Wybory

Jacques Ellul: Jaka anarchia?

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Wybory

Fragment książki Jacquesa Ellula traktujący o kwestii anarchizmu, parlamentaryzmu i partii politycznych.

Wiem oczywiście, że istnieje wiele form i nurtów anarchizmu, i chciałbym po prostu sprecyzować tutaj, o jakiej anarchii mówię. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że stanowczo wyrzekam się przemocy. W konsekwencji nie mogę zaakceptować ani nihilistów, ani tych anarchistów, którzy jako sposób działania obrali przemoc. Niewątpliwie bardzo dobrze rozumiem to uciekanie się do zamachów, do przemocy. Pamiętam, że kiedy miałem ze 20 lat, któregoś dnia przechodziłem w Paryżu koło Giełdy i pomyślałem sobie: „Tak, dobrze by było podłożyć bombę w tym budynku, oczywiście w niczym by to nie zniszczyło kapitalizmu, ale miałoby wymiar symbolu i ostrzeżenia!”. Ma się rozumieć, nie znałem nikogo, kto byłby w stanie wyprodukować bombę i nie zrobiłem tego! Wierzę, że posługiwanie się przemocą można wytłumaczyć w trzech sytuacjach. Po pierwsze istniała doktryna rosyjskich nihilistów: jeśli zacznie się systematycznie mordować tych, którzy dzierżą władzę, ministrów, generałów, szefów policji, z upływem czasu ludzie będą tak mocno bać się zajmować te stanowiska, że utnie się głowę Państwu i stanie się ono łatwe do zniszczenia. Wielu aktualnych terrorystów ma prawie tę samą orientację. Jest to jednak błędne oszacowanie zdolności oporu i reakcji tych potężnych organizmów… i społeczeństwa! Drugi aspekt to kwestia beznadziei, kiedy wyczerpały się wszystkie sposoby działania lub kiedy się dogłębnie zrozumiało wytrzymałość „systemu”, kiedy człowiek czuje się bezradnym wobec coraz bardziej konformistycznego społeczeństwa, wobec coraz potężniejszej administracji, wobec niezachwianego systemu ekonomicznego (któż mógłby pokonać przedsiębiorstwo międzynarodowe?), wówczas przemoc staje się swego rodzaju krzykiem rozpaczy, ostatecznym aktem, poprzez który chce się zamanifestować publicznie swoją niezgodę i nienawiść wobec tej tyranii. „To skowyt dzisiejszej rozpaczy” (J. Rictus). Jest to jednak również stwierdzenie, że nie ma innych sposobów działania ani żadnego powodu do nadziei. Wreszcie trzeci aspekt to ten, do którego już czyniłem aluzje: symbolika i znak. Ostrzeżenie, że wasze społeczeństwo jest bardziej kruche, niż wam się wydaje i że istnieją sekretne siły, które usiłują je zniszczyć. Jakakolwiek byłaby jej motywacja, jestem przeciwny przemocy i zamachom. I to na dwóch poziomach: pierwszy jest po prostu taktyczny! Od niedawna mamy doświadczenie, że dobrze prowadzone działania bez przemocy (jednak wymaga to dużej dyscypliny i przemyślanej strategii) są dużo bardziej skuteczne, niż ruchy używające przemocy (chyba, że chodzi o wywoływanie prawdziwej rewolucji!). Nie przypominajmy sukcesów Gandhiego, ale bliższe nam, jest bowiem jasne, że M. Luther King wybitnie przyczynił się do postępów w sprawie Afroamerykanów, podczas gdy ruchy, które działały później, Black Muslims i Black Panthers, twierdzące, że zmiany nie następują wystarczająco szybko i chcące działać szybciej poprzez przemoc we wszystkich jej postaciach, nie tylko nic nie uzyskały, ale w dodatku utraciły pewną ilość zdobyczy M. Luthera Kinga. W ten sam sposób, podczas gdy wszystkie ruchy posługujące się przemocą w Berlinie w 53 roku, następnie na Węgrzech i w Czechosłowacji odniosły porażkę, Lech Wałęsa, któremu udało się dopilnować w swoim związku zawodowym wyjątkowej dyscypliny nie używania przemocy, utrzymuje od lat polski rząd na przegranych pozycjach. Taka też była jedna z podstawowych zasad związkowców w latach 1900–1910: strajk tak, ale nigdy przemoc. Również w Południowej Afryce (choć z pewnością będzie to podważane przez wielu), wielki wódz zuluski, Buthelezi optuje za strategią całkowitego braku przemocy, stając w totalnej opozycji do Mandeli (z plemienia Xhosa) i według wszystkich informacji, jakie posiadam, mógłby uzyskać nieskończenie więcej dla zniesienia apartheidu, niż niespójna przemoc (i często (przemoc) pomiędzy Czarnymi) praktykowana przez ANC. Autorytarny rząd nie może odpowiedzieć na przemoc inaczej, niż przemocą.

Mój drugi powód jest oczywiście chrześcijańskiej natury: główny sens orientacji biblijnej to posługiwanie się miłością, nigdy nie jest to relacja przemocy (pomimo opisów wojen w Starym Testamencie, które są, przyznaję to bez oporu, bardzo kłopotliwe!). Niestosowanie przemocy wobec ludzi władzy nie oznacza jednak, że „nie należy nic robić”! Mogę wykazać, że chrześcijaństwo dokładnie przewiduje odrzucenie władzy, ewentualnie walkę z nią, ale teksty o tym zostały zatarte przez wieki przymierza „Tronu z Ołtarzem”. Tym bardziej, że papież będąc głową Państwa, bardzo często zachowywał się bardziej jak głowa Państwa, niż jak głowa Kościoła. Jeśli odrzucę anarchizm używający przemocy, pozostaje anarchizm pacyfistyczny, anty-nacjonalistyczny, moralny, anty-demokratyczny (tzn. wrogi fałszywej demokracji Państw burżuazyjnych), działający poprzez środki perswazji, poprzez tworzenie małych grup i sieci powiązań, obnażający kłamstwa i wyzysk, mający na celu rzeczywiste obalenie wszelkich władz, przejęcie głosu przez prostych ludzi i samoorganizację. To wszystko jest bardzo zbliżone do Bakunina. Jest jednak jedna kwestia, która pozostaje sporna, mianowicie uczestnictwo w wyborach: czy anarchiści powinni głosować? A jeśli tak, to czy powinni zaprezentować się jako partia? Jeśli o mnie chodzi, w zgodzie z wieloma reprezentantami anarchizmu, na oba pytania odpowiadam negatywnie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że głosowanie jest już uczestniczeniem w organizowaniu fałszywej demokracji ustanowionej przez władzę i burżuazję. Czy głosuje się na lewicę, czy na prawicę, efekt jest ten sam. Zorganizowanie się w partię oznacza z konieczności przyjęcie struktury hierarchicznej i chęć uczestniczenia we władzy. Tymczasem nigdy nie można zapominać, jak wielki szkodliwy wpływ może mieć uzyskanie pewnej władzy politycznej: poczynając od afery Mitteranda, kiedy ex-socjaliści i byli przywódcy związków zawodowych doszli do władzy, w latach 1900–1910 można było zauważyć, jak błyskawicznie stali się największymi wrogami syndykalizmu; wystarczy przywołać Clemenceau i Brianda. Dlatego też w ruchu ekologistów, który bywa bardzo zbliżony do anarchizmu, zawsze sprzeciwiałem się udziałowi w polityce. Jestem całkowicie wrogo nastawiony do ruchu Zielonych, zresztą we Francji dobrze widzieliśmy, jakie były rezultaty politycznego udziału ekologistów w wyborach: podział ruchu na kilka konkurencyjnych stowarzyszeń, publicznie deklarowana wrogość trzech ekologicznych „przywódców” do siebie, utrata z pola widzenia prawdziwych celów na korzyść debaty o sztucznych problemach (na przykład taktycznych), wydawanie pieniędzy na kampanie wyborcze itd., bez żadnych rezultatów: w moim mniemaniu to właśnie udział ekologistów w wyborach doprowadził do utraty dużej części ich wpływów. Należy radykalnie odmawiać udziału w politycznej grze, która nie może zmienić niczego istotnego w naszym społeczeństwie. Jest ono bowiem zbyt skomplikowane, interesy i struktury są zbyt mocno wzajemnie połączone, by można było oczekiwać jakichkolwiek zmian na drodze politycznej. Przykład międzynarodowych korporacji jest aż nadto wymowny: lewica będąca u władzy nie jest w stanie zmienić gospodarki kraju z powodu światowej solidarności ekonomicznej. Ci, którzy twierdzili, że globalna rewolucja jest potrzebna, aby nie skończyło się jedynie na zmianie rządu, mieli rację.

Czy powinniśmy w związku z tym odrzucić „działanie”? Oto, co słyszymy nieustannie, gdy prezentuje się radykalne poglądy. To tak, jakby polityka była jedyną metodą działania. Wierzę, że anarchia implikuje przede wszystkim „sprzeciw sumienia”. Wobec wszystkiego, co czyni nasze społeczeństwo kapitalistycznym (lub zdegenerowanym socjalistycznym) i imperialistycznym (w równym stopniu burżuazyjnym, komunistycznym, białym, żółtym czy czarnym). Sprzeciw sumienia nie może ograniczać się jedynie do sprzeciwu wobec służby wojskowej, jest to sprzeciw wobec wszystkich wymogów i zobowiązań narzucanych przez nasze społeczeństwo. Sprzeciw wobec podatków i równie dobrze wobec szczepień, obowiązkowego szkolnictwa itd. Oczywiście jestem przychylnie nastawiony do szkolnictwa, ale pod warunkiem, że jest ono prawdziwie dostosowane do dzieci i nie jest „obowiązkowe” w sytuacji, kiedy dziecko wyraźnie „nie jest stworzone” do przyswojenia danych intelektualnych: należy kształtować szkolnictwo zgodnie z talentami dzieci. Co do szczepień, myślę o [pewnym] znaczącym przypadku. Mój przyjaciel (doktor prawa i licencjat matematyki, któremu blisko do anarchizmu), zdecydował się na powrót na wieś. Taki prawdziwy powrót. W Górnej Loarze, bardzo trudnym regionie, od 10 lat hoduje bydło na wyżynach. Tylko że (i dlatego właśnie opowiadam jego historię), sprzeciwił się obowiązkowemu zaszczepieniu całego swojego stada przeciw pryszczycy, twierdząc, że nie ma żadnej przyczyny, by zwierzę hodowane troskliwie i z dala od innych stad zaraziło się pryszczycą. W tym momencie właśnie historia staje się ciekawa: Został ukarany przez oficjalne służby weterynaryjne, które wystawiły mu mandat. Wniósł wówczas sprawę do sądu, gromadząc pokaźną dokumentację, w szczególności na temat szkodliwości szczepionek i wypadków związanych z ich stosowaniem. Przegrał w pierwszej instancji. Odwołał się od wyroku, uzyskał raporty biologów i uznanych weterynarzy, a sąd apelacyjny triumfalnie oczyścił go z zarzutów. To bardzo dobry przykład na to, w jaki sposób możemy odnaleźć coś na kształt przestrzeni wolności w kleszczach aktualnych uregulowań prawnych. Trzeba być zmotywowanym i nie rozpraszać swoich wysiłków: należy zaatakować w jednym punkcie i wygrać, odpierając administrację i jej prawa. Mieliśmy porównywalne doświadczenie w naszej walce przeciwko Międzyministerialnej Komisji Zagospodarowania Wybrzeża Akwitanii. Za cenę ogromnych wysiłków udało się nam powstrzymać pewną liczbę projektów, które mogły się okazać katastrofalne dla lokalnej ludności, ale trzeba było wielu procesów sądowych, a nawet (wystąpień) przed Radą Stanu. Oczywiście są to tylko małe akcje, ale jeśli podejmiemy ich wiele, jeśli pozostaniemy czujni, możemy doprowadzić do zmniejszenia wszechobecności Państwa. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że „decentralizacja” przeprowadzona z dużym rozgłosem przez Defferre’a znacznie utrudniła obronę wolności. Bo dziś przeciwnikiem nie jest już centralne państwo, ale wszechwładza i wszechobecność administracji. Trzeba więc starać się sprzeciwiać wszystkiemu, oczywiście także policji. Albo deregulacji procesu karnego. Należy demaskować ideologiczne kłamstwa rozmaitych władz, a w szczególności wykazać, że słynna teoria „Państwa prawa”, która usypia demokrację, jest fałszywa od początku do końca. Państwo nie przestrzega praw, które samo sobie narzuca! Wszystkie prezenty pochodzące od Państwa należy traktować podejrzliwie. Trzeba zawsze pamiętać, że ”rządzi ten, kto płaci”. Mam tu na myśli wyjątkowe przedsięwzięcie z 1956 r., jakim były kluby profilaktyczne mające zapobiegać nieprzystosowaniu młodzieży (których założeniem było, że to nie młodzież jest nieprzystosowana, ale samo społeczeństwo…). Dopóki kluby były finansowane na wiele sposobów, włącznie z subsydiowaniem, działały wspaniale i przynosiły doskonałe efekty, nie poprzez dopasowywanie młodych ludzi do społeczeństwa, ale pomagając im samodzielnie rozwijać własną osobowość i przekształcić zachowania destrukcyjne (czarne bluzy, narkotyki itp.), w zachowania konstruktywne i pozytywne. Wszystko się zmieniło, gdy państwo przejęło całkowicie finansowanie, wierząc, pod rządami ministra Mauroy, że właśnie wynalazło profilaktykę, i gdy stworzyło Narodową Radę Profilaktyki, co okazało się katastrofalne w skutkach.

Muszę tu podkreślić, że podejmując tego typu wysiłki nie można być samym. Mam tu na myśli akcję, która byłaby bardzo ważna: sprzeciw wobec podatków. Naturalnie, jeśli jeden podatnik zdecyduje się przestać płacić podatki, albo – w innym wypadku – odmówi płacenia części przeznaczonej na wydatki wojskowe, nie będzie to stanowiło żadnego problemu: zostanie on skazany, jego majątek zajęty itd. W sprawach takiego rzędu musi być nas wielu, jeśli 6 tysięcy, 20 tysięcy podatników porozumie się w takiej akcji, Państwo znajdzie się w niezręcznej sytuacji, zwłaszcza, gdy uda się pozyskać zainteresowanie mediów. Jednak wymaga to długich przygotowań, kampanii wykładów, ulotek itd. Szybsza w realizacji, lecz również wymagająca wielu zróżnicowanych uczestników jest szkoła zorganizowana przez rodziców na marginesie zarówno szkolnictwa publicznego, jak i „oficjalnego” prywatnego. Byłaby to po prostu szkoła, którą kilkudziesięciu rodziców decyduje się zorganizować między sobą, niektórzy z nich zapewniając nauczanie w znanych im dziedzinach pod nadzorem kilku osób posiadających tytuły uniwersyteckie pozwalające na nauczanie. Można również wybrać inną formułę, jak liceum Saint Nazaire, powołane do życia przez brata Cohen-Bendita, gdzie instytucja jest w rzeczywistości zarządzana przez prawdziwych reprezentantów trzech uczestniczących grup: uczniów, rodziców, nauczycieli… Za każdym razem, gdy jest to tylko możliwe, trzeba się zorganizować na marginesie władz (politycznych, finansowych, administracyjnych, prawnych itd.) na planie czysto indywidualnym. Zabawny osobisty przykład pochodzi z czasów, gdy byliśmy uchodźcami na wsi. Po dwóch latach zdobyliśmy zaufanie i przyjaźń miejscowych. Wtedy właśnie zaczęła się dziwna historia: ponieważ wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że studiowałem prawo, zaczęli do mnie przychodzić nie tylko po poradę, ale prosili także, bym decydował w kwestiach spornych i urządzał rozprawy! W ten oto sposób przyjąłem rolę adwokata, sędziego pokoju, a nawet notariusza: oczywiście te usługi (darmowe) były nic nie warte w oczach prawa, ale miały pełną wartość dla zainteresowanych stron i kiedy udało mi się otrzymać podpisy wszystkich pod pismem rozstrzygającym jakiś problem, spór itp., wszyscy uznawali je za równie solidne i prawomocne, co pismo oficjalne… Naturalnie, te skromne przykłady marginalnych akcji odrzucających władzę nie powinny skłaniać nas do zaniedbywania konieczności ideologicznego szerzenia myśli anarchistycznej. Uważam, że nasza epoka temu sprzyja, wobec obecnej całkowitej próżni myśli politycznej. Pomiędzy liberałami, którzy wciąż myślą, że są w XIX w., socjalistami, którzy nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek formą socjalizmu i komunistami, którzy są po prostu śmieszni i nie potrafią wyjść poza post-stalinizm, w obliczu związków zawodowych, które interesuje jedynie obrona korporacyjna, w tej wielkiej pustce myśl anarchistyczna ma swoje szanse, jeśli tylko się unowocześni i oprze na istniejących akceptowalnych zalążkach (jedna z frakcji ekologistów, być może nurt samorządności pracowniczej…).

Za: J. Ellul, Anarchia i chrześcijaństwo, Poznań 2015, s. 19-28

KOMENTARZ OKOŁOWYBORCZY: Wyborcze alternatywy, frekwencja, mediokracja – czyli albo (anty)systemowość albo (anty)demokracja

Blog | Tacy są politycy | Wybory

Kurz po pierwszej turze wyborów prezydenckich jeszcze nie opadł. Zapowiada się, że długo nie opadnie, gdyż medialne szczekaczki z pewnością nie pozwolą na choćby krótkotrwałe odwrócenie uwagi społecznej od swoich chlebodawców w momencie, kiedy owa uwaga jest im najbardziej potrzebna. W chwili obecnej wszyscy możemy się domyślać, jaką zadymę zgotują sobie i całemu społeczeństwu w najbliższych dniach dwaj główni kandydaci do urzędu prezydenta, zanim któryś z nich ostatecznie nim zostanie. Obaj już od dłuższego czasu na to – bo bynajmniej nie dla ludzi jako ich „przedstawiciele” – pracują. Obaj z całym swoim zapleczem politycznym i medialnym. Obaj z prawej strony politycznej sceny. Obaj konserwatyści. Obaj pro-zachodni, na pasku Brukseli, Waszyngtonu i Watykanu (wymieniając w kolejności alfabetycznej). Obaj ciążący w kierunku zbrojeń i polityki anty-rosyjskich prowokacji. Obaj współwinni upokarzającego stanu, w jakim znajduje się społeczeństwo. W końcu obaj zgodnie stwarzający iluzję istnienia alternatywy, jaką zdają się rysować przed ludźmi mainstreamowe media. Obaj tak samo marionetkowi i puści w swoim przekazie… Oto wybór, przed jakim staje tzw. obywatel. Daje się mu możliwość wybrania między rakiem a rakiem, bo już nawet nie pomiędzy dżumą a cholerą. Już teraz można sobie zdać sprawę, że nic się nie zmieni, a przynajmniej nie na lepsze.

Jednakowoż perspektywa wyboru między rakiem a rakiem nie zarysowała się przed społeczeństwem dopiero wraz z ogłoszeniem wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich. Wcześniej przecież również można było „wybrać” spośród łącznie jedenastu podobnych sobie kandydatów, którzy realnie niczym istotnym się od siebie nie różnili. Zostali oni – wszyscy, co do jednego – stworzeni i wypromowani przez media. Media – od Gazety Wyborczej i TVN-u począwszy, a na Radiu Maryja i Gazecie Polskiej skończywszy – które od zawsze usiłują przedstawić wydarzenie, jakim są wybory, jako istotę demokracji, usilnie zachęcając ludzi do udziału w nich. Przez ostatnie tygodnie Telewizja Polska promowała udział w wyborach za pośrednictwem ograniczonych w przekazie, prymitywnych intelektualnie i bezdennie żałosnych w swej formie spotów, mających zachęcić niezdecydowanych do postawienia krzyżyka przy wybranym przez siebie nazwisku. Przy okazji każdych wyborów, przed i po ogłaszaniu ich wyników, dziennikarze, jak również zaproszeni przez nich do studia „rzeczoznawcy”, publicyści, artyści i – rzecz jasna – sami politycy, zwykli ubolewać nad niską, ich zdaniem, frekwencją, od lat nieprzekraczającą 50%. Społeczeństwu próbuje się wmawiać, że absencja wyborcza to wynik zwykłego lekceważenia, ignorowania czy olewania nie tylko tak dostojnego i znaczącego wydarzenia politycznego, jakim zdają się być wybory, ale w ogóle całego życia społecznego i obywatelskiego, przez ludzi nieświadomych, nieodpowiedzialnych i kompletnie nie interesujących się sprawami publicznymi. Zdaniem (przynajmniej tym oficjalnie wygłaszanym) dziennikarzy i parlamentarzystów, niechodzenie na wybory to oznaka totalnej obojętności oraz społecznej i obywatelskiej niedojrzałości. Mając na uwadze i w perspektywie kolejne wybory, zwykli oni odwoływać się do „sumienia”, „poczucia obowiązku” czy „historycznej odpowiedzialności” potencjalnych wyborców. Oczywiście nie robią tego ani w interesie wyżej wymienionych ani z poczucia misji, ani w czynie społecznym, a jedynie po to, by nieustannie legitymizować panujący wszem i wobec status quo. W końcu bez wyborców nie ma wyborów, a bez wyborów nie ma ich zwycięzców. Innymi słowy, brak rozstrzygnięcia wyborów, w ramach tzw. demokratycznego państwa, oznacza dla polityków brak możliwości dostępu do koryta czyli koniec złotego interesu. Politycy nie prą jednak wyłącznie na zdobywanie poparcia dla własnej opcji. Jak się okazuje, zależy im choćby właśnie na samej frekwencji. Często można się spotkać z wypowiedziami parlamentarzystów o treści: „To ważne, by wziąć udział w wyborach, by wyrazić swoje zdanie” albo „Drodzy rodacy, nie jest dla mnie ważne to, na kogo oddacie głos. Ważne, byście poszli i go po prostu oddali…”. Dlaczego zatem sama frekwencja jest dla nich tak ważna? Z jednej strony owszem, namawianie do udziału w wyborach bez względu na polityczne upodobania zakrawa na postawę godną obiektywnego męża stanu, co może polepszyć wizerunek i notowania określonego kandydata. Z drugiej jednak, jeśli propaganda pro-wyborcza zadziała, to okaże się, że kiedy jedna grupa wyborców, zachęcona do zwykłego „pójścia na wybory”, odda głos – nie ważne z jakich przyczyn – na jedną opcję, a druga, choćby przypadkowo, zagłosuje na drugą, odtąd chcąc nie chcąc identyfikując się z nią, to pozostaje jedynie kwestia nakreślenia silnej linii podziału pomiędzy jednymi a drugimi, oraz skłócenie ich poprzez wyolbrzymienie określonych cech obu stron politycznej konfrontacji…i efekt osiągnięty. W tym momencie bowiem, powstaje społeczeństwo podzielone, które gwarantuje nie tylko łatwość kierowania sobą w myśl zasady „dziel i rządź”, ale także zapewnia stałe indukowanie się wzajemną nienawiścią poszczególnych obozów i – co za tym idzie – długofalowy ich udział w wyborach, traktowanych od tej pory już nie jako jutrzenka zmiany na lepsze, ale jako starcie wrogich stronnictw – polityczny show, utrwalający legalne pozostawanie przy władzy. W istocie cykliczne nabijanie frekwencji wyborczej spełnia swoją uniwersalną i ponadczasową rolę o tyle, że jeśli już jedna czy druga taka opcja wyraziście się zarysuje, to potem mogą powstawać kolejne formacje, które na zasadzie rzekomych przeciwieństw, różnic programowych, odżegnywania się od „tamtych” czy choćby wykorzystując zwykłe zmęczenie społeczeństwa dotychczasową polityką, zyskają sobie zwolenników, którzy na jedną, góra dwie kadencje wyniosą je do władzy, aż w pewnym momencie okaże się, że ci, podobnie, jak poprzedni, nie mają nic oryginalnego do powiedzenia i na pewno nie mają też zamiaru realizować obietnic czy programu… Takie błędne koło toczy się latami i nie trzeba nikomu tłumaczyć, kto na tym zyskuje, a kto traci.

Parlamentarzystom pozostaje zatem być i gadać, reszta to zadanie dla mediów – mediów, które okazują się tak istotne i bezcenne dla polityków i tworzonej przez nich „demokracji”. Bez nich nikt nie wiedziałby nic ani o kandydatach ani o wyborczych terminach. Gdyby nie było codziennego politycznego mielenia w telewizji, radiu i prasie, to zapewne żaden człowiek nie zdążyłby ulec emocjom i znienawidzić określonej formacji czy konkretnej postaci parlamentarnej, a tym samym, w ramach realizacji założeń kampanii negatywnej, poprzeć opcji „przeciwnej”. Bo nie ma co się oszukiwać – w podzielonym społeczeństwie, z jakim mamy do czynienia, najczęściej nie głosuje się „za” kimś, tylko „przeciwko” komuś innemu wybiera się jego kontrkandydata. Można się zastanowić, czy takie postępowanie to faktycznie „wybór”. Chyba tylko tzw. mniejszego zła. Gdzie zatem sens wyboru?

Abstrahując od niekwestionowanej roli środków masowego przekazu w promowaniu i upowszechnianiu wyborczej delirki, same media nie zaistniałyby bez stojących za nimi politycznych lobby. To one nadają głównonurtowym dziennikarzom cele i pożywkę, którą codziennie można obrzucać nieświadomych odbiorców, żerując na ich emocjach i potrzebie bezpieczeństwa. To polityczne grupy interesów – po dojściu do władzy – obsadzają na medialnych stołkach poszczególne osoby i opłacają je, zapewniając jednocześnie duże profity, popularność i sympatię społeczną wielu z nich. W końcu to właśnie dzięki pozornie skłóconym politykom, dziennikarze mainstreamu uchodzą za obiektywnych mediatorów, neutralnych i panujących nad sytuacją, inteligentnych, błyskotliwych i kulturalnych (lub prowokacyjnie nie-kulturalnych) przedstawicieli społeczeństwa, którzy zawsze potrafią godnie i/lub sensownie przedstawić każdą informację, jednocześnie jednak umiejąc relatywizować każdą prawdę, opinię tendencyjnie przedstawiać jako fakt, zaś autentyczne dane kwestionować, nadawać im pozory spekulacji lub pomijać ich najistotniejsze części w sposób taki, by przypadkiem nikt nie pomyślał, że policja znowu nadużyła uprawnień, zaś strajkującym górnikom czy lekarzom chodzi o coś więcej niż tylko o kasę.

Nakreślony powyżej obraz symbiozy władzy i mediów pierwszego obiegu prowadzi do wniosku, że jedno nie ma racji bytu bez drugiego. Ta symbioza to stały i nierozłączny element „demokracji”, która w istocie nie jest niczym innym, jak tylko krypto-autorytaryzmem, w ramach którego polityczno-medialny establishment nie traktuje już nawet podmiotowo jednostki-wyborcy, ale operując pojęciami statystycznymi mówi o procentowych częściach pozbawionej świadomości masy, tym samym nadając im podmiotowe znaczenie decyzyjne. Samo słowo ‘demokracja’ to jedyne co pozostało z pierwotnego wydźwięku definicyjnej demokracji. Historyczne znaczenie tego słowa zakładało udział całych zgromadzeń ludowych i każdego ich uczestnika z osobna w podejmowaniu decyzji istotnych dla samoorganizowania się i rozwoju populacji antycznych społeczeństw. Zainteresowanie sprawami społecznymi było dla ówczesnych czymś naturalnym i wynikało z troski tak o osobiste, jak i o wspólne sprawy, oraz z poczucia indywidualnej i zbiorowej odpowiedzialności za tworzoną grupę. Dyskusje na forach publicznych i głosowania w określonych kwestiach nie sprowadzały się do wybierania często zupełnie nieznanych sobie „przedstawicieli”, którzy wszelkie istotne decyzje mieliby podejmować w imieniu swoich wyborców, nie ponosiliby przy tym wobec nich praktycznie żadnej odpowiedzialności i byliby nieodwoływalni przez cały czas trwania swoich kadencji, nie wspominając o tym, że czerpaliby ze swojej aktywności korzyści materialne (notabene niebagatelnie duże), tak jak ma to miejsce teraz. W obecnych czasach, choć zasady demokracji uczestniczącej upowszechniają się co raz szerzej w co niektórych miastach, większość ludzi przywykła do serwowanej przez polityków i media tezy, jakoby zwykli, „szarzy” obywatele nie byli w stanie podejmować istotnych dla życia społecznego decyzji za pośrednictwem powszechnych zgromadzeń czy referendów z powodu swojej niekompetencji społecznej, nieznajomości zasad ekonomii, technologii, edukacji czy zdrowia publicznego. Pojawia się więc pytanie o to, czym obywatele, czyli potencjalni wyborcy, mają się kierować wybierając swoich „przedstawicieli” skoro sami są niekompetentni? Jak mają rozumieć programy i zamiary wyborcze kandydatów, skoro sami są na tych sprawach nie znają? Odpowiedź jest prozaiczna, a wniosek jasny: albo polityka jest komplikowana celowo, a w rzeczywistości tylko pozornie, albo politycy tak lekceważąco i arogancko traktują ludzi, że myślą, że do zagłosowania będzie im wystarczył sam wizerunek publiczny i korzystna prezencja kandydata czy kandydatki. Oto, do czego ograniczona została rola wyborcy w procesie współdecydowania. Nierzadko dochodzi nawet do takich chorobliwie absurdalnych sytuacji, że omamiony poczuciem „obywatelskiego obowiązku” wyborca idzie do urny i skreśla „byle kogo”, aby tylko zagłosować, myśląc, że wtedy będzie mógł mieć „czyste sumienie”, jako ten który „uczestniczy” w życiu społecznym. Następnie powielana jest w społeczeństwie teza, jakoby „nieobecni” (tu: niegłosujący) nie mieli „racji” albo „jeśli ktoś nie zagłosował, to nie ma moralnego prawa krytykować wyników wyborów ani posunięć władzy”. Czyżby? A może sama absencja wyborcza jest już świadomym aktem sprzeciwu wobec niezmieniającego się razem z nazwą rządzącej partii czy nazwiskiem prezydenta systemu politycznego? Może ci niegłosujący ludzie na co dzień monitorują i krytykują zgubne dla populacji poczynania władzy, nie zgadzają się na społeczne wypaczenia, do jakich doprowadzają rządzący i od lat wołają o zmianę, proponując realną alternatywę, jednak są metodycznie zagłuszani i dyskryminowani? W końcu na karcie do głosowania nie było dwunastej opcji, pod tytułem: „Żaden z programów proponowanych przez powyższe osoby mi nie odpowiada” albo „Nie chcę uczestniczyć w politycznej farsie”. Ludziom faktycznie interesującym się życiem społecznym nie daje się wielkiego wyboru. Co zatem mają robić? Dlaczego mieliby się zgadzać z którymkolwiek programem wyborczym, jeśli żaden w pełni nie odzwierciedla ich wizji i poglądów czy też tylko częściowo się z nimi pokrywa? Dla części osób nieuczestniczenie w wyborach być może nie jest realizacją świadomej woli politycznej, ale raczej efektem podświadomego zniechęcenia, którego nie da się zniwelować zwykłym zagłosowaniem na kogoś „innego”. Dla innych jednak, często znacznie bardziej interesujących się życiem politycznym (niż ci chodzący na wybory) osób, bojkot wyborów to akcja polityczna. Ze zrozumiałych względów, takich ludzi pomija się w oficjalnych relacjach, publikacjach czy statystykach, szufladkując ich jako nieodpowiedzialnych i „mających wszystko w dupie”. W rzeczywistości, są oni szeroko rozumianymi i faktycznymi przeciwnikami systemu jako takiego, nie zaś konkretnej jego odsłony – systemu, który w ujęciu społeczno-politycznym oznacza cały układ wzajemnych zależności pomiędzy formalną władzą administracyjną, właścicielami kapitałowymi czy hierarchami religijnymi, którzy – wspólnie, w różnych możliwych kombinacjach – wykorzystując tworzone przez siebie zasady, zwane prawem, oraz tuby propagandowe w postaci mediów pierwszego obiegu, jak również metody nacisku ekonomicznego, „ogólnie” przyjęte i zmonopolizowane środki obrotu gospodarczego, takie jak np. waluta, „kartki” czy choćby państwowe obligacje, oraz dysponując zalegalizowaną przemocą, uciskają i wyzyskują ludzi uczestniczących w społeczeństwie, czerpiąc zyski z owoców ich pracy na rzecz rzekomego rozwoju społecznego. Nie jest istotne, jaką historyczną maskę przywdziewa system i w jakim wydaniu jawi się masom. Nie ważne, czy przybiera formę neoliberalnej socjaldemokracji, wolnorynkowej monarchii, republiki narodowej, centralnie sterowanego totalitaryzmu, nazizmu czy bolszewizmu. Forma czy też maska nie zmieniają jego istoty i założeń – system zawsze pozostaje systemem i wcale nie musi mieć twarzy konkretnie Komorowskiego, Kaczyńskiego, Palikota czy Millera… Choć obecnie tutaj to właśnie wyżej wymienione facjaty są jego najbardziej rozpoznawalnymi obliczami, to pamiętać należy, że poza nimi – a aktualnie może nawet przede wszystkim – system ma jednocześnie uśmiechniętą buźkę Piotra Kraśki, arogancką minę Moniki Olejnik, cyniczny uśmiech Adama Michnika, czy też obleśne i przepełnione sarkazmem rysy Rafała Ziemkiewicza.

W tym miejscu pojawia się kolejne zagadnienie czy też pojęcie głośne w ostatnim czasie – bycie ‘przeciwnikiem systemu’, czyli ‘antysystemowcem’. Media, którym dość często zdarza się zmieniać definicje i znaczenia konkretnych słów i określeń, a następnie skutecznie upowszechniać ich nowe użycie dla własnych celów, w przeciągu kilkunastu minionych tygodni zdążyły oswoić społeczeństwo z nowym i na wskroś nowatorskim rozumieniem wyrazu ‘antysystemowy’. Nie dostrzegając wyraźnych i zasadniczych różnic (bo i nie ma takich) pomiędzy zapatrywaniami i programami kandydatów na urząd prezydenta RP pochodzącymi spoza obecnego układu parlamentarnego, a tymi mniej lub bardziej powiązanymi z owym, przedstawiciele medialno-politycznego establishmentu nazwali tych pierwszych – o zgrozo! – ‘kandydatami anty-systemowymi’. Czy zrobili to po to aby ich ośmieszyć? Czy może po to, by ośmieszyć antysystemowość? A może i jedno i drugie? W każdym razie, pozory, jakie udało się stworzyć poszczególnym – nieznanym dotychczas – kandydatom, ograniczające się w zasadzie do ordynarnego i wzbudzającego silne kontrowersje języka oraz radykalnych propozycji, kompletnie nie mających pokrycia w realnych możliwościach, pomogły w wytworzeniu kolejnej społecznej iluzji – iluzji zaistnienia rzeczywistej alternatywy, która miałaby ostatecznie zburzyć dotychczasowy układ. Wielu totalnie zniechęconych i mających dość oficjalnej polityki ludzi, gotowych w ramach protestu nawet zrezygnować z głosowania, uległo temu nowemu złudzeniu i po raz kolejny dało się zaciągnąć do urny, wybierając tym razem „kandydata antysystemowego”. Stąd sukces Kukiza w tych wyborach, stąd też sukces Korwina-Mikke w wyborach do europarlamentu w ubiegłym roku. Pytanie, czy to faktycznie ich sukces? Być może. Jednak ich wyniki to przede wszystkim sukces mediokracji, która przewidując, że ludzie będą woleli nie pójść na wybory niż kolejny raz wybierać ten sam okłamujący i wykorzystujący ich od lat układ, stworzyła i wypromowała nową jakość polityczną – „antysystemowość”. Teraz nadszedł czas na zachwyt nad ową nową jakością – badania statystyczne i socjologiczne nowego rodzaju elektoratu, analizy jego składu populacyjnego i oczekiwań, próby – przynajmniej częściowej – ich realizacji, omamianie go przez obietnice radykalnych przemian, próby łączenia „antysystemowego” programu z systemowymi PoPiSami…i tak przez jakiś czas, dopóki społeczeństwo czasowo nie odwyknie od starego i nie odetchnie pozornie nowym smrodem. Za moment, historia prawie niepostrzeżenie zatoczy koło i znowu na tapetę oraz pierwsze strony dzienników wrócą zgrani gracze. Jednak póki co wszyscy doświadczamy zachwytu nad „zbuntowaną” częścią społeczeństwa. Ów zachwyt, rzecz jasna, przejawiany jest także przez nią samą. W końcu programy oferowane przez jej faworytów są ze wszech miar burzycielskie i dające poczucie zrodzenia nowej siły. Paweł Kukiz, krypto-nacjonalista, często fotografujący się w koszulkach o skrajnie prawicowych treściach, wypromował się postulatem wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Niby przeciwko systemowi, ale jednak ciągle chodzi o okręgi WYBORCZE. Tak czy siak, choć idea jednomandatowości może rodzić u części społeczeństwa jakieś złudnie pozytywne konotacje, to czym skutkowało jej wprowadzenie w senacie czy w co niektórych innych państwach – wiadomo – efekt okazał się, przynajmniej częściowo, paradoksalny. Jak bardzo „antysystemowy” jest zwolennik ordynarnie liberalnej ekonomii i kapitalizmu w jego najbardziej radykalnej formie, szowinista i przeciwnik jakichkolwiek demokratycznych rozwiązań, Janusz Korwin-Mikke, nie ma sensu pisać. No to może Grzegorz Braun, piewca i propagator monarchii, której podporą i zasadą działania ma być religijny fundamentalizm, chroniony najlepiej bronią atomową… Z kolei Marian Kowalski, jawny rasista i ksenofob, co do którego poglądów społecznych nie ma żadnych złudzeń i szkoda na nie każdego słowa, domaga się m.in. przejęcia władzy wykonawczej w pełni przez prezydenta – czyżby kolejnym krokiem miała być władza totalna skupiona w jednym ręku? Skoro ten polski Mussolini chce podjąć współpracę z „suwerennym” władcą, jakim jest według niego Aleksander Łukaszenka, to coś w tym może być. Przyglądając się programom i przysłuchując się wypowiedziom poszczególnych „antysystemowców”, można przestać się dziwić temu, że większość z nich domaga się przywrócenia kary śmierci czy też zwiększenia wydatków z publicznych środków na bezsensowne i bezcelowe zbrojenia. Pozostaje jeszcze jedna istotna kwestia: czy któremukolwiek z „przeciwników systemu”, już jako hipotetycznemu prezydentowi, udałoby się zmienić cokolwiek po wejściu na parlamentarne salony, czy też „demokratyczna” machina władzy – którą w istocie realnie zmienić można tylko poprzez unicestwienie, oddolnie i od zewnątrz – wciągnęłaby go i zmieliła, tworząc kolejny głos w swoim chórze samouwielbienia i samozadowolenia. Ot i cała „antysystemowość”, mająca polegać w rzeczywistości bynajmniej nie na obaleniu ale na utrwaleniu, czy wręcz umocnieniu panującego systemu ucisku, wyzysku i społecznego upokorzenia. Media w każdym razie są zadowolone, podobnie większość polityków, tylko „lewicy” pali się grunt pod nogami, ale to temat na kiedy indziej…

Mamy więc zatem obraz zarówno tzw. demokracji, jak i tzw. antysystemowców. Mamy też pozorne alternatywy i jedynie słuszną rację serwowaną przez media. Czy zatem dalej można uważać, że jest się wolnym i rzetelnie poinformowanym, pełnoprawnym i poważnie traktowanym obywatelem wolnego kraju? To pytanie pozostaje do rozważenia. Nie skupiając się jednak wyłącznie na krytyce i negacji (negacji czegoś, co istotnie samo w sobie jest negacją wolności, sprawiedliwości i zdrowego rozsądku), dobrze jest też zwrócić uwagę na rzeczywiste i faktyczne opcje tworzenia realnej alternatywy. Otóż prawdą jest, że systemu jeszcze nikt nie rozwalił od środka. Definitywna zmiana i wyleczenie społecznej rzeczywistości z trawiącego ją nowotworu oficjalnej polityki może się odbyć tylko za pośrednictwem oddolnej inicjatywy solidarnych i współpracujących ze sobą w imię wspólnych celów ludzi. Dlatego tak ważne, zwłaszcza w dobie narastającej arogancji władzy, szerzącego się bezprawia sądów i komorników, rosnącej brutalności policji, okradania przez banki, upokarzania przez pracodawców, osiągającej monstrualne rozmiary biurokracji, zmuszania do pracy na umowach śmieciowych, upowszechniającej się gentryfikacji, pchania mas ku zbiorowym samobójstwom, jakimi są wojny, hegemonii zatruwających środowisko naturalne globalnych multikorporacji, coraz bardziej bezczelnego zacierania prawdy przez media, odzierania ludzi z resztek godności i zasiewania pomiędzy nimi ksenofobicznej nienawiści, jest dobrowolne samoorganizowanie się jednostek ludzkich w grupy wspólnych spraw, tak w miejscach pracy, jak i w środowiskach lokatorskich, na ulicach, w grupach społeczno-politycznych, kulturowych, alternatywnych środkach przekazu informacji czy innych, niezależnych oraz uskuteczniających i propagujących niezależną świadomość formacjach. Nawet, jeśli droga do sprawiedliwej rzeczywistości wolnych jednostek na chwilę obecną wydaje się długa, to póki co, już teraz każdy i każda z nas – wykonując pierwszy krok w jej stronę – może na własną rękę demonstrować panującemu systemowi to, że nie zgadza się na warunki, jakie ten ustala, i że przyjdzie czas na jego koniec wraz z nadejściem prawdziwej zmiany i realnej alternatywy. Taka demonstracja może odbywać się choćby przez bojkot oficjalnej polityki i wyborczą absencję… Zatem do nie-zobaczenia przy urnach!

BOJKOT WYBORÓW!
SOLIDARNOŚĆ NASZĄ BRONIĄ!

ZZ.

Grecja: Lewica w sojuszu z populistyczną prawicą

Świat | Tacy są politycy | Wybory

Po wyborach parlamentarnych w Grecji przychodzi czas na stworzenie rządu, który Koalicja Radykalnej Lewicy SYRIZA postanowiła utworzyć z... prawicowymi Niepodległymi Grekami.

Niepodlegli Grecy to partia narodowo-konserwatywna, której idee w dużej mierze opierają się na teoriach spiskowych. Jedynym wspólnym postulatem obydwu ugrupowań jest sprzeciw wobec cięć budżetowych. Trudno jedynie przewidzieć jak długo.

Obydwie partie mają także zupełnie odmienne stanowiska na sprawy imigrantów, uchodźców, kwestie polityki samorządowej czy roli kleru w edukacji szkolnej. Niepodlegli Grecy nie kryją fascynacji Nigelem Faragem i jego Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

Bojkot wyborów samorządowych 2014

Kraj | Ruch anarchistyczny | Wybory

W niedzielę 16 listopada odbyły się wybory samorządowe zakończone zwycięstwem PiS oraz sromotną porażką neoliberalnej lewicy oraz narodowej prawicy, której nie udało się zarejestrować komitetów wyborczych a większości ośrodków.

Najwięcej, ponad 46% wyborców nie oddało swojego głosu na żadną partię polityczną. W czasie w którym część działaczy z obrzeża ruchu anarchistycznego postanowiła pójść drogą polityki wyborczej, większość anarchistów nie głosuje lub nawołuje do aktywnego bojkotowania wyborów i zasilania oddolnych inicjatyw, które jako jedyne mają szansę na osiągnięcie pozytywnych zmian.

W czasie trwania kampanii wyborczej różne organizacje anarchistyczne w różny sposób nawoływały do świadomego bojkotu wyborów.

Nie głosuj

Kraj | Publicystyka | Wybory

Wybranie sobie władcy lub kilku na krótki lub długi czas to świadoma rezygnacja z wolności. Nie ważne od tego czy jest to faraon, król czy poseł na sejm, otrzymuje on stołek na którym jest panem. Znajduje się ponad prawem. Obowiązuje go immunitet. Kradnie, oszukuje, bierze udział w brudnych interesach.

Stanowi on prawo, a głosując na niego tracisz możliwość krytyki, gdyż masz co chciałeś, a gdy twój kandydat na władcę przegrywa musisz znosić go z pokorą, ponieważ zgodziłeś się na rozwiązanie wedle którego rządzi ten, którego chce więcej głosujących. Partycypowałeś w procesie więc jesteś jego współarchitektem, a szukając kozłów ofiarnych w postaci ludzi, których nie przekonały obietnice polityków robisz z siebie pośmiewisko. Po co więc głosujesz? Uważasz, że demokracja znaczy to samo co wolność?

Wybory samorządowe 2014

Zbliża się sezon wyborów. Znowu. Tym razem są to wybory samorządowe. Obecnie w większości samorządów terytorialnych władzę utrzymuje Platforma Obywatelska. Niektóre są opanowane przez PiS, a ich koalicjantami są albo pozostałe partie albo lokalnie działające stowarzyszenia będące w rzeczywistości mikro-partiami.

Żadna z partii politycznych zasiadających w parlamencie nie różni się od siebie w kwestiach gospodarczych. Każda gdy rządziła utrwala obecne stosunki społeczno-ekonomiczne i wchodziła w układy z grupami nacisku takimi jak kler katolicki czy lobby pracodawców. Wszystkie one składały się na kryzys, cięcia czy podniesienie wieku emerytalnego. Nie można w związku z tym winić za to wyłącznie obecnego rządu.

Do najbliższych wyborów mobilizują się w związku z tym różne ugrupowania poza parlamentarne. Obok korwinistów czy wielce potężnego Ruchu Narodowego (96 000 głosów w ogólnopolskich wyborach) o głosy zabiega również tzw. Alternatywa. Są to lewicowo-prawicowe porozumienia ponad podziałami takie jak Warszawska Wspólnota Samorządowa, której lider, Piotr Guział śmieje się z gwałconych kobiet, nawołuje do sterylizowania feministek jednocześnie wywieszając tęczową flagę na ratuszu.

Ciekawym jest fakt, że jednym z jego przybocznych jest warszawski radny, Maciej Maciejowski – wyrzucony w 2007 roku z PiS za atak na Lecha Kaczyńskiego. Po śmierci prezydenta został ponownie przyjęty do partii. Zasłynął jeszcze nazwaniem Tuska zdrajcą, Komorowskiego „bydlęciem”, homoseksualistów „zboczeńcami”. W 2012 wykluczono go ponownie.

O tym, że żadnego z nich nie łączy żadna wspólnota interesów z warszawskimi lokatorami komunalnymi o których względy zabiegali może świadczyć sprawa nielegalnej eksmisji na Ursynowie.

Inną „alternatywą” jest tzw. wyborcze porozumienie „ruchów miejskich”, które mają zamiar startować w wyborach. Jest to wyborcze porozumienie niektórych NGO-sów funkcjonujących w ramach czegoś nowego, co za centrum swojej uwagi i działalności obrało miasta.

Niestety, ów „ruch” sam pożera się już w samym swoim zalążku usiłując promować niesprawdzającą się ideę tzw. „budżetu partycypacyjnego”.

http://cia.media.pl/pulapka_budzetu_partycypacyjnego_zarzadzanie_ubostwe...

Osoby uważające, iż można przegłosować obalenie kapitalizmu to zwyczajni naiwniacy, a ludzie, którzy chcą być jednymi z władców do wybrania nie są i nie mogą być sojusznikami ludzi wolnych. To, że przegrywają wybory z prawicowymi populistami i płaczą z tego powodu zwalając winę za swoje porażki na osoby nie głosujące powoduje tylko to, że nie są w stanie przekonać do siebie osoby popierające obecny system aby oddały im swoje głosy i zechcieli być przez nich rządzeni.

Czy niska frekwencja sprawi, iż wygra prawica?

Może się tak zdarzyć. Jednak anarchiści nie postulują apatii, a nawołują do oddolnego organizowania się. O ironio, to właśnie za rządów prawicowo-populistycznych (koalicja PiS-Samoobrona-LPR) wybranych przy niskiej frekwencji odbywało się najwięcej protestów antyrządowych organizowanych oddolnie przez młodzież, a dziś wielce „antysystemowi” wszechpolacy uchodzili za najbardziej pro-systemowych malimonów i byli obśmiewani.

Żaden rząd nie będzie w stanie utrzymać się długo bez masowego poparcia, które udało się zbudować obecnej ekipie za sprawą wykreowania wizerunku ugrupowania centrowego, wrogiego poprzedniemu rządowi. Wszelkie oddolne inicjatywy stawały się od tamtej pory coraz łagodniejsze i nastawione na mniejsze zło. Rosła frekwencja, a ludzie głosujący głosowali na „jedyną alternatywę” wobec populistycznej prawicy.

W 1936 roku hiszpańska CNT stojąc w obliczu wyborów pomiędzy Frontem Ludowym, a rządami proto-faszystowskimi wydała następujący komunikat do klasy robotniczej: „Nie zachęcamy was ani do głosowania ani do niegłosowania, jednak szykujcie się do wojny”.

Weźmy sprawy w swoje ręce

W Polsce zdecydowana większość społeczeństwa nie głosuje. Ci, którzy głosują to w największym stopniu klasa średnia. Nie jest to w żadnym wypadku nasza grupa docelowa, ani warstwa społeczna zdolna przeprowadzić zmiany.

Jedyną grupą, która dokonywała historycznych przemian społeczno-ekonomicznych jest zatomizowana klasa pracująca. To wokół jej organizowania powinna koncentrować się nasza działalność jako ruchu anarchistycznego.

Zrób pierwszy krok – nie głosuj.

Zobacz też: Samorząd a samorządność

Działacz Inicjatywy Pracowniczej kandyduje w wyborach samorządowych

Kraj | Wybory

Radek Sawicki, działacz stowarzyszenia ekologiczno-kulturalnego Wspólna Ziemia i kontakt OZZ Inicjatywa Pracownicza na Chojnice ogłosił, że będzie kandydował w wyborach do rady miejskiej.

Zaznacza, iż wcześniej sprzeciwiał się wyborom i usiłował działać oddolnie, jednak "...idea wskrzeszenia społeczeństwa obywatelskiego, zaangażowanego, wnikliwego, oceniającego władzę i wymagającego wysokiego poziomu usług urzędników samorządowych nie sprawdziła się. Większość mieszkańców grodu tura ma wszystko w dupie (ujmując to kolokwialnie)." (link)

Kandydować będzie z ramienia Projektu Chojnicka Samorządność w którym zasiada obok monarchisty, postpiłsudczyków, konserwatywnych prawicowców i liberałów i w którym stanowi lewicowe skrzydło. Według strony PChS, Sawicki jest nie tylko "lewicowym skrzydłem", ale i przewodniczącym stowarzyszenia. (link) Oznacza to, że nie będzie szeregowym kandydatem, tylko lokomotywą wyborczą wymienionego ugrupowania.

Głosowanie na Ruch Narodowy to nasz patriotyczny obowiązek

Publicystyka | Tacy są politycy | Wybory

I.
Po długim i męczącym namyśle (krótszej jednak niż sklecenie sensownego zdania przez pewnego boksera-polityka) stwierdziłem, że dla dobra kraju, należy głosować na Ruch Narodowy. Jako patrioci powinniśmy dbać o jakoś życia w naszym kraju, o to by ludzie mogli cieszyć się istnieniem niezmąconym przez nienawiść, strach – by mogli rozkwitać w radości, a nie gnić w smutku

Niektórzy przekonują, że taki stan można osiągnąć przez wprowadzanie porządku. Czyszczenie, mówią, wymaga usuniecie niektórych istot, jako psujących ciało narodowe, powodujących jego chorobę.

Moje liberalne wychowanie długo wzbraniało się przed taką argumentacją. Muszę jednak przyznać, że nie jest to do końca zła propozycja działania. Zwłaszcza, gdy przyjmuje ono formę „uprzywilejowanego wygnania”. Takim uprzywilejowanym wygnaniem może być głosowanie na Ruch Narodowy i innych skrajnych prawicowców do PE.

Francja: CNT-Vignoles startuje w wyborach lokalnych

Świat | Wybory

Organizacja rozłamowa z dawnej francuskiej CNT nazywana potocznie CNT-Vignoles od adresu jej siedziby w Paryżu uczestniczy w wyborach samorządowych w Metz.

Metz po Paryżu jest największym ośrodkiem w którym działa organizacja. CNT-Vignole uważa się za związek anarchosyndykalistyczny. Jednocześnie określa, "iż oscyluje wokół wolnościowo ujmowanego projektu komunistycznego a odmową jakiejkolwiek ideologicznej etykiety".

Działacze CNT-Vignoles w Metz celem wyborów założyli komitet wyborczy o nazwie Les Communards. Przewodzi mu członek sekretariatu krajowego CNT-Vigonles, Fouad Harjane znany z niechęci do działającej we Francji CNT-AIT broniącej rewolucyjnego charakteru syndykalizmu.

To nie żart! Były lider ONR kandyduje w wyborach do Parlamentu Europejskiego

Kraj | Blog | Ironia/Humor | Tacy są politycy | Wybory

W godzinach nocnych na swoim facebookowym (!) profilu były lider ONR, Przemysław Holocher ps. "Haker" obwieścił światu, że kandyduje w wyborach do Parlamentu Europejskiego z listy Stowarzyszenia Oburzeni.

Ma być kandydatem wspieranym przez Jana Kobylańskiego i jego organizację. Żeby było śmieszniej wieść o swojej kandydaturze do Europarlamentu opieczętował symbolem przekreślonej flagi Unii Europejskiej.

Upadły Wódz przyznaje, iż powodem jego odsunięcia od Ruchu Narodowego był wyciek jego rozmów z facebooka, które skompromitowały całe stronnictwo. Twierdzi jednak, że może stanowić "alternatywę".

Holocher kandydując stwierdza, iż jednocześnie nie wierzy w możliwości zmian z pozycji europosła. Deklaruje, że nie będzie rzucać kiełbasą wyborczą (o kebabie nie wspomina). Twierdzi również, że większość swojej diety przeznaczy na "cele społeczne".

Wenezuela: Pojutrze odbędą się wybory prezydenckie

Świat | Rasizm/Nacjonalizm | Wybory

Chavez przez wiele lat był bezkonkurencyjny. Tym razem istnieje realna szansa, że może przegrać wybory prezydenckie. Wiele sondaży wskazuje na identyczne poparcie dla obydwu kandydatów. Henrique Capriles Radonski, chadek nazywany jest wrogiem ludu i agentem imperializmu i syjonizmu.

Władze Wenezueli sięgają po broń jaką jest antysemityzm do rozprawienia się z konkurencją. Przez wiele lat Chavez postrzegany był jako jedyna alternatywa wobec neoliberalizmu. Dziś wiele się zmienia. Coraz więcej wenezuelskiego proletariatu postrzega chavistów jako kolejną burżuazję bogacącą się na ich pracy.

Wielu łudzi się, że alternatywą dla Chaveza jest Radonski. Warto obserwować co będzie się działo w tym kraju.

Na zdjęciu wymowna grafika włoskich faszystów z Fuorza Nouva dobitnie pokazująca czym jest władza Chaveza i kim są jego zwolennicy.

Wybory odbywają się 7 października.

Afrykański Kongres Narodowy ściągnął maskę - zamordował pracowników

Świat | Dyskryminacja | Gospodarka | Prawa pracownika | Publicystyka | Represje | Ruch anarchistyczny | Strajk | Tacy są politycy | Ubóstwo | Wybory

Oświadczenie Tokologo Anarchist Collective, Zabalaza Anarchist Communist Front oraz Inkululeko Wits Anarchist Collective dotyczące masakry w kopalni. Są to grupy określające się jako anarchistyczne działające w RPA.

AKN ściągnął swoją maskę! Robotnicy zamordowani!
Winni są kapitaliści i politycy! Stop brutalności policji.

Nie ma sprawiedliwości, nie ma pokoju. Nie dla Zumy, nie dla Malemy, nie dla Lonminu!

Konstytucja gwarantuje nam prawa polityczne i równość. Oczywiste jest jednak to, że politycy i kapitaliści robią wyłącznie to co sami sobie zażyczą. Depczą ludziom po twarzach. Dowodzi temu zabicie strajkujących w kopalni Marikana.

Do kogo należą prawa?

Musimy skoncentrować się na faktach. Rząd Afrykańskiego Kongresu Narodowego i kapitału tworzy spektakl. System sprawia, że bogaci się bogacą, a ubodzy ubożeją.

Pracownicy i ludność uboga cierpią. Nie jest nam gwarantowana żadna ochrona. Pracujesz, ale i tak ciężko ci przetrwać. Rosną ceny żywności. ESKOM (koncern energetyczny należący do RPA przyp. red.) się rozbudowuje. Musimy przeboleć związane z tym koszty? W jaki sposób? Kiedy się sprzeciwiamy, jesteśmy rozstrzeliwani.

AKN = Państwo + Kapitaliści, Korporacje = Plemiona

Państwo stosuje brutalną przemoc przeciwko większości. Maszerujemy, wykrzykujemy nasze pretensje. Mamy do tego prawo. Musimy walczyć o przetrwanie. Więc walczymy ze wszystkimi elitami, które kontrolują rząd i kontrolują firmy takie jak Lonmin (właściciel kopalni).

Nasze głosy wycisza się jednak kulami.

Chociaż nie zgaszamy się ze wszystkimi działaniami pracowników Marikana, zawsze stajemy po stronie klasy pracującej i ubogich przeciwko państwu i kapitalistom.

ANCYL = AKN = Masakra w Marikanie

Afrykański Kongres Narodowy obiecał zmienić system. Zamiast tego stał się częścią systemu. Walcząc z opresją Partii Narodowej przejął władzę. Partia Narodowa mordowała pracowników. Ale teraz Afrykański Kongres Narodowy morduje pracowników.

ANCYL (młodzieżówka AKN) nie ma podstaw do potępiania zabójstw policyjnych. ANCYL jest częścią partii rządzącej.

Malema i inni byli liderzy ANCYL wydaleni z organizacji chcą wykorzystać te wydarzenia aby przejąć władzę w partii i tak samo bogacić się i nas okłamywać. A ręce AKN spływają krwią.

Zarówno byli jak i obecni liderzy ANCYL (podobnie jak liderzy AKN) chcą więcej pieniędzy, a nie więcej wolności dla ludu.

Kapitalizm nie dziękuję!

Kapitalizm to system brutalności, wyzysku i cierpienia. Czarni, kolorowi i indyjscy robotnicy cierpią w wyniku pokłosia reżimowego, apartheidowskiego ucisku oraz codziennej kapitalistycznej rzeczywistości i policyjnych represji. (Nawet biali robotnicy są wyzyskiwani i represjonowani).

Kolektywizacja zamiast nacjonalizacji

ANCYL wykorzystuje morderstwa dokonane przez AKN do postulowania po raz kolejny nacjonalizacji kopalń i innych strategicznych gałęzi przemysłu. Ale Marikana ukazuje prawdziwą naturę władzy i państwa, niezależnie od tego jaka partia rządzi tą naturą jest rola rządnej krwi maszyny służącej bogatej czarnej i białej klasie rządzącej.

Prawdziwa pracownicza kontrola nad ekonomią nie oznacza prywatnych korporacji i prywatyzacji ani państwowych korporacji i nacjonalizacji. Musi się ona wiązać z realną ludowo-demokratyczną kontrolą ekonomii przez pracownika i komitety społeczne zaspokajające potrzeby ludzi.

Policji nie da się zreformorwać

Rolą policji jest uciszanie klasy pracującej i ubogich. Ten problem nie może być rozwiązany przez komisje lub skargi jak sądzą niektórzy. Spytajcie krewnych Andriesa Tatane. Tego nie da się rozwiązać drogą wyborów. Pamiętajcie: Sharpeville 1960, Soweto 1976, Uitenhague 1985, Michael Makhabane w 2000 roku, pracownicy SAMWU w 2009, Andries Tatane w 2011... Marikana 2012. Od 2000 roku zabito conajmniej 25 protestujących lub strajkujących aż do Marikany.

Władza dla ludu, żadnych wyborów i partii

Spójrzcie na Marikanę. Wybory nie zmieniły systemu. Dołączając do rządu i zostając politykiem nie rozwiązuje się problemu. Zastąpienie Jacoba Zumy innym liderem AKN nie rozwiążemy problemu. Nowa partia polityczna, nawet lewicowa albo robotnicza nie jest rozwiązaniem. Żadna partia nie jest rozwiązaniem.

Związki: Przebudźcie się!

Związki zawodowe w Marikana, NUM i AMCU wpadły w pułapkę zastawioną przez polityków i kapitalistów. Walczyły przeciwko sobie zamiast przeciwko wrogowi. Jedność jest siłą, nie dzielcie się i nie dawajcie sobą rządzić. Pracownicy całego świata łączcie się! Klaso pracująca wszystkich krajów i ras łącz się! Koniec z sojuszami! COSATU (federacja związkowa RPA) nie powinna mieć żadnych powiązań z krwawym Afrykańskim Kongresem Narodowym.

Anarchizm - kontrakcja

Czas zastąpić kapitalizm i system państwowy kontrakcją ze strony ludu. To znaczy, że chcemy pracowniczej, społecznej i oddolnej kontroli nad ekonomią. Chcemy demokratycznego i bezpośredniego samozarządzania przemysłem przez pracowników w ich miejscach pracy; chcemy samorządnych wspólnot mieszkańców terytoriów. Chcemy kolektywnie decydować o tym jak żyjemy. Odmawiamy życia zgodnie z zasadami ustalonymi przez kapitalistów i polityków, którzy używają policji żeby strzelać do nas jak do psów kiedy jesteśmy nieposłuszni.

Jedno rozwiązanie: Demokracja klasy pracującej!

Potrzebujemy cię! Nie głosuj! Organizuj się!

Źródło: Zabalaza.net

Zabalaza jak sama o sobie pisze nie jest grupą chcącą budować ruch anarchistyczny ani rewolucyjny, a jest tylko grupą aktywistów chcącą wspierać istniejące ruchy i ich postulaty w celu wypromowania anarchistycznych idei w tych ruchach. Jest to grupa reprezentująca tendencję platformistyczną. Od początku była ona krytykowana przez Malatestę i Berkmana, którzy uznali ją za ruch "maszerujący krok za bolszewikami", który zasadami "jedności" i "kolektywnej odpowiedzialności" narusza autonomię jednostki.

W tekście widoczne są treści niemalże utożsamiające biurokratyczne twory jakimi są związki zawodowe (w tym jeden podobny do polskiego OPZZ) z pracownikami będącymi masą jednostek. Wymowne jest również hasło "ludowo-demokratyczna kontrola ekonomii".

[komentarz tłumacza]

http://cia.media.pl/maskra_gornikow_z_marikana_masowa_eskalacja_wojny_pr...

Moskwa: Czynny udział anarchistów w protestach przeciwko Putinowi

Świat | Protesty | Represje | Wybory

W dniu 6 maja grupy anarchistów wzięły udział w niemal wszystkich wydarzeniach mających miejsce tego dnia na ulicach Moskwy. Na początku odbył się pokojowy marsz z Kaluzhskаja do placu Bolotnaja, podczas którego szybko jasne stało się, że uczestnicy protestujący przeciw inauguracji zaprzysiężenia Putina na prezydenta nie będą mile widziane, czy wręcz nie zostaną wpuszczone w szeregi marszu. Grupy anarchistów brały czynny udział w pierwszych szeregach walk z policją, ciskając w nich kamieniami, kawałkami asfaltu, bombami dymnymi i butelkami z benzyną.

W miarę rozwoju wydarzeń anarchiści zabarykadowali się na placu i skutecznie uniemożliwili policji ich przepędzenie. Wznieśli barykady z metalowych barierek ochronnych, ławek i poprzewracanych Toi-Toii. Część spośród najaktywniejszych protestujących została schwytana i aresztowana, mimo że kilkoro z nich udało się odbić z rąk policji. Po obu stronach byli ranni, niektórzy wymagali hospitalizacji.

Grecja: Neofaszyści po wyborach pokazują swoje oblicze

Świat | Rasizm/Nacjonalizm | Wybory

Po podliczeniu głosów niedzielnych wyborów do Greckiego parlamentu okazało się, iż neofaszystowska organizacja Złoty Świt uzyskała 7% głosów, w związku z czym przypadnie jej 21 mandatów w parlamencie.

To pierwszy raz w historii, gdy ta skrajnie prawicowa partia o jawnie nietolerancyjnym i autorytarnym charakterze dostała się do parlamentu. Międzynarodowi obserwatorzy z niepokojem przyjmują ostatni wynik wyborczy Złotego Świtu. Tymczasem członkowie tego ugrupowania już dali wyraz swojej buty i poczucia wyniosłości.

Chodzi o incydent podczas konferencji prasowej zwołanej przez lidera partii Nikolaosa Michaloliakosa. Przed pojawieniem się na sali Michaloliakosa, rosły mężczyzna, członek partii, czekającym na lidera reporterom kazał wstać z miejsc „na znak szacunku”. Dziennikarze, którzy odmówili, byli wypraszani z sali.

Dlaczego nie chcę iść głosować?

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy | Wybory

Kapitalizm jest prostym ustrojem, trzeba tylko zdeprawować ludzi, zrobić z nich egoistów.

Polityka informacyjna w kapitalizmie zmusza ludzi do zastanawiania się nad sensem bezsensu. Celem jest skierowanie wysiłku ludzkiego w pozorne naprawianie Świata. A jeszcze lepiej, aby ludzie nie podejmowali żadnych działań przeciwko "ustanowionym prawom".

Większość dyskusji w massmediach jest o niczym, nakierowanych na pełną dezorientację społeczeństwa. Dyskutanci z premedytacją "młócą słomę" wprowadzając w błąd odbiorców. Organizatorzy programów TV zyskują na czasie i zdobywają materiał oponentów, lub po prostu mącą w głowach. Widzowie i słuchacze nic nie rozumieją z tych "dyskusji", nikt też nie wie gdzie początek, a gdzie koniec poruszanej sprawy. Jest to czyste działanie dezinformacyjne. A mimo to ludzie nie chcą iść głosować. Czyżby wiedzieli, że elita władzy oszukuje ich?
Skąd przeciętny wyborca wie, że np. polityk X oszukuje? To proste – zna zależności w społeczeństwie klasowym, dostrzega więzi jakie łączą ludzi. Wiedzę swoją opiera na obserwacji praktycznej. Widzi, że politycy są na usługach bogaczy, a bogaci oszukują zawsze. Wyborcy są więc świadomi więzi, jakie funkcjonują w ich społeczeństwie. "Błędem" burżuazyjnych propagandzistów jest traktowanie obywatela jako niedorozwiniętego politycznie osobnika.

Więzi moralne

Są podstawowymi regulatorami współżycia społecznego w najbliższych kontaktach, na co dzień. Pojawiają się one w mniej lub bardziej sprecyzowanych regułach codziennego życia – plemiennych, środowiskowych, religijnych, wojskowych itd. Ludzie w życiu codziennym są więc powiązani ze sobą więzami moralnymi. I w każdym wspólnym działaniu są uzależnieni od norm moralnych, muszą się im w pewnym stopniu podporządkować. Normy moralne są różne, mają zróżnicowaną wartość dla społeczeństw i globalnie lokują się dwu biegunowo:

Jednym słowem – to co najważniejsze dla społeczeństwa lokuje się w obszarze altruizmu, zaś wartości egoistycznych jednostek lokują się w strefie egoizmu. Pozostałe w strefie środkowej, ewoluują do któregoś z biegunów. Świat fizyczny jest binarny, dotyczy to także społeczeństwa w stanie walki. Politycy mają do wyboru cały zbiór norm moralnych. A co wybierają? W podzielonym klasowo społeczeństwie politycy korzystają z obszaru egoizmu i strefy środkowej, przeciągając masy na swoją stronę. Tak jest przyjęte w państwie kapitalistycznym i ponoć jest to "uzasadnione ekonomicznie". Wybrane normy mają wpływ na organizację państwa:

Z jakiego obszaru elita władzy wybierze normy, taki system organizuje dla ich obrony i takie mamy państwo. Linią radykalnie dzielącą zbiór norm jest stosunek do drugiego człowieka i do własności prywatnej.
Cała więc ta nagonka na komunistów, permanentne ich zwalczanie przez burżuazję, mordowanie członków partii komunistycznej itd., jest powodowane obawą przed naruszeniem zasad własności korzystnych dla burżuazji. Burżuazję nie obchodzi wcale religia, ani moralność czy demokracja, ale własność, którą kapitaliści zdobywają, i której bronią tworząc ku temu odpowiednie prawa. A własność to przestrzeń ekonomiczna, polityczna itd. Powinna ona należeć do wszystkich ludzi, ale jest przywłaszczana. Nawet kwestia samej sprzedaży ziemi jest wątpliwa z kontekstu moralności.

Normy moralne mogą dzielić lub jednoczyć ludzi. W "zbiorze egoizmu" normy dzielą społeczeństwo, tworzą podziały klasowe, zaś normy w "zbiorze altruizmu" jednoczą ludzi (integrują), stwarzają warunki do wspólnego działania i systematycznego postępu. Dezintegracja (wszelkie pluralizmy) są przejawem podziału społecznego i przyczyniają się do dezorganizacji państwa. Państwo "uwalnia ludzi" od wszystkiego, ale zabrania organizować się dla wspólnego działania. Na przykład nie można poradzić sobie z łapownictwem tylko dlatego, że ludzie są pozbawieni możliwości kontrolowania państwa. Człowiek, jeżeli nie ma kapitału, jest wolny czyli nikomu nie potrzebny. Pluralizm korzystny jest tylko w momentach historycznych (przejściowych), gdy trzeba wybierać nową drogę i czasem w technice.

Pytaniem podstawowym jest tu- kto tworzy konfliktowe normy, które dzielą społeczeństwo? Uczciwa odpowiedź na te pytania wskaże na nacisk elit i władzy (osób lub grup), którzy wpływają na innych, często z ukrycia.

U podstaw doskonalenia wszystkich norm moralnych leżą warunki życia, możliwości techniczne człowieka, tzn. "uwarunkowania ekonomiczne i rozwój techniczny (sił wytwórczych)". Jednakże w kapitalizmie "władza" może ograniczać aktywność ludzi, zmuszając ich do stosowania norm regresywnych.

Postępowanie egoistyczne próbuje się usprawiedliwiać na różne sposoby. Idee konkurencji wymyślone są właśnie dla uzasadniania egoizmu.
Jednak naturalnym (właściwym) motorem rozwoju społecznego jest współpraca – a nie konkurencja. Bez współpracy między ludźmi nie ma rozwoju, jakiegokolwiek.

Więzi moralne ewolucyjnie (powoli) lub rewolucyjnie (gwałtownie), przeistaczają się w normy prawne. Prawo to nie żaden "cudowny" twór, lecz przystosowanie norm moralnych dla różnych sytuacji, ich uszczegółowienie. Dlatego więzi prawne układają się analogicznie jak moralne, dwu biegunowo:

Więzi prawne

Wynikają z konieczności normalizacji i unifikacji życia społeczeństwa demokratycznego. W społeczeństwie podzielonym na klasy prawo służy do obrony interesów bogatych jednostek i grup. W teorii chodzi burżujom o zmniejszenie szans przestępcom. W praktyce zaś o możliwości prawnego przywłaszczania i pozbawienie szans oponentów klasowych. W społeczeństwie klasowym nadmiar norm prawnych tworzy się dla aktualnych i przyszłych "przestępców" w celu obrony własności elit. Nadmiar ustaw utrudnia orientację prawną każdemu człowiekowi. Prawnicy doskonale o tym wiedzą.

U podstaw wszystkich norm prawnych leżą zasady moralne. Zasady moralne wytyczają kierunek regułom prawnym, w dyktaturze bywa odwrotnie. Stąd powstawanie amoralnych (aspołecznych) przepisów prawnych. Normy prawne w państwie klasowym mają więc za zadanie, przede wszystkim, chronić zdobyczy materialnych grup władzy, a także– pozyskiwać nowe obszary. Jeżeli np. gospodarka opiera się na wyzysku kolonialnym, to opis prawny musi być ułożony tak, aby ten wyzysk usprawiedliwić. Z tego powodu właściciele (burżuazja) wynajmują polityków i media aby usprawiedliwiały praktyczne działania burżuazji. "Usprawiedliwione działanie" pozwala im z kolei swobodniej podejmować decyzje, a więc utrzymać zdobycze i pozyskiwać następne. W ten sposób powstają więzi polityczne.

Więzi polityczne wynikają z konieczności bezpośredniej obrony interesów materialnych klasy, grupy a także interesów indywidualnych. Chodzi przede wszystkim o ochronę wartości materialnych i pozyskania nowych dóbr. Jeżeli burżuazja przekona swych wyborców, to polityka staje się planem wspólnej grabieży innych klas lub narodów.

W burżuazyjnym systemie władzy istnieje podział ról. "Polityka" zaś jest jakby konkretyzacją ustawionego prawa, jej praktyczną stroną. Polityka to plan działań w oparciu o prawo, albo dla zmieniania prawa. Polityka w kapitalizmie to plan stanowienia prawa, albo zmiana prawa na korzyść silniejszych materialnie (przeprowadzana różnymi metodami). Ugrupowania polityczne bronią więc odpowiedniego obszaru posiadania, wartości (i norm), bronią odpowiednich grup społecznych, akceptujących odpowiednie normy.

Kapitaliści muszą bronić swej własności, nie mogą się podzielić, bo przestaną być kapitalistami. Muszą także rozszerzać stan posiadania, aby wzmacniać swoją pozycję i władzę. Z tego powodu sam kapitalizm ideologicznie opiera się na egoistycznych normach etycznych, tak było zawsze. Nie ma kapitalistów "uczciwych", ponieważ sama idea kapitalizmu zakłada wyzysk, a wyzysk to przecież oszustwo. "Uczciwy kapitalista" musiałby zapłacić robotnikom tyle co sobie, ale wtedy nie byłoby zysku, jakiego on oczekuje dla siebie.

W konsekwencji wszystkie działania polityczne w kapitalizmie służą obronie własności prywatnej. W tych wszystkich manewrach politycznych, które oglądamy na co dzień, chodzi tylko o pieniądze, lub o pozycję, którą dają pieniądze. Jednak fakt ten ukrywają oni za różnymi sloganami czy ideami zastępczymi, np. teoryjką o "naturze ludzkiej". I wtedy przeciętny człowiek nie jest w stanie w pełni uświadomić sobie wyzysku. Tylko intuicja podpowiada mu, że jest oszukiwany. Dopóki wyborca będzie oszukiwany dopóty jego aktywność wyborcza będzie ograniczona. Negowanie ceremoniału wyborów jest jedyną możliwą obroną wyborcy przed oszustwem politycznym. I niestety, jest to korzystne dla elity władzy.

O co tak naprawdę chodzi w różnych manewrach politycznych prezentowanych w mediach? Chodzi tylko i wyłącznie o obronę interesów:

    indywidualnych
    grupowych
    społeczeństwa

W szczególności zaś o prawo zdobywania i dysponowania własnością.
Wyborcy, wbrew pozorom, są tego świadomi. Dowodem tego jest m.in. fakt, że kłamią w ankietach przedwyborczych.

Politycy zaś uzasadniają swoje działania różnymi ideami. Praktycznie każdy człowiek jest nośnikiem jakiejś idei (lub kilku). Im więcej jest ludzi podzielających pewne idee, tym większe jest zgrupowanie wyborcze danej opcji politycznej. Skoro nośnikami idei są ludzie, można więc przyjąć, że dla propagandy wyborczej wyborca = nośnik idei. Tak wyborcy utożsamiają się z danym kandydatem. Jeżeli kandydat wyrazi te same idee co wyborca, uzyskuje poparcie. Kandydat może więc dowolnie oszukiwać udając zrozumienie dla idei swoich wyborców. Nikt go nie ukarze za to kłamstwo, a Konstytucja go obroni.

W normalnych warunkach (demokratycznych) kandydaci, wybierani posłowie, powinni różnić się między sobą programem politycznym i postawą moralną. W rezultacie wyborcy mieliby szansę na wskazanie kandydata preferującego postęp. Obecnie nie pozwala na to schemat "demokracji amerykańskiej". Polega ona na tym, aby stworzyć sytuację, w której wyborca nie ma z czego wybierać! Obecnie jest tak, że jeden kandydat broni interesów drobnej burżuazji, a drugi – najbogatszych. Czyli obaj reprezentują kapitalistów. Na polu wyborczym pozostaje tylko dwóch i z czego tu wybrać? "Demokracja amerykańska" polega też na pozornym znoszeniu różnic w programach wyborczych obu kandydatów. Jeżeli więc kandydaci są w tym samym ideowym punkcie, to jakaż różnica dla wyborcy kogo się wybierze?

Dla burżuazji najlepiej byłoby, aby wyborcy umieścili swoje poglądy w zbiorze egoizmu. Wówczas sprawa jest jasna– burżuazja może wystawić jakiegokolwiek kandydata. Ludzie mają jednak rozmaite poglądy i w praktyce europejskiej prawica musi uwzględniać siłę lewicy.

W momencie, gdy ludzie stwierdzą, że między kandydatami na posłów nie ma różnicy, to nie głosują. Po prostu nie idą na wybory. Konstytucja na to pozwala, bo jest to na rękę burżuazji. Najbrutalniej stwierdzając: jeżeli wyborcy mają wybierać tylko między "szmatą" a "ścierką", to frekwencja wyborcza zawsze będzie mała. I tak jest w całej Europie.
Obecnie checa przedwyborcza sprowadza się do tego, aby w kampanii wyborczej oszukać i ogłupić do reszty wyborcę, przesunąć jego myślenie na odpowiedni obszar norm.

Wszystkie procesy zachodzące w zbiorach norm moralnych i prawnych są uzależnione od wiedzy społecznej. Dlatego burżuazji tak bardzo zależy na ograniczeniu wiedzy społeczeństwa, ograniczenie do istotnych informacji. Władza burżuazji deprecjonuje istotną wiedzę i nauczanie w różny sposób:

    Niszcząc źródła informacji istotnej (która ujawnia prawdę)
    Podaje informację przekształconą: negując informację istotną (oszukuje)
    Podaje informację zastępczą – negując informację istotną (aby zająć uwagę społeczeństwa pozornymi problemami)
    Podaje nadmiar informacji aby – człowiek stracił orientację, pogubił się w normach i ideach. W wyniku tego – zacznie działać na "impuls" mediów

Różne opisy "teoretyczne" i mylne interpretowanie faktów służą kapitalistom wyłącznie do kamuflowania wyzysku. Zachodzi wyjątkowo perfidna dezinformacja społeczeństwa, prowadzona przez lata. Propaganda burżuazyjnych ideologów robi wszystko dla obrony stanu posiadania bądź planów zdobywania.

Czasem więc wogóle nie warto zastanawiać się nad jakąś wypowiedzią czy referatem, zwłaszcza w prasie burżuazyjnej (innej obecnie praktycznie nie mamy). Pełno jest kłamstw w pismach, w Internecie. Jedni zżynają od drugich aby nadmiarem "informacji" wpędzić czytelnika w matnię informacyjną i politycznie zdezorientować.

Tekst do redakcji podesłał Altar.

Kolumbia: Korupcja w czasie wyborów

Świat | Tacy są politycy | Wybory

Podczas wyborów lokalnych w Kolumbii złożono ponad 400 skarg na łamanie praw wyborczych. Większość z nich dotyczyła kupowania głosów. Ponadto odnotowano 6 zamachów. Dokonywano też fałszowania głosów na masową skalę. Wysłano ponad 100 powiadomień do Prokuratury Generalnej Kolumbii w kwestii łamania prawa. (Telesur)

Kanał XML