Tacy są politycy

Elisee Reclus: Dlaczego anarchiści nie głosują

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Krótki tekst z 1885 roku wyjaśniający dlaczego anarchiści nie głosują w wyborach.

Wszystko, co można powiedzieć na temat prawa do głosowania może zostać podsumowane jednym zdaniem...

Głosować znaczy poddać się. Wybrać pana albo kilku, na długo lub na krótko, to rezygnacja ze swojej wolności. Nazwij go monarchą absolutnym, monarchą konstytucyjnym lub parlamentarzystą, kandydat którego wynosisz na tron lub na stołek zawsze będzie twoim panem.

Są oni osobami, które stawiasz „ponad” prawem od momentu w którym obejmują władzę ustanawiania prawa oraz ze względu na to, że ich misją jest dopilnować tego żeby byli słuchani.

Głosowanie jest godne idioty.

To głupie wierzyć, że człowiek, tego samego gatunku co my, nabędzie w moment na dźwięk dzwonka wiedzę, która pozwoli mu wszystko rozumieć. Tak to działa. Wybrana przez ciebie osoba ma odpowiadać za legislację w każdej tematyce pod księżycem: jak pudełka od zapałek mają lub nie mają być produkowane, jak ma przebiegać wojna, jak poprawić sytuację w rolnictwie tudzież jak w najlepszy sposób wybić plemię Arabów lub zabić trochę Murzynów.

Prawdopodobnie wierzysz, że ich inteligencja postępuje proporcjonalnie do różnorodności tematyki z jaką mają do czynienia; jednak historia uczy inaczej.

Posiadanie władzy wpływa destrukcyjnie; parlamenty zawsze tworzyły nieszczęścia.

W zgromadzeniach rządowych, w fatalny sposób, zwycięża wola tych poniżej średniej, zarówno moralnej jak i intelektualnej.

Głosowanie, to przygotowywanie haniebnej zdrady i zdrajców.

Wyborcy z pewnością wierzą w szczerość kandydatów i ma to miejsce do pewnego momentu, podczas gdy zapał i żar współzawodnictwa pozostaje.

Ale każdy dzień ma swoje jutro. I tak szybko jak zmieniają się warunki tak samo zmieniają się ludzie. Dziś twój kandydat kłania się tobie nisko; jutro powie ci „tfu”. Z łowcy głosów przeistoczy się w twojego pana.

Jak pracownik, włączony przez ciebie w poczet klasy rządzącej, może być taki sam jaki był wcześniej, skoro od teraz może działać na takich samych warunkach jak inni rządzący? Spójrz na służalczość któregokolwiek z nich wymalowaną na twarzy po złożeniu wizyty u „magnata przemysłu” lub gdy król zaprasza go do sieni swojego dworu!
Atmosfera „Domu” Parlamentu nie jest przeznaczona na głębokie oddychanie, jest to atmosfera korupcji. Jeśli wyślecie jednego z nas do tego obrzydliwego miejsca, nie możecie być zdziwieni, gdy wraca potem w zgniłej kondycji.

Dlatego też nie porzucajcie swojej wolności.

Nie głosujcie!

Zamiast powierzania kwestii obrony swojego interesu Innym, spójrzcie na tę kwestię samodzielnie. Zamiast wybierać doradców, którzy poprowadzą cię w przyszłości do akcji, weźcie sprawy w swoje ręce i zróbcie to teraz! Ludzie dobrej woli nie będą długo szukali szansy bezowocnie.

Zwalanie na czyjeś barki odpowiedzialności za swoje działanie jest tchórzostwem.

Nie głosujcie!

Elisee Reclus (1830-1905) - francuski geograf i anarchista. Członek I Międzynarodówki, uczestnik Komuny Paryskiej. Jeden z pierwszych zwolenników odrzucenia anarcho-kolektywizmu i poparcia anarcho-komunizmu w ruchu anarchistycznym.

http://cia.media.pl/aleksiej_borowoj_w_kwestii_parlamentaryzmu

Węgry: Uchodźcy traktowani gorzej niż zwierzęta

Świat | Represje | Tacy są politycy

Węgierski Komitet Helsiński opisuje nieludzkie warunki w jakich przetrzymywani są uchodźcy syryjscy w obozie w miejscowości Röszke.

Są to osoby o których informowano m.in. w polskich mediach na przełomie sierpnia i września. Około 4000 ludzi zostało umieszczonych w obozie przeznaczonym dla 300 osób. Pierwsze 300 z nich umieszczono w klatkach (co widać na zdjęciu). Pozostałych rozlokowano wokół obozu na gołej ziemi.

Uchodźcy pozbawieni są dostępu do opieki zdrowotnej oraz bieżącej wody, co skutkuje zagrożeniem epidemiologicznym w obozie.

Zgodnie z rządowymi dyrektywami, węgierskie media nie pokazują zdjęć oraz nagrań z kobietami i dziećmi spośród uchodźców, gdyż mogłyby one wzbudzać zbyt duże współczucie.

Źródło: https://www.facebook.com/helsinkibizottsag/posts/978542995500285

Od:Zysk nie na sprzedaż – Nie, znaczy Nie!

Publicystyka | Tacy są politycy

Wstęp
Od:Zysk został sprzedany. Niezbyt szokujące. Co i rusz nasze squaty są kupowane i sprzedawane przez jakiegoś czyściciela lub dewelopera. Tym razem było inaczej. Cała sytuacja wygląda tak, jakby kolektyw Od:Zysk walcząc już od jakiegoś czasu i nie mogąc znaleźć innego wyjścia z sytuacji sprzedał budynek, który zajmował, obecnemu właścicielowi za 120 000 zł. Można pomyśleć o tym z podziwem, jako o sprytnym zagraniu Od:Zysku; oto anarchiści zrobili w konia bogatego inwestora. Takie postawienie sprawy wywołuje we mnie jednak bunt i niezgodę, tym bardziej, że za całą sytuacją kryje się dużo szerszy kontekst który znam.

Wszystko przybiera całkowicie inny kształt jeżeli zrozumiemy kilka faktów. Po pierwsze, kolektyw Od:Zysk już od dawna nie istnieje jako byt autonomiczny, niezależny i, co za tym idzie, decyzyjny w swoich własnych sprawach. Sytuacja ta trwa i pogłębia się od co najmniej półtora roku. Bezpośrednim jej powodem są działania poznańskiej sekcji Federacji Anarchistycznej. Po drugie, decyzja o przyjęciu pieniędzy od obecnego prawnego właściciela Od:Zysku nie jest decyzją kolektywu Od:Zysk (z oczywistych względów braku decyzyjności), a decyzją FA, która została na kadłubowym kolektywie wymuszona zagraniami formalnymi, groźbami, zastraszaniem i w końcu przemocą fizyczną. To wszystko powoduje, że sprawa wzięcia 120 tysięcy złotych przez anarchistyczny kolektyw przestaje być zagadnieniem z zakresu etyki i pytaniem o to czy brać czy nie brać. Gdyby tak było należałoby zapewne zaprotestować (ta decyzja bez dwóch zdań rzutuje na warunki w jakich działa ruch squaterski w Polsce) i do niczego więcej nie można byłoby się przyczepić. Byłaby to tylko decyzja jednego kolektywu. Dyskusyjna, ale jednak autonomiczna. Tak jednak nie jest. Paradoksalnie mamy tu do czynienia z sytuacją, którą najlepiej opisać słownictwem wziętym z przestrzeni będącej obiektem naszej najzacieklejszej krytyki. Nastąpiło tu bowiem wrogie przejęcie, grabież, czyszczenie budynku (wymuszona eksmisja) i finalizacja całego przedsięwzięcia w postaci sprzedaży. Wszystko to zostało dokonane przez Federację Anarchistyczną. Co więcej, jestem zdania, że dokonano tego z pełną premedytacją. Postaram się udowodnić, że jest to logiczna konsekwencja przyjętej przez poznańską sekcję FA strategi działania, która promieniuje także na inne kolektywy i organizacje w Polsce, którym drogie są idee wolnościowe.

Tekst ten jest wyrazem obaw przed tym, jak szkodliwy może być wpływ Federacji na nas wszystkich, nawet na tych, którym działania Federacji są zupełnie obce. Tym bardziej, że jak się przekonamy, mówiąc o FA Poznań możemy pod tym szyldem spokojnie zmieścić kilka innych organizacji i inicjatyw takich jak Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, Squat Rozbrat, Krajową Komisję Inicjatywy Pracowniczej, poznańską Antifę, Stowarzyszenie „Ulica” czy Klubokawiarnia Zemsta. Ich centralizację i strukturę działania opiszę później, teraz chcę zaznaczyć, że Od:Zysk mimo chęci współpracy z nimi wszystkimi miał zupełnie inną wizje wspólnego działania i dlatego został zniszczony.

Artykuł napisałem ponad tydzień temu. Długo zastanawiałem się czy go publikować i w jakiej formie. Zdecydowałem się puścić go publicznie z kilku powodów. Po pierwsze by przełamać status quo. To co działo i wciąż dzieje się w Poznaniu uważam jedynie za jaskrawy przejaw choroby która toczy cały polski tzw “Ruch”. To choroba autorytaryzmu, braku solidarności i przemieszania konfliktów personalnych z ideowymi. To także choroba tabu. Przemilczania wielu kwestii, markowania działań i dyskusji. W mojej opinii to teatrzyk w którym nikt nie ma pomysłu lub odwagi jak wyjść poza swoją rolę. Nasze działania polityczne cechuje defensywa i brak wizji. W tych warunkach obawiam się, że jakakolwiek wewnętrzna dyskusja szybko zakończyłaby się w gronie tych którzy cieszą się wśród nas siłą i wpływami i zapewne cała sprawa w ten czy inny sposób zamieciona zostałaby pod dywan w imię jedności ruchu która jest tylko jednością wybranych.

Drugą rzeczą jest bezpieczeństwo tych którzy chcieliby zabrać głos nie po myśli FA poznań. Ponieważ w poznaniu dochodziło do poważnych gróźb i fizycznych ataków na osoby które nie zgadzały się z linią FA uważam, iż szerokie informowanie ludzi o tej sytuacji powinno powstrzymać choćby fizyczną agresję. W sytuacji upublicznienia całej sytuacji muszą mieć świadomość, że “ludzie patrzą” (miejmy nadzieję). Tekst jest dość długi ale obejmuje on czas ponad dwóch lat. Tak na prawdę uważam, że powinien być dłuższy i obejmować o wiele więcej wątków niż sam Od:Zysk i FA Poznań. Nie zrobiłem tego, gdyż mam nadzieję na szeroką publiczną dyskusję. Przecież nikt z nas nie wstydzi się swoich poglądów i nie boi się ich głosić, prawda? Mam nadzieję.Tym co mnie przekonało ostatecznie jest pełne hipokryzji oświadczenie “Od:Zysku”. Szczególnie w punkcie gdzie wspomina się o tym, że Od:Zysk jest częścią ruchu oddolnego który z założenia nie przyjmuje dotacji ani grantów ale zgadza się opuścić budynek w zamian za dotacje na rzecz WSL. Heroiczna postawa, rzecz w tym, że WSL i FA to ci sami ludzie. Jak okaże się w dalszej części tekstu symptomatyczne jest również usunięcie z podpisu oświadczenia części Federacja Anarchistyczna które od jakiegoś czasu pojawiało się zawsze przy każdym oświadczeniu Kolektywu Od: Zysk. Ciekawe biorąc pod uwagę, że Od: Zysk nigdy w swej krótkiej historii nie był tak zdominowany przez członków FA jak teraz

Uważam też, iż w tej sytuacji powinien wypowiedzieć się otwarcie każdy kolektyw w tym kraju!

Jestem byłym członkiem kolektywu Od:Zysk. Tekst został opublikowany na liście mailingowej Od:Zysku. Uważam więc, że formalności dopełniłem. Tekst jest tylko moim stanowiskiem a nie Kolektywu R.O.D. który udostępnił mi łamy swojego bloga za co dziękuję.

Od:Zysk – walka o suwerenność
Nie można zrozumieć sytuacji Od:Zysku jeżeli nie zna się jego wewnętrznej historii, genezy powstania oraz roli jaką w tym odegrało poznańskie FA. Bez niej nie można też zrozumieć roszczeń FA do prawa szerokiej ingerencji w działania tego kolektywu.

Akumulacja Kapitału

Do dość podstawowej wiedzy należy spostrzeżenie, że istnieje kilka rodzajów kapitałów. Kapitał to ludzie, środki produkcji, dobra materialne, fundusze. Istnienie kapitału może nam się nie podobać, lecz na razie działamy w społeczeństwie, które jest mu całkowicie podporządkowane. Każdy kolektyw, by działać, również go potrzebuje. Co może zrobić nowopowstała grupa squaterska, jeżeli nie dysponuje pieniędzmi, narzędziami i posiada niewielki kapitał społeczny (rozumiany tutaj ogólnie jako „znajomości”)? Może zacząć powoli, po cichu, zgodnie ze swoimi ideami się rozwijać. Czasami zajmuje to dużo czasu i może się łączyć z kilkukrotnym wyrzuceniem z różnych miejsc. Pozwala jednak zdobyć doświadczenie i umiejętności. Przy odrobinie szczęścia zawiązuje się również „znajomości”, dzięki którym łatwiej organizować wydarzenia, pożyczyć samochód czy wkrętarkę, albo w końcu zdobyć jakieś pieniądze. A jeśli tuż obok znajduje się organizacja o nazwie Federacja Anarchistyczna, której część zamieszkuje na najstarszym squacie w kraju, która ma ludzi, umiejętności, znajomości, pieniądze i narzędzia? Czy nie racjonalniej poprosić o pomoc właśnie ją? A w dodatku to przecież „federacja”, luźny związek wspierających się lokalnych inicjatyw anarchistycznych. Wybór wydaje się prosty. W przypadku Od:Zysku grupa inicjatywna składała się w części z ludzi uważających się za członków federacji. Nim otworzyli Od:Zysk ludzie związani ówcześnie z federacją próbowali wcześniej trzy razy. Przy wsparciu FA – choć niemrawym. Ich ostatnia akcja przed Od:Zyskiem – squatowanie budynku, któremu dali nazwę Warsztat, zakończyła się brutalną ewikcją, i tam też było widać główne wsparcie FA. W tym punkcie należy jeszcze dodać, że rzeczywiście pomysł otwarcia nowego squatu w Poznaniu narodził się podczas spotkań FA, a powodem było przeludnienie Rozbratu i liczne zainteresowanie mieszkaniem tam kolejnych osób. FA nie miało szczególnego pomysłu na nowe miejsce. Jeśli się zastanowimy, może brzmieć to dziwnie; zrzeszenie kilku grup powinno aktywnie szukać rozwiązań i inicjować nowe działania. W rzeczywistości FA to związek kilkunastu ludzi reprezentujących różne organizacje. Organ centralny, zarządzający poczynaniami reszty. Ponieważ nikt z „nowych” squatersów nie zajmował w nim wysokiej pozycji (a były momenty, że ten czy tamta byli skłóceni z kimś z „wierchuszki”) FA, poza wsparciem solidarnościowym (ewikcja Warsztatu) czy czysto technicznym (pożyczanie narzędzi od poszczególnych osób), nie angażowała się w sprawy nowego miejsca. Sytuacja zaczęła się zmieniać kiedy powstał Od:Zysk. Ale w ten squat byli zaangażowani ludzie spoza FA i tego, co czasami nazywamy „środowiskiem”. Uważam, iż wszelkie początkowe sukcesy (głośne akcje, sukces otwarcia, szybkie doprowadzenie budynku do stanu używalności itp.) były spowodowane silnym zaangażowaniem ludzi z zewnątrz, którzy szybko zaczęli stanowić co najmniej połowę mieszkańców. Wnieśli ze sobą kapitał ludzki, na który FA z czasem zaczęła spoglądać łapczywie.

FA jest w Poznaniu dominującą siłą polityczną, podnoszącą hasła wolnościowe i anarchistyczne. Pozwala jej to na duże wsparcie (jeżeli zechce) nowych grup. Za to wsparcie każe sobie jednak płacić, a będąc „monopolistą” sama kształtuje ceny i ma środki, by wymuszać zapłatę. W przypadku Od:Zysku było to dostosowanie się do linii politycznej FA i aktywne aangażowanie się w IP oraz WSL. Z kolei udział w FA oznaczał coś w rodzaju stażu. Twój głos był ignorowany (jeżeli już odważysz się odezwać – spotkania prowadzone przez tych ludzi to dla wielu traumatyczne przeżycie) i zbywany. Mogłaś/eś brać na siebie obowiązki, którymi inne osoby były już znudzone, przychodzić na pikiety i potakiwać. Nie było tam i wciąż nie ma miejsca na jakąkolwiek spontaniczność, kreatywność czy własne pomysły. Etyka czy moralność nie istnieje, liczy się jedynie racjonalność, wyrażana w ramach tzw. strategi medialnej (mam nadzieję pokusić się kiedyś o jej krytykę).

Byliśmy wtedy zajęci innymi sprawami, prowadziliśmy własne kampanie. Mimo to wiele z nas podjęło wyzwanie i zaangażowało się w działania WSL czy IP. Jako Od:Zysk włączyliśmy się w akcję „Wieszania Elit”, która była pomysłem FA, a w dużej mierze zrealizowana przez nas. Już wtedy zarysował się konflikt, którego linia przebiegała pomiędzy tym czego chcemy my, a czego żąda FA.

Czy jesteś Anarchistą?

Konflikt wywoływany przez FA dawał się coraz bardziej odczuć. Częściej wychodziliśmy ze spotkań zniesmaczeni, pojawiały się żarty o dyktatorach, komunistach, partii i bolszewikach. Nie braliśmy jednak swoich przeczuć zbyt serio. Cieszyliśmy się wystarczającą autonomią, a skupieni byliśmy na Od:Zysku. Wszak większość z nas nie znała się wcześniej, dopiero budowaliśmy kolektyw (czego nigdy nie udało się zrobić do końca). Ludzie z poznańskim doświadczeniem traktowali to jako coś, do czego przywykli. Wciąż zależało im na budowaniu ruchu, na jedności, solidarności i wzajemnej pomocy. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem rozgorzała dyskusja nad opisaniem charakteru miejsca. Mówiąc wprost – czy jest ono anarchistyczne. Po raz pierwszy pojawił się tutaj autorytaryzm FA. Należy pamiętać, że FA to formacja wyznająca pogląd syndykalistyczny i tylko taki anarchizm ma dla nich rację bytu. W tamtym okresie nie poruszano tej kwestii. Pytanie brzmiało czy chcemy nazywać się squatem anarchistycznym czy nie. Większość z nas była zadeklarowanymi anarchistami/kami i choć chcieliśmy, by miejsce to było jako takie rozpoznawane, jednak zależało nam, by było dostępne dla wszystkich. Miało być otwarte i sprzyjać wszystkim tym wolnościowym inicjatywom, które nie mają się gdzie podziać. Plany były wielkie. Teatry, pracownie, warsztaty. I wszystko miało być oddolne, samoorganizujące się. Dopiero później okazało się, że zaczęliśmy przypominać FA, pojawiły się hierarchie i specjalizacje. Mogliśmy dostrzec to już wtedy, kiedy wiele cennych osób, zniesmaczonych przeciągającą się miesiącami dyskusją o to, jak nie kolaborować z systemem i zachować ideową czystość (żeby na przykład nie wykorzystywać warsztatów do prywatnego zarabiania pieniędzy – dziś brzmi to jak gorzki żart), po prostu odeszło. Podobnie jak inne kwestie i ta rozwiązała się przez wymuszenie. To stała zagrywka FA; cisnąć jakiś temat tak długo, aż opozycja się po prostu zmęczy i sobie pójdzie. Oddajmy jednak naturę tych „dyskusji”. Pewnego dnia, znany i doświadczony syndykalista, pracownik naukowy i autor kilku książek, podczas spotkania FA wskazywał na nowoprzybyłych palcem i głośno pytał: „Czy ty jesteś anarchistą?”. Gdyby ktoś wtedy wstał i powiedział: no cóż, skoro tak stawiasz sprawę to mam chyba wątpliwości… albo jeszcze lepiej: a ty? Ale stchórzyliśmy. Nie pierwszy raz i nie ostatni. A jak jesteśmy już przy tchórzostwie, należy powiedzieć jasno, że jedyne, co obciąża nas – byłych i obecnych członków i członkiń kolektywu Od:Zysk – to tchórzostwo. Ale niech ktoś się postawi w naszej sytuacji; z jednej strony ataki FA, że w ogóle to jacyś za mało anarchistyczni jesteśmy i nie robimy tego co ważne, czyli nie prowadzimy walki lokatorskiej i pracowniczej (to wyłączanie aktywistów ze sfery „normalnych ludzi” jest symptomatyczne; kiedy lokatorzy odmawiają płacenia czynszu jest to strajk lokatorski, kiedy squatujesz budynek musisz robić coś jeszcze inaczej jesteś darmozjadem i oportunistą), z drugiej strony ciśnienie miasta i policji, walka o to, by miejsce NIE ZOSTAŁO SPRZEDANE (przecież „Odzysk nie na sprzedaż” – pamiętamy to jeszcze?). A jeszcze z trzeciej kręcenie własnych akcji, organizowanie spotkań i wszystko to, co składa się na budowę charakteru miejsca i kolektywu. Pretensje zgłaszane przez FA miały wpływ na to co działo się na Od:Zysku. Podział został zasiany. I choć wraz z upływem czasu stanowiska poszczególnych ludzi się zmieniały wewnętrzne pęknięcia narastały. Powtarzam raz jeszcze: Kolektyw był rozwalany od wewnątrz nim jeszcze zdążył się rzeczywiście uformować. Ten, który powstał szybko został pozbawiony ludzi niezwiązanych z FA i nie określających się jako anarchiści (choć w sferze praktyki nic nie można im było zarzucić). To ważny fakt, jeżeli zinterpretujemy go jako czystkę. Takie czystki będą się powtarzać, a ich częstotliwość i brutalność będą wzrastać tym bardziej, im słabszy będzie kolektyw Od:Zysku.

Kwestie formalne

Jak uzyskać wpływ na grupę ludzi? Wykorzystać wewnętrzny konflikt. To metoda znana każdej władzy. Jak to zrobić? Konflikt taki należy stworzyć lub odwołać się do już istniejącego. By móc to zrobić trzeba do grupy wprowadzić „swojego człowieka” – prowokatora. Tego człowieka FA miała już w naszej grupie, sabotował on niejednokrotnie próby osiągnięcia autonomii Od:Zysku i był jedną z przyczyn doprowadzenia kolektywu do stanu biernego oporu (o którym później). Epilog jego działalności to przeszukiwanie pokojów mieszkańców i wywalanie ich z budynku o godzinie drugiej w nocy. To ostatnia czystka, która miała miejsce na początku września i do której jeszcze wrócimy.

Dotychczasowe pęknięcia wewnątrz kolektywu Od:Zysk zamieniły się w rozłam po akcji na Uniwersytecie Ekonomicznym. Ponieważ nie chcemy tutaj ujawniać żadnych personaliów, nie możemy zbytnio zagłębić się w to zdarzenie. Było tak charakterystyczne, że większość czytających osób bez trudu odgadnie o kim piszemy. Akcja – co pewnie niewiele osób wie – była zorganizowana spontanicznie i bez większego planu. A jednak jakieś ustalenia były i niektóre osoby je złamały, prowadząc tym samym do eskalacji na uniwersyteckiej sali. Nieistotne jest tutaj czy była ona potrzebna czy nie, ważne, że z jej powodu konflikt urósł do rozmiaru, który sparaliżował kolektyw na kilka następnych tygodni i doprowadził do kuriozalnej decyzji podjętej przez Od:Zysk (choć skąd padł ten pomysł – nie wiem). Od tej pory wszystkie decyzje podjęte na spotkaniu poznańskiej Federacji dotyczące kolektywu Od:Zysk miały być dla niego wiążące. Absurdalność tej decyzji pokazuje, jak skuteczne było wbijanie klina pomiędzy ludzi z Od:Zysku. Ciekawe, że spotkania Od:Zysku były w środy, FA zaś we wtorki. Tak rozpoczął się proces “przyklepywania”, czyli zatwierdzania decyzji FA na naszych spotkaniach. Oczywiście dzięki takiemu ułożeniu spotkań federacja łatwiej mogła narzucać swój punkt widzenia. Co zyskał prowokator? Wzrost znaczenia pozycji w scentralizowanych strukturach Federacji, a w sytuacji nowego podziału zadań (które przeszły w ręce FA) większy wpływ na sam Od:Zysk. Co kazało kolektywowi podjąć taką decyzję? Brak wiary we własne siły w rozwiązanie wewnętrznego konfliktu. Łatwo tutaj dostrzec, że FA mimo wszystko wciąż była przez nas postrzegana jako struktura nam życzliwa i wierna ideom anarchizmu (vide jej nieprzejednana postawa by Od:Zysk był z definicji anarchistyczny). Innymi słowy spodziewaliśmy się zwyczajnie pomocy w przejściu przez trudny okres. Nikt nie przewidział utraty tożsamości i decyzyjności. Decyzję tę wsparły także osoby, które dziś wyrzucane są z budynku siłą przez… anarchistów.

Federacja Anarchistyczna sekcja Poznań czyli Anarchia to Firma
Kwestie formalne cd. – struktura FA i pojęcie „Ruchu”

Dużo piszę o centralizacji i hierarchii w FA. Warto to wszystko wyjaśnić i uporządkować. Pisałem już o kilku grupach, które mają swoich przedstawicieli w FA. Wspominaliśmy też, że FA to raczej zarząd niż forum tych grup. Ponieważ FA wciąż jest grupą niesformalizowaną prawnie ani nieposiadającą oficjalnych ciał wszystkie formy centralizacji i hierarchii również są nieformalne i ukryte. Sprawia to, że mimikra tej grupy jako anarchistycznej jest trudna do przejrzenia dla przypadkowego obserwatora. Jeżeli tylko zechce, FA potrafi zachować wszelkie formy grupy równościowej i podejmującej decyzje w sposób, wydawałoby się, kolektywny, a czasami nawet konsensualny. Jest to jednak obraz absolutnie fałszywy (wystarczy spojrzeć na milczące usta podczas spotkań). Grupę tę należy postrzegać raczej jako formę partii, i nie przez pryzmat głoszonych poglądów, ale działań praktycznych.

Spotkania FA są otwarte, lecz nie oznacza to, że każdy kto się na nich pojawia jest w FA (nawet jeżeli mu/jej się tak wydaje). I choć każdy ma głos to oczywiście różna jest jego waga. Do standardowych zachowań podczas spotkań tej grupy należy zakrzykiwanie, lżenie lub ignorowanie. Są to formy werbalnego zastraszania i psychicznego tłamszenia. Zamiast merytorycznej dyskusji czy analizy na temat czyjejś opinii można na ogół usłyszeć, że to co się powiedziało jest głupie, bez sensu, marzycielskie, nieracjonalne albo (koronny argument) niezgodne ze strategią FA. Na przykład częstym argumentem (do którego jeszcze będziemy wracać) przeciwko samostanowieniu Od:Zysku, i w ogóle ratowaniu go, jest ten, że kolektyw odzyskowy nie był w stanie wypracować własnej strategii i polityki oraz, że nie pojawiły się żadne sensowne alternatywy z jego strony. Jest on po pierwsze nielogiczny, gdy uwzględnimy fakt, że postanowienie o decyzyjności FA nigdy nie zostało cofnięte, co dosłownie oznacza, że to właśnie Federacja winna wziąć na siebie odpowiedzialność (i ją wzięła, oj wzięła!) za niemoc Od:Zysku. Po drugie, wszystkie próby alternatywnej strategii obrony i działań były przez FA zbijane, nim w ogóle zawiązała się nad nimi jakaś dyskusja. Jak bardzo zachowanie to jest symptomatyczne dla tej grupy okaże się, gdy opiszemy strukturę tego, co w poznaniu nazywa się „Ruchem”. FA to zarząd tzw. Ruchu. Ruch ma czasem jakieś dodatki, np. lokatorski, ale nie jest to istotne. Na ogół powinien być rozumiany jako anarchistyczny. FA to kilkanaście osób, z których każda jest zaangażowana w jedną czy dwie organizacje-córki (język korporacji albo partyjny jest tu bardzo na miejscu). Poza zarządem na spotkania przychodzą też inne osoby, które można by nazwać managementem średniego szczebla. O ile zarząd to Aktywiści, o tyle ci pozostali to aktywiści.

Średni szczebel milczy, chyba że dyskusja zaczyna dotyczyć detali decyzji przedyskutowanych przez zarząd. Ponieważ FA, choć nie taka liczna, jest dobrze zorganizowana, to na ogół zarząd może robić to, co bardziej mu odpowiada. Zostaje jeszcze grupka nowicjuszy, akolitów którzy robią to, co im się mówi. O ile FA jest zebraniem zarządu „Ruchu”, o tyle poszczególne sekcje jak WSL, IP czy Antifa odzwierciedlają strukturę FA tylko w ramach specjalizacji jaką się zajmują. Niektóre osoby z Zarządu przepływają pomiędzy organizacjami-córkami z powodów braków kadrowych, jednocześnie dzieląc się swoim kapitałem (umiejętnościami, koneksjami) bardzo rzadko i tylko z zaufanymi pracownikami średniego szczebla. Niechętnie szerzej przekazują kompetencje, co zresztą ogranicza liczebność ich struktur. Działają w przestrzeni paradoksu pomiędzy deklarowanymi wartościami a codzienną praktyką. Gdyby bowiem odważyli się scedować decyzyjność na osoby, których wierność FA (nie idei anarchistycznej ani nawet anarcho-syndykalistycznej, ale właśnie Federacji, która pojmowana jest jako najwyższa forma Ruchu) nie została udowodniona mogłoby się okazać, iż nie została zrealizowana ich wizja polityczna. To właśnie przekonanie o racji swojej strategii i jej przewadze nad innymi wymusza tak agresywną centralizację, a jednocześnie niedobór ludzi.

To wyjaśnia również czemu w okresie letnim 2014 roku, kiedy w wirze walki o zachowanie Od:Zysku presja FA wzrastała a decyzyjność kolektywu malała, tak wiele osób opuściło Od:Zysk. W istocie nie opuszczały one skłotu, który jest mi i wielu innym osobom drogi do dziś, ale FA. Osoby te zaangażowały się w przynajmniej cztery inne inicjatywy w całym kraju, również w Poznaniu, ale także w Krakowie i Warszawie. To kolektywy Kłak, R.O.D. i Reaktor, a także grupy organizujące Dni Antyfrontexowe czy ruch No One is Illegal, nie wspominając o innych pojedynczych inicjatywach. To ważne w świetle rzucanych na Od:Zysk kalumnii, które sugerują, że tworząca go grupa to bezwartościowych, nieudolne osoby, za których musi myśleć FA.

Lato 2014 roku to była kolejna czystka. Zostali ci, którzy jeszcze mieli wiarę albo po prostu byli zbyt silnie złączeni z Poznaniem, by stamtąd wyjechać. Na ich miejsce wcale nie przyjechali gorsi, za to znaleźli się w o wiele gorszej sytuacji. Niewielka cześć odnalazła się w FA, większość, wydaje się, popadła w bierny bunt. Wcale nie głupi, wystarczyło im kilka razy przejść się na spotkania FA by zorientować się czym to pachnie. Tym bardziej, że wraz ze słabnięciem Od:Zysku agresja i pogarda ze strony Federacji wzrastały i tylko idiota mógł mieć jakieś złudzenia co do charakteru tej organizacji.

Podsumowując, FA to zarząd, inne organizacje to działy lub spółki córki. A wszystko w imię czego? Rewolucji? Może, nie będziemy w to wnikać, choć już wiele lat temu jeden z członków zarządu powiedział, że „zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy awangardą. Że chcemy zmienić coś tu i teraz”. Wiec chyba jednak nie rewolucja (szczególnie że kilka lat później kandydował do rady osiedla Stare Miasto). W naszym przekonaniu już od dawna chodzi jedynie o wpływy. Ale do tego potrzebni są ludzie, najpewniej dlatego na samym początku FA tak bardzo nie ingerowała w sprawy Od:Zysku. W swej arogancji i wierze w słuszność tego co czynią Od:Zysk wydawał im się najpewniej dużym zasobem ludzi, którzy, skoro są anarchistami, naturalnie powinni lgnąć do FA i organizacji zależnych by odciążyć trochę starych, zmęczonych aktywistów. Stąd zapewne ta irytacja pytaniem „Czy jesteś Anarchistą?” w momencie, kiedy stawało się jasne, że wizje ludzi z Od:Zysku i FA były co najmniej niekompatybilne.

Pozostała do omówienia jeszcze jedna ważna cecha organizacji FA – specjalizacja. Pomoże nam ona zrozumieć kolejny problem, jaki z Od:Zyskiem mają ludzie z Federacji. Do czasu pojawienia się Od:Zysku FA dysponowała: jednym squatem, jedną klubokawiarnią – księgarnią, jedną organizacją lokatorską i jedną pracowniczą. Po powstaniu Od:Zysku były dwa squaty. I nikt (oprócz squatersów) nie do końca wiedział, co z tym fantem począć. Problemy jakie generowała ta sytuacja miały swoje odzwierciedlenie w pretensjach FA (lub ludzi z nią mocno związanych) np. w kwestii spotkań tematycznych na Od:Zysku – przecież od tego jest „Zemsta”. Chcecie robić konkurencję? W przypadku „Zemsty” często padał ten zarzut. Następny przykład – pomysł na jednym z odzyskowych spotkań, by stworzyć w lecie darmową kawiarnię w podcieniach budynku na Starym Rynku spotkał się z takim samym zarzutem, nim udało się choćby rozwinąć temat. Ale kiedy to FA starała się politycznie reanimować Od:Zysk na wiosnę tego roku jedyne na co wpadli to wystawienie dyżurów lokatorskich (które i tak prowadzi WSL) w podcieniach, obok knajp i gwaru. Pomysł wątpliwy, ale ukazały się foty i artykuł w Wyborczej. Podobne wątpliwości o konkurencję dotyczyły także organizacji koncertów, szczególnie punkowych. Przecież to działka Rozbratu, chcecie im robić konkurencję?

Niech podsumowaniem tej części będzie cytat z jednego człowieka z FA (akolita i potakiwacz, ale wydaje mi się, że ujął trafnie podejście tej organizacji, co zresztą ostatnio potwierdził artykuł w Głosie Wielkopolskim): „żyjemy w mieszczańskim mieście, więc musimy używać też mieszczańskiego języka”. Ciekawie byłoby dotrzeć kiedyś do momentu, w którym mieszczański język zmienił się w metody.

Biorąc to wszystko pod uwagę Korporacja Ruch Anarchistyczny FA postanowiła zamknąć nierentowne przedsięwzięcie. Nie wiem, czy ten zamysł przyświecał im już wtedy, kiedy narzucali nam swoją władzę. Podejrzewamy, że narodził się odrobinę później, kiedy zorientowali się, że mimo przejęcia władzy nie są zdolni kontrolować Od:Zysku. Wszak mieszkali tam i jeszcze mieszkają anarchiści i anarchistki, którzy akurat wszelką władzę mają gdzieś. Nawet tę, która nazywa siebie anarchistyczną. Wzięci w kleszcze ciągłymi pretensjami ze strony FA a ciśnieniem czynionym przez dewelopera i miasto, zmuszeni oddać strategię walki o miejsce w ręce Federacji i rozdarci wewnętrznie mogliśmy jedno – stosować bierny opór i absencję.

Od:Zysk upadł, ale się nie poddaje

„Musimy odzyskać kontrolę nad Od:Zyskiem. Nie wiemy nawet, kto tam teraz mieszka” – mail z listy mailingowej Poznańskiej Federacji Anarchistycznej.

W pewnym momencie rotacja ludzi na Od:Zysku zaczynała przypominać tą z supermarketu. Nie tylko Federacja Anarchistyczna nie wiedziała kto tam mieszka, chyba nie do końca ogarniali to sami odzyskowicze. Ale powtarzamy jeszcze raz, nie byli to jacyś menele. Imprezowy nastrój to też jedna z form rebelii. Możesz nic nie robić, możesz wyjechać albo zająć się swoimi sprawami i działaniami, do których nikt nie będzie ci się wtrącał i mówił jak masz myśleć (zrobiło tak wiele osób, które zostały na miejscu). Możesz też chlać na ruinach. Oskarżanie nowych mieszkańców o to, że doprowadzili to miejsce do upadku to nieporozumienie. Do tego stanu swoimi działaniami doprowadziła FA. Ludzie ci pojawili się w miejscu, które swego czasu miało opinię jednego z najbardziej radykalnych w kraju. Możliwe, że chcieli w nim uczestniczyć. Spotkali się jednak z „linią polityczną” narzuconą z zewnątrz i wewnętrznym, wciąż podtrzymywanym, konfliktem. Co mieli robić? Mogli się postawić? Tych którzy tak sądzą odsyłamy do rozdziału o kapitale. Ten, który wypracował Od:Zysk został albo przejęty przez FA, albo odpłynął razem z tymi, którzy odeszli (a może raczej zostali wygnani). Nowe osoby nie posiadały siły (i tu argument racjonalności jest na miejscu) by przeciwstawić się FA albo wygenerować nowe działania, które mogły postawić miejsce na nogi. W mieście gdzie „Ruch” jest zdominowany przez FA, w momencie, kiedy Od:Zysk został już zagrabiony (od tej pory możemy już mówić o grabieży dokonanej przez Federację albo właśnie „wrogim przejęciu”) każde polityczne wydarzenie sygnowane jako Od:Zysk bez uprzedniej konsultacji z Federacją musiało liczyć się z ostracyzmem i wymówkami. Z kolei próba konsultacji zawsze kończyłaby się zagnaniem pod skrzydła Federacji i, w najlepszym przypadku, przejęciem lub znaczącą ingerencją. To dlatego piło się i balowało na ruinach. Przynajmniej tego nie mogli zabronić. Ich bojówki nie weszły jeszcze do środka. Ta właśnie bierność wobec postanowień FA, absencja na spotkaniach obydwu kolektywów – bo jaki to ma sens, skoro jedno jest niedecyzyjne, a na drugim nie ma się głosu? – to ostatni akt konfliktu pomiędzy FA a próbą nadania Od:Zyskowi jakiejś jakości. Ta możliwość już w zasadzie odpadła, więc nim zastanowimy się co dalej… cholera, chodźmy się napić. To jeden z najzabawniejszych, ale i smutnych momentów tej historii. Tyle zabiegów ze strony Federacji, by jakoś zaktywizować na swoją modłę ludzi z Od:Zysku, a jedyne co im się udało to albo ich wygonić, albo spowodować całkowity brak zainteresowania, ewentualnie wywołać masową kilkutygodniową imprezę. Cóż zrobić, jeśli nie zrzucić na nich odpowiedzialności raz jeszcze, wykorzystując moc swojego kapitału, tym razem autorytetu jednego z najsilniejszych środowisk aktywistyczno-anarchistycznych w Polsce. Kto w końcu będzie słuchał ludzi, o których ten czy inny znany członek poznańskiego FA powie, że są bezużyteczni?

Tym sposobem FA uznało Od:Zysk za swój projekt, który poniósł porażkę nie z ich winy i należy go zamknąć. Tak samo jak korporacje zamykające nierentowne fabryki. Ludzi usunąć, a masę upadłościową sprzedać za marny grosz. Ale okazało się, że ta banda, co to niby cały czas tylko imprezuje, posiada jeszcze jakieś zdanie. Ma zasady, których nie chce złamać w imię żadnej idei. Osoby te znają wartość prymatu zasad nad ideą. Dla żadnego z tych ludzi cel nie uświęcał środków. Zresztą nikt z FA i tak nie wyjaśnił im celu.

Dawno temu, zaraz po tym jak Woźny kupił budynek w którym znajduje się Od:Zysk, nabywca zaproponował nam niewielką (kilkadziesiąt tysięcy) sumę pieniędzy. Choć Federacja coś tam na spotkaniu przebąkiwała o możliwości wzięcia kasy stanowisko kolektywu było wtedy jasne i jednomyślne – nigdy za nic żadnych pieniędzy. Nawet prowokator postawił wtedy sprawę jasno – żadnej kasy. Wtedy to zaczęły się negocjacje. Strategia była jasna; gadamy z Woźnym grając na czas, wszystkie propozycje miasta i inwestora rozważamy długo, ślemy papiery, czekamy i znowu ślemy. Nie wszystkim to się podobało. Pod pozorem taktycznego zagrania gdzieś czuliśmy, że to rodzaj zakłamania. No bo niech te negocjacje zajmą rok albo i więcej. Jak potem się z tego wytłumaczymy? Już wtedy siedzieliśmy głęboko w tzw „strategii medialnej”, ciśniętej przez FA, więc oczywiste było, że będziemy się musieli tłumaczyć. Co powiemy, kiedy miasto znajdzie jakiś budynek, a Woźny da kasę na remont na przykład? Przecież to nie tak. Chcemy być na rogu Paderewskiego i Szkolnej do cholery! Mamy to prawo nie jako anarchiści, ale jak ludzie. I oto walczymy, dla siebie i innych. Ale stchórzyliśmy. Nie postawiliśmy się FA, a sytuacja wydawała się nagląca. Gdybyśmy wtedy mieli to doświadczenie co teraz. Ale nie mieliśmy, a kolektyw był w rozsypce. Zaakceptowaliśmy tę strategię. Już wtedy pojawiały się głosy – to dajcie jakąś alternatywę. Ale na to nie tylko potrzebny był czas, którego, zdawało się, nie mieliśmy. Co więcej, zgodnie z przyjętą zasadą, decyzję dotyczącą Od:Zysku musieliśmy przedstawić i przedyskutować na spotkaniu FA. Niewielu miało na to ochotę. Wyjście wydawało się więc bezpieczne. To był poważny błąd. Drugi tak poważny po oddaniu się pod pieczę Federacji. Wpędziło nas to bowiem w jeszcze większą zależność. Tylko warunek pozostał wciąż ten sam – nie bierzemy kasy!

A jednak bierzemy 120 tysięcy. Kto? My?

W Poznaniu silne są sentymenty do chwalebnej przeszłości i tzw. wielkich postaci z XIX i początków XX wieku. Na Od:Zysku wisiał kiedyś wielki baner z Bakuninem. Co i rusz pojawiają się książki o Machno (jeden z odzyskowiczów występował czasami nawet pod pseudonimem Nestor Machno – śmieszne, przyznaję), Kronsztadzie czy Hiszpańskiej Rewolucji. Na ironię zakrawa więc fakt, że wszystkie poczynania Federacji w stosunku do Od:Zysku, które przedstawimy w tym rozdziale, znajdują analogię w tych książkach. Niestety te analogie nie przebiegają po liniach FA a Wolna Armia Ukrainy, marynarze kronsztadzcy czy FAI/CNT. Nie, przy zachowaniu wszelkich proporcji, przywodzą raczej na myśl blade odbicie działań bolszewików i stalinistów. No więc okazało się, że FA chce negocjować z Woźnym pieniądze za wyprowadzkę ludzi z Od:Zysku. Pamiętajmy, że większość mieszkających tam ludzi nie należy do FA oraz nie chodzi na jej spotkania. A jednak Federacja poczuła się władna. Decyzja na spotkaniu Od:Zysku de facto nie zapadła. Nie udało się wypracować konsensusu. Na spotkaniu FA prowokator upominał inne osoby z Od:Zysku, które protestowały przeciwko uznawaniu decyzji o wzięciu pieniędzy za decyzję całego kolektywu słowami, że skoro decyzja zapadła to jest ważna i nie ma znaczenia jak to się stało. Otóż ma, bowiem cześć osób nie chciała się wyprowadzać, obojętnie jakakolwiek decyzja by zapadła.

Tutaj cała historia mogłaby się skończyć. FA niech weźmie pieniądze (w dwóch ratach, przy pierwszej odda Woźnemu klucze, i na szczytny cel, bo na konto WSL – tym się też jeszcze zajmiemy), a ci co chcą zostać niech zostają i się bronią. Proste? Nie. Z wielu względów jest to nie do zaakceptowania dla FA. Wszystkie z powodu strategii medialnej, którą to FA związało sobie ręce dawno i która ponadto jest jednym z powodów, dla których FA zmienia się w partię.

Po pierwsze, FA pozuje na organizację, która prawie nigdy nie przegrała. Skrupulatnie buduje swój mocarny wizerunek. Wiadomo, że prędzej czy później policja wywlecze z budynku zabarykadowane tam osoby. FA postrzega to jako porażkę, więc FA nie może się pod tym podpisać. Co za problem? Niech FA nie bierze w tym udziału – powie ktoś naiwny. Oczywiście, że FA nie weźmie w tym udziału. Nawet wycofała już swoje wsparcie. Zagroziła też osobom chcącym bronić miejsca, że nie mogą liczyć ani na Federację, ani na ACK. Zostało to ujęte dosadniej – zostaniecie tam sami. Rzecz w tym, że nie może ona w ogóle dopuścić do takiej sytuacji bo, czy weźmie udział w obronie czy nie, media i tak napiszą, że to anarchiści. FA sama starała się zlać z Od:Zyskiem, w wyniku czego byty te są dla mediów nierozłączne. Nawet przychylny redaktor Żytnicki, uwarunkowany tym rzekomym obiektywizmem dziennikarskim, będzie się dopytywał: no to jak to? To anarchiści czy nie anarchiści? A że FA od zawsze dążyła do budowy jednego, zespolonego ruchu w Poznaniu (choć co pewien czas szukają klucza do całej Polski), to nie może przecież powiedzieć, że to inni anarchiści. No bo jak inni, to czemu im nie pomagacie? I co ma wtedy biedna FA rzec? To źli anarchiści, my dotrzymujemy umów z deweloperem, oni nie? Jeszcze raz widać rozdźwięk pomiędzy głoszoną ideą i własną praktyką. To jest właśnie drugi powód; osoby które zostaną w budynku i nie dostaną pomocy od FA skompromitują ją w polskim środowisku aktywistów, anarchistów i wolnościowców. Na to FA jest zupełnie niechętna, bo osoby z kierownictwa są zaangażowane (poprzez ruch lokatorski, a szczególnie pracowniczy) w inne miejsca w kraju. Nie mogą narażać na szwank swojego autorytetu (nie mówiąc już o popularności Rozbratu). Ale nieudzielenie pomocy to najmniejszy szkopuł. Przecież to banda bezużytecznych pijaków, no nie? Z tego idzie się wytłumaczyć. Ale jak wytłumaczyć się przed Woźnym? Dzięki za kasę, ale wiesz… no… tam kilka osób zostanie. Musisz je wywalić. Ale ja płaciłem za to, żeby nie zostały! Yyyy… no wiesz, pierwszy raz czyścimy kamienicę. Większość wyszła, ale reszta nie chce. Straszny gnój by się zrobił, bo media by tego nie łyknęły. Osobiście uważam, że wzięcie kasy i zostanie byłoby zabawne i pożądane. Z kolei dotrzymanie umowy z deweloperem, no cóż, mało anarchistyczne. Ale i to z punktu widzenia FA można przeżyć. Choć zapewne Żytnicki znowu zacznie pytać. I tu jest powód ostatni i najważniejszy. Samo FA wie, że z której strony nie ugryźć tej sytuacji, nie wygląda ona najlepiej. Dlatego budynek trzeba opróżnić, tyle ile się da zwalić na Od:Zysk i ograniczyć straty narzucając własną narrację. Zrobić to wszystko jak najciszej i rączkami Od:Zysku. To jest też powód powstania niniejszego tekstu. Czegoś takiego nie można puścić płazem, a przecież wciąż jeszcze nie odkryliśmy wszystkiego.

Federacja musi więc zmusić ludzi do opuszczenia budynku. Podczas wspomnianego już spotkania FA, gdzie „przyjęta” została opcja wzięcia pieniędzy, wydarzyło się o wiele więcej. Kierownik działu bojówek (z racji późniejszych wydarzeń trudno jest zwać ich wciąż Antifą) zapowiedział, że osobiście wpierdoli każdemu, kto zostanie na Od:Zysku po ustalonym z Woźnym terminie wyprowadzki. Argumentował, że usunięcie ludzi z budynku siłą urazi jego honor (najwyraźniej sprzedaż squatu i zabawa w czyściciela tego nie robią). Następnie uznano, że squating nie ma dziś sensu (spotkanie odbywało się na Rozbracie (sic!) ) i powołano się na przykład Warsztatu i Reaktora.

Zatrzymajmy się chwilę nad sprawą Reaktora. Sytuacja z ewikcją była dla tego krakowskiego kolektywu całkowitym zaskoczeniem, wszystko odbyło się w przeciągu kilku dni. Nieliczna tamtejsza ekipa zdołała w ciągu weekendu postawić na nogi media, zorganizować wsparcie na miejscu i zaprosić kilka osób na obronę. Wróćmy tu do rozdziału o kapitale. Krakowski Reaktor był wtedy kolektywem malutkim, składającym się z kilku osób, w dużej części cudzoziemców, oraz byłych członków kolektywu… Od:Zysk. FA poznańskie nie uznało, by Reaktor był warty choćby symbolicznego wsparcia z ich strony, nazwali ich żałosnymi, bo „błagali o pomoc”. Ci żałośni ludzie odwalili jednak kawał tak dobrej roboty, że nawet prawicowe media w Krakowie stanęły za nimi murem. W kilka dni zrobili coś, czego FA nie dokonało przez 20 lat.

Z kolei „porażka” Warsztatu skutkowała powstaniem Od:Zysku który powstał w atmosferze otwartości i różnorodności a zdycha zdradzony i osamotniony przez tych na których wsparcie liczył najbardziej. Zapamiętajmy sobie mocno ten brak solidarności, wyrachowanie i arogancję. Na tym spotkaniu padło jeszcze wiele słów, które można uznać za groźby i zastraszanie, mających wymusić ugięcie się i „pokojowe” wyjście z budynku. Czy ktokolwiek zastanawiał się co stanie się z lokatorami? Nie, bowiem w optyce FA squatersi najwyraźniej nimi nie są. Tak medialna i legalistyczna droga zaprowadziła nieformalną grupę do nieformalnego partyjniactwa i zamordyzmu. Przez resztę spotkania, bite kilka godzin, FA już dzieliła skórę na niedźwiedziu i zastanawiała się co zrobi z 200.000 zł. Jak potem się okazało nie 200, a 120 tysiącami. Pojawiały się kuriozalne opinie, jak ta, że anarchiści to przecież bandyci, i że niektórzy z kolektywu FA czują się bandytami, a skoro tak, to cała sytuacja jest w porządku, bo przecież okradają dewelopera. I znowu nikomu nie wpadło do głowy, że okradają nie dewelopera, a kolektyw Od:Zysk. Bo deweloper i tak kupił budynek za bezcen i te 120 tysięcy niewiele mu robi. To niesamowite jak kapitaliści z FA potrafią tych samych ludzi okradać po kilka razy. Z wolności i godności, a na końcu z budynku. Dynamika sytuacji nabrała tempa.

FA czyści Od:Zysk z podejrzanego elementu
Podczas niedawnego wydarzenia na Od:Zysku pojawiła się grupka bojówkarzy, wyrażając brutalnie swoje podejście do podważania obowiązującej linii politycznej. Informując wszem i wobec, że jeżeli ktokolwiek będzie krytykował działania FA, a opisując sytuację Od:Zysku wspomni, że został sprzedany ten dostanie wpierdol. Nie trzeba było długo czekać, aż teoria zmieni się w praktykę. Na Od:Zysku pojawiły się szablony krytykujące FA, a niedługo potem grupa bojówkarzy, z prowokatorem na czele, wpadła do pokoju osoby podejrzanej o tę straszną zbrodnię. Krzycząc przeszukali pokój, dowodów nie znaleźli, ale mimo to kazali oddać klucze i wypierdalać. Wszystko o godzinie drugiej w nocy. Jakiś czas wcześniej w podobny sposób potraktowali inną osobę. Kiedy jedna z ofiar napaści relacjonowała to wydarzenie powiedziała wprost: „czułem się jak na policyjnym przesłuchaniu, więc tak samo się zachowałem – milczałem.” Osoby protestujące przeciwko tym praktykom usłyszały, że był to „efekt naprawczy” (cokolwiek miałoby to znaczyć) i, że jeżeli im się coś nie podoba, to mogą oczywiście wypierdalać. Protestujący zostali też ostrzeżeni przez innych ludzi by nie drążyli sprawy, bo to się może „źle skończyć”.

Wszystko to skłoniło mnie, osobę należącą niegdyś do kolektywu Od:Zysk, czującą się częścią ruchu squaterskiego i anarchistycznego do napisania tego tekstu i opublikowania go. Niepokój i poczucie zagrożenia z powodu logiki działań jaką zdaje się kierować Poznańska Federacja Anarchistyczna to nie sprawa lokalnego środowiska. Uznaję jej wpływy za szkodliwe i destrukcyjne, a teraz, kiedy jej poczynania wychodzą na jaw, zwłaszcza z perspektywy czasu, mam prawo sądzić, iż FA swoja tzw. strategię chciałaby implementować w także innych miejscach. Co więcej, jest gotowa robić to w ten sam brutalny i niemający nic wspólnego z anarchizmem sposób.*

Poza tym pragnę wyrazić swoją solidarność z zastraszanymi osobami z Od:Zysku. To one są najbardziej poszkodowane, i to w dwójnasób. Nie tylko groźbami i przemocą odbiera im się dom lecz także, poprzez przemilczanie całej sprawy, godność. Nie zgadzajmy się, nie pozwólmy na to.

Od:Zysk to coś więcej niż tylko budynek przy rogu Paderewskiego i Szkolnej i tego nikt nie jest w stanie ani sprzedać ani kupić. Ani FA, ani deweloperzy! I tak dla przypomnienia:

Solidarność naszą bronią! Przed każdą agresją.

*Tym bardziej, że ostatnio Komisja Krajowa IP (zdominowana w dużym stopniu przez FA Poznań), po kampanii kłamstw wciąż nie zarejestrowała komisji operatorów dźwigów. KKIP przeciąga proces rejestracji komisji, która już teraz może pochwalić się wieloma sukcesami i skazuje ją na nielegalne istnienie, czym naraża ją na różne szykany ze strony pracodawców oraz możliwe sankcje prawne. Zamiast tego wysłała człowieka, którego nie można nazwać inaczej jak szpiegiem bądź prowokatorem do Warszawy, by ten zrobił kurs dźwigowego po to, by dostać się do komisji. Te działania jak żywo przypominają te, jakich podjęli się członkowie i członkinie FA wobec Od:Zysku, z kolei z historycznej perspektywy kojarzą się z działaniami stalinistów wobec anarchistów i syndykalistów w czasie Hiszpańskiej Rewolucji. Ci sami ludzie rok temu na antyfaszystowskim demo pobili grupkę śmiesznych komunistów niosących portrety sowieckich genseków. Czyżby chcieli odbić obrazy?

http://reclaimthefieldspl.noblogs.org/post/2015/09/17/odzysk-nie-na-sprz...
Więcej:

Aleksiej Borowoj: W kwestii parlamentaryzmu

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Poniżej zamieszczamy fragment książki "Rewolucyjny Syndykalizm" Aleksieja Borowoja - rosyjskiego filozofa anarchistycznego.

Rozpoczęła się sesja parlamentarna. Na ławach parlamentu zasiadają „wybrańcy ludu”, którym kraj powierzył strzeżenie jego rozmaitych skomplikowanych interesów.

Kimże oni są – ci panowie kraju? Ci, którym poświęca się tyle czasu, energii, pieniędzy? Ci, do których należy ostatnie słowo we wszystkich nurtujących lud pytaniach? Już samo to, jak zostali wybrani, pozwala nam sądzić, że niekoniecznie są to ludzie popularni – nawet w okręgach, które delegują ich na swoich przedstawicieli.

Popularność, jak widzimy, buduje się na bezwstydnej reklamie i hojności komitetów partyjnych. Ci ludzie mogą być bardzo dalecy od spraw społeczności, które reprezentują, mogą dobrze znać ich potrzeby, ale to nie jest im potrzebne. Działacz polityczny musi znać potrzeby swojej partii, musi umieć żyć zgodnie z jej interesami, a w parlamencie umieć ubierać jej postulaty w puszystą powłokę ogólnopaństwowych zagadnień.

Jeżeli praca w samorządzie wymaga określonej wiedzy i doświadczenia, to wydawałoby się, że udział w tak złożonej machinie, jaką jest nowoczesny parlament, powinien wymagać nie tylko „dobrych chęci”, ale też pewnej wiedzy specjalistycznej ze strony posła.

A tu nie! W rzeczywistości ogromna większość działaczy politycznych zaczyna przyswajanie alfabetu społeczno-politycznego dopiero wtedy, gdy już znajdzie się na ławach parlamentu. Z drugiej strony ci posłowie – ich ilość nie jest istotna – którzy posiadają kwalifikacje w kwestii rządzenia albo wykształcenie ekonomiczne, zwykle nie są zaznajomieni z rzeczywistymi potrzebami kraju. Z łatwością poruszają się w świecie abstrakcji, głosząc absurdalne hasła, bez możliwości wypełnienia swoich niemrawych form życiową treścią. Robią to dla archiwaliów, nie dla rzeczywistości.

Ale kimże są ci wszyscy dyletanci wybrani, by rządzić krajem?

Przede wszystkim są to przedstawiciele inteligencji, która już dawno zmonopolizowała fotele parlamentu (…). Od inteligenta robiącego karierę polityczną nie wymaga się żadnej szerokiej ani podstawowej wiedzy z zakresu jakiejś branży, z zakresu wiedzy o społeczeństwie, może on być największym ignorantem w najważniejszych kwestiach życia państwa. Wystarczy, że umie dobrze przemawiać, dobrze pisać albo potrafi dobrze opanować sztukę bycia ideologiem ludzi posłusznych i walczyć nie o sprawę i prawdę, ale o tych, którzy go wybrali.

Inteligencja obficie dostarcza takich ludzi. Adwokaci, lekarze, pedagodzy różnego rodzaju i w końcu liczni rozmaici przedstawiciele świata literackiego i dziennikarskiego. Tak wyglądają kadry współczesnych wojowników polityki.

Są wśród nich rzetelni i świetni prawnicy, utalentowani lekarze, wielcy naukowcy, wybitni pisarze, którzy poświęcili lata uczeniu się swojej dziedziny i wszyscy oni z zadziwiającą lekkomyślnością rzucają: jeden swój adwokacki pulpit, drugi nóż chirurgiczny, kiedy pojawia się możliwość dostania się do parlamentu. Oni nie rozumieją albo nie chcą rozumieć, że rządzenie losami całego ludu jest nieskończenie bardziej skomplikowaną dziedziną wiedzy niż ta, której dotychczas poświęcali swoje siły. Nie dziwi więc, że działalność parlamentu każdego kraju zdumiewa swoją bezpłodnością wraz z kolosalnym zmarnotrawieniem sił ludu.

Mijają całe sesje nie przynoszące ze sobą pozytywnych skutków, czas upływa na ciągłej gadaninie, omawianiu bezsensownych projektów, zakulisowych intrygach i partyjnych rozliczeniach (...). Teraz wszyscy znają cenę parlamentarnego słowa, ale wciąż inteligenckie gaduły zajmują dominującą pozycję w parlamencie (…).

Powszechnie znane jest zdanie Spencer'a, że parlamenty są w ogóle skrajnie ignoranckie, że z reguły są poniżej średniego poziomu krajowego pod względem kondycji umysłowej i moralnej (…).

Nędza intelektualna i moralna parlamentu oczywiście wyjaśnia się nie tym, że trafiają do niego tylko nikczemnicy ludu; żądni sławy, korzyści, don kichoci, nierzadko bywają przyczyną pojawienia się w szarym tłumie posłów utalentowanych działaczy społecznych, ale z powodu swojej wewnętrznej natury parlament musi wdawać się w walkę ze wszystkim, co dąży do wydostania się z dusznych ścian dyscypliny partyjnej, niweluje swoich członków, ucina ich projekty, zniekształca je poprawkami i wyjaśnieniami. Pozwala czasami mówić o kwestiach światopoglądowych, daje czasami wymówić się niespokojnemu duchowi jakiegoś parlamentarnego „dokuczliwego bachora”, ale wszystkie jego decyzje są umiarkowane, płytkie, biurokratyczno-bezduszne...

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Rewolucyjny Syndykalizm" wydanej w 1917 roku.

http://cia.media.pl/samorzad_a_samorzadnosc

Tłumaczenie: Egor, Redakcja: Jakub, Korekta: Żaneta

Sytuacja uchodźców w Budapeszcie sierpień/wrzesień 2015

Świat | Publicystyka | Rasizm/Nacjonalizm | Tacy są politycy

Oto ciekawa relacja Polaka zaangażowanego prywatnie w pomoc uchodźcom mieszkającego w okolicach dworca Keleti.

Mieszkam w Budapeszcie, przy parku Republiki (Köztársaság tér, nazwę zmieniono, ale posługuję się dawną, prawdziwą) w pobliżu dworca Keleti. Ciężko nadążyć w opisywaniu, co wyprawia banda Orbana: Na pocieszenie wlepię także link do filmu, który pokazuje, że mieszkańcy okolic pomagają, jak mogą - ktoś ma psa, sympatycznego i bardzo cierpliwego do dzieci, więc go zaprowadza na spacery pod dworzec Keleti, żeby dzieciakom dać frajdę: https://www.youtube.com/watch?v=8GxYknZoWZQ

----

2015.08.31.

Przez Budapeszt od kilku miesięcy przetacza się dziennie kilkuset uchodźców. Do tej pory nie było z tym problemu, ruch był płynny - przybywają z Grecji, przez Macedonię i Serbię, pieszo albo kto jak może, a od Budapesztu w cywilizowanych warunkach, pociągiem, z obietnicą Angeli Merkel godnego przyjęcia w Niemczech i ekspresowego załatwienia podania o azyl (Niemcy od roku zawiesiły de facto porozumienia z Dublina o odsyłaniu uchodźców do pierwszego kraju unijnego, na którego terytorium uchodźca wkroczył jako pierwszym, a od kilku dni de iure).

Banda Orbana przedstawiała sytuację w swojej propagandzie Węgier jako kraju mlekiem i miodem płynący, że to do Węgier ciągną miliony z całego świata. Kiedy się okazało, że dla nikogo Węgry nie były celem, a państwem władnym, żeby im nadać status uchodźcy, jest Grecja (ponieważ wszyscy uchodźcy w Budapeszcie przybyli przez Grecję), policja węgierska tydzień temu zaczęła ludzi z pociągów wyciągać (pod pretekstem, że niby złamali prawo, bo nielegalnie przekroczyli granicę), po czym natychmiast puszczano ich wolno bez żadnego postępowania, tylko że ci ludzie stracili bilet, a zanim kupili nowy na pociąg za kilka dni, wytworzył się zator. Nieprawdą jest, że dworzec zamknięto "przez Syryjczyków". Zator zawiniony jest wyłącznie przez władze węgierskie. W tej chwili dwa-trzy tysiące ludzi koczuje między dworcem Keleti a placem Republiki, przy którym mieszkam. Uchodźcy zaczęli nosić kartki typu "Zmierzamy do Niemiec, nie przetrzymujcie nas, Węgry!". Ponieważ za dnia jest upał, nie da się wysiedzieć na rozgrzanym betonowym placu przed dworcem, ludzie szukają ochłody i odpoczynku w cieniu po okolicznych uliczkach i parkach. Leżą, siedzą, a przede wszystkim odpoczywają. Po tym, przez co przeszli, należy im się chwila odpoczynku w oczekiwaniu na pociąg, a nie żeby ich policja przepędzała i upokarzała na potrzeby propagandy reżimu. Dodam, że Węgierski Czerwony Krzyż (całkowicie podporządkowany rządowi Orbana) ma zakaz pomagania uchodźcom, nie pomaga im więc, ani też żadna oficjalna organizacja rządowa ani samorząd, jedynie osoby prywatne, które się dwoją i troją, żeby rozdawać wodę i arbuzy, a dzieciom cokolwiek do zabawy, kartki i kredki. Co ciekawe, i chyba oczywiste, uchodźcy wokół Keletiego nie śmiecą, bo zwyczajnie nie mają czym - nie mają nic. Wieczorem na ogrodzeniach rozwieszone są ubrania, wyprane w parkowym zraszaczu murawy, żeby wyschły, ale też zapewniają jako taką intymność do spania.

Na koniec wspomnę nasze małe zwycięstwo: po dwóch miesiącach mieszkańcy okolic wywalczyli na samorządzie, żeby postawił w parku kilka toi-toi.

----

2015.09.02.

W Budapeszcie istnieją trzy dworce: Południowy, Wschodni i Zachodni, każdy na pociągi odjeżdżające w określoną stronę świata. Uchodźcy przychodzą pieszo lub przyjeżdżają pociągiem na dworzec Południowy, potem muszą się przedostać na dworzec, z którego odjeżdżają pociągi do powiedzmy Berlina (dworzec Keleti).

Cywile (nie rząd, nie samorząd, tylko osoby prywatne!) utworzyli trzy strefy dla uchodźców z toi-toi i bieżącą wodą oraz bardzo ograniczoną możliwością przyjmowania darów, żeby je rozdać wśród potrzebujących. Ludzie w życzliwości przynoszą, co popadnie: ubrania, konfitury i własnoręczne kanapki, których nie ma kto rozdać, bo przecież woluntariusze nie wynajmą magazynów i chłodni, żeby takie dary przyjmować, sortować, rozdawać. Organizacje pomagające w Budapeszcie uchodźcom wielkimi literami informują, żeby nie przynosić ani ubrań, ani kanapek, ani konfitur. Nie ma ludzi, żeby to magazynować, zresztą nikt nie podejmie się odpowiedzialności, żeby komuś wręczyć nie wiadomo skąd pochodzące przepraszam, ale ochłapy i niepotrzebne tony ciuchów. Kto chce pomagać, może przeczytać info, jest jasno sformułowane, co jest danego dnia potrzebne w każdej z trzech stref.Organizacja pomagająca uchodźcom w Budapeszcie zakotwiczyła na górze strony instrukcję, co można przynieść, a czego nie należy przynosić na potrzeby migrantów: https://www.facebook.com/migrationaidhungary?fref=ts

Nie znając węgierskiego widać, że jest to fajnie i przejrzyście napisane, ze strzałkami itepe, a przede wszystkim instrukcja jest uaktualniana codziennie! Dzisiaj na przykład na dworcu Keletim było zapotrzebowanie na maty - do siedzenia w cieniu, albo żeby rodzic miał na czym dziecku zmienić pieluchę, nie wiem, ale tyle wyobraźni można oczekiwać, że osoba pragnąca pomóc najpierw zapyta, co jest potrzebne, a nie przynosi w ciemno, a potem się obraża na "niewdzięczność" obdarowanych.

Oto przykład chamskiego artykułu o rzekomej niewdzięczności uchodźców, ze zdjęciem kanapek wyrzuconych do kosza. Jeżeli napotkacie na coś podobnego wykręcającego fakty odnośnie sytuacji na Węgrzech, dajcie proszę znać, to sprawdzę, poszukam i sprostuję: http://pikio.pl/wegrzy-ofiarowali-kanapki-imigrantom-ci-wyrzucili-je-do-...

----

2015.09.03

W Orbanistanie absurd goni absurd. Viktor Orban w sprawie uchodźców zrobił z Węgier pośmiewisko, teraz postawił na czystą przemoc.

Przypomnę, że do niedawna według porozumień z Dublina państwem, które jest władne nadać status uchodźcy, jest pierwsze państwo unijne, na terenie którego znalazł się uchodźca - w przypadku uchodźców w Budapeszcie jest to Grecja, ponieważ niemal wszyscy przybyli przez Grecję. Niemcy jednak porozumienia z Dublina zawiesiły de facto rok temu, a de iure tydzień temu - teraz każdy Syryjczyk może złożyć w Niemczech wniosek o status uchodźcy, niezależnie, przez jaki kraj przybył do Niemiec. Viktor Orban wymachiwał szabelką w obliczu "imigranta-wroga", a tu nagle się okazuje, że "wroga" nie ma, bo "wroga" Niemcy zabrali do siebie. (Do propagandy "Węgry bronią granic Europy" potrzebne są widowiskowe tłumy uchodźców szturmujących dworzec, dlatego w zeszłym tygodniu węgierska Policja zatrzymała pociąg już jadący do Monachium i wyciągnęła z niego ludzi (zdjęcia i kalendarium wydarzeń w angielskim http://www.bbc.com/news/world-europe-34136823). Na budapeszteńskim dworcu Keleti powstał zator. Koleje austriackie/niemieckie wysłały specjalny pociąg, żeby ich zabrał, więc na drugi dzień się rozluźniło, ale wtedy rząd węgierski skierował na dworzec więcej policji z rozkazem, że mają nikogo nie dopuścić na teren dworca, jedynie po wylegitymowaniu).

Wczoraj złożono w Parlamencie węgierskim projekt ustawy kryminalizujący bycie uchodźcą. Każdy, kto przybył na Węgry nielegalnie, popełni przestępstwo, i zostanie osadzony w obozie karnym. (Już obecnie węgierskie obozy dla uchodźców niewiele się różnią od obozów karnych, ale media mają zakaz zbliżania się, więc nie wiadomo, co tam się dzieje).

Przypomnę, że rząd węgierski (wszechwładny od puczu konstytucyjnego sprzed kilku lat) kontroluje wszystkie media - bezpośrednio (jako właściciel mediów publicznych) lub pośrednio za pomocą powolnej sobie Rady Mediów (wszyscy członkowie są z nadania Viktora Orbána) i systemu arbitralnego udzielania koncesji. Prócz ograniczeń formalnych istnieją również działania zakulisowe (rząd węgierski nałożył na RTL gigantyczny podatek specjalny, potem sam z siebie zaproponował, że go obniży, ale z powrotem podniesie, jeżeli RTL będzie krytykował rząd Viktora Orbána). Media węgierskie mają na przykład zakaz pokazywania, że wśród uchodźców są dzieci (!).

Przypomnę, że rząd węgierski zakazał pomagać uchodźcom wszystkim podległym sobie organom, instytucjom i agendom, w tym Węgierskiemu Czerwonemu Krzyżowi. Uchodźcom nie pomaga więc żadna instytucja publiczna ani samorząd, jedynie osoby prywatne. Wczorajszy projekt nadaje policji i wojsku specjalne uprawnienia, co jest mało ważne, ponieważ już teraz mają specjalne uprawnienia. Ważne jest, że projekt otoczony jest retoryką wojenną - że niby Węgry są zagrożone przez masy imigrantów, którzy nie marzą o niczym, jak osiedlić się w płynącym miodem i mlekiem Orbanistanie, że aż potrzebne jest wojsko, żeby kraj obronić.

----

2015.09.03.

Wczoraj wieczorem była jedna, na dzisiaj planowana jest druga manifestacja przeciw projektowi ustawy rządu węgierskiego, żeby kryminalizować bycie uchodźcą.

Groteski ciąg dalszy: węgierskie PKP (MÁV) zniosło kursowanie pociągów międzynarodowych z dworca Keletiego. (Ba! Zaraz się okaże, że Keleti nie jest już dworcem). Teraz Niemcy nie mogą już przysłać kolejnego pociągu specjalnego, żeby zabrał Orbanowi tak bardzo mu na użytek propagandy potrzebnych uchodźców.

Wiedzieliście? Kursowanie pociągów międzynarodowych regulują przepisy międzynarodowe, które są nadrzędne w stosowaniu ponad przepisami państwowymi dowolnej rangi. Ba! Jeżeli dysponujesz biletem na pociąg międzynarodowy o wartości przekraczającej ileśtam euro, to twoja podróż podpada pod regulacje prawa międzynarodowego od chwili, kiedy dotkniesz rzeczonego pociągu, i każda przeszkoda czy utrudnienie ze strony władz danego państwa będą analizowane w świetle owych regulacji. Stąd oficjalna decyzja, że Keleti przestaje być dworcem międzynarodowym.

----

"MigSzol" znaczy solidarność z migrantami - polecam, publikują na bieżąco krótkie i treściwe info w węgierskim i angielskim:https://www.facebook.com/migszolcsoport

----

2015.09.03.

18:00

Czwartek - w ramach ohydnej pułapki władze węgierskie rano otworzyły dworzec Keleti i wpuściły uchodźców do pociągu, mówiąc im, że pociąg zawiezie ich do Sopron na granicy węgiersko-austriackiej, a jednocześnie na stronie MÁV pojawiły się zdumiewające instrukcje, jak dojechać na terytorium Węgier do określonego miasta przygranicznego, a potem przejść pieszo na teren innego państwa unijnego. Uchodźców oszukano: w miejscowości Bicske, gdzie znajduje się obóz dla uchodźców, pociąg zatrzymano, wagony porozczepiano, i z każdego wagonu z osobna policja wyciąga ludzi i siłą prowadzi ich do obozu. Pozostali nie chcą wyjść z wagonów, cały dzień stawiają opór, pozbawieni jedzenia i picia. W południe temperatura w nagrzanych, przepełnionych pod sufit ludźmi wagonach doszła do pięćdziesięciu stopni. Policja przez cały dzień, wagon po wagonie, wyciąga ludzi, wszyscy walczą. Wcześniej węgierska policja zarządziła ewakuację dworca w Bicske, żeby mieć wolną rękę do działań, bez świadków, jednak po protestach mediów, głównie zagranicznych, wycofała się. Dantejskie sceny, przemoc i pałowanie, targanie do obozu.

Tam, gdzie dotarły media, i filmowały działania policji, posłużyła się metodami polubownymi, rozdając wodę i przekonując uprzejmie, żeby zechcieli wysiąść. Chodzi o kilka tysięcy osób w różnych punktach Węgier, więc nie dziwcie się, że na przykład czytacie o jednym pociągu pozornie sprzeczne doniesienia (podkreślam, że pociąg rozczepiono!).

----

2015.09.05. sobota rano - notka niesprawdzona

Wczoraj wieczorem (czyli w piątek) władze węgierskie wpuściły na plac Republiki bandę nazioli i kibiców po meczu, wiedząc, że przez cały dzień organizowany jest pogrom. Uchodźcy z placu Republiki zostali ostrzeżeni i zaczęli uciekać, kto nie zdążył, tego pobili. Wczoraj, w piątek, władze niemieckie/austriackie (wspólnie?) zorganizowały i przeprowadziły operację ewakuowania kilku tysięcy osób zagrożonych przez działania rządu węgierskiego lub z jego podpuszczenia (brak jakiejkolwiek pomocy, głód i brak higieny, zagrożenie epidemią, tolerowanie wycieczek neonazistów na dworzec Keleti, żeby opluwać i lżyć koczujących, wreszcie piątkowa próba pogromu). Uchodźcy trzymani w różnych obozach w kilku miejscowościach Węgier podnieśli bunt i siłą wydarli się z obozów i ruszyli pieszo, kilka maszerujących kolumn się połączyło. Dzisiaj (sobota) rano nie ma już uchodźców w Budapeszcie, wszyscy ruszyli pieszo do granicy, a Austriacy wysłali im na ratunek (!) kolumnę autokarów, jedzenie i picie.

Władze węgierskie przymuszone presją Austrii i Niemiec pomagają jednak w ewakuowaniu, od drugiej w nocy, zwykłymi autobusami miejskimi uchodźcy są wywożeni z Budapesztu do granicy z Austrią.

----

2015.09.05. sobota w południe

Wczoraj Parlement węgierski przegłosował proponowane rozwiązania, czyli karanie uchodźców więzieniem (obozem karnym) zamiast rozpatrywać podanie o azyl, i nadzwyczajne uprawnienia dla sił porządkowych i wojska. Rząd węgierski w dowolnej chwili może wprowadzić stan wyjątkowy i ograniczyć podstawowe wolności, między innymi policja będzie mogła o każdej porze dnia i nocy wkroczyć do dowolnego mieszkania, przy podejrzeniu, że przebywają w nim nielegalni imigranci.Dyskusja w Parlamencie miała miejsce jednocześnie z organizowaniem przez neonazistowskich bojówkarzy pogromu na uchodźcach koczujących na placu Republiki. Postawę władz węgierskich bandyci potraktowali jako zachętę do działań, tym bardziej że rząd Orbanistanu od kilku miesięcy prowadzi intensywną kampanię nienawiści wobec cudzoziemców. Ostrzeżeni, migranci z placu Republiki w większości zdążyli uciec. Kilku pobitych, jedna osoba zraniona nożem w udo.W nocy z piątku na sobotę władze węgierskie, na wieść, że z Austrii jedzie kolumna pojazdów na ratunek zagrożonym (autokary, ochotnicy pragnący wspierać w marszu, jedzenie, picie), przyłączyły się do ewakuacji - autobusami miejskimi z Budapesztu aż do granicy austriackiej - na zasadzie "A weźcie ich sobie!".

----

Informacje, ile kosztowałoby przewiezienie uchodźcy ciężarówką z Budapesztu do Berlina przez Kraków, które pojawiły się były kilka dni temu jako oczywista i przewidywalna konsekwencja działań władz węgierskich (zamknięcie dworca, oszustwo z pociągiem), znikły.

----

2015.09.05.

Wczoraj pół dnia skrobałem marchewki i szorowałem kociołek, potem ruszyliśmy na plac z kanapkami, ja w grupie zbierającej śmieci. Chodzę więc po parku i zbieram śmieci. W miarę jak się zbliża wieczór, zamiast coraz więcej, jak od roku, robi się coraz mniej ludzi. Siadam, nagrywam swój filmik, obok uchodźca otwiera telefon, czyta esemesa, na twarzy maluje mu się zdeterminowanie, zrywa się i rusza. Kto inny obraca się nerwowo, jakby szukał, kto gdzie stoi. Bez krzyków, bez paniki, wręcz rutynowo tłum opuszcza plac. Afgańskiego nie znam, więc nic nie rozumiem, ale zbliżające się dudnienie i skandowanie węgierskich haseł szowinistycznych rozpoznaję wyraźnie. Odniosłem wypełniony worek, zapasowy przymocowałem do ławki, ostentacyjnie jeszcze złapałem do niego kilka śmieci, tak żeby jak najwięcej osób widziało, po co umieszczam tutaj worek na śmieci, idę do domu, chodnikiem obok neonazistowskich bojówkarzy.

https://www.facebook.com/ArkadiuszKarski/videos/vb.100000405463091/98338...

----

Dlaczego widzimy głównie mężczyzn: po pierwsze media węgierskie mają zakaz pokazywania, że wśród uchodźców są dzieci, a że dzieci raczej są blisko kobiet, to media czerpiące ze źródeł węgierskich pokazują przewagę mężczyzn i wprowadzają w błąd, zgodnie z intencją władz węgierskich. Po drugie mężczyźni kładą się spać w parku tuż przy alejkach, na widoku, a kobiety raczej w głębi parku, z dala od alejek i wzroku przechodniów, za krzakami lub ogrodzeniem z patyków i ciuchów. Dlatego jeśli idziesz alejką wieczorem w parku, to również widzisz głównie mężczyzn. Ale kiedy w podziemiach Keletiego Studio Event puściło na ścianę Tom i Jerry, nagle widzisz, że 90% uchodźców to dzieci:

https://www.facebook.com/eventstudio.hu/photos/a.965828876766117.1073741...

----

2015.09.05. sobota wieczór

Prasa potwierdza, że przez te kilka dni kryzysu zarówno kanclerz Niemiec, jak i Austrii naciskali i wydzwaniali do Viktora Orbana, żeby się opamiętał i zaczął aplikować prawo unijne odnośnie ochrony granicy zewnętrznej Unii i zasad udzielania azylu, a mianowicie przypomnieli Orbanowi, że Węgry mają obowiązek uchodźców godnie przyjąć i spisać tożsamość, pobrać odciski palców itepe w celu, żeby móc rozważyć wniosek o azyl od uchodźców, a imigrantów zarobkowych odesłać. Spisywanie tożsamości i pobieranie odcisków nie może służyć upokarzaniu ludzi. Oboje kanclerzy przez cały czas podkreślali, że zorganizowana przez Niemcy i Austrię piątkowa ewakuacja uchodźców z Węgier miała charakter jednorazowy i wyjątkowy.

----

2015.09.07.

Zajawka (tekst celowo niedokończony):

Do tej pory wśród migrantów było ileś ewentualnych integrystów, ale dzięki działaniom władz węgierskich wśród migrantów rośnie radykalizm i wrogość, a także zaczęła się rozwijać przestępczość skupiona wokół szmuglowania ludzi na trasie Budapeszt-Kraków-Berlin (więcej szczegółów nie planuję podawać, bo już nieaktualne), ale to zauważyły władze austriackie i niemieckie, i położyły temu kres na równi z NASZYMI działaniami osób prywatnych organizowania uchodźcom ludzkiego pobytu tak, żeby jedna i druga mafia nie miała interesu w organizowaniu nowej trasy.

Napiszę wprost: dzięki temu, że opiekujemy się uchodźcami tutaj na placu Republiki w Budapeszcie, nie macie w Krakowie na plantach siedemnastu tysięcy migrantów, ani nie macie bandyty, który kupił kałasznikowa za pieniądze zarobione na szmuglowaniu ludzi z ryzykiem, o którym nie wiedzą, że niektórzy się uduszą. Chodzi mi o mechanizm "skutki prohibicji w Chicago" - od pojedyńczych paserów/szmuglerów do wszechpotężnej mafii i przemocy na każdym kroku.

O zagrożeniu epidemiologicznym dla Europy środkowo- wschodniej, które stworzyły władze węgierskie, napiszę osobno. Zagrożenie istnieje od kilku miesięcy i rośnie, a władze węgierskie udają, że o epidemiach nie wiedzą, ponieważ wyłącznie czekają, aż pojawi się taka medialna typu Ebola, żeby wprowadzić stan wyjątkowy, a nie interesuje ich, że my tu od miesięcy mamy epidemię biegunki z powodu, że władze Orbanistanu...
https://www.facebook.com/notes/1368923403148019/

----

2015.09.08.

Parlament upoważnił w piątek rząd węgierski, żeby w dowolnej chwili wprowadził stan wyjątkowy (pod pretekstem uchodźców) i zawiesił podstawowe wolności. Wprowadzono trzy przestępstwa (karane skazaniem na obóz karny lub wydaleniem):
- nielegalne przekroczenie granicy
- niszczenie zasieków/płotu/muru
- przeszkadzanie w budowaniu zasieków/płotu/muru.

Rząd węgierski postanowił od 15 września zamknąć granicę południową. Pas sześćdziesiąt kilometrów przy granicy to będzie strefa specjalna, prawdopodobnie zamknięta dla mediów, tak jak teraz niedostępne są obozy dla uchodźców. Kto przejdzie granicę, to tylko w wyznaczonych punktach, tam znajdzie się w zamkniętej przestrzeni, do której jest wejście tylko od strony Serbii, ale bez możliwości przejścia na teren Węgier - to będzie strefa tranzytowa, gdzie trzeba będzie odczekać na rozpatrzenie podania o status uchodźcy i azyl lub wydalenie. Policja i wojsko mają w ramach nadzwyczajnych uprawnień pilnować pozostałych odcinków granicy (tej części pakietu ustaw chyba jeszcze nie przegłosowano). Po tym trochę żałośnie wyglądającym płocie kolczastym Węgry chcą wybudować w drugiej linii mur na cztery metry, skuteczniejszy.

----

Z waszych reakcji mam wrażenie, że moja relacja jest jakby nie dość obrazowa, zarzucacie, że nie pstrykam i nie filmuję. Wyjaśnię: Jestem pedagogiem i rodzicem zastępczym, chodzę ludziom po domach i rozwiązuję problemy wychowawcze. Od lat przywykłem, że niczego, czego się dowiedziałem, nie wolno mi wyjawiać, obowiązuje mnie absolutna dyskrecja odnośnie czyjegoś życia rodzinnego. Ale "absolutna dyskrecja" to za mało: dzień w dzień i od lat muszę epatować na prawo i lewo taką postawą. Żyję w "bąbelku ochronnym", który zbudowałem trzydzieści lat temu, i w którym wychowałem kilkoro dzieci i wychowuję kolejne. Nie czynię, a w szczególności nie publikuję nic, co mogłoby kiedykolwiek zachwiać poczuciem bezpieczeństwa dla dziecka, które jest, będzie lub mogłoby być pod moją opieką. Nie plotkuję, i dzięki temu z jednej strony każde z dzieci, które wychowałem lub wychowuję, żyje w pełni otwarcie jako wychowywane przez geja lub parę gejów, obok lub zamiast rodzica, z drugiej strony żadne nie spotkało się z jakąkolwiek przykrością z pobudek homofobicznych, ani w PL, ani w HU. Nie pstrykam, nie nagram niczego, co opisuję, co ma miejsce na placu Republiki w Budapeszcie. Dziękuję za zrozumienie.

Poza tym wszystkie moje publikacje są przyjazne dla osób głuchych oraz niewidomych lub słabowidzących: jeśli zdjęcie, to z opisem, jeśli film, to z podpisami (na YT) lub wstawieniem treści do opisu lub w podlinkowaniu.

Jakiekolwiek nagranie pokazywałoby dokładnie to, co napisałem, więc po co? Istotą sprawdzania informacji jest, że sprawdzamy informację gdzie indziej, a nie u tej samej osoby, więc jako argument na potwierdzenie swoich słów pisałbym w kółko.

----

Zauważcie, że nie piszę o imigracji (przyczyny, skutki itepe), a już z pewnością nie piszę o jakiejkolwiek religii, tylko o metodach i celach Viktora Orbana: rząd węgierski w ciągu czterech dni otrzymał od Parlamentu upoważnienie, żeby w dowolnej chwili wprowadzić stan wyjątkowy i ograniczyć podstawowe wolności, i to przy poparciu ze strony wyborców, zmanipulowanych sztucznie wywołanym kryzysem. Poparcie dla kieszonkowego dyktatora gwałtowanie wzrosło dzięki pokazywaniu w mediach wściekłych hord - tych, których jeszcze w poniedziałek nie było nigdy wcześniej, a migranci przecież przybywają od początku roku.

Kryzys przez dwa dni miał postać katastrofy humanitarnej w centrum Budapesztu, i to jest drugi aspekt, który opisałem: zagrożenie zdrowotne dla nas, tubylców, i dla mojej rodziny, wywołane decyzjami władz węgierskich, a nie z powodu migrantów. Migranci na Węgry przybyli zdrowi, a stąd odjeżdżali z biegunką i drgawkami z powodu warunków sanitarnych, które im stworzyły władze węgierskie, a przy okazji nam, bo jak próbuję wyrazić - mieszkam przy placu, na którym mieszkają, mieszkamy razem w tym samym miejscu - tędy chodzę na przystanki, do sklepu, z dzieckiem na plac zabaw lub boisko.

Trzecia rzecz, ale tylko wspomniałem, to po prostu ostrzeganie migrantów, żeby nie wsiadali w ciężarówki, w których się uduszą jadąc przez Kraków, od kiedy Austria wzmożyła kontrole i skutecznie zamknęła szlak przestępczy Budapeszt-Wiedeń (nie szlak wędrówki, tylko szlak paserstwa!).

----

Link do notki (wersja krótka, możesz śmiało podawać, nie zawiera żadnej informacji o tobie):
https://www.facebook.com/notes/1373889169318109

----

Jak wygląda rozdawanie jedzenia:

No to napiszę jeszcze raz: mieszkam przy placu Republiki w pobliżu dworca Keleti w Budapeszcie, na tym placu, który jest parkiem, od początku roku mieszkało coraz więcej i więcej osób przybyłych z południa, a wcześniej z Azji. W sierpniu liczba koczujących sięgała tysiąca, przy czym wymieniali się, ponieważ jechali dalej, a przybywali nowi. Przez całe lato, ponieważ tutaj w parku jest też mój plac zabaw i boisko, przyprowadzałem dzieciaka (Młodszego) grać w piłkę i uganiać się w zraszaczu. Przychodzimy, kładziemy na ziemi plecak czy torbę, i uganiamy się przez cały dzień, gdzie znajdziemy miejsce wśród tłumu, w tej części parku, gdzie rosną zwykłe drzewa i krzewy, a nie ozdobne i rabaty, żeby nie zniszczyć. Nigdy mi nic nie zginęło, nikt mi niczego nie zabrał, pod koniec zabawy zawsze leżało, gdzie zostawiłem.

Uchodźcy widać, że zmęczeni, chętnie się przyglądali, raz po raz podawali piłkę, co poleciała za daleko, ale niektórzy byli zbyt wyczerpani.Raz po raz podnoszę śmiecia, i pokazuję uchodźcy, że robię to z przyjemnością, i że nie oczekuję, że będzie sprzątał na moim placu, bo nie jemu za to płacą, tylko pracownikom oczyszczania miasta. Zresztą choćby chciał, to jeśli tego śmiecia podniesie, to nie będzie miał gdzie wyrzucić, bo przecież miasto nie zadba, żeby w parku, gdzie mieszka 500-1000 osób, zwiększyć liczbę koszy i częściej je opróżniać. No więc mieszkam sobie w czystym przyjemnym miejscu, ponieważ sam przynoszę worki na śmieci.

Do gotowania i rozdawania jedzenia przyłączyłem dopiero kilka dni temu, kiedy potrzebna była ogromna, ponieważ przypomnę, że obecnie mam pod opieką dwójkę dzieci (jeśli czternastolatka można nazywać "dzieckiem", i nie mam tyle energii, co za młodu.Wczoraj i przedwczoraj na plac przyszło kilku szowinistów, po raz pierwszy, wcześniej chyba nie wiedzieli, że istnieje plac Republiki, tylko chodzili na Keleti nabijać się z uchodźców. Akurat rozdawałem jedzenie, jeden z migrantów, w imieniu grupki odmówił z uśmiechem, a szowinista na to szyderczo "No, ale jedzenia to nie przyjmie". Przystanąłem, położyłem skrzynię obok na ławce, wziąłem ostentacyjnie oddech tak, żeby widział, że powiem coś dłuższego, i zapytałem, co ma na myśli i czemu to mówi, i od razu wyjaśniłem, że uchodźca odmówił posiłku z tego powodu, że pół godziny temu już ode mnie przyjął i zjadł, tylko że ja nie zapamiętałem jego twarzy, i że w sumie to jest przyjemna sytuacja, pełna uśmiechów z powodu takiego "malentendu". Znikł.

Kolejna dwójka również znikła po moich wyjaśnieniach "Pamiętaj, że co im dasz, to powącha, i jeśli poczuje mięso, to odrzuci" (pomylił ewidentnie z hinduistami, ale nieistotne), więc odpowiadam zgodnie z prawdą: "Nikt nie wącha tego, co podaję. Tutaj mieszkam (pokazuję na budynek). Widzą mnie z daleka, i kiedy podaję posiłek, to każdy patrzy mi w oczy, i w moich oczach widzi, że w posiłku nie ma nic, czego by sobie nie życzył. Jakieś jeszcze rady kulinarne dla mnie masz, chętnie wysłucham".

Poza tymi dwoma incydentami oraz piątkowym napadem neonazistów, tutaj w parku Republiki nie zdarzają się żadne zaczepki.

Z rozdawania zupy i bułek nawet z dorosłymi można zrobić przyjemną, półcyrkową, rozładowującą napięcie scenę, kiedy pokazuję, żeby się ustawili po łyżki, kto ma już łyżkę, to podam zupę, a po dwóch minutach na odwrót. Tańczę i gestykuluję, żeby z mowy ciała zrozumieli, o co mi chodzi: kiedy tłum wygłodniałych wali w kierunku rozdających jedzenie, można się przerazić. Pokazuję więc na dziewczynę z łyżkami i pokazuję, że nie podam zupy, póki nie zdobędzie łyżki, ale jeżeli ruszy zbyt gwałtownie ku łyżkom, zakrywam bułki papierem, rękę z zupą opuszczam, i pokazuję, żeby łyżkę odebrał z respektem. Pokazujemy, że skoro ktoś dostał zupę, ale nie dostał bułki, to nikt nie dostanie zupy, póki on nie dostanie swojej bułki. Między sobą ostentacyjnie wykonujemy gesty uprzejmości, cierpliwie czekam, aż dziewczyna wyjmie kolejne łyżki, a ona czeka, aż uda mi się złapać kolejną bułkę przez papier. Takie rzeczy działają - owszem, męczące na początku, ale tłumek w reakcji jakoś się dostosowuje i samoukłada (przypominam: co 1-2 dni nowi, ponieważ poprzedni już odjechali, więc dla rozdających to jest każdego dnia nowy strach i nowy wysiłek), wychodzą na zewnątrz olbrzymie pokłady człowieczeństwa, kultura i szacunek, których być może od wielu miesięcy zwyczajnie nie mieli komu okazać, bo tylko wędrowali i uciekali. Ktoś mi kiedyś oddał paprykę, taką, którą proponował grupie, i właściwie każdy ją obmacał, pokazując na gardło, że tego wolą nie jeść, bo ostre, to oczywiście paprykę zjadłem, bo przecież ja też bywam głodny, a że żołądek mam mocny, to każdą Ebolę strawię. Od razu widać było, że posiłek lepiej im smakuje, kiedy zjadamy wspólnie.

https://www.youtube.com/watch?v=DgipZDuNDzM

Do wózka z jedzeniem zbliżajł się jako pierwsi siłą rzeczy sprawni, młodzi mężczyźni, a ci starsi, lub zmęczeni, albo kobiety z dziećmi albo dojdą za chwilę, albo zauważą, że zaczynamy roznoszenie i dojdziemy do każdego. Tutaj również można by łatwo nagrać manipulacyjny film, jak to młodzi mężczyźni biegną w zdeterminowaniu i wyrywają nam pakunki z rąk. Oczywiście, że wyrywają - nie widzieliście nigdy, jak się zachowują Europejczycy na wyprzedaży?! Szczególnie ci pierwsi wyrywają, którzy nie znają oochotników, są zdezorientowani i wymęczeni i podróżą, i przyjęciem, jakie im zgotowały węgierskie władze.Kto leży zmęczony, to z daleka gestykuluję, że nie musi się podnosić, schylę się, pokażę mu pakunek, i jeśli się zgodzi (!), to mu wręczę lub położę obok. Tak, tak! To ja proszę, czy zechce przyjąć posiłek, i czekam cierpliwie, aż obejrzy i się zdecyduje. Cały czas dziękuję - za to, że do mnie próbuje wstać, z uprzejmości, choć jest wyczerpany, za to, że obdarza mnie zaufaniem na tyle, żeby przyjąć pakunek od obcego, za cierpliwość, że wystał swoje w kolejce.

Młodszy często bywa świadkiem takich interakcji z uchodźcami, i przy nich uczy się, jak okazać uprzejmość wobec człowieka z odmiennego kręgu kulturowego.Jak pamiętacie, Starszego wychowałem w ZOO, zabierając go co sobotę (bez wyjątku!) przez kilka lat, kiedy był mały, tak na pół dnia, a niekiedy aż do zamknięcia. "Popatrz na to mandrylątko, jak się zachowuje wobec matki: kiedy chce odejść do przedmiotu, który przykuł jego uwagę, to automatycznie spogląda na matkę, żeby matka widziała, że małe się oddala i w którą stronę. Jeśli matka patrzy gdzie indziej, to małe czeka".

Oczywiście wychowywanie dziecka zwierzętami bywa ryzykowne, o czym się przekonałem przy małpiatkach uprawiających prostytucję: samica pozwoliła samcowi na akt seksualny, kiedy otrzymała od niego owoca, podczas gdy chwilę wcześniej nie chciała. Ale właściwie wszystko się da dziecku wytłumaczyć.No, nie zamęczam was więcej, chciałem tylko pokazać, że dzięki codziennemu kontaktowi z migrantami mam wiele, wiele mniej roboty z wychowywaniem dzieci, a sam uczę się panować nad chaosem w głowie i wyrażać emocje jak człowiek.

część druga - wtorek

Rekonesans: wychodzimy na plac Republiki z jogurtami i zapytujemy, kto w ile osób tutaj mieszka, ile mają dzieci, żeby wiedzieć, ile zup mamy przynieść, a ile owoców. Dzieci są pochowane, to znaczy zwyczajnie odpoczywają, w lecie z powodu upału, teraz z powodu chłodu, za krzakiem, pod kartonami. Rozmawiamy na migi, strzępami angielskiego. Za pół godziny przyniesiemy ciepły posiłek, więc teraz rozglądamy się i planujemy strategię.

Opowiadamy sobie anegdoty, kogo do tej pory ile razy przewrócili - dziewczyna od bananów ma najfajniejsze. Uchodźcy uwielbiają owoce - z tego powodu, że z daleka widzą, co to jest. Banany są straszne, bo tak rozpoznawalne. Wszyscy się rzucają. W zeszłym tygodniu znowu ją przewrócili, i to tak że znalazła się na ziemi "przygnieciona" bananami, ale jak się domyślacie, banany prawie natychmiast znikły.

Kiedy przechodzę przez park, bezwiednie liczę, ile będzie potrzebnych jogurtów, ile podpasek, ile kartoników z soczkiem (takich kolorowych, ze słomką), ile osób leży wyczerpanych tak, że nie będą w stanie się podnieść i zrobić kroku - im trzeba jedzenie donieść.

Głęboki wdech i wjeżdżamy z wózkiem do parku.

"Teraz skręćmy w prawo, tutaj koczują ci sami, co wczoraj". Docieramy do miejsca, gdzie z jednej strony trzy ławki ochronią nas przed stratowaniem, z drugiej jest szansa, że te dwa krzaki ich spowolnią. Odciągamy płachtę przykrywającą jedzenie, ktoś wchodzi na ławkę, żeby widzieć, z której strony nadciągają, i koordynuje.

Rutynowe pół godziny grozy.

Ufff... Teraz będzie już tylko luz. Leżącym - wyczerpanym, chorym lub śpiącym - jedzenie donosimy każdemu osobno.

W drodze powrotnej "nagroda": wszędzie uśmiechy i gesty serdeczności. Spośród ochotników mam chyba najfajniej, ponieważ tutaj mieszkam, i pozdrowienia powtórzą się wieczorem, kiedy będę szedł na zakupy.

Dzisiaj w Budapeszcie już prawie nie ma migrantów, więc jedzenia starczyło, żeby zanieść aż do Keletiego - kilkaset metrów od placu Republiki. Tutaj, przed dworcem Keletim, prawdziwa dzicz: dziesięcioletni Afgańczyk podchodzi do ludzi, i prosi, żeby przyjęli od niego ciastka, których otrzymał całą torbę, ale tylu nie zje, i wolałby oddać komuś głodnemu.

----

Przeglądam, dlaczego "rozpowszechniacie" już tylko wzdycham, jak media wciskają wam w Polsce wszystko, co chce Viktor Orban. Media niemieckie i angielskie są samodzielne (dzięki węgierskiej emigracji, która jest dwujęzyczna i zachowuje kontakt z krajem pochodzenia), francuskie wiele mniej, a polskie podają w ciemno dezinformacje za Węgierską Agencją Prasową.

Wczujcie się, zrozumcie, że my tu mamy tylko propagandę. Nie mam oficjalnych informacji, które by wyjaśniały, o co chodzi.

W relacjach o uchodźcach opisuję (między linijkami, ale cóż chcecie więcej?!), jak wyglądały zabawy ze Starszym na placu Republiki kilka lat temu, a jak wyglądają teraz przy Młodszym. Nie mamy się gdzie zatrzymać, żeby się napić (w Budapeszcie woda z kranów jest pitna, a w parkach i przy ulicach stoją wodopoje), ponieważ władze węgierskie zakręciły lub przykręciły publiczne wodopoje/krany, fontanny/sadzawki, zraszacze itepe na złość migrantom (na zasadzie: "Nie będą mieli co pić w Budapeszcie, to wrócą do Afganistanu po łyk wody" - ???), a przy okazji na szkodę mojej rodziny i dzieci.

Im więcej smrodu i nieczystości w okolicy placu Republiki (absolutnie nie z powodu migrantów, tylko z powodu, że władze węgierskie postawiły nam toi-toi dopiero po wielomiesięcznych żądaniach, a i tak nie opróżniają ich regularnie i nie dezynfekują, a dostęp do wody pitnej i do umycia się w parku zamknęły lub mocno ograniczyły), tym więcej Węgrów dzięki wszechobecnej propagandzie i zdezorientowaniu popiera piątkową decyzję o stanie wyjątkowym i ograniczeniu podstawowych wolności.

Jak wiecie, postanowiłem, że to ja tworzę warunki, w których wychowuję powierzone mi dziecko. Wychodzę z dzieckiem do NASZEGO parku, tam się bawimy, a kiedy się zmęczymy, to czytamy każdy swoją książkę. Jeżeli dzieciak ma energię, to sobie biega, gdzie chce, a ja mam pewność, że jest bezpieczny, podczas kiedy czytam, a pod koniec odnajdujemy plecak tam, gdzie go na początku zostawiliśmy. Tak to wyglądało przy Starszym kilka lat temu, a teraz przy Młodszym władze węgierskie wprawdzie stworzyły mi pewne utrudnienia, ale przypomnę: to nie jest ot, zachcianka, że podejmujesz się wychowania dziecka, tylko skoro się podjęłoś, to zobowiązuje. Dlatego uczyniłem wszystko, aby móc teraz przez lato z Młodszym na placu Republiki postępować tak, jak wcześniej ze Starszym, a w szczególności kiedy jest spragniony, to mu mówię "Idź na drugi koniec parku, sprawdź, czy działa wodopój" - idzie wśród setek uchodźców, i wraca cały, bez najmniejszych obaw o cokolwiek, a ja przeczytałem spokojnie rozdział.

----

Film sprzed kilku tygodni - plac Republiki w Budapeszcie ("plac Afgański") https://www.youtube.com/watch?v=DgEJEL8wExk
Zwróćcie uwagę na czystość, szczególnie pod koniec filmu chłopiec ściska butelki, bo wie, że pracownicy przedsiębiorstwa nie dostali więcej worków. Rozumiesz? Kilkuletni uchodźca za darmo pomaga pracującym tutaj za pensje tubylcom, ponieważ rozumie utrudnienia, a chce przebywać w czystości. Zwróćcie uwagę, że w sumie wówczas były cztery toi-toi, postawione dopiero po naszych naleganiach - od tej pory jest ich chyba osiem, ale tak postawione, że dwa się przewracają. Owszem władze je opróżniają, ale nie dezynfekują lub niewystarczająco.
Oczywiście można również nakręcić taki film, gdzie będą tylko mężczyźni, a dziecka ani śladu, albo tylko kobiety, ponieważ w sumie park jest spory, i chyba jest oczywiste, że aby zobaczyć dzieci, to trzeba się skierować raczej ku huśtawkom, tym bardziej, że stamtąd dobiegają odgłosy zabawy. Zauważcie kulturalną postawę uchodźców: widzą, że część placu jest odrębnie ogrodzona (od psów) i przeznaczona dla dzieci. Dorośli przebywają więc w pozostałej części parku, żeby nie przeszkadzać swoim i tutejszym dzieciom.
Uwierzcie, że dla mnie to jest radość przechodzić codziennie wśród 500-1000 uchodźców, a szczególnie przyprowadzać tutaj dziecko.

----

Przejrzałem, z jakimi motywacjami rozpowszechniacie moje relacje i przeraża mnie, jak media przedstawiają wam wszystko w jednym worku.Nie znam mediów polskich (zresztą nie oglądam telewizji, mąż pracuje w węgierskim radio publicznym, więc żyjemy radiem, a dzieci wieczorem mają blok radiowy: bajka + muzyka ludowa + słuchowisko/seria), dlatego nie wiem, co wam pokazują o uchodźcach na Lesbos, a co o uchodźcach w Budapeszcie.
Odwołam się do waszej wyobraźni, wiedzy o świecie, empatii i logiki: jesteście w Turcji, żeby zawędrować dalej do bogatej Europy, która przypominam jest bogata, ponieważ stoi na prawach człowieka. Macie do wyboru dwie trasy (teraz otwórzcie sobie atlas albo co): albo przepłyniecie wpław lub na tratwach przez morze Egejskie z wysepki na wysepkę, albo przejdziecie pieszo przez europejską część Turcji, a potem Grecję lub Bułgarię, dalej Macedonię i Serbię do Budapesztu (Schengen).
Kto wybierze płynąć przez morze wpław lub na tratwie, a kto wybierze iść lądem? Dlatego macie mężczyzn na wyspie Lesbos, a całe rodziny z dziećmi w Budapeszcie.
Pamiętacie ten film, który nagrałem w parku Republiki, w którym nie pokazałem nic poza własną gąbką i workiem pozbieranych łapaczką śmieci? Mógłbym pokazać, ile zużytych podpasek wyjąłem spośród krzaków, i je nagrać, ale nie uczynię, ponieważ wiem, że nawet to niektórych nie przekona.

----

Aż mi się nie chce wierzyć, że nie wiecie, ile nie wiecie.
Przedwczoraj rozmawiałem wśród uchodźców w Budapeszcie z matką trójki dzieci 1-4 lat, która do nich zwracała się prawdopodobnie po kirgisku. Nie po arabsku (Syria) ani w żadnym z języków irańskich (Afganistan). Nie dopytałem, skąd przybyli, bo próbowałem sobie przypomnieć, czy dam radę pobiec i znaleźć trzy różne jogurty lub soczki z trzema różnymi kolorowymi potworkami. Naprawdę nie widzicie, że do Europy zmierzają miliony z terenu jednej trzeciej Azji, z najróżniejszych kultur, cywilizacji, kręgów wyznaniowych? Na razie zmierzają przez morze Egejskie i Bałkany, ale to jest tylko kwestia ustania wojen Federacji Rosyjskiej z sąsiadami, żeby migranci zaczęli przybywać przez Ukrainę i przechodzić przez Bug w takiej masie, jak teraz przez granicę serbsko-węgierską, czyli zachowując proporcje od dwóch do czterech tysięcy dziennie.

----

piątek:

No to napiszę jeszcze raz: mieszkam przy placu Republiki w pobliżu dworca Keleti w Budapeszcie, na tym placu, który jest parkiem, od początku roku mieszkało coraz więcej i więcej osób przybyłych z południa, a wcześniej z Azji. W sierpniu liczba koczujących sięgała tysiąca, przy czym wymieniali się, ponieważ jechali dalej, a przybywali nowi. Przez całe lato, ponieważ tutaj w parku jest też mój plac zabaw i boisko, przyprowadzałem dzieciaka (Młodszego) grać w piłkę i uganiać się w zraszaczu. Przychodzimy, kładziemy na ziemi plecak czy torbę, i uganiamy się przez cały dzień, gdzie znajdziemy miejsce wśród tłumu, w tej części parku, gdzie rosną zwykłe drzewa i krzewy, a nie ozdobne i rabaty, żeby nie zniszczyć. Nigdy mi nic nie zginęło, nikt mi niczego nie zabrał, pod koniec zabawy zawsze leżało, gdzie zostawiłem.Uchodźcy widać, że zmęczeni, chętnie się przyglądali, raz po raz podawali piłkę, co poleciała za daleko, ale niektórzy byli zbyt wyczerpani.

Raz po raz podnoszę śmiecia, i pokazuję uchodźcy, że robię to z przyjemnością, i że nie oczekuję, że będzie sprzątał na moim placu, bo nie jemu za to płacą, tylko pracownikom oczyszczania miasta. Zresztą choćby chciał, to jeśli tego śmiecia podniesie, to nie będzie miał gdzie wyrzucić, bo przecież miasto nie zadba, żeby w parku, gdzie mieszka 500-1000 osób, zwiększyć liczbę koszy i częściej je opróżniać. No więc mieszkam sobie w czystym przyjemnym miejscu, ponieważ sam przynoszę worki na śmieci.

Do gotowania i rozdawania jedzenia przyłączyłem dopiero kilka dni temu, kiedy potrzebna była ogromna, ponieważ przypomnę, że obecnie mam pod opiekę dwójkę, i nie mam tyle energii, co za młodu.

Wczoraj i przedwczoraj na plac przyszło kilku szowinistów, po raz pierwszy, wcześniej chyba nie wiedzieli, że istnieje plac Republiki, tylko chodzili na Keleti nabijać się z uchodźców. Akurat rozdawałem jedzenie, jeden z migrantów, w imieniu grupki odmówił z uśmiechem, a szowinista na to szyderczo "No, ale jedzenia to nie przyjmie". Przystanąłem, położyłem skrzynię obok na ławce, wziąłem ostentacyjnie oddech tak, żeby widział, że powiem coś dłuższego, i zapytałem, co ma na myśli i czemu to mówi, i od razu wyjaśniłem, że uchodźca odmówił posiłku z tego powodu, że pół godziny temu już ode mnie przyjął i zjadł, tylko że ja nie zapamiętałem jego twarzy, i że w sumie to jest przyjemna sytuacja, pełna uśmiechów z powodu takiego "malentendu". Znikł.

Kolejna dwójka również znikła po moich wyjaśnieniach "Pamiętaj, że co im dasz, to powącha, i jeśli poczuje mięso, to odrzuci" (pomylił ewidentnie z hinduistami, ale nieistotne), więc odpowiadam zgodnie z prawdą: "Nikt nie wącha tego, co podaję. Tutaj mieszkam (pokazuję na budynek). Widzą mnie z daleka, i kiedy podaję posiłek, to każdy patrzy mi w oczy, i w moich oczach widzi, że w posiłku nie ma nic, czego by sobie nie życzył. Jakieś jeszcze rady kulinarne dla mnie masz, chętnie wysłucham".

Poza tymi dwoma incydentami oraz piątkowym napadem neonazistów, tutaj w parku Republiki nie zdarzają się żadne zaczepki.Z rozdawania zupy i bułek nawet z dorosłymi można zrobić przyjemną, półcyrkową, rozładowującą napięcie scenę, kiedy pokazuję, żeby się ustawili po łyżki, kto ma już łyżkę, to podam zupę, a po dwóch minutach na odwrót. Tańczę i gestykuluję, żeby z mowy ciała zrozumieli, o co mi chodzi: kiedy tłum wygłodniałych wali w kierunku rozdających jedzenie, można się przerazić. Pokazuję więc na dziewczynę z łyżkami i pokazuję, że nie podam zupy, póki nie zdobędzie łyżki, ale jeżeli ruszy zbyt gwałtownie ku łyżkom, zakrywam bułki papierem, rękę z zupą opuszczam, i pokazuję, żeby łyżkę odebrał z respektem. Pokazujemy, że skoro ktoś dostał zupę, ale nie dostał bułki, to nikt nie dostanie zupy, póki on nie dostanie swojej bułki. Między sobą ostentacyjnie wykonujemy gesty uprzejmości, cierpliwie czekam, aż dziewczyna wyjmie kolejne łyżki, a ona czeka, aż uda mi się złapać kolejną bułkę przez papier. Takie rzeczy działają - owszem, męczące na początku, ale tłumek w reakcji jakoś się dostosowuje i samoukłada (przypominam: co 1-2 dni nowi, ponieważ poprzedni już odjechali, więc dla rozdających to jest każdego dnia nowy strach i nowy wysiłek), wychodzą na zewnątrz olbrzymie pokłady człowieczeństwa, kultura i szacunek, których być może od wielu miesięcy zwyczajnie nie mieli komu okazać, bo tylko wędrowali i uciekali. Ktoś mi kiedyś oddał paprykę, taką, którą proponował grupie, i właściwie każdy ją obmacał, pokazując na gardło, że tego wolą nie jeść, bo ostre, to oczywiście paprykę zjadłem, bo przecież ja też bywam głodny, a że żołądek mam mocny, to każdą Ebolę strawię. Od razu widać było, że posiłek lepiej im smakuje, kiedy zjadamy wspólnie.

Do wózka z jedzeniem podchodzą jako pierwsi siłą rzeczy sprawni, młodzi mężczyźni, a ci starsi, lub zmęczeni, albo kobiety z dziećmi albo dojdą za chwilę, albo zauważą, że zaczynamy roznoszenie i dojdziemy do każdego. Tutaj również można by łatwo nagrać manipulacyjny film, jak to młodzi mężczyźni biegną w zdeterminowaniu i wyrywają nam pakunki z rąk. Oczywiście, że wyrywają - nie widzieliście nigdy, jak się zachowują Europejczycy na wyprzedaży?! Szczególnie ci pierwsi wyrywają, którzy nie znają oochotników, są zdezorientowani i wymęczeni i podróżą, i przyjęciem, jakie im zgotowały węgierskie władze.

Kto leży zmęczony, to z daleka gestykuluję, że nie musi się podnosić, schylę się, pokażę mu pakunek, i jeśli się zgodzi (!), to mu wręczę lub położę obok. Tak, tak! To ja proszę, czy zechce przyjąć posiłek, i czekam cierpliwie, aż obejrzy i się zdecyduje. Cały czas dziękuję - za to, że do mnie próbuje wstać, z uprzejmości, choć jest wyczerpany, za to, że obdarza mnie zaufaniem na tyle, żeby przyjąć pakunek od obcego, za cierpliwość, że wystał swoje w kolejce.

Młodszy często bywa świadkiem takich interakcji z uchodźcami, i przy nich uczy się, jak okazać uprzejmość wobec człowieka z odmiennego kręgu kulturowego.

Jak pamiętacie, Starszego wychowałem w ZOO, zabierając go co sobotę (bez wyjątku!) przez kilka lat, kiedy był mały, tak na pół dnia, a niekiedy aż do zamknięcia. "Popatrz na to mandrylątko, jak się zachowuje wobec matki: kiedy chce odejść do przedmiotu, który przykuł jego uwagę, to automatycznie spogląda na matkę, żeby matka widziała, że małe się oddala i w którą stronę. Jeśli matka patrzy gdzie indziej, to małe czeka".

Oczywiście wychowywanie dziecka zwierzętami bywa ryzykowne, o czym się przekonałem przy małpiatkach uprawiających prostytucję: samica pozwoliła samcowi na akt seksualny, kiedy otrzymała od niego owoca, podczas gdy chwilę wcześniej nie chciała. Ale właściwie wszystko się da dziecku wytłumaczyć.No, nie zamęczam was więcej, chciałem tylko pokazać, że dzięki codziennemu kontaktowi z migrantami mam wiele, wiele mniej roboty z wychowywaniem dzieci, a sam uczę się panować nad chaosem w głowie i wyrażać emocje jak człowiek.

wtorek:
Rekonesans: wychodzimy na plac Republiki z jogurtami i zapytujemy, kto w ile osób tutaj mieszka, ile mają dzieci, żeby wiedzieć, ile zup mamy przynieść, a ile owoców. Dzieci są pochowane, to znaczy zwyczajnie odpoczywają, w lecie z powodu upału, teraz z powodu chłodu, za krzakiem, pod kartonami. Rozmawiamy na migi, strzępami angielskiego. Za pół godziny przyniesiemy ciepły posiłek, więc teraz rozglądamy się i planujemy strategię.

Opowiadamy sobie anegdoty, kogo do tej pory ile razy przewrócili - dziewczyna od bananów ma najfajniejsze. Uchodźcy uwielbiają owoce - z tego powodu, że z daleka widzą, co to jest. Banany są straszne, bo tak rozpoznawalne. Wszyscy się rzucają. W zeszłym tygodniu znowu ją przewrócili, i to tak że znalazła się na ziemi "przygnieciona" bananami, ale jak się domyślacie, banany prawie natychmiast znikły.

Kiedy przechodzę przez park, bezwiednie liczę, ile będzie potrzebnych jogurtów, ile podpasek, ile kartoników z soczkiem (takich kolorowych, ze słomką), ile osób leży wyczerpanych tak, że nie będą w stanie się podnieść i zrobić kroku - im trzeba jedzenie donieść.

Głęboki wdech i wjeżdżamy z wózkiem do parku.

"Teraz skręćmy w prawo, tutaj koczują ci sami, co wczoraj". Docieramy do miejsca, gdzie z jednej strony trzy ławki ochronią nas przed stratowaniem, z drugiej jest szansa, że te dwa krzaki ich spowolnią. Odciągamy płachtę przykrywającą jedzenie, ktoś wchodzi na ławkę, żeby widzieć, z której strony nadciągają, i koordynuje.

Rutynowe pół godziny grozy.

Ufff... Teraz będzie już tylko luz. Leżącym - wyczerpanym, chorym lub śpiącym - jedzenie donosimy każdemu osobno.

W drodze powrotnej "nagroda": wszędzie uśmiechy i gesty serdeczności. Spośród ochotników mam chyba najfajniej, ponieważ tutaj mieszkam, i pozdrowienia powtórzą się wieczorem, kiedy będę szedł na zakupy.

Dzisiaj w Budapeszcie już prawie nie ma migrantów, więc jedzenia starczyło, żeby zanieść aż do Keletiego - kilkaset metrów od placu Republiki. Tutaj, przed dworcem Keletim, prawdziwa dzicz: dziesięcioletni Afgańczyk podchodzi do ludzi, i prosi, żeby przyjęli od niego ciastka, których otrzymał całą torbę, ale tylu nie zje, i wolałby oddać komuś głodnemu.

Źródło: https://www.facebook.com/notes/1373889169318109/

Grecja: Kolejne protesty przeciwko cięciom

Świat | Protesty | Tacy są politycy

Tysiące ludzi wzięło udział w proteście społecznym przeciwko rządowym planom cięć pensji w sektorze publicznym, których celem jest znalezienie środków na zaspokojenie roszczeń wierzycieli Grecji.

Protestujący twierdzą, iż kolejne cięcia nie przyniosą żadnych efektów podobnie jak poprzednie. Od początku kryzysu dług Grecji rośnie, maleją też pensje oraz PKB. Na kryzysie zyskują jednocześnie greccy oligarchowie. Nie zgadzają się również na obciążanie kosztami kryzysu emerytów, pracowników i osób młodych.

Protesty przebiegały spokojnie, doszło do kilku przypadków obrzucania policji koktajlami mołotowa. Około 15 osób zostało aresztowanych.

W protestach brali udział m.in. anarchiści, działacze lewicowych partii opozycyjnych wobec Syrizy oraz związkowcy.

Grecja: Zamieszki po głosowaniu pakietu reform oszczędnościowych

Świat | Represje | Tacy są politycy

W nocy ze środy na czwartek grecki parlament znaczną większością głosów przeforsował ustawę o reformach oszczędnościowych będących warunkiem udzielenia Grecji pomocy przez kredytodawców. Część posłów Syrizy głosowało przeciw, ale ich głosy nie miały jednak żadnego znaczenia.

Premier Grecji stwierdził, że nie ma innego wyjścia mimo iż sam nie zgadza się z warunkami postawionymi przez Troikę. Ustawa oszczędnościowa będąca konsekwencją porozumienia zawartego na ostatnim szczycie eurogrupy jest według niego najlepszym wyjściem. Alternatywą jest w jego mniemaniu bankructwo Grecji.

Syriza stoi przed trudnym wyzwaniem ponieważ nie spodziewała się, iż większość społeczeństwa biorąca udział w referendum na temat warunków postawionych przez troikę (frekwencja 66%) zagłosuje na "nie".

KOMENTARZ OKOŁOWYBORCZY: Wyborcze alternatywy, frekwencja, mediokracja – czyli albo (anty)systemowość albo (anty)demokracja

Blog | Tacy są politycy | Wybory

Kurz po pierwszej turze wyborów prezydenckich jeszcze nie opadł. Zapowiada się, że długo nie opadnie, gdyż medialne szczekaczki z pewnością nie pozwolą na choćby krótkotrwałe odwrócenie uwagi społecznej od swoich chlebodawców w momencie, kiedy owa uwaga jest im najbardziej potrzebna. W chwili obecnej wszyscy możemy się domyślać, jaką zadymę zgotują sobie i całemu społeczeństwu w najbliższych dniach dwaj główni kandydaci do urzędu prezydenta, zanim któryś z nich ostatecznie nim zostanie. Obaj już od dłuższego czasu na to – bo bynajmniej nie dla ludzi jako ich „przedstawiciele” – pracują. Obaj z całym swoim zapleczem politycznym i medialnym. Obaj z prawej strony politycznej sceny. Obaj konserwatyści. Obaj pro-zachodni, na pasku Brukseli, Waszyngtonu i Watykanu (wymieniając w kolejności alfabetycznej). Obaj ciążący w kierunku zbrojeń i polityki anty-rosyjskich prowokacji. Obaj współwinni upokarzającego stanu, w jakim znajduje się społeczeństwo. W końcu obaj zgodnie stwarzający iluzję istnienia alternatywy, jaką zdają się rysować przed ludźmi mainstreamowe media. Obaj tak samo marionetkowi i puści w swoim przekazie… Oto wybór, przed jakim staje tzw. obywatel. Daje się mu możliwość wybrania między rakiem a rakiem, bo już nawet nie pomiędzy dżumą a cholerą. Już teraz można sobie zdać sprawę, że nic się nie zmieni, a przynajmniej nie na lepsze.

Jednakowoż perspektywa wyboru między rakiem a rakiem nie zarysowała się przed społeczeństwem dopiero wraz z ogłoszeniem wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich. Wcześniej przecież również można było „wybrać” spośród łącznie jedenastu podobnych sobie kandydatów, którzy realnie niczym istotnym się od siebie nie różnili. Zostali oni – wszyscy, co do jednego – stworzeni i wypromowani przez media. Media – od Gazety Wyborczej i TVN-u począwszy, a na Radiu Maryja i Gazecie Polskiej skończywszy – które od zawsze usiłują przedstawić wydarzenie, jakim są wybory, jako istotę demokracji, usilnie zachęcając ludzi do udziału w nich. Przez ostatnie tygodnie Telewizja Polska promowała udział w wyborach za pośrednictwem ograniczonych w przekazie, prymitywnych intelektualnie i bezdennie żałosnych w swej formie spotów, mających zachęcić niezdecydowanych do postawienia krzyżyka przy wybranym przez siebie nazwisku. Przy okazji każdych wyborów, przed i po ogłaszaniu ich wyników, dziennikarze, jak również zaproszeni przez nich do studia „rzeczoznawcy”, publicyści, artyści i – rzecz jasna – sami politycy, zwykli ubolewać nad niską, ich zdaniem, frekwencją, od lat nieprzekraczającą 50%. Społeczeństwu próbuje się wmawiać, że absencja wyborcza to wynik zwykłego lekceważenia, ignorowania czy olewania nie tylko tak dostojnego i znaczącego wydarzenia politycznego, jakim zdają się być wybory, ale w ogóle całego życia społecznego i obywatelskiego, przez ludzi nieświadomych, nieodpowiedzialnych i kompletnie nie interesujących się sprawami publicznymi. Zdaniem (przynajmniej tym oficjalnie wygłaszanym) dziennikarzy i parlamentarzystów, niechodzenie na wybory to oznaka totalnej obojętności oraz społecznej i obywatelskiej niedojrzałości. Mając na uwadze i w perspektywie kolejne wybory, zwykli oni odwoływać się do „sumienia”, „poczucia obowiązku” czy „historycznej odpowiedzialności” potencjalnych wyborców. Oczywiście nie robią tego ani w interesie wyżej wymienionych ani z poczucia misji, ani w czynie społecznym, a jedynie po to, by nieustannie legitymizować panujący wszem i wobec status quo. W końcu bez wyborców nie ma wyborów, a bez wyborów nie ma ich zwycięzców. Innymi słowy, brak rozstrzygnięcia wyborów, w ramach tzw. demokratycznego państwa, oznacza dla polityków brak możliwości dostępu do koryta czyli koniec złotego interesu. Politycy nie prą jednak wyłącznie na zdobywanie poparcia dla własnej opcji. Jak się okazuje, zależy im choćby właśnie na samej frekwencji. Często można się spotkać z wypowiedziami parlamentarzystów o treści: „To ważne, by wziąć udział w wyborach, by wyrazić swoje zdanie” albo „Drodzy rodacy, nie jest dla mnie ważne to, na kogo oddacie głos. Ważne, byście poszli i go po prostu oddali…”. Dlaczego zatem sama frekwencja jest dla nich tak ważna? Z jednej strony owszem, namawianie do udziału w wyborach bez względu na polityczne upodobania zakrawa na postawę godną obiektywnego męża stanu, co może polepszyć wizerunek i notowania określonego kandydata. Z drugiej jednak, jeśli propaganda pro-wyborcza zadziała, to okaże się, że kiedy jedna grupa wyborców, zachęcona do zwykłego „pójścia na wybory”, odda głos – nie ważne z jakich przyczyn – na jedną opcję, a druga, choćby przypadkowo, zagłosuje na drugą, odtąd chcąc nie chcąc identyfikując się z nią, to pozostaje jedynie kwestia nakreślenia silnej linii podziału pomiędzy jednymi a drugimi, oraz skłócenie ich poprzez wyolbrzymienie określonych cech obu stron politycznej konfrontacji…i efekt osiągnięty. W tym momencie bowiem, powstaje społeczeństwo podzielone, które gwarantuje nie tylko łatwość kierowania sobą w myśl zasady „dziel i rządź”, ale także zapewnia stałe indukowanie się wzajemną nienawiścią poszczególnych obozów i – co za tym idzie – długofalowy ich udział w wyborach, traktowanych od tej pory już nie jako jutrzenka zmiany na lepsze, ale jako starcie wrogich stronnictw – polityczny show, utrwalający legalne pozostawanie przy władzy. W istocie cykliczne nabijanie frekwencji wyborczej spełnia swoją uniwersalną i ponadczasową rolę o tyle, że jeśli już jedna czy druga taka opcja wyraziście się zarysuje, to potem mogą powstawać kolejne formacje, które na zasadzie rzekomych przeciwieństw, różnic programowych, odżegnywania się od „tamtych” czy choćby wykorzystując zwykłe zmęczenie społeczeństwa dotychczasową polityką, zyskają sobie zwolenników, którzy na jedną, góra dwie kadencje wyniosą je do władzy, aż w pewnym momencie okaże się, że ci, podobnie, jak poprzedni, nie mają nic oryginalnego do powiedzenia i na pewno nie mają też zamiaru realizować obietnic czy programu… Takie błędne koło toczy się latami i nie trzeba nikomu tłumaczyć, kto na tym zyskuje, a kto traci.

Parlamentarzystom pozostaje zatem być i gadać, reszta to zadanie dla mediów – mediów, które okazują się tak istotne i bezcenne dla polityków i tworzonej przez nich „demokracji”. Bez nich nikt nie wiedziałby nic ani o kandydatach ani o wyborczych terminach. Gdyby nie było codziennego politycznego mielenia w telewizji, radiu i prasie, to zapewne żaden człowiek nie zdążyłby ulec emocjom i znienawidzić określonej formacji czy konkretnej postaci parlamentarnej, a tym samym, w ramach realizacji założeń kampanii negatywnej, poprzeć opcji „przeciwnej”. Bo nie ma co się oszukiwać – w podzielonym społeczeństwie, z jakim mamy do czynienia, najczęściej nie głosuje się „za” kimś, tylko „przeciwko” komuś innemu wybiera się jego kontrkandydata. Można się zastanowić, czy takie postępowanie to faktycznie „wybór”. Chyba tylko tzw. mniejszego zła. Gdzie zatem sens wyboru?

Abstrahując od niekwestionowanej roli środków masowego przekazu w promowaniu i upowszechnianiu wyborczej delirki, same media nie zaistniałyby bez stojących za nimi politycznych lobby. To one nadają głównonurtowym dziennikarzom cele i pożywkę, którą codziennie można obrzucać nieświadomych odbiorców, żerując na ich emocjach i potrzebie bezpieczeństwa. To polityczne grupy interesów – po dojściu do władzy – obsadzają na medialnych stołkach poszczególne osoby i opłacają je, zapewniając jednocześnie duże profity, popularność i sympatię społeczną wielu z nich. W końcu to właśnie dzięki pozornie skłóconym politykom, dziennikarze mainstreamu uchodzą za obiektywnych mediatorów, neutralnych i panujących nad sytuacją, inteligentnych, błyskotliwych i kulturalnych (lub prowokacyjnie nie-kulturalnych) przedstawicieli społeczeństwa, którzy zawsze potrafią godnie i/lub sensownie przedstawić każdą informację, jednocześnie jednak umiejąc relatywizować każdą prawdę, opinię tendencyjnie przedstawiać jako fakt, zaś autentyczne dane kwestionować, nadawać im pozory spekulacji lub pomijać ich najistotniejsze części w sposób taki, by przypadkiem nikt nie pomyślał, że policja znowu nadużyła uprawnień, zaś strajkującym górnikom czy lekarzom chodzi o coś więcej niż tylko o kasę.

Nakreślony powyżej obraz symbiozy władzy i mediów pierwszego obiegu prowadzi do wniosku, że jedno nie ma racji bytu bez drugiego. Ta symbioza to stały i nierozłączny element „demokracji”, która w istocie nie jest niczym innym, jak tylko krypto-autorytaryzmem, w ramach którego polityczno-medialny establishment nie traktuje już nawet podmiotowo jednostki-wyborcy, ale operując pojęciami statystycznymi mówi o procentowych częściach pozbawionej świadomości masy, tym samym nadając im podmiotowe znaczenie decyzyjne. Samo słowo ‘demokracja’ to jedyne co pozostało z pierwotnego wydźwięku definicyjnej demokracji. Historyczne znaczenie tego słowa zakładało udział całych zgromadzeń ludowych i każdego ich uczestnika z osobna w podejmowaniu decyzji istotnych dla samoorganizowania się i rozwoju populacji antycznych społeczeństw. Zainteresowanie sprawami społecznymi było dla ówczesnych czymś naturalnym i wynikało z troski tak o osobiste, jak i o wspólne sprawy, oraz z poczucia indywidualnej i zbiorowej odpowiedzialności za tworzoną grupę. Dyskusje na forach publicznych i głosowania w określonych kwestiach nie sprowadzały się do wybierania często zupełnie nieznanych sobie „przedstawicieli”, którzy wszelkie istotne decyzje mieliby podejmować w imieniu swoich wyborców, nie ponosiliby przy tym wobec nich praktycznie żadnej odpowiedzialności i byliby nieodwoływalni przez cały czas trwania swoich kadencji, nie wspominając o tym, że czerpaliby ze swojej aktywności korzyści materialne (notabene niebagatelnie duże), tak jak ma to miejsce teraz. W obecnych czasach, choć zasady demokracji uczestniczącej upowszechniają się co raz szerzej w co niektórych miastach, większość ludzi przywykła do serwowanej przez polityków i media tezy, jakoby zwykli, „szarzy” obywatele nie byli w stanie podejmować istotnych dla życia społecznego decyzji za pośrednictwem powszechnych zgromadzeń czy referendów z powodu swojej niekompetencji społecznej, nieznajomości zasad ekonomii, technologii, edukacji czy zdrowia publicznego. Pojawia się więc pytanie o to, czym obywatele, czyli potencjalni wyborcy, mają się kierować wybierając swoich „przedstawicieli” skoro sami są niekompetentni? Jak mają rozumieć programy i zamiary wyborcze kandydatów, skoro sami są na tych sprawach nie znają? Odpowiedź jest prozaiczna, a wniosek jasny: albo polityka jest komplikowana celowo, a w rzeczywistości tylko pozornie, albo politycy tak lekceważąco i arogancko traktują ludzi, że myślą, że do zagłosowania będzie im wystarczył sam wizerunek publiczny i korzystna prezencja kandydata czy kandydatki. Oto, do czego ograniczona została rola wyborcy w procesie współdecydowania. Nierzadko dochodzi nawet do takich chorobliwie absurdalnych sytuacji, że omamiony poczuciem „obywatelskiego obowiązku” wyborca idzie do urny i skreśla „byle kogo”, aby tylko zagłosować, myśląc, że wtedy będzie mógł mieć „czyste sumienie”, jako ten który „uczestniczy” w życiu społecznym. Następnie powielana jest w społeczeństwie teza, jakoby „nieobecni” (tu: niegłosujący) nie mieli „racji” albo „jeśli ktoś nie zagłosował, to nie ma moralnego prawa krytykować wyników wyborów ani posunięć władzy”. Czyżby? A może sama absencja wyborcza jest już świadomym aktem sprzeciwu wobec niezmieniającego się razem z nazwą rządzącej partii czy nazwiskiem prezydenta systemu politycznego? Może ci niegłosujący ludzie na co dzień monitorują i krytykują zgubne dla populacji poczynania władzy, nie zgadzają się na społeczne wypaczenia, do jakich doprowadzają rządzący i od lat wołają o zmianę, proponując realną alternatywę, jednak są metodycznie zagłuszani i dyskryminowani? W końcu na karcie do głosowania nie było dwunastej opcji, pod tytułem: „Żaden z programów proponowanych przez powyższe osoby mi nie odpowiada” albo „Nie chcę uczestniczyć w politycznej farsie”. Ludziom faktycznie interesującym się życiem społecznym nie daje się wielkiego wyboru. Co zatem mają robić? Dlaczego mieliby się zgadzać z którymkolwiek programem wyborczym, jeśli żaden w pełni nie odzwierciedla ich wizji i poglądów czy też tylko częściowo się z nimi pokrywa? Dla części osób nieuczestniczenie w wyborach być może nie jest realizacją świadomej woli politycznej, ale raczej efektem podświadomego zniechęcenia, którego nie da się zniwelować zwykłym zagłosowaniem na kogoś „innego”. Dla innych jednak, często znacznie bardziej interesujących się życiem politycznym (niż ci chodzący na wybory) osób, bojkot wyborów to akcja polityczna. Ze zrozumiałych względów, takich ludzi pomija się w oficjalnych relacjach, publikacjach czy statystykach, szufladkując ich jako nieodpowiedzialnych i „mających wszystko w dupie”. W rzeczywistości, są oni szeroko rozumianymi i faktycznymi przeciwnikami systemu jako takiego, nie zaś konkretnej jego odsłony – systemu, który w ujęciu społeczno-politycznym oznacza cały układ wzajemnych zależności pomiędzy formalną władzą administracyjną, właścicielami kapitałowymi czy hierarchami religijnymi, którzy – wspólnie, w różnych możliwych kombinacjach – wykorzystując tworzone przez siebie zasady, zwane prawem, oraz tuby propagandowe w postaci mediów pierwszego obiegu, jak również metody nacisku ekonomicznego, „ogólnie” przyjęte i zmonopolizowane środki obrotu gospodarczego, takie jak np. waluta, „kartki” czy choćby państwowe obligacje, oraz dysponując zalegalizowaną przemocą, uciskają i wyzyskują ludzi uczestniczących w społeczeństwie, czerpiąc zyski z owoców ich pracy na rzecz rzekomego rozwoju społecznego. Nie jest istotne, jaką historyczną maskę przywdziewa system i w jakim wydaniu jawi się masom. Nie ważne, czy przybiera formę neoliberalnej socjaldemokracji, wolnorynkowej monarchii, republiki narodowej, centralnie sterowanego totalitaryzmu, nazizmu czy bolszewizmu. Forma czy też maska nie zmieniają jego istoty i założeń – system zawsze pozostaje systemem i wcale nie musi mieć twarzy konkretnie Komorowskiego, Kaczyńskiego, Palikota czy Millera… Choć obecnie tutaj to właśnie wyżej wymienione facjaty są jego najbardziej rozpoznawalnymi obliczami, to pamiętać należy, że poza nimi – a aktualnie może nawet przede wszystkim – system ma jednocześnie uśmiechniętą buźkę Piotra Kraśki, arogancką minę Moniki Olejnik, cyniczny uśmiech Adama Michnika, czy też obleśne i przepełnione sarkazmem rysy Rafała Ziemkiewicza.

W tym miejscu pojawia się kolejne zagadnienie czy też pojęcie głośne w ostatnim czasie – bycie ‘przeciwnikiem systemu’, czyli ‘antysystemowcem’. Media, którym dość często zdarza się zmieniać definicje i znaczenia konkretnych słów i określeń, a następnie skutecznie upowszechniać ich nowe użycie dla własnych celów, w przeciągu kilkunastu minionych tygodni zdążyły oswoić społeczeństwo z nowym i na wskroś nowatorskim rozumieniem wyrazu ‘antysystemowy’. Nie dostrzegając wyraźnych i zasadniczych różnic (bo i nie ma takich) pomiędzy zapatrywaniami i programami kandydatów na urząd prezydenta RP pochodzącymi spoza obecnego układu parlamentarnego, a tymi mniej lub bardziej powiązanymi z owym, przedstawiciele medialno-politycznego establishmentu nazwali tych pierwszych – o zgrozo! – ‘kandydatami anty-systemowymi’. Czy zrobili to po to aby ich ośmieszyć? Czy może po to, by ośmieszyć antysystemowość? A może i jedno i drugie? W każdym razie, pozory, jakie udało się stworzyć poszczególnym – nieznanym dotychczas – kandydatom, ograniczające się w zasadzie do ordynarnego i wzbudzającego silne kontrowersje języka oraz radykalnych propozycji, kompletnie nie mających pokrycia w realnych możliwościach, pomogły w wytworzeniu kolejnej społecznej iluzji – iluzji zaistnienia rzeczywistej alternatywy, która miałaby ostatecznie zburzyć dotychczasowy układ. Wielu totalnie zniechęconych i mających dość oficjalnej polityki ludzi, gotowych w ramach protestu nawet zrezygnować z głosowania, uległo temu nowemu złudzeniu i po raz kolejny dało się zaciągnąć do urny, wybierając tym razem „kandydata antysystemowego”. Stąd sukces Kukiza w tych wyborach, stąd też sukces Korwina-Mikke w wyborach do europarlamentu w ubiegłym roku. Pytanie, czy to faktycznie ich sukces? Być może. Jednak ich wyniki to przede wszystkim sukces mediokracji, która przewidując, że ludzie będą woleli nie pójść na wybory niż kolejny raz wybierać ten sam okłamujący i wykorzystujący ich od lat układ, stworzyła i wypromowała nową jakość polityczną – „antysystemowość”. Teraz nadszedł czas na zachwyt nad ową nową jakością – badania statystyczne i socjologiczne nowego rodzaju elektoratu, analizy jego składu populacyjnego i oczekiwań, próby – przynajmniej częściowej – ich realizacji, omamianie go przez obietnice radykalnych przemian, próby łączenia „antysystemowego” programu z systemowymi PoPiSami…i tak przez jakiś czas, dopóki społeczeństwo czasowo nie odwyknie od starego i nie odetchnie pozornie nowym smrodem. Za moment, historia prawie niepostrzeżenie zatoczy koło i znowu na tapetę oraz pierwsze strony dzienników wrócą zgrani gracze. Jednak póki co wszyscy doświadczamy zachwytu nad „zbuntowaną” częścią społeczeństwa. Ów zachwyt, rzecz jasna, przejawiany jest także przez nią samą. W końcu programy oferowane przez jej faworytów są ze wszech miar burzycielskie i dające poczucie zrodzenia nowej siły. Paweł Kukiz, krypto-nacjonalista, często fotografujący się w koszulkach o skrajnie prawicowych treściach, wypromował się postulatem wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Niby przeciwko systemowi, ale jednak ciągle chodzi o okręgi WYBORCZE. Tak czy siak, choć idea jednomandatowości może rodzić u części społeczeństwa jakieś złudnie pozytywne konotacje, to czym skutkowało jej wprowadzenie w senacie czy w co niektórych innych państwach – wiadomo – efekt okazał się, przynajmniej częściowo, paradoksalny. Jak bardzo „antysystemowy” jest zwolennik ordynarnie liberalnej ekonomii i kapitalizmu w jego najbardziej radykalnej formie, szowinista i przeciwnik jakichkolwiek demokratycznych rozwiązań, Janusz Korwin-Mikke, nie ma sensu pisać. No to może Grzegorz Braun, piewca i propagator monarchii, której podporą i zasadą działania ma być religijny fundamentalizm, chroniony najlepiej bronią atomową… Z kolei Marian Kowalski, jawny rasista i ksenofob, co do którego poglądów społecznych nie ma żadnych złudzeń i szkoda na nie każdego słowa, domaga się m.in. przejęcia władzy wykonawczej w pełni przez prezydenta – czyżby kolejnym krokiem miała być władza totalna skupiona w jednym ręku? Skoro ten polski Mussolini chce podjąć współpracę z „suwerennym” władcą, jakim jest według niego Aleksander Łukaszenka, to coś w tym może być. Przyglądając się programom i przysłuchując się wypowiedziom poszczególnych „antysystemowców”, można przestać się dziwić temu, że większość z nich domaga się przywrócenia kary śmierci czy też zwiększenia wydatków z publicznych środków na bezsensowne i bezcelowe zbrojenia. Pozostaje jeszcze jedna istotna kwestia: czy któremukolwiek z „przeciwników systemu”, już jako hipotetycznemu prezydentowi, udałoby się zmienić cokolwiek po wejściu na parlamentarne salony, czy też „demokratyczna” machina władzy – którą w istocie realnie zmienić można tylko poprzez unicestwienie, oddolnie i od zewnątrz – wciągnęłaby go i zmieliła, tworząc kolejny głos w swoim chórze samouwielbienia i samozadowolenia. Ot i cała „antysystemowość”, mająca polegać w rzeczywistości bynajmniej nie na obaleniu ale na utrwaleniu, czy wręcz umocnieniu panującego systemu ucisku, wyzysku i społecznego upokorzenia. Media w każdym razie są zadowolone, podobnie większość polityków, tylko „lewicy” pali się grunt pod nogami, ale to temat na kiedy indziej…

Mamy więc zatem obraz zarówno tzw. demokracji, jak i tzw. antysystemowców. Mamy też pozorne alternatywy i jedynie słuszną rację serwowaną przez media. Czy zatem dalej można uważać, że jest się wolnym i rzetelnie poinformowanym, pełnoprawnym i poważnie traktowanym obywatelem wolnego kraju? To pytanie pozostaje do rozważenia. Nie skupiając się jednak wyłącznie na krytyce i negacji (negacji czegoś, co istotnie samo w sobie jest negacją wolności, sprawiedliwości i zdrowego rozsądku), dobrze jest też zwrócić uwagę na rzeczywiste i faktyczne opcje tworzenia realnej alternatywy. Otóż prawdą jest, że systemu jeszcze nikt nie rozwalił od środka. Definitywna zmiana i wyleczenie społecznej rzeczywistości z trawiącego ją nowotworu oficjalnej polityki może się odbyć tylko za pośrednictwem oddolnej inicjatywy solidarnych i współpracujących ze sobą w imię wspólnych celów ludzi. Dlatego tak ważne, zwłaszcza w dobie narastającej arogancji władzy, szerzącego się bezprawia sądów i komorników, rosnącej brutalności policji, okradania przez banki, upokarzania przez pracodawców, osiągającej monstrualne rozmiary biurokracji, zmuszania do pracy na umowach śmieciowych, upowszechniającej się gentryfikacji, pchania mas ku zbiorowym samobójstwom, jakimi są wojny, hegemonii zatruwających środowisko naturalne globalnych multikorporacji, coraz bardziej bezczelnego zacierania prawdy przez media, odzierania ludzi z resztek godności i zasiewania pomiędzy nimi ksenofobicznej nienawiści, jest dobrowolne samoorganizowanie się jednostek ludzkich w grupy wspólnych spraw, tak w miejscach pracy, jak i w środowiskach lokatorskich, na ulicach, w grupach społeczno-politycznych, kulturowych, alternatywnych środkach przekazu informacji czy innych, niezależnych oraz uskuteczniających i propagujących niezależną świadomość formacjach. Nawet, jeśli droga do sprawiedliwej rzeczywistości wolnych jednostek na chwilę obecną wydaje się długa, to póki co, już teraz każdy i każda z nas – wykonując pierwszy krok w jej stronę – może na własną rękę demonstrować panującemu systemowi to, że nie zgadza się na warunki, jakie ten ustala, i że przyjdzie czas na jego koniec wraz z nadejściem prawdziwej zmiany i realnej alternatywy. Taka demonstracja może odbywać się choćby przez bojkot oficjalnej polityki i wyborczą absencję… Zatem do nie-zobaczenia przy urnach!

BOJKOT WYBORÓW!
SOLIDARNOŚĆ NASZĄ BRONIĄ!

ZZ.

Rzekomy anarchista kandydujący na prezydenta Chorwacji

Świat | Blog | Tacy są politycy

Jakiś czas temu na portalu lewica.pl pojawił się artykuł o wyborach prezydenckich w Chorwacji. W artykule czytamy o zdobywcy trzeciego miejsca w wyborach:

"Ku powszechnemu zaskoczeniu trzecie miejsce zajął 24-letni Ivan Vilibor Sičnić, kandydat anarchistów, zdobywając 16,48 proc. głosów. Prowadził on kampanię pod hasłami wyjścia Chorwacji z UE i NATO. Sprzeciwiał się też eksmisjom z mieszkań osób zadłużonych, które nie są w stanie regulować wszystkich należności. Zyskał sobie w ten sposób sporą popularność."

Artykuł sugeruje jakoby Ivan Vilibor Sičnić był działaczem anarchistycznym popierany przez ruch anarchistyczny. Wystarczy zapytać chorwackich anarchistów o ich kandydata na prezydenta aby zobaczyć niemałe zdziwienie.

Jak się okazuje, Ivan Vilibor Sičnić owszem sprzeciwiał się eksmisjom z mieszkań osób zadłużonych, prowadził kampanię na rzecz wyjścia Chorwacji z UE i NATO, postulował nacjonalizację banków, jednak nie ma nic wspólnego ani z lewicą ani ruchem anarchistycznym.

Należy do organizacji Żywy Mur, współtworzonej przez byłych żołnierzy armii chorwackiej. Program tworzonej przez nich partii jest jednak prawicowo-narodowy. W dużym skrócie domagają się Chorwacji dla Chorwatów, chorwackich banków i chorwackich pieniędzy.

W Internecie brakuje jakichkolwiek dowodów na koneksje Sičnića i jego ugrupowania z ruchem anarchistycznym.

Kurdyjscy anarchiści: Co sądzimy o współczesnym kryzysie irackim?

Świat | Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Kryzys iracki ciągnie się od dziesiątek lat i miał miejsce zarówno pod władzą Saddama Husseina jak i pod władzą „obecnego demokratycznego reżimu” czyli od inwazji w 2003 roku.

Nie było ani wolności ani sprawiedliwości, równości ani szansy dla tych, którzy byli niezależni od stronnictw będących u władzy. Dodatkowo obok istniejącej brutalności i dyskryminacji wobec kobiet i zwykłych ludzi pojawiła się wielka przepaść między bogatymi i biednymi, która sprawiła, że biedni biednieją, a bogaci się bogacą. Obecny kryzys niewiele różni się od tego co wyżej napisaliśmy. Jest to kontynuacja sytuacji sprzed dziesiątek lat. Różnią się jedynie nazwy i partie polityczne będące u władzy.

Politycy i masowe media uwielbiają mówić nam, że obecne walki to kontynuacja starych walk i konfliktów między dwiema głównymi doktrynami islamu – szyią i sunną, że mają krwawe tło prawie od narodzin islamu.

Gdy przyjrzymy się historii narodów, krajów i ludzi, ich historia była zawsze historią walk między silnymi i słabymi, między wyzyskiwaczami, a wyzyskiwanymi, między okupantami, a okupowanymi, między najeźdźcami, a tymi, którzy walczyli przeciw rządowi, władzy i państwom. W skrócie, była to wojna o kapitał i zyski.

To co dzieje się dziś w Iraku pod nazwą „Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie” - ISIS jest dalekie od tego co próbują nam wmówić media mainstreamowe. Fakty są takie:

1. Stronnicy ISIS to marginalna grupa wspierana przez sunnickie ugrupowania rozczarowane rządami szyitów w Bagdadzie, sunnicką starszyznę plemienną, członków partii Baas http://pl.wikipedia.org/wiki/Partia_Baas , starych oficerów wojska i dawnych rebeliantów, którzy razem chcą przejąć władzę. Kiedy ISIS maszerowali na Mosul, trzecie co do wielkości miasto Iraku i rozpoczęli jego okupację, było ich mniej niż 2000 podczas gdy policji, wojska i innych służb w mieście było około 60 000. Armia była dobrze uzbrojona m.in. w czołgi, ale przegrała z islamistami stawiając śladowy opór.
2. To co ma miejsce było planem Turcji, krajów Zatoki Perskiej, Regionalnego Rządu Kurdyjskiego przy akceptacji USA i Wielkiej Brytanii.

3. Trudno powiedzieć co się będzie działo na sam koniec, jednak będzie to zależało od interesów USA i krajów zachodnich. W chwili obecnej zarówno USA jak i Wielka Brytania kładą nacisk na narodową jedność ludzi w Iraku aby chcieli żyć razem pod jednym systemem. Gdy uznają, że ich interesy są zagrożone, nie będą mieli nic przeciwko podziałowi Iraku na trzy para-państwa: kurdyjskie, sunnickie i szyickie.

4. Ta sytuacja wepchnęła Irak w wojnę religijną, zwłaszcza po wydaniu fatwy przez ajatollacha Alego al-Sistaniego, jednego z bardziej charyzmatycznych szyickich duchownych, do noszenia broni i zapisywania się do wojska.

5. Jesteśmy prawie pewni, że istnieje również ukryty plan. Uważamy, że jednym z celów wojnyjest otoczenie i zniszczenie demokratycznego ruchu masowego Kurdów w Zachodnim Kurdystanie (Syryjskim Kurdystanie) i jego lokalnej administracji. Ten ruch udowodnił, że istnieje alternatywa dla państwa narodowego, starego systemu neoliberalnego i jego władzy. Udowodnił też, że ruch masowy nie musi podążać drogą Arabskiej Wiosny, która skończyła się wybraniem islamskiej władzy. Ponad to, ten ruch udowodnił, że walka możliwa jest bez wsparcia USA, Unii Europejskiej i ich agentur. Udowodnił, że rewolucja powinna zaczynać się w społeczeństwie, który tworzy lokalne środowiska podejmujące swoje decyzje samodzielnie i dla samych siebie. Istnienie tego ruchu nie jest zbieżne z interesami polityków i neoliberalizmu, więc następnym krokiem jest atak na Zachodni Kurdystan.

W związku z powyższym, my (Kurdyjskie Forum Anarchistyczne) mamy zamiar przyjąć wypowiedzenie wojny, która została nałożona na Irakijczyków, wierzymy w organizowanie się poza partiami politycznymi, podżegaczami wojennymi i instytucjami państwowymi i rządowymi wewnątrz swoich miejsc pracy, uczelniach, sąsiedztwie i ulicach celem walki przeciwko wojnie, niesprawiedliwości, biedzie, głodowi, nierówności, represjom i brutalnemu systemowi państwa, korporacji, finansjery, neoliberalnych mediów oraz agentów.

Kurdyjskie Forum Anarchistyczne
18.06.2014
http://www.anarkismo.net/article/27113

http://cia.media.pl/nato_i_islamscy_fundamentalisci_historia_owocnej_wsp... http://cia.media.pl/spojrzenie_z_bliska_na_syryjska_rewolucje_anarchista...

Bułgaria: Walka z restrukturyzacją kolei

Świat | Prawa pracownika | Protesty | Tacy są politycy

Na początku roku, bułgarski minister transportu będący reprezentantem prawicowo-liberalnego rządu, postanowił wdrożyć w życie "reformę".

Jej pierwszym obiektem stała się kolej. Restrukturyzacja kolei państwowej polega na likwidacji 140 linii czyli 1/3 wszystkich linii kolejowych w kraju. Natychmiast po ogłoszeniu planu wybuchły protesty.

Powstał masowy ruch pracowników obejmujący wiele miast i miasteczek w całym kraju. Nadzwyczajne posiedzenie rządu i komitetu transportu zostało ustalone na dzień przed planowanymi protestami cele uniknięcia masowych demonstracji.

Organizatorem protestu w Warnie jest anarchosyndykalistyczny Niezależny Związek Pracowników (ARS).

Evo Morales: W przeszłości Bank Światowy był wrogiem, teraz jest przyjacielem

Świat | Publicystyka | Tacy są politycy

Evo Morales, pierwszy rdzenny prezydent Boliwii kojarzony jest jako antyimperialista i antykapitalista. Jednak w Boliwii spotykamy się ze sporą ilością jego krytyki o charakterze nie reakcyjnym, a postępowym.

Wygrywając wybory prezydenckie w 2005, 2009 i ostatnio w 2014, Evo Morales, lider Ruchu Na Rzecz Socjalizmu (MAS) został po raz trzeci prezydentem. Morales to pierwszy rdzenny prezydent tego kraju: antykapitalista, antyimperialista, ekolog i nadzieja dla całej światowej lewicy. Jednak wielu jego byłych towarzyszy oskarża go o odejście od swojego programu politycznego, przedstawianie wszystkich swoich krytyków jako prawicowych konspiratorów i używanie siły do uciszania ich.

MAS, zdobył w 2005 roku 54% głosów, w 2009 64%, a w 2014 60%. Morales powiedział na łamach Reutersa: „To była debata między dwoma modelami: nacjonalizacją i prywatyzacją. Nacjonalizacja wygrała ponad 60% poparcia”. Nie jest to pierwszy przypadek w którym Boliwia ma tylko dwie alternatywy: lewicowy rząd i prawicową opozycję.

Grecja: Lewica w sojuszu z populistyczną prawicą

Świat | Tacy są politycy | Wybory

Po wyborach parlamentarnych w Grecji przychodzi czas na stworzenie rządu, który Koalicja Radykalnej Lewicy SYRIZA postanowiła utworzyć z... prawicowymi Niepodległymi Grekami.

Niepodlegli Grecy to partia narodowo-konserwatywna, której idee w dużej mierze opierają się na teoriach spiskowych. Jedynym wspólnym postulatem obydwu ugrupowań jest sprzeciw wobec cięć budżetowych. Trudno jedynie przewidzieć jak długo.

Obydwie partie mają także zupełnie odmienne stanowiska na sprawy imigrantów, uchodźców, kwestie polityki samorządowej czy roli kleru w edukacji szkolnej. Niepodlegli Grecy nie kryją fascynacji Nigelem Faragem i jego Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

Donbas: Cięcia w świadczeniach dla górników

Świat | Prawa pracownika | Represje | Tacy są politycy

Wspierany uzbrojonymi żołnierzami "przywódca" Donieckiej Republiki Ludowej, Aleksandr Zacharczenko zaproponował obniżenie zasiłków dla górników. Poinformowała na swoim facebooku Jelena Błocha, redaktorka “Municypalnej gazety”, wspierającej separatystów.

“Dziś w Doniecku mówiono też o reformach. Własciwie, o reformie
przemysłu węglowego. Ale te rozmowy, myślę, bardzo różnią się od bełkotu w Kijowie, a nawet wcześniej w Donbasie.

Węgiel ma być czysty, bez domieszek, trzy związku zawodowe w przemyśle węglowym to za dużo, zasiłki warto obniżyć, nawet dla górników, podobnie 66 dni urlopu. Mówi się o skróceniu urlopu do 24 dni, a czasu pracy zwiększenia do ośmiu godzin dziennie.

Bruksela: Antyrządowe protesty przeradzają się w zamieszki z policją

Świat | Gospodarka | Protesty | Tacy są politycy

Co najmniej sto tysięcy ludzi przeszło w czwartek ulicami Brukseli w demonstracji przeciwko planom oszczędnościowym nowego rządu Belgii. Protest sparaliżował na kilka godzin komunikację w centrum miasta.

Demonstrację zorganizowały trzy belgijskie związki zawodowe - chadecki CSC, socjalistyczny FGTB i liberalny CGSLB. Zapoczątkowała ona kampanię protestów przeciwko centroprawicowemu gabinetowi premiera Charlesa Michela, który stanął na czele belgijskiego rządu 11 października. Protesty mają potrwać do 15 grudnia. Na ten dzień zapowiedziano strajk generalny.

Protestujący sprzeciwiają się planom rządowym dotyczących m.in. podniesienia wieku emerytalnego z 65 do 67 lat, począwszy od 2030 roku. Nie podoba się im również, że od 2015 r. płace i świadczenia społeczne nie mają być jak co roku indeksowane, co przyczyni się do wzrostu kosztów utrzymania. Manifestujący są też przeciwni planom przewidującym niższe dodatki na dziecko, droższą edukację i opiekę nad dziećmi, a także droższy transport publiczny i wyższe ceny energii.

Kanał XML