burżuazyjna kontrola technologii wzmacnia istniejącą organizację społe­czeństwa i życia codziennego. Technologia i dobrobyt wyposażają kapitalizm w środki pozwalają­ce na wchłonięcie dużych części społeczeństwa przez istniejący system hierarchii i władzy. Zaopa­trują system w broń oraz środki kontroli i propagandy, które służą równie dobrze szantażowi jak i rzeczywistości masowych represji. Będąc ze swej natury centralistyczne, źródła dobrobytu umac­niają monopolistyczne, centralistyczne i biurokratyczne tendencje aparatu politycznego. Krótko mówiąc, wyposażają one państwo w nie mające historycznego precedensu środki manipulacji i mobilizacji całego środowiska człowieka, utrwalając hierarchię, wyzysk i zniewolenie.
Trzeba jednak zauważyć, że ta manipulacja i mobilizacja środowiska ma charakter niezwykle problematyczny, obciążony narastającym kryzysem. Próby społeczeństwa burżuazyjnego, zmierzające w kierunku kontroli oraz eksploatacji środowiska naturalnego i społecznego, nie tylko nie prowadzą do ustabilizowania rzeczywistości, ale mają konsekwencje wręcz niszczycielskie. Powstały całe księgi o zanieczyszczeniu atmosfery i wód, o zniszczeniu lasów i gleby, o toksycznych substancjach w produktach żywnościowych, ale bardziej niebezpieczne jest zniszczenie biologicznego otoczenia niezbędnego dla skomplikowanego organizmu, jakim jest człowiek. Nagromadzenie odpadów radioaktywnych w żywych istotach stanowi zagrożenie dla zdrowia i kontynuacji genetycznej niemal wszystkich gatunków. Światowe zanieczyszczenie pestycydami, które hamuje produkcję tlenu przez plankton, czy niemal zabójczy poziom ołowiu produkcję tlenu przez plankton, czy niemal zabójczy poziom ołowiu pochodzącego ze spalin samochodowych są przykładami trwałych zagrożeń dla biologicznej integralności wszystkich zaawansowanych form życia.
Nie mniej alarmujące znaczenie ma fakt, że musimy drastycznie zrewidować tradycyjne mnie­manie o źródłach zanieczyszczenia środowiska. Parę dziesiątków lat wstecz absurdem byłoby twierdzenie, że dwutlenek węgla i ciepło są źródłami degradacji środowiska. A jednak oba są zaliczane obecnie do najpoważniejszych źródeł zaburzenia równowagi ekologicznej i stanowią zagrożenie dla istnienia życia na Ziemi. W wyniku masowego wykorzystania spalania w proce­sach przemysłowych i komunalnych ilość dwutlenku węgla w atmosferze zwiększyła się o ponad 25% w ciągu ostatnich stu lat i może się podwoić do końca tego wieku. Przypuszcza się, że słynny "efekt cieplarniany", szeroko obecnie dyskutowany w mediach, jest rezultatem zwiększenia ilości CO2 w atmosferze. Przypuszcza się, że warstwa dwutlenku węgla w atmosferze hamuje oddawa­nie ciepła w kosmos, co spowoduje najpierw podwyższenie średnich temperatur na Ziemi, a następnie roztopienie czap lodowych i zalanie ogromnych, nisko położonych obszarów przy­brzeżnych. Zanieczyszczenie cieplne jest natomiast rezultatem emisji do środowiska ciepłej wody z elektrowni nuklearnych i konwencjonalnych. Wywiera to katastrofalny wpływ na ekologię jezior i rzek. Wzrost temperatury wody nie tylko szkodzi fizjologicznej i rozrodczej aktywności ryb, ale sprzyja także rozkwitowi alg, które stają się poważnym problemem dla dróg wodnych.
Burżuazyjna eksploatacja i manipulacja rozpatrywane w kategoriach ekologicznych podważają możliwość przetrwania na Ziemi zaawansowanych form życia. Kryzys ten potęgowany jest przez masowe narastanie zanieczyszczenia powietrza i wody, rosnące w ogromnym tempie nagroma­dzenie nierozkładalnych odpadów ołowiu, pestycydów, przez rozrastanie się miast w ogromne zurbanizowane pasy, przez rosnący stres (efekt przeludnienia, hałasu i tłoku), przez beztroską eksploatację Ziemi w górnictwie, przy wyrębie lasów i przy spekulacji nieruchomościami. W rezultacie, w ciągu zaledwie paru dziesięcioleci Ziemia została splądrowana na skalę, która nie ma precedensu w całej historii rodzaju ludzkiego.
W kategoriach społecznych, burżuazyjna eksploatacja i manipulacja doprowadziły życie co­dzienne do krytycznego punktu bariery percepcji i znudzenia. W miarę jak społeczeństwo prze­kształca się coraz bardziej w fabrykę i rynek, sens życia coraz bardziej redukuje się do produkcji dla samej produkcji i konsumpcji dla samej konsumpcji.

Dialektyka zbawienia
Czy istnieje dialektyka, która może poprowadzić rozwój społeczny w kierunku społeczeństwa anarchistycznego, w którym ludzie zdobędą pełną kontrolę nad swoim życiem codziennym? A może wraz z kapitalizmem doszło do atomizacji społeczeństwa, która utrwalana przy pomocy zaawansowanej technologii uniemożliwia już wszelką zmianę?
Powinniśmy uczyć się na ograniczeniach marksizmu, który - rzecz zrozumiała w okresie niedo­boru - umiejscowił społeczną dialektykę i sprzeczności kapitalizmu w sferze ekonomicznej. Marks, jak to było już wspomniane wcześniej, analizował zewnętrzne, a nie wewnętrzne warunki wolno­ści. Marksistowska krytyka tkwi korzeniami w przeszłości, w erze niezaspokojonych materialnych pragnień i relatywnie ograniczonego rozwoju technologicznego. Jego teoria alienacji odnosi się również przede wszystkim do sfery pracy i oddzielenia człowieka od produktu jego pracy. Dzisiaj jednak kapitalizm jest pasożytem, który żeruje na przyszłości i wampirem, który żyje dzięki technologii i w oparciu o zasoby wolności. Kapitalizm przemysłowy czasów Marksa zorganizowa­ny był wokół systemu materialnego niedoboru. Przed wiekiem niedobór trzeba było przetrwać, obecnie niedobór jest narzucany - oto rola państwa w naszych czasach. Nie jest tak, że współcze­sny kapitalizm rozwiązał sprzeczności i anulował społeczną dialektykę. Społeczna dialektyka i sprzeczności kapitalizmu przesunęły się ze sfery ekonomicznej do sfery hierarchii społecznej, z abstrakcyjnej dziedziny "historii" do rzeczywistości codziennego doświadczenia, z areny prze­trwania na arenę życia.
Dialektyka biurokratycznego kapitalizmu państwowego rodzi się ze sprzeczności między represyjnym charakterem społeczeństwa towarowego, a niezwykłym potencjałem wolności, jaki oferuje postęp technologiczny. Jest to także sprzeczność między opartym na wyzysku społeczeń­stwie, a naturą - nie chodzi tu tylko o środowisko naturalne, ale także o ludzką "naturę" - impulsy pochodzące z Erosa. Sprzeczność między opartym na eksploatacji ładem społecznym, a natural­nym środowiskiem jest nie do przezwyciężenia: atmosfera, woda, gleba i ekologia niezbędna dla przetrwania człowieka nie podlegają logice przemian, koncesji, zmian strategii politycznej. Nie istnieje technologia, która umożliwiałaby wytworzenie tlenu w ilości pozwalającej utrzymać życie na Ziemi. Nie ma techniki, która umożliwiałaby oczyszczenie środowiska z masowego, przemy­słowego zanieczyszczenia izotopami radioaktywnymi, pestycydami, ołowiem. Nie istnieje też najmniejsze świadectwo, że społeczeństwo burżuazyjne wstrzyma, w dającej się przewidzieć przyszłości, niszczenie życiowych, ekologicznych procesów poprzez eksploatację naturalnych zasobów, przekształcenie atmosfery i wód w śmietnisko i rakopodobny sposób urbanizacji i użytkowania Ziemi.
Jeszcze bardziej gwałtowny charakter ma sprzeczność między opartym na eksploatacji ładem społecznym, a impulsami pochodzącymi z Erosa - sprzeczność, która manifestuje swą obecność w banalizacji i wyjaławianiu ludzkich przeżyć w biurokratycznie manipulowanym i bezosobowym społeczeństwie masowym. Impulsy pochodzące z Erosa mogą być tłumione i sublimowane, ale nie mogą być nigdy zupełnie wyeliminowane. Odnawiają się z każdymi narodzinami człowieka, z każdą generacją młodzieży. Nic więc dziwnego, że to właśnie młodzi, a nie jakaś klasa czy war­stwa ekonomiczna wyrażają dziś życiowe impulsy ludzkiej natury, jej pragnienia i wrażliwość. A więc biologiczna matryca, z której wieki temu wyłoniło się społeczeństwo hierarchiczne, pojawia się ponownie, na nowym poziomie, przepojona zjawiskami społecznymi, w erze, która zapowiada koniec hierarchii. Wobec niemożliwości manipulacji zarodkową formą człowieka, wspomniane życiowe impulsy mogą być wyeliminowane tylko wraz z eliminacją samego człowieka.
Sprzeczności w ramach biurokratycznego kapitalizmu państwowego przenikają wszelkie hierarchiczne struktury, które burżuazyjne społeczeństwo rozwinęło aż do potworności. Struktury hierarchiczne, które przez wieki podtrzymywały istnienie społeczeństwa posiadania i napędzały jego rozwój - państwa, miasta, scentralizowana gospodarka, biurokracja, patriarchalna rodzina i rynek - osiągnęły swój historyczny kres po spełnieniu funkcji środków stabilizacji. Nie chodzi w tym miejscu o to, czy były one kiedykolwiek "postępowe" w marksistowskim sensie. Jak zauważył Raoul Vaneigem: "nie wystarczy powiedzieć, że hierarchiczny system zachował ludzkość w przeciągu tysięcy lat, tak jak alkohol konserwuje płód, zatrzymując wszelki rozkład jak i rozwój". Dzisiaj obalenie hierarchicznych struktur jest celem wszystkich rewolucyjnych sił i bez względu na to, czy ktoś dostrzega konsekwencje ich istnienia pod postacią nuklearnej czy ekologicznej kata­strofy, stanowią one zagrożenie dla przetrwania ludzkości.
Wraz z przekształceniem się hierarchicznych struktur, zagrożenie dla ludzkości, społeczna dialektyka daleka od anulowania, nabiera nowych wymiarów. Występuje z "kwestią społeczną". Jeśli niegdyś człowiek musiał zapewniać sobie warunki biologicznego przetrwania, żeby żyć (jak zauważył Marks), to obecnie musi zacząć naprawdę żyć, jeśli chce biologicznie przetrwać. Wobec odwrócenia relacji między przetrwaniem i życiem rewolucja nabiera szczególnie pilnego charakte­ru. Nie stoimy już w obliczu słynnego marksistowskiego dylematu - socjalizm albo barbarzyństwo; dzisiaj stajemy przed bardziej drastyczną alternatywą: anarchizm albo unicestwienie. Problemy związane z przetrwaniem są tożsame z problemami wolności i życia. Nie wymagają one żadnej teoretycznej mediacji, stadiów "przejściowych", scentralizowanej organizacji dla wypełnienia szczeliny między istniejącym a możliwym. To co jest możliwe, w rzeczywistości jako jedyne ma szansę na przetrwanie. Stąd problem "przejścia", który zajmował marksistów przez niemal cały wiek, został wyeliminowany nie tylko przez zaawansowaną technologię ale także przez społeczną dialektykę jako taką. Problemy społecznej odbudowy zostały faktycznie zredukowane do prak­tycznych zadań, które mogą być zrealizowane spontanicznie przez samo wyzwalające działanie społeczeństwa.
Rewolucja jest nie tylko potrzebna, ale stanowi również nowy rodzaj obietnicy. W hippisowskiej plemienności, alternatywnym stylu życia, swobodnej seksualności milionów młodzieży, w sponta­nicznych grupach anarchistycznych znajdujemy afirmację, która następuje po aktach negacji. Wraz z odwróceniem "kwestii społecznej", następuje odwrócenie dialektyki społecznej, "tak" wyłania się automatycznie i jednocześnie z "nie".
Rozwiązania znajdują punkt wyjścia w problemach. Kiedy państwo, miasto, biurokracja, scen­tralizowana gospodarka, patriarchalna rodzina, rynek osiągnęły historyczny kres swego rozwoju, nie chodzi o zmianę formy, ale o absolutną negację wszystkich hierarchicznych form jako takich.
Taką absolutną negacją państwa jest anarchizm - sytuacja, w której człowiek wyzwala nie tylko "historię", ale wszystkie bezpośrednie warunki swego życia codziennego. Absolutną negacją miasta jest wspólnota - zdecentralizowanie życia społecznego. Integralna negacja biurokracji jest pilna, ponieważ wynika z relacji pośrednich. Alternatywa to sytuacja, w której reprezentacja zostaje zastąpiona przez bezpośrednie relacje zachodzące na generalnym zgromadzeniu wolnych jednostek. Absolutną negacją scentralizowanej gospodarki jest regionalna eko-technologia, w której środki produkcji dostosowane są do zasobów ekosystemu. Absolutną negacją patriarchalnej rodziny jest wyzwolona seksualność - w której wszystkie formy regulacji seksualnej są przekra­czane przez spontaniczną, nieskrępowaną ekspresję erotyzmu między równymi sobie. Absolutną negacją rynku jest komunizm, w którym kolektywny dostatek oraz kooperacja przekształcają pracę w zabawę i sprawiają, że już niematerialna potrzeba lecz wewnętrzne pragnienie jest motorem działania.

Spontaniczność i utopia
To nie przypadek, że w tym punkcie historii, w którym hierarchiczna władza i manipulacja osiągnęły najbardziej przerażające rozmiary, jednocześnie kwestionowane są same koncepcje hierarchii, władzy i manipulacji. Wypływa to z ponownego odkrycia spontaniczności - odkrycia zainicjowanego przez koncepcję samodoskonalenia, ekologii, nowego zrozumienia rewolucyjnego procesu zachodzącego w społeczeństwie.
Ekologia pozwoliła dostrzec, że równowaga w naturze osiągana jest w wyniku organicznego zróżnicowania i złożoności, a nie w wyniku jednorodności i symplifikacji. Na przykład: im bar­dziej flora i fauna ekosystemu są zróżnicowane, tym bardziej stabilny charakter ma populacja potencjalnego szkodnika. Im bardziej zmniejsza się zróżnicowanie środowiska, tym większe są wahania w wielkości populacji ewentualnego szkodnika i mogą one wydostać się spod naturalnej kontroli. Pozostawiony sam sobie, ekosystem dąży spontanicznie do ograniczonego zróżnicowa­nia, większej różnorodności fauny i flory, zróżnicowania w liczbie ofiar i drapieżców. Nie znaczy to, że musimy zaprzestać jakiegokolwiek oddziaływania na przyrodę. Konieczność wydajnego rolnictwa - określonej formy oddziaływania na środowisko naturalne, musi zawsze pozostawać na pierwszym planie ekologicznego podejścia do uprawy roślin i administracji lasami. Nie mniej ważny jest fakt, że człowiek często wywołuje zmiany w ekosystemie, które mogą w znacznym stopniu polepszyć jego ekologiczną jakość, ale te wysiłki wymagają wnikliwości i zrozumienia, a nie działania brutalnej siły i manipulacji.
Ta koncepcja zarządzania, nowe zrozumienie spontaniczności ma daleko idące technologiczne i społeczne zastosowania. Określa miejsce i kształt człowieka w wolnym społeczeństwie. Stanowi wyzwanie dla kapitalistycznego ideału rolnictwa jako fabryki zorganizowanej wokół ogromnych, centralnie kontrolowanych holdingów, wysoce wyspecjalizowanych form monokultury, redukcji ziemi do przestrzeni fabrycznej, substytucji procesów organicznych procesami chemicznymi, wykorzystania pracy brygadowej itd. Jeżeli uprawa ziemi ma być sposobem kooperacji a nie konkurencji z naturą, rolnicy muszą być dobrze zaznajomieni z ekologią ziemi, muszą być wrażli­wi na jej potrzeby i możliwości. Pociąga to za sobą redukcję rolnictwa do jednostek o ludzkiej skali i zastosowanie różnorodnych form uprawy ziemi, a więc rolnictwo ekologiczne i zdecentralizowa­ne.
Ten sam sposób rozumowania znajduje zastosowanie w przypadku kontroli zanieczyszczeń. Za zanieczyszczenie atmosfery odpowiedzialne są gigantyczne kompleksy fabryczne stosujące poje­dyncze lub najwyżej podwójne źródła energii. Zanieczyszczenie przemysłowe może być znacznie ograniczone jedynie przez rozwój mniejszych jednostek przemysłowych, zróżnicowania źródeł energii i szerokie wykorzystanie czystych form energii (energii słonecznej, energii wiatru i wody). Środki dla tej radykalnej zmiany są obecnie w zasięgu ręki. Technologowie opracowali zminiatu­ryzowane substytuty operacji przemysłowych dużej skali - małe wieloczynnościowe maszyny i wyrafinowane metody przetwarzania energii słońca, wiatru i wody w energię możliwą do wyko­rzystania w przemyśle i urządzeniach komunalnych. Substytuty te są często dużo bardziej wydaj­ne niż istniejące obecnie urządzenia dużej skali.
Wnioski dla społeczności wynikające z ekologicznego rolnictwa i przemysłu małej skali są oczywiste - jeśli ludzkość ma wykorzystać zasady niezbędne przy obchodzeniu się z ekosystemem, podstawowa jednostka społeczna musi również stać się ekosystemem: zróżnicowaną, różnorodną, zrównoważoną i zharmonizowaną ekospołecznością. Taka koncepcja społeczności nie jest wyłącz­nie rezultatem konieczności zapewnienia trwałej równowagi między człowiekiem a jego natural­nym środowiskiem. Współgra ona również z utopijnym ideałem człowieka pełnego, jednostki, której uczucia, skala doświadczeń, styl życia wynikają z szerokiego zakresu bodźców, różnorodnej aktywności i takiej skali życia społecznego, która zawsze jest możliwa do ogarnięcia przez czło­wieka. A więc środki i warunki przetrwania stają się środkami i warunkami życia, potrzeba staje się pragnieniem, a pragnienie potrzebą. Został osiągnięty punkt, w którym największe społeczne przekształcenia są źródłem najwyższej formy integracji, łącząc najpilniejsze potrzeby ekologiczne z najwyższymi utopijnymi ideałami.
Jeżeli prawdą jest, jak zauważył Guy Debord, że "życie codzienne jest miarą wszystkiego: spełnienia albo raczej niespełnienia relacji społecznych, użytku, jaki robimy z naszego czasu", powstaje pytanie: kto to są ci "my", których życie ma być spełnione? I w jaki sposób wyłania się osobowość zdolna przekształcić czas w życie, przestrzeń w społeczność i relacje międzyludzkie w cud?
Wyzwolenie osobowości pociąga za sobą, przede wszystkim, proces społeczny. W społeczeń­stwie, które okaleczyło osobowość, sprowadzając ją do kategorii towaru, przedmiotu wytwarzane­go aby nim handlować - osobowość spełnienia nie może zaistnieć. Mogą tylko istnieć zaczątki osobowości w postaci "ja" pragnącego spełnienia - "ja", które jest w dużej mierze definiowane przez przeszkody, które musi przezwyciężyć, aby się samorealizować. W społeczeństwie, którego brzuch rozdęty jest do granic możliwości rewolucją, którego stanem chronicznym są niekończące się bóle porodowe, którego kondycją jest gwałtownie narastający kryzys, tylko jedna myśl i jedno działanie jest słuszne - przyjęcie na świat nowego życia. Każde środowisko, prywatne czy społecz­ne, które nie stawia tego faktu w centrum doświadczenia człowieka, jest oszustwem i zmniejsza to, co jeszcze pozostało z naszej osobowości po pochłonięciu codziennej dawki trucizny życia w społeczeństwie burżuazyjnym.
Jest jasne, że celem rewolucji musi być wyzwolenie codzienności. Każda rewolucja, która w tym względzie ponosi klęskę, jest kontrrewolucją. Bo przecież to my przede wszystkim musimy być wyzwoleni, nasze życie, wszystkie jego chwile, godziny, dni, a nie ogólniki w rodzaju "historii" i "państwa". Osobowość musi być zawsze postrzegalna w procesie rewolucyjnym, nie może być w nim zagubiona. W "rewolucyjnym" słowniku nie ma słowa bardziej złowrogiego niż "masy". Rewolucyjne wyzwolenie musi być wyzwoleniem osobowości, która osiąga społeczne wymiary, a nie wyzwoleniem "mas" czy "wyzwoleniem klasowym", za którymi kryje się władza elity, hierar­chii i państwa. Jeżeli rewolucja poniesie klęskę w wytworzeniu nowego społeczeństwa, jeżeli w wyniku aktywności i mobilizacji rewolucjonistów w procesie rewolucyjnym nie zostanie wykuta nowa osobowość, rewolucja jeszcze raz okpi tych, których życie ma być przeżyte i pozostawi codzienność nietkniętą. Z rewolucji musi się wyłonić osobowość, która zawładnie całkowicie codziennością, a nie codzienność, która zawładnie całkowicie osobowością. Najbardziej zaawan­sowaną formą świadomości klasowej jest samoświadomość - koncentracja na życiu codziennym, wielkiej wyzwalającej powszechności.
Z tego powodu ruch rewolucyjny jest głęboko zainteresowany stylem życia. Musi próbować przeżyć rewolucję w całej jej totalności, nie tylko w niej uczestniczyć. Musi być głęboko zaintere­sowany sposobem życia rewolucjonisty, jego relacjami z otoczeniem i stopniem jego samo eman­cypacji. Dążąc do zmiany społeczeństwa, rewolucjonista nie może uniknąć zmian w sobie, które wymagają wywalczenia jego własnego istnienia. Podobnie ruch, w którym uczestniczy rewolucjo­nista, musi próbować, przynajmniej w stopniu możliwym obecnie, wyrazić w działaniu ideę społeczeństwa, które próbuje osiągnąć.
Po zdradach i klęskach zeszłej połowy wieku stało się jasne, że nie można oddzielać procesu rewolucji od rewolucyjnego celu. Społeczeństwo, którego celem jest samorządność może powstać tylko w wyniku aktywności samego społeczeństwa. Zakłada to sposób organizacji zarządzania oparty na bezpośrednim uczestnictwie każdej zainteresowanej jednostki. Władza człowieka nad człowiekiem może być zniszczona tylko w takim procesie, w którym człowiek zdobywa władzę nad swym życiem, w którym nie tylko "odkrywa" siebie, ale przede wszystkim kreuje swoją osobowość we wszystkich wymiarach społecznych.
Wolne społeczeństwo może być osiągnięte tylko w wyniku wolnościowej rewolucji. Wolność nie może być "dostarczona" jednostce jako "produkt końcowy rewolucji". Zgromadzenie i wspól­nota nie mogą powstać drogą legalizacji lub zadekretowania. Grupy rewolucyjne mogą świadomie i zdecydowanie propagować formy wolnego społeczeństwa, ale jeżeli samorząd i wspólnota nie powstaną w sposób naturalny, jeżeli ich powstanie nie zostanie poprzedzone procesem dojrzewa­nia samodzielności, samorealizacji i demistyfikacji, pozostaną jedynie pustą formą pozbawioną treści, podobnie jak rady w post-rewolucyjnej Rosji. Samorząd i wspólnota muszą powstać w toku rewolucji. W rzeczywistości to proces rewolucji unicestwiając władzę, własność, hierarchię i eksploatację, musi stworzyć samorząd i wspólnotę.
Rewolucja jako efekt samodzielnej aktywności nie jest czymś wyjątkowym w naszych czasach. Samodzielna aktywność jest fundamentalnym rysem wszystkich wielkich rewolucji współczesnej historii. Cechowała ona "journes" sankiulotów w 1792 i 1793 roku, słynne "5 dni" lutego 1917 roku w Piotrogrodzie, powstanie proletariatu w Barcelonie w 1936 roku, wczesne dni Rewolucji Węgier­skiej z 1956 roku, wydarzenia czerwcowe z Paryża 1968 roku. Niemal każde rewolucyjne powsta­nie w historii naszych czasów zainicjowane było spontanicznie samodzielnym działaniem "mas" - często stojącym w sprzeczności z oporem organizacji rewolucyjnych prowadzących niezdecydo­waną politykę. Każda z tych rewolucji naznaczona była wyjątkową indywidualizacją, radością, solidarnością, które przekształciły życie codzienne w festiwal. Ten surrealny wymiar procesu rewolucyjnego, eksplozja głęboko ukrytych sił libidinalnych, rechocze zdrowo na kartach historii jak twarz satyra migocąca w wodzie. Nie bez powodu bolszewiccy komisarze rozbili butelki z winem w Pałacu Zimowym w nocy 7 listopada 1917 roku.
Purytanizm i etyka pracy tradycyjnej lewicy wyrastają z jednej z najbardziej potężnych sił przeciwstawiających się obecnie rewolucji - zdolności burżuazyjnego środowiska do infiltracji środowisk rewolucyjnych. Źródło tej siły tkwi w towarowej naturze człowieka kapitalizmu, jako­ści, która jest niemal automatycznie przenoszona do zorganizowanych grup, i którą z kolei te grupy wzmacniają wśród swoich członków. Jak podkreślał późny Józef Weber, wszystkie zorgani­zowane grupy "mają tendencję do autonomizacji tzn. do alienacji wobec ich pierwotnego celu i do zakończenia żywota w rękach tych, którzy nimi zarządzają". Zjawisko to dotyczy zarówno organi­zacji rewolucyjnych, jak i państwowych i półpaństwowych, oficjalnych partii i związków zawo­dowych.
Problem alienacji nie może być nigdy rozwiązany do końca poza procesem rewolucyjnym. Jednak świadomość jej istnienia i spontaniczne radykalne przekształcenia grupy rewolucyjnej mogą w znacznym stopniu zapobiec alienacji. W tym celu grupa rewolucyjna musi zdać sobie sprawę, że jest katalizatorem, a nie "awangardą" procesu rewolucyjnego. Grupa rewolucyjna musi wyraźnie zdawać sobie sprawę z tego, że jej celem nie jest przejęcie władzy, ale jej zniszczenie. Musi zrozumieć, że cały problem władzy, odgórnej i oddolnej kontroli, może być rozwiązany tylko wtedy, gdy nie istnieje, ani dół ani góra.
Grupa rewolucyjna musi się przede wszystkim uwolnić od wszelkich form władzy - statutów, hierarchii, własności, właściwych opinii, fetyszów, oficjalnej etykiety - najbardziej subtelnych, a jednocześnie najbardziej oczywistych cech biurokratycznych i burżuazyjnych, które świadomie i nieświadomie wzmacniają autorytet i hierarchię. Grupa musi być otwarta na publiczną kontrolę nie tylko podejmowanych decyzji, ale i samego procesu ich formułowania. Niezbędne jest zrozu­mienie, że teoria grupy jest jej praktyką, a jej praktyka teorią. Grupa musi być wolna w swej co­dziennej egzystencji od wszelkich relacji towarowych. Powinna realizować zasady zdecentralizo­wanego społeczeństwa, do którego dąży - wspólnota, samorządność, spontaniczność. Grupa rewolucyjna, znakomitymi słowami Józefa Webera "winna cechować się prostotą i jasnością. W każdej chwili tysiące nieprzygotowanych ludzi może się do niej przyłączyć i nią kierować, a grupa zawsze pozostaje zrozumiała i kontrolowana przez wszystkich". Tylko wtedy, kiedy ruch rewolu­cyjny jest zgodny ze społecznością, którą zamierza osiągnąć, może uniknąć losu kolejnej elitarnej przeszkody rozwoju społecznego i tylko wtedy może rozpłynąć się w rewolucji, jak nici chirur­giczne w gojącej się ranie.

Perspektywa
Najważniejszym procesem, jaki ma obecnie miejsce w Ameryce, jest radykalna dezinstytucjonalizacja burżuazyjnej struktury społecznej. Potęguje się zasadniczy, daleko idący brak zaufania i głęboka nielojalność wobec warunków, form, aspiracji, a przede wszystkim instytucji istniejącego porządku. Na skalę niespotykaną w historii Ameryki miliony ludzi odrzucają społeczeństwo, w którym żyją. Nie ufają zapewnieniom, nie mają szacunku dla symboli, nie akceptują celu i, co najważniejsze, odmawiają całkiem intuicyjnie życia zgodnego z instytucjonalnymi i społecznymi wzorcami i schematami.
Ta rosnąca odmowa sięga bardzo głęboko. Rozciąga się od sprzeciwu wobec wojny do nienawi­ści do wszelkich form politycznej manipulacji. Począwszy od odrzucenia rasizmu kwestionuje istnienie hierarchicznej władzy jako takiej. W nienawiści do wartości i stylu życia klasy średniej ewoluuje w kierunku odrzucenia systemu towarowego; od gniewu wobec zanieczyszczenia śro­dowiska przechodzi do odrzucenia amerykańskiego miasta i współczesnej urbanizacji. Krótko mówiąc, dąży do przekroczenia każdej partykularnej krytyki społeczeństwa i na coraz większą skalę ewoluuje w kierunku powszechnej opozycji wobec burżuazyjnego porządku.
Pod tym względem czasy, w których żyjemy przypominają rewolucyjne Oświecenie, które przetoczyło się przez Francję w XVIII wieku, zmieniając zupełnie francuską świadomość i tworząc warunki dla Wielkiej Rewolucji 1789 roku. Wówczas również, na długo przedtem zanim zostały obalone przez masowe akcje rewolucyjne, stare instytucje były powoli rozkładane przez pojedyn­cze oddolne działania. Pojedyncze akcje kreują atmosferę powszechnego bezprawia, narastającego osobistego nieposłuszeństwa. Tworzy się więc pozornie "drobna", a w rzeczywistości o decydują­cym znaczeniu, tendencja do odrzucenia istniejącego systemu, okpienia restrykcji w każdej dzie­dzinie życia codziennego. W rezultacie społeczeństwo staje się niezdyscyplinowane, zbuntowane, dionizyjskie - kondycja, która ujawnia się najsilniej w rosnącej liczbie przestępstw w świetle pra­wa. Rozwija się wreszcie poważna krytyka systemu - rzeczywiste Oświecenie dwa wieki temu i radykalna krytyka naszych czasów - która nieubłaganie przyśpiesza żywiołowe procesy zachodzą­ce w obrębie jej bazy. Niech to będą gniewne gesty, "bunt" lub świadoma zmiana stylu życia - stale rośnie liczba ludzi w równym stopniu niezaangażowanych w ruch rewolucyjny, co odrzucających obecne społeczeństwo, którzy angażują się spontanicznie we własną, buntowniczą propagandę czynu.
Ten dezintegrujący proces społeczny zasilany z wielu źródeł rozwija się z całą zmiennością, ze wszystkimi sprzecznościami, które cechują każdy nurt rewolucyjny. W osiemnastowiecznej Fran­cji, radykalna ideologia oscylowała od sztywnego scjentyzmu do sentymentalnego romantyzmu. Wolnościowe idee obejmowały zarówno sprecyzowany, logiczny ideał samokontroli, jak i nieokre­śloną, niewyraźną, instynktowną normę spontaniczności. Rousseau nie zgadzał się z Holbachem, Diderot z Wolterem, jednak z naszej perspektywy okazuje się, że każdy z nich nie tylko transcendentował, ale i implikował drugiego w kumulatywnym rozwoju w kierunku rewolucji. Taki sam zmienny, czasem sprzeczny, kumulatywny rozwój zachodzi obecnie. W wielu przypadkach ma on niezwykle wyraźny, wspólny kierunek. Najważniejszego wyłomu w solidnych wartościach klasy średniej dokonał ruch beatników w latach 50-tych. Został on niezwykle poszerzony przez nielegal­ne działania pacyfistów, bojowników o prawa obywatelskie, odmawiających służby wojskowej i długowłosych. Co więcej, czysto odruchowe działanie rebelianckiej młodzieży amerykańskiej doprowadziło do powstania bezcennych form wolnościowej i utopijnej afirmacji - prawo do miło­ści bez ograniczeń, dążenie do wspólnoty, zdewaluowanie pieniędzy i własności, wiara w pomoc wzajemną, odnowiony szacunek dla spontaniczności. Rewolucjonistom łatwo jest krytykować pułapki orientacji na wartości prywatne i społeczne, ale faktem jest, że odegrało to rolę inicjującą o decydującym znaczeniu w ukształtowaniu obecnej atmosfery niezdyscyplinowania, spontaniczno­ści, radykalizmu i wolności.
Drugą paralelą do rewolucyjnego Oświecenia jest pojawienie się na scenie "tłumu", jako głów­nego motoru protestu społecznego. Typowe, zinstytucjonalizowane formy wyrażania publicznego niezadowolenia - wybory, demonstracje, wiece - ustępują obecnie miejsca akcji bezpośredniej tłumów. Ten zwrot od przewidywalnych, wysoce zorganizowanych protestów w zinstytucjonali­zowanych ramach istniejącego do sporadycznych, spontanicznych, niemal powstańczych ataków z zewnątrz, odzwierciedla głęboką zmianę jaka zaszła w psychologii społecznej. Chociaż w sposób niepełny i intuicyjny, "buntownik" zaczął przełamywać głęboko utrwalone normy zachowania, które tradycyjnie spajały "masy" z istniejącym porządkiem. "Buntownik" aktywnie odrzuca zinternalizowane struktury autorytetu i długo kultywowany zespół odruchów warunkowych i wzorów posłuszeństwa opartych na poczuciu winy, które przywiązują człowieka do systemu nawet bardziej efektywnie niż jakikolwiek strach przed brutalnością policji czy sądowym odwe­tem. W przeciwieństwie do poglądów psychologów społecznych, którzy dostrzegają w formie akcji bezpośredniej podporządkowanie jednostki terroryzującej kolektywności bytu zwanego "motłochem", prawda jest taka, że "bunty" (zadymy) i akcje uliczne reprezentują pierwsze, nie­świadome, ślepe odruchy w kierunku indywidualizacji. Masy chcą być odmasowione w tym sensie, że występują przeciwko rzeczywiście umasawiającym, automatycznym reakcjom wywoły­wanym przez burżuazyjną rodzinę, szkołę, i mass media. Jednocześnie akcje masowe odkrywają na nowo ulicę i stanowią próbę jej wyzwolenia. Ostatecznie to na ulicy, dla ulicy władza musi być zniszczona. To właśnie ulica, na której władza jest konfrontowana i zwalczana, na której eroduje i cierpi nasze życie, musi być z powrotem domeną radości, twórczości, napędem życia codziennego. Buntowniczy tłum oznaczał więc nie tylko początek spontanicznych przekształceń rewolucji prywatnej w społeczną, w imię problemów życia codziennego.
Zauważmy wreszcie, że podobnie jak w Oświeceniu, dostrzegamy wyłonienie się olbrzymiej i stale rosnącej warstwy tzw. zdeklasowanych - masy zubożałych jednostek reprezentujących cały przekrój społeczeństwa. Chronicznie zadłużone i społecznie nieokreślone klasy średnie naszych czasów mogą być w pewnym stopniu zestawione z chronicznie niewypłacalną i lekkomyślną arystokracją przedrewolucyjnej Francji. Pojawia się także, zarówno wtedy jak i dzisiaj, duża grupa ludzi wykształconych żyjących bez zajęcia, bez ustalonych karier i ustalonych korzeni społecz­nych. Na dnie obu tych struktur znajdujemy dużą liczbę chronicznie biednych - wagabundów (włóczęgów), pracujących dorywczo, bezrobotnych, groźnych, stojących poza prawem sankiulotów - którzy wegetują dzięki pomocy publicznej i śmieciom wyrzucanym przez społeczeństwo: nędzarze paryskich slumsów, czarni amerykańskich gett.
Ale na tym wszelkie paralele się kończą. Oświecenie francuskie należy do okresu rewolucyjne­go przejścia od feudalizmu do kapitalizmu - społeczeństw opartych na ekonomicznym niedoborze, władzy klasowej, eksploatacji, społecznej hierarchii i władzy państwowej. Powszechny, codzienny opór XVIII wieku znalazł kulminację w otwartej rewolucji, która wkrótce została zdyscyplinowana przez nowo wyłaniający się porządek, jak również przez zwyczajną przemoc. Ogromna masa zdeklasowanych i sankiulotów została w przeważającej części pochłonięta przez system fabryczny i poskromiona przez dyscyplinę przemysłową. Wykorzenieni intelektualiści i pozbawiona zobo­wiązań szlachta znalazły bezpieczne miejsce w gospodarczej, politycznej, społecznej i kulturalnej hierarchii nowego burżuazyjnego porządku. Po okresie społecznie i kulturalnie płynnej sytuacji nacechowanej ogólnikowością struktury i relacji, społeczeństwo okrzepło tworząc sztywne, party­kularne formy klasowe i instytucjonalne - klasyczna era wiktoriańska wystąpiła nie tylko w Anglii, ale także, do pewnego stopnia, w całej Zachodniej Europie i Ameryce. Krytyka zjednoczyła się w apologetyce, rewolta zmieniła się w reformę, zdeklasowani w wyraźnie zdefiniowane klasy, a "tłum" w polityczną bazę społeczną. "Bunty" stały się grzecznymi procesjami, które nazywamy "demonstracjami", a spontaniczne akcje bezpośrednie przekształciły się w wyborcze rytuały.
Nasza epoka jest także epoką przejściową, ale istnieje wyraźna głęboka różnica. W ostatnim wielkim powstaniu sankiuloci Rewolucji Francuskiej powstali z płomiennym okrzykiem: "Chleba i Konstytucji z '93 roku". Czarni sankiuloci amerykańskich gett powstali pod hasłem: "Czarne jest piękne". Między tymi dwoma hasłami leży rozwój o bezprecedensowym znaczeniu.
Zdeklasowani XVIII wieku byli rezultatem powolnego przejścia od ery agrarnej do przemysło­wej - byli tworem przerwy w historycznych przeobrażeniach prowadzących od jednego systemu pracy najemnej do następnego. Żądanie chleba można było usłyszeć w każdym momencie ewolucji społeczeństwa posiadania. Nowi zdeklasowani XX wieku są produktem bankructwa wszelkich form społecznych opartych na pracy najemnej. Są produktem końcowym procesu rozwoju społe­czeństwa posiadania i problemów społecznych materialnego przetrwania. W erze, w której techno­logiczne zaawansowanie i cybernetyzacja zakwestionowały eksploatację człowieka przez człowie­ka, pracę najemną, materialne pragnienia w jakiejkolwiek formie, okrzyk "Czarne jest piękne" albo "Make love not war" oznacza transformację tradycyjnego żądania przetrwania w historycznie nowe - żądanie życia. Podstawę każdego konfliktu społecznego w Ameryce stanowi obecnie żądanie realizacji całego potencjału ludzkich możliwości w całkowicie zharmonizowanym, zrów­noważonym, pełnym sposobie życia. Krótko mówiąc: możliwość rewolucji w Ameryce tkwi w możliwościach samego człowieka.
Jesteśmy świadkami załamania się ponad 150-letniej burżuazyzacji i zniszczenia wszystkich instytucji burżuazyjnych, momentu w historii, w którym najśmielsze idee utopijne są możliwe do zrealizowania. I nie istnieje nic, co obecny burżuazyjny porządek może zaoferować w miejsce swoich zniszczonych instytucji oprócz manipulacji i kapitalizmu państwowego. Ujawnia się to w sposób najbardziej dramatyczny w USA. W okresie krótszym niż dwie dekady byliśmy świadkami załamania się "Amerykańskiego Snu", albo, co oznacza to samo, upadku mitu mówiącego, że materialny dobrobyt oparty na relacjach towarowych między ludźmi może ukryć wrodzoną, nieodłączną nędzę burżuazyjnego życia. Czy proces ten znajdzie kulminację w rewolucji czy nie, będzie zależało w dużej mierze od zdolności rewolucjonistów do rozpowszechnienia świadomości społecznej i obrony spontaniczności rozwoju rewolucyjnego przed, zarówno prawicową, jak i "lewicową" ideologią autorytarną.

Tłumaczył Maciej Gachewicz

1 Maja w Stambule

Ruch anarchistyczny

 Turcja1 Maja w Stambule. Co najmniej 140 osób zatrzymanych podczas starć demonstrantów z policją, blokującą wejście na stambulski plac Taksim. To pierwsze, poważne starcia wokół placu od czasu uchwalenia nowych przepisów, ograniczających poważnie prawo do zgromadzeń w Turcji.

Wrocław: Demonstracja przeciwko represjom policji rozbita przez policję

Kraj | Protesty | Represje | Ruch anarchistyczny

Wczoraj wieczorem odbyła się demonstracja zorganizowana przez FA Wrocław i ZSP Wrocław przeciwko represjom policyjnym w związku z napaścią na skłot w Katowicach. Od początku na Rynku, gdzie miała rozpocząć się manifestacja, było sporo policji. Natychmiast po rozpoczęciu akcji władze przystąpiły do próby uniemożliwienia zawiązania manifestacji otaczając część osób, innych wyciągając z manifestacji i spisując. Mimo to udało się przeprowadzić częściowo demonstrację, zagrała grupa samby. Udało się wygłosić krótkie przemówienie, dopóki policja nie zatrzymała także przemawiającego.

Rozwinięto także transparenty "Kto obroni nas przed policją?", "Rząd na bruk, bruk na rząd" oraz "Jest opresja, jest opór".

Policja teraz wzywa ludzi na przesłuchania i zastanawia się jakie zarzuty konkretnie postawić (chuligańskie zbiegowisko, czy "nielegalna" demonstracja). Uczestnicy i uczestniczki nie mają zamiaru biernie poddać się tym bezpodstawnym zarzutom.

Nowy numer anarchistycznego periodyku „INNY ŚWIAT” już w Empikach

Ruch anarchistyczny

 ISINNY ŚWIAT nr 43

Jak zwykle po kilku perypetiach, oddajemy w ręce czytelników i czytelniczek kolejny numer anarchistycznego periodyku INNY ŚWIAT. W 43 odsłonie naszego pisma publikujemy sporo materiałów poświęconych walce kurdyjskich kobiet i mężczyzn z regionu Rojava. Bojownicy i bojowniczki syryjskiego Kurdystanu muszą stawiać czoła nie tylko fanatycznym islamistom z Państwa Islamskiego, ale również tureckiemu państwu, które nie dość, że przeszkadza w niesieniu pomocy walczącym, to wspiera jeszcze islamistów. Mimo, iż miasto Kobane zostało ocalone, choć niemal w całości zniszczone, to niebezpieczeństwo ze strony Państwa Islamskiego wciąż jest dość duże. Walka mieszkańców Rojavy trwa nadal! Międzynarodowe apele o pomoc w walce i odbudowie Kobane przynoszą coraz większe efekty - w szeregach żeńskich i męskich oddziałów obrony walczy (i niestety również ginie) coraz więcej osób pochodzących spoza Rojavy. Przedstawiając sytuację w syryjskim Kurdystanie, staraliśmy się skupiać przede wszystkim na wolnościowych aspektach zarówno samej walki, jak i zmian społecznych jakie zachodzą cały czas w kurdyjskim społeczeństwie. Stąd obecność głosów anarchistów i anarchistek zaangażowanych w sprawy Rojavy.
Wśród innych materiałów warto wymienić niezmiernie interesującą rozmowę z twórcami Warszawskiego Teatru Rewolucyjnego, wywiad z członkiem ekipy Freedom Fighters oraz historyczne wspomnienie o żydowsko-polskim anarchiście - Mojsze Kiszenbaumie. A oto szczegółowy spis treści:

Kanał XML