@ktywizm mężczyzn z klas średnich

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

Na początku chciałem zaznaczyć, że należę do organizacji anarchosyndykalistycznej, której sekcja działająca w moim mieście złożona jest właściwie z samych mężczyzn (trudno mi w tej chwili oszacować liczbę naszych członków i członkiń, ale kobiety stanowią nie więcej niż 1/5 jej składu). Wydaję mi się, że ważne jest także to, że średnia wieku naszych aktywnych członkiń jest znacznie niższa niż członków. O ile mi wiadomo w innych miastach jest w miarę podobnie, podobnie jest również w innych organizacjach lewicy radykalnej. Drugą sprawą jest to, że w skład mojej sekcji wchodzą głównie młodzi pracownicy tymczasowi, osoby pracujące na czarno lub na umowy o dzieło, większość zaś się nie uczy ani nie studiuje. O ile mi wiadomo nikt nie ma własnego mieszkania, a dochody nas wszystkich są na tyle niskie, że zebranie choćby 5 złotych miesięcznie składki często jest naprawdę trudne i to nie ze względu na złą wolę członków. Co również symptomatyczne wszyscy nasi członkowie, za wyjątkiem jednego, są bezdzietni i raczej nie tworzą stałych związków, opartych na wspólnym zamieszkaniu i dzieleniu budżetu. Wszyscy niemal wynajmujemy mieszkania na wolnym rynku co sprawia, że ogromna część naszych dochodów zostaje w rękach kamieniczników, żyjemy zaś w przegęszczonych klitkach z niedziałającymi instalacjami.

Moja sytuacja na tym tle jest o tyle dobra, że o ile również mieszkam w mało komfortowym, wynajętym za 60% miesięcznych dochodów, pokoju w studenckim mieszkaniu, w tym samym mieście mieszkają moi rodzice. Rodzice mieszkają w dużym, własnościowym mieszkaniu i mają niezłe dochody, co daje mi (choć staram się tak tego nie traktować) pewne bezpieczeństwo – w wypadku utraty dochodu mogę, choć wcale nie chcę, z nimi zamieszkać. Gdy kończą mi się środki czasami się u nich stołuję, lub pożyczam od nich pieniądze, które rzadko zwracam. Dysponuję także potężnym kapitałem, którego nie posiadają moi koledzy i koleżanki, z organizacji – mianowicie czasem. Otrzymuję nieopodatkowane pieniądze z kieszeni podatników, właściwie za nic. I mimo iż są to pieniądze nie umożliwiające niczego więcej niż wegetacji, zwalniają mnie one z pogoni za najmniejszym choćby groszem. Inaczej niż moi towarzysze i towarzyszki, nie muszę co rano zastanawiać się skąd wziąć na mieszkanie i spokojnie zajmuję się aktywizmem.

Taka sytuacja sprawia, że wraz z innymi osobami mniej obciążonymi walką o byt rozwiązuję najwięcej spraw organizacyjnych, najintensywniej prowadzę korespondencję wewnętrzną z innymi sekcjami, a nawet starcza mi jeszcze czasu żeby coś poczytać o ruchu. Efekt? Powstaje hierarchiczna struktura, oparta na nagromadzeniu doświadczenia i kontaktów. Takie „naturalne liderstwo” jest dla organizacji najgorszą z możliwych rzeczy.

Na pytanie dlaczego w organizacjach lewicy radykalnej tak mało jest kobiet, podczas gdy tak wiele ich jest w sektorze pozarządowym, odpowiedź jest prosta. Kobiety od dość wczesnego wieku obciążone są pracą opiekuńczą w znacznie większym stopniu niż mężczyźni. Chodzi tu nie tylko o dzieci, lecz również o rodziców i dziadków, siostrzeńców, bratanków, wujków i ciocie. Od kobiet generalnie oczekuje się większego zaangażowania w spoistość rodziny (jak chociażby odwiedzin, pomocy przy organizacji świąt) niż od mężczyzn. Kobiety nie mają czasu na pracę nieodpłatną na trzecim etacie. Najbardziej radykalnym przykładem takiego podziału płciowego jest sytuacja gdy na rozpoczynające się o 17:00 spotkanie organizacji przychodzi 5 mężczyzn i 3 kobiety, z czego kobiety wychodzą o 18:30 ze względu na natłok innych obowiązków, a mężczyźni siedzą do 20:00. Nawet jeśli po wyjściu kobiet nie podejmują już wiążących decyzji (wówczas jest to bowiem rażące naruszenie równości w organizacji) tylko prowadzą nieobowiązujące rozmowy, pokazuje to jasno, że w istocie jest to męska organizacja, gdzie przez większość formowania priorytetowych problemów głos kobiet jest niesłyszalny.

Sektor pozarządowy płaci za pracę, lub przynajmniej stawia takie perspektywy. Praca w nim stanowi też jakąś formę zdobywania formalnego doświadczenia zawodowego, patrząc z materialistycznej perspektywy. Kobiety, imigranci, robotnicy utrzymujący rodziny, nie mają czasu zajmować się działalnością tak niepraktyczną jak „rewolucjonizm”. Jak na razie moja diagnoza jest taka, że o ile na lewicy radykalnej jest wprawdzie nieco kobiet oraz całkiem sporo członków klas niższych (mitycznych „robotników” nie ma sensu szukać w sztolniach kopalń, pełno jest ich dookoła) to wyznaczaniem jej celów, organizacją akcji, ustawianiem dyskusji, zajmują się mężczyźni z klas średnich. Znam jeden przykład organizacji anarchistycznej, w której rolę nieformalnej liderki pełni kobieta – to organizacja zrzeszająca właściwie same nastolatki i nastolatków. Ten wiek, wolny jeszcze od praktycznych ograniczeń dorosłości jest ostatnim gdy kobiety znajdują czas na liderowanie w grupie, która nie ma szans wpłynąć na poprawę ich bytu.

Spojrzenie liderów z klas średnich na aktywizm kompletnie wypaczone jest mieszczańską kategorią „humanitaryzmu”. Mimo iż sami dobrze wiemy, że osłony państwa opiekuńczego, 8 godzinny dzień pracy itd. to wyniki twardej walki gdzie nikt nie troszczył się o bliźniego, a po prostu egzekwował brutalnie swoje interesy, nasze podejście do ruchu radykalnego zazwyczaj jest takie same jak do organizacji pozarządowych wysyłających drobne pieniążki do Afryki. Chcemy pomóc. Widzimy siebie w roli pracujących na darmowym etacie organizatorów i liderów ruchu robotniczego. Mając jako tako zapewniony byt robimy to wyłącznie z bezinteresownej miłości do „ludu”. Ta „bezinteresowność” jest oczywiście cechą tak do bólu mieszczańską, że aż zgrzytają zęby. Właśnie my, męscy liderzy z klas średnich chcemy „aktywizować imigrantów”, „wciągać ludzi w akcję”, „pozwalać lokatorom mówić własnym głosem” itd. Słowem nie mając własnych problemów wtrącamy się w cudze, snując jednocześnie wizję rewolucji. Wyobrażamy sobie jak ci ludzie, którym w dobroci serca doradzamy, pomagamy malować transparenty i legalizujemy pikiety, w ramach spłacania długu wdzięczności szturmują komisariat, urzeczywistniając sen rewolucjonisty.

Aktywiści pochodzący z klas średnich zapominają o własnych problemach i obowiązku walki z nimi. Poszukując „podmiotu rewolucji”, który mógłby zastąpić marksowski proletariat zapominamy, że najważniejsza jest praktyka codziennej walki. Słowo samoorganizacja często znaczy dla nas tylko tyle co „organizowanie innych, bez formalnej struktury”. Jesteśmy architektami organizacji imigrantów i imigrantek, lokatorów i lokatorek, pracownic i pracowników budowlanych, projektując je jednak w mieszczański sposób, opierając się na fałszywym założeniu, że każdy posiada tyle samo czasu na bezpłatną działalność rewolucyjną i, że w imię przyszłych korzyści może zrezygnować z gotowania dziś obiadu. Ten sposób organizacji zawsze skutkuje tylko i wyłącznie powstaniem nowych NGO'sów, o nieco bardziej radykalnej retoryce, a zatem hierarchicznych struktur w których zaradni mieszczanie pomagają bezradnym członkom klas ludowych przyjąć mieszczańskie kategorie myślenia. Autentycznie oddolnie inicjatywy klas ludowych zazwyczaj nakierowane są na pomoc w przetrwaniu. To grupy samoobrony, spółdzielnie prowadzące produkcję lub dystrybucję podstawowych towarów, sąsiedzkie grupy pomocy itd. Mieszczańskie kółka dyskusyjne i grupki organizujące pikietę w każdy weekend nie mają z nimi nic wspólnego. Prawdziwie oddolne grupy klas ludowych potrzebują oczywiście współpracy z grupami radykalnych mieszczan zagrożonych degradacją (historia uczy, że o ile zagrożeni wywłaszczeniem drobni kupcy są raczej ostoją ruchów skrajnie prawicowych, to zagrożeni degradacją pracownicy i pracownice umysłowi wchodzili niejednokrotnie w sojusz z radykalnym ruchem robotników i robotnic). Natomiast współpraca, to coś zupełnie innego niż „pomoc”, albo „wsparcie” .

W moim mieście gdzie według szacunków urbanistów brakuje 120 tysięcy mieszkań, dzieciaki z klas średnich, którym głód zagląda w oczy, a sytuacja życiowa coraz bardziej przypomina tę, o której opowiadają koledzy z klas ludowych, powinny na poważnie zająć się skłotingiem, zamiast „pomagać organizować się lokatorom”. Ruch lokatorski będzie naturalnym sojusznikiem ruchu skłoterskiego, a ich wspólnym celem będzie kontrola nad miastem.

Musimy pamiętać, że jednostki o naprawdę wysokich kompetencjach kulturowych (obecnie zwłaszcza informatycznych, designerskich itd.) uciekać będą ze sformalizowanego rynku pracy w stronę wolnych zawodów i w ten sposób ograniczać wyzysk jakiego doświadczają. Ogromna większość jednak sektora produkcji kulturalnej będzie obsługiwana przez mcpracowników i mcpracownice, ogromna część młodych ludzi z klas średnich zaś nie dostanie się do nich i będzie permanentnie zagrożona bezrobociem i degradacją. Musimy sami szukać dobrych sposobów walki z wyzyskiem w tych sektorach, w których sami często pracujemy.

Potrzebujemy również nowych form walki z wyzyskiem w strukturach tworzonych przez system podwykonawczy i franchaising, w małych zakładach pracy, przy wysokiej niepewności zatrudnienia, czyli tam, gdzie nie działają związki zawodowe. Jak pokazują doświadczenia ruchu radykalnego w innych krajach, takie formy walki wymagają ponadzakładowej i ponadbranżowej solidarności pracowniczej, najlepiej na poziomie społeczności lokalnej. Potrzeba bowiem zawsze kilkunastu lub kilkudziesięciu osób spoza zakładu pracy, które są w stanie pomóc w akcjach bojkotu lub sabotażu danej firmy, nie ryzykując jednocześnie zwolnienia. Warto także uderzać w cały sektor (np. we wszystkie łamiące prawa pracownicze restauracje w danej dzielnicy) lub w cały łańcuch podwykonawczy, zamiast w pojedyncze firmy. Nie mogą się tym jednak zajmować „zawodowi rewolucjoniści”, lecz na zasadzie solidarności i pomocy wzajemnej pracownicy i pracownice innych firm, które również u siebie będą liczyć na pomoc pozostałych. Nie chodzi tu bowiem o tworzenie grupy „aktywistów na telefon”, lecz o nacisk na organizację w miejscu pracy, organizację, która będzie gotowa okazać bezwarunkową solidarność z innymi pracownikami i pracownicami, jednak na ich wyraźną prośbę i w sposób wspólnie przez obie strony ustalony.

Przykładem kampanii, która rozwijała się świetnie, a która nie znalazła kontynuacji, głównie dlatego, że żaden z jej inicjatorów nie miał osobistego interesu w jej kontynuacji, była ta na rzecz darmowego transportu niekasuj.pl. Mimo iż w szczytowym momencie na spotkania organizacyjne przychodziło około 40 osób, mieliśmy zainteresowanie dziennikarzy i dziennikarek lokalnych, a władza nas zauważyła i potraktowała jako poważne zagrożenie, nikomu z organizatorów nie chciało się tego ciągnąć. Najlepszym probierzem tego faktu było to, że sami organizatorzy przez prawie pół roku nie zdołali założyć kasy ubezpieczeniowej na wypadek złapania przez kontrolera, który to pomysł promowaliśmy na stronach. Ja osobiście cały rok jeżdżę na rowerze i traktowałem tę kampanię bardziej jak zabawę i okazję do pokazania naszej grupy szerszej publiczności. Wszyscy zdaje się czuliśmy, że problemy pracowników i pracownic o wysokiej niepewności zatrudnienia bardziej nas dotyczą.

Gdy rozpocząłem studia doktoranckie i za liche stypendium wynająłem mieszkanie, naprawdę się ucieszyłem, gdy okazało się, że samorząd doktorancki toczy bój o podwyżki. Problem polegał na tym, że o ile mi naprawdę zależało na tych 300 zł, które umożliwiłyby mi zbilansowanie budżetu, o tyle większość doktorantek i doktorantów wybiera indywidualne strategie awansu, jak choćby dorabianie na dydaktyce w prywatnych szkołach czy łapanie tak zwanych „fuch”. Sama Rada Doktorantów zajmowała się tym tematem raczej celem zbicia większego kapitału politycznego niż z autentycznej potrzeby podwyżki. Myślę, że moich znajomych i znajome bardziej by zaangażowała kampania na rzecz poprawy warunków zatrudnienia w szkołach, w których dorabiają, ale to byłaby trudna kampania, gdyż pracują tam często na umowach śmieciowych i są uwikłani w dość dziwne, klientelistyczny i nepotyczne układy.

Sam zresztą mam pewien problem z angażowaniem się w akcje na rzecz podnoszenia stypendiów doktoranckich, gdyż ciężko mi traktować studia doktoranckie poważnie. Według mnie cała struktura akademii jest tworem opresyjnym i nie nadaje się jako taka do reformowania. Swój udział w niej traktuję raczej jako płatne wakacje niż rzeczywiście pracę.

Warto priorytetowo traktować zakładanie spółdzielni wytwórczych, kooperatyw spożywców, kas ubezpieczeniowych, banków czasu i innych form ułatwiających przetrwanie. Potrzeba także poważnego przemyślenia pytania, czy wobec ofensywy państwa i kapitału wywołanej znacznymi podwyżkami na rynku nieruchomości poddajemy się i odpuszczamy temat skłotingu. Jeśli nie, musimy przeprowadzić prawdziwe skłoterskie kontruderzenie, by mieć szansę w tej walce. Warto zajmować się swoimi sprawami i być gotowym do okazania solidarności innym. Nie potrzebujemy jednak organizacji, które będąc radykalnymi na papierze są wodzowskimi projektami pojedynczych ludzi, zaś w praktyce ich członkowie i członkinie muszą samotnie walczyć o byt.

Zastanów się poważnie, czy spotkania Twojej organizacji nie trwają za długo, by mogły w nich uczestniczyć osoby poważnie obciążone pracą opiekuńczą i zawodową. Czy nie za często wykorzystujecie elitarne środki komunikacji, jak listy mailingowe, które odbierane są przez tych, którzy pracują z komputerem lub mają czas używać go poza godzinami pracy? Zastanów się, czy Twoi koledzy i koleżanki z pracy znają Twoje poglądy i czy dobrze wykorzystujesz czas wspólnych rozmów w pracy i po pracy - być może zamiast spędzać trzecią godzinę na spotkaniu organizacji radykalnej lepiej porozmawiać z nimi o problemach w waszej firmie, lub w firmie siostrzanej. Zastanów się, czy jeśli podejmujesz zadanie w ramach organizacji, które wymaga wielu godzin pracy, czy akurat w tym przypadku nie ma możliwości podzielenia go na mniejsze czynności, które zaangażowałyby więcej osób, ale w mniejszym zakresie. Niech pomysłem na Twoje akcje będą problemy z jakimi sam się borykasz w życiu. Mówienie cudzym głosem szybko zniechęci i Ciebie i tych, w których imieniu będziesz próbował(a) się wypowiadać.

Zaobserwowałem, że udział

Zaobserwowałem, że udział kobiet jest większy tam, gdzie mają one poczucie, że swoją działalnością realnie wpływają na konkretną rzeczywistość wokół nich. Ta sama uwaga oczywiście dotyczy wszystkich wykluczonych.

Np. w organizacjach lokatorskich - gdzie idzie o walkę o konkretne mieszkanie, konkretne realia życia z grzybem lub w suchym mieszkaniu - znaczną większość stanowią kobiety. Dzieje się tak dlatego, że na kobiety spadła "odpowiedzialność" za ratowanie miejsca zamieszkania dla całej rodziny, co wynika z faktu, że mężczyźni, którzy razem z nimi żyją, nie wyrażają zainteresowania walką o miejsce zamieszkania.

Trudno powiedzieć, czy feminizacja grup lokatorskich jest dobrym zjawiskiem świadczącym o większej partycypacji i upodmiotowieniu kobiet - czy też objawem obarczania ich dodatkowymi obowiązkami, których nie chce się podejmować mężczyznom.

1. To oczywista

1. To oczywista oczywistość.
2. Feminizacja takich grup to ani dobre, ani złe zjawisko (dopóki te kobiety chcą działać i dają sobie radę). Wskazuje tylko na pewien problem, którego nie da się rozwiązać tak od razu. Można podjąć jakieś działania zachęcające do włączenia się w działania sfeminizowanej grupy - tylko nie wiem jakie. Z tym że jedyny sposób, by mężczyźni poczuli się bardziej odpowiedzialni za te sprawy bytowe jest całkowita zmiana myślenia... Jak na razie wciąż odciąża się mężczyznę z codziennych obowiązków - paradoksalnie odciąża go nierzadko praca zawodowa (gdy kobiety podejmują domową pracę MIMO pracy zawodowej), a często wyższe zarobki w porównaniu do kobiecych są dodatkową "wymówką" - do tego jeszcze podkreślanie "fizyczności" swojej pracy w porównaniu z "niefizycznością" codziennej pracy kobiet (nawet jeśli kobieta jest sprzątaczką!). Kobiety próbują ustalać pewien regulamin panujący w domu, który daje im poczucie władzy (nie kładź tu, chowaj tam, wrzuć do zlewu, spuszczaj klapę). Zresztą to szeroki temat. Wszystkie te problemy wynikają z wielu czynników, w tym z podziału ról płciowych, który nadal ma się dobrze - i to nie tylko w Polsce. Osoby znajdujące się na przecięciu niskiego pochodzenia i własnej płci mają zupełnie odmienne podejście do "działania". Niestety mężczyźni, także ci z klasy średniej, mają często z tym problem, ponieważ nie potrafią połączyć całkowicie "politycznego" z "prywatnym" - są to dla nich odrębne jednostki - jedna należy do "świata i jego problemów", druga do "domu, tego co moje, rodzinne, codzienne". Jeśli ja np. widzę, że dana organizacja przeszkadza mi w drugiej sferze - rezygnuję. Tym bardziej, że nic mi w przypadku moich problemów nie oferuje. I tu nie chodzi tylko o pracę domową - chodzi o to, co muszę zrobić, by np. zjawić się na spotkaniu, a czego nie zrobię, gdy na nim będę (lista jest nieskończona).

Ad. 1, niby to oczywiste,

Ad. 1, niby to oczywiste, ale mało kto o tym pamięta. A to klucz do całego problemu.

w moim mieście chyba

w moim mieście chyba połowa działaczek to kobiety, a większość z nas to przedstawiciele klasy średniej.

wołasz o zacieranie

wołasz o zacieranie różnic klasowych, zacznij od zmiany języka na bardziej hmmm... proletariacki. zamknięte, radykalne grupy zawsze mają problem z relacjami wewnątrz. jako, że składają się z jednostek w miarę aktywnych, o szerokich horyzontach i rozwiniętym poczuciu misji, każda z nich będzie starała się zdobyć wpływ na decyzje. tym , którym się to nie uda, albo odejdą, albo ulegną "naturalnemu liderowi". jeśli taka grupa zdobędzie poparcie mas, przestaje posiadać zdolność do kolektywnego kontrolowania swych działań i celów i staje się bardziej lub mniej strukturą hierarchiczną.

Zauważyłam, że niektórzy

Zauważyłam, że niektórzy faceci u was są agresywni w rozmowach na spotkaniach, gadają non-stop i dominują. To chyba nie pomoże. Ale oprócz tego, zgadzam się z twoim tekstem.

He he he...

He he he...

Dopóki Kurka przychodziła

Dopóki Kurka przychodziła na spotkania, to faceci nie gadali non stop, bo ich potrafiła zagadać. Teraz to faktycznie gadają, jeśli w ogóle już gadają ;-).

Najwyraźniej nie sprawiało

Najwyraźniej nie sprawiało jej przyjemności przekrzykiwanie facetów, skoro dała sobie spokój. Posłuchaj ją przynajmniej teraz, kiedy wykłada kawę na ławę, bo niedługo odechce jej się nawet pisać na tym forum. Wtedy znów zapanuje metafizyczne zdziwienie nad "przyczynami braku kobiet w ruchu".

Wszystko co trzeba, zostało powiedziane w tym wątku - wystarczy dokładnie przeczytać, przyjąć do wiadomości i uwzględnić w swoich działaniach.

Jedni odchodzą, bo podobnie

Jedni odchodzą, bo podobnie jesteśmy za mało "proletariaccy" a za bardzo "feministyczni" (jak to powiedział jeden z nich "dajemy się wodzić za nos "feminom"), inni odchodzą, bo jesteśmy za mało "feministyczni" i za bardzo przekrzykujemy. Prawda jest jednak taka, że to nie ma wiele wspólnego z płcią, ale z osobowością poszczególnych osób. Są osoby, które rzadko się odzywają i to są bardzo często mężczyźni. Kurka zaś mówiła ile chciała i więcej niż niejeden facet w naszej grupie. Tak naprawdę to dominowaliśmy ja, dres i Kurka w dyskusjach i to jest raczej problem podziału głosów i chęci odzywania się ludzi w ogóle w grupie i to jest problem każdej grupy, wszystko jedno czy wyłącznie męskiej czy wyłącznie kobiecej. Wystarczy zobaczyć naszą siostrzaną grupę mlodych anarchistek (piszę anarchistek bo w większości składa się z kobiet). Tam dominuje jedna kobieta i potrafi przekrzyczeć każdego w tej grupie.

Nie mów mi tylko że w Warszawie radzicie sobie idealnie z rozkładem głosu.

Druga sprawa to kwestia łączenia tego co polityczne i prywatne o czym pisała. Nie wiem jak to mam rozumieć. Mnie też zastanawia czy nie powinniśmy rozwinąć samopomoc, ale to jest trudne w ogóle, bo także wymaga zaangazowania "po pracy". Chyba żebyśmy stworzyli jakąś komunę. Nie wiem o co chodzi. Problem w tym, że jest milion pomysłów, ale nie ma kto ich realizować, a nie dlatego że jakieś pomysły są uwalane.

Nikt nie twierdzi, że nie

Nikt nie twierdzi, że nie mamy tego problemu w Warszawie. Mamy i lepiej lub gorzej staramy się go rozwiązywać. Krokiem numer jeden jest zaprzestanie wypierania problemu ze świadomości.

Głos Dresa jest konstruktywny, o tyle o ile nie zakończy się tylko na odizolowaniu problemu w bezpiecznej warstwie abstrakcji. Będzie mieć sens, o ile doprowdzi do "zaangażowania po pracy" - do samopomocy, która usunie realne (a nie wyimaginowane) przeszkody, które stoją na drodze do większej partycypacji kobiet w ruchu.

proponuję troszkę zejść

proponuję troszkę zejść na ziemię w kontekście udziału kobiet w grupach radykalnych.
o ile zgadzam się, że w Polsce to kobiety obciążone są nieodpłatną pracą domową, to niekoniecznie należy to przekładać na radykalne środowiska lewicowe.
Po pierwsze, większość kobiet z ruchu nie ma dzieci, męża, nie prowadzi standardowych gospodarstw domowych z obowiązkiem gotowania obiadów, pilnowania, czy dzieci odrobiły lekcje i czy mają czyste ciuchy do szkoły.
Po drugie, kobiety z ruchu - jeśli już mają rodziny - mają też większe możliwości negocjowania podziału ról w ramach życia rodzinnego/ w związkach. I bardzo często redefiniują to, co w polsce uchodzi za naturalne powołanie kobiety.
Wyciąganie takich statystyk o obciążeniu kobiet w POlsce obowiązkami rodzinnymi jest bardzo fajną zasłoną i wyparciem refleksji o tym, jak same grupy radykalne wyglądają i jak funkcjonują. Być może jest tak, że kobiety w ruchu nie widzą dla siebie miejsca w tych zmaskulinizowanych grupach (ta przewaga mężczyzn nie byłoby problemem, gdyby nie towarzyszył temu również maczyzm). Ot choćby wspomniana agresja, dominacja, notoryczne przejmowanie większości tzw. czasu antenowego, protekcjonalizm, przewaga w definiowaniu tego, co jest "rzeczywistym/prawdziwym" problemem dla ruchu. Wydaje mi się, że ze względu na klimat w tych grupach, kobiety w ruchu znalazły sobie inne (bardziej dla nich przyjazne) sposoby zrzeszania się, które często przez "prawdziwych działaczy" taktowane są jako forma eskapizmu czy zajmowania się pierdołami z punktu widzenia walki klasowej (feminizm, prawa zwierząt, lgbt, ale też prawa pracownicze kobiet czy ich sytuacja socjalna/ekonomiczna).
Sama mając kontakt z takimi męskimi działaczami, widzę, jak łatwo dokonuje się podział ról - panowie od prac koncepcyjnych, ideowych, dyskusji... panie od czarnej codziennej roboty. Panowue kreują, panie reprodukują (gotują, sprzątają na benefitach, szykują transparenty, organizują miejscówki...), a potem i tak jakiś działacz wyjdzie i oficjalnie podziękuje innemu działaczowi za zorganizowanie akcji.
Mądre dziewczynki szybko wypisują się z działania w takim klimacie. A potem Czerwony Dres tworzy kolejne wydumane teorie, jak to system udupia kobiety, pomijając swój udział w procesie tego udupiania.

Nie wiem, ale jeśli chodzi

Nie wiem, ale jeśli chodzi o benefit, to o ile wiem u nas na ostatnim gotowało mniej więcej tyle kobiet co mężczyzn, a chyba nawet mężczyzn było więcej. Nie wiem dokładnie bo ja wtedy akurat zamiatałem podłogę w koncertowni :-). Nijak ten podział ról nie wyjaśnia małego zaangażowania kobiet w ruchu.

Oczywiście jeśli kobiety uważają się za zdominowane przez mężczyzn, mają prawo zakładać swoje organizacje, ale powiem szczerze i tutaj nie wygląda to jakoś rewelacyjnie i tych organizacji wcale zatrzęsienia nie ma, a o dominowaniu bardziej "przebojowych" kobiet, które po prostu przejmują męskie wzorce zarządzania, w takich organizacjach można by napisać nie jeden, ale kilka artykułów. Upraszczanie sprawy, że to wredni mężczyźni blokują wszelkie działania kobiet mnie nie przekonuje. Ale pewnie łatwo to wyjaśnić, bo "jestem facetem". O roli utrwalania patriarchatu przez same kobiety też warto by było wspomnieć.

Ktoś mógłby łatwo

Ktoś mógłby łatwo wpaść w pułapkę szukania ucieczki od pracy reprodukcyjnej w pracę koncepcyjną nad problemem oddzielenia pracy koncepcyjnej od pracy reprodukcyjnej. Mam nadzieję, że Dres nie wpada w tę pułapkę. Nawet jeśli Dres ma jakiś udział w procesie "udupiania", trudno go jebać za to, że szczerze o tym pisze.

Generalnie dążenie do równego podziału prac koncepcyjnych i reprodukcyjnych powinno przynieść pożądany rezultat w postaci równego udziału obu płci w działaniach grupy. To nie jest nauka o budowie rakiet, tylko coś dosyć łatwego do wdrożenia.

Nie będę oczywiście udawać, że w naszej grupie te problemy zostały całkowicie przezwyciężone. W końcu dziś na spotkaniu to głównie kobiety przygotowywały flagi i plansze na demonstrację. Ale podejmujemy świadome działania, żeby ograniczyć sztywny podział ról i przyzwyczajać ludzi do pełnienia także innych obowiązków.

no i jeszcze jedno pytanie -

no i jeszcze jedno pytanie - bardzo mętnie opisujesz pojęcie klasy średniej. klasa średnia to ludzie, którzy wynajmują pokój w mieszkaniu studenckim i mają dochód na poziomie 1tysiąca złotych, a w razie problemów ida do rodziców? klasa średnia ma własne mieszkania albo właśnie bierze na nie kredyty, ma samochód i takie tam - długo by wymieniać. Klasa robotnicza - to ludzie o niskich, niestałych dochodach? przecież to też nie jest takie jednoznaczne. w sposób całkowicie dowolny traktujesz te kategorie

Na pytanie dlaczego w

Na pytanie dlaczego w organizacjach lewicy radykalnej tak mało jest kobiet, podczas gdy tak wiele ich jest w sektorze pozarządowym, odpowiedź jest prosta.

Wolą prestiż i oficjalne papierki niż ciężką orkę na ugorze.

Czy ja wiem? Przeciętny

Czy ja wiem? Przeciętny NGOs nie daje ani kasy, ani prestiżu, ani satysfakcji... Za to papierkowej roboty jest od groma.

Lepiej zasuwac dla Sorosa za

Lepiej zasuwac dla Sorosa za nawet nieduża kase i miec na to papier niz za frajer szarpac sie w jakis "niszowych" grupkach "od zbawiania swiata".

Ludzie ida tam gdzie latwiej, gdzie cos blyszczy, gdzie mozna sie tym pochwalic, gdzie daja papierek i pieczatke, bo tak ich nauczono, ze za frajer to tylko frajer robi.

I co ten papier daje? Można

I co ten papier daje? Można sobie najwyżej ścianę nim wytapetować jak ci się dużo uzbiera. (ex-działacz NGO-sów)

Nic nie daje, spytaj tych/te

Nic nie daje, spytaj tych/te którzy je zbierają (dotyczy także pieczątek z uniwerków)

Co to jest klasa średnia w

Co to jest klasa średnia w Polsce? I czym się różni od proletariatu? Podziały społeczne sa/były płynne i dopiero się stabilizują. Jeszcze 30 lat temu społeczeństwo dzieliło się na robotników, chłopów i inteligencje. 99% milionerów 30 lat temu była gołodupcami. Co do udziału kobiet to tez nie rozumiem problemu. Statystycznie o wiele mniej jest wojowniczych kobiet niż mężczyzn ot i wszystko. Mniej kobiet angazuje się obecnie - angazowała się w konspiracje w II wojnie światowej. Mniej w powstaniu styczniowym czy Listopadowym( choć także i w nim brały udział kobiety - np. Emilia Plater)
Jest tyle realnych problemów po co tworzyć sztuczne.
Ruch skłoterski to droga donikąd. Większość przykładów pokazuje ze nic z tego pozytywnego nie wychodzi.

Statystycznie jest o wiele

Statystycznie jest o wiele mniej krajów bez wyzysku, ludzi zaangażowanych w zmienianie świata, działających przeciw kapitalizmowi itd. ot i wszystko. Mniej ich było podczas II wojny światowej i w XIX wieku.
Jest tyle realnych problemów po co tworzyć sztuczne

O czym to tak naprawde

O czym to tak naprawde jest?
Trudno mi sie zgodzic ze mlody mezczyzna, ktory jak sam pisze nic nie robi pozytecznego(jest na platnych wakacjach jak sam pisze), ma nalezec do klasy sredniej*, bo: wynajmuje pokoj w mieszkaniu studenckim, dostaje stypendium 1K zl(a tylu naprawde pracowitych studentow go nie ma), a na koniec miesiaca biegnie do mamusi...
Na dodatek doskwiera mu brak kobiet w jego otoczeniu "rewolucyjnym"**. Niestety z tego jak sie sam przedstawil to on malo ma wspolnego z aktywista jakiegokolwiek ruchu. Ktos przede mna wspomnial ze w typowiej organizacji mezczyzni, aktywisci, sa od pracy koncepcyjnej, wielkich ideii, a koniec koncow codzienna robote i tak wykonuja panie. Autor tej notatki bardzo chce byc od tej pracy koncepcyjnej a nie zauwaza codziennego zycia i zwiazanej z nim pracy u podstaw, przypomina sie nieszczesna Silaczka S. Zeromskiego. Wlasciwie to wlasnie w tej nowelce (szkolnej lektorce) jest opisany prawdziwy @ktywizm mezczyzn z klasy sredniej ;-)

* prawdziwa klasa srednia to wlasna nieruchomosc(na wynajem tez), samochod itd. wszystkie oznaki (drobno)mieszczanstwa, burzuazji...
** w cydzyslowiu bo z prawdziwym anarchizmemu to nie ma nic wspolnego...

Nie jestem pewien czy dobrze

Nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałaś/eś ten tekst. W każdym razie ja nie rozumiem tego komentarza.

To moze od poczatku teks ma

To moze od poczatku teks ma tytul "Aktywizm mezczyzn z klasy sredniej" i czytajac reszte mozna juz polemizowac z tytulem... Nigdzie nie ma powiedziane co to jest klasa srednia, pomijajac to ze ona zanika z powodow przemian globalnych. Jesli pojmowac ja klasycznych definicji burzuazji, mieszczanstwa itd. to opis zaangazowania mezczyzn z klasy sredniej w jakikolwiek ruch przedstawia juz Silaczka S.Zeromskiego (lektura jeszcze z podstawowki). Co mozna porownac do przedstawionych wczesniej przykladow, gdzie aktywisci zajmuja sie praca "koncepcyjna", "wielkimi ideami" i dyskusjami na zebraniach do upadlego... a ta prawdziwa praca u podstaw i pomaganie potrzebujacym, rowniez poprzez NGO, tak naprawde wykonywana jest przez aktywistki... ktore jak sie okazuje radza sobie dobrze bez calej otoczki wielkiej rewolucji...

Problem w tym, że w

Problem w tym, że w przypadku zarówno pracy koncepcyjnej jak i pracy u podstaw w organizacji ostatnio kobiet jest mało, więc faceci zajmują się i pracą koncepcyjną i przysłowiowym gotowaniem i zmywaniem garów, więc ja nie wiem za bardzo o co biega.

Poza tym jesteśmy z kolegą w jednej organizacji i nie przypominam sobie zbyt wielu sytuacji, kiedy to jakiś określony typ człowieka wychodził wcześniej czy później. Na pewno nie było tu jasnego przełożenia płciowego. Część kobiet zostawała dłużej, część krócej. Moim zdaniem to jest dość naciągane w tym tekście, przynajmniej jeśli chodzi o tę konkretną organizację.

Acha i nie rozumiem, co jest

Acha i nie rozumiem, co jest "nieanarchistycznego" w tym co pisał? Nie rozumiem też tekstu że "brak mu kobiet".

Xavier,ja mówię o tej

Xavier,ja mówię o tej samej organizacji, o której mówisz/w której działasz Ty. Mówię to jako kobieta, mówię to jako osoba, która rozmawia o tej organizacji z innymi kobietami, mówię to jako osoba, która podejmowała wspólne działania m.in. z autorem tekstu.
I mówię, że panowie perorują (nawet jeśli im się zdarzy pozamiatać podłogę, bo innego wyjścia nie mają, bo panie słusznie się wypięły i nie przyszły), tworzą takie megalomańskie wypowiedzi jak ta, pod którą robimy dyskusję.
Wiem, że kiedyś autor notki sam powiedział, że lepiej mu się działa z facetami, że przy kobietach (zwłaszcza tych niezahukanych) czuje się niepewnie. Na określenie swoich koleżanek używa określeń typu - "ma czym oddychać". Peroruje w gronie dziewczyn, jak należey działać i sie emancypować, nie dopuszczając ich do głosu. wiele by jeszcze zyciowych przykladow podawac

Więc bez chrzanienia, że wredne nie chcą z wami pracować, bo wolą jakiś wyimaginowany splendor i kasę z ngo.
i bez chrzanienia, że u was nie odtwarzają sie role płciowe.

i jeszcze jedno - może nie wielki działacz, a zwykły truteń na stypendialnych wakacjach i ewentualnie kieszonkowym od rodziców, który próbuje pozycjonować się po tej czystej/nieuwikłanej w system stronie, s swoje kolezanki i kolegów krytykuje za kolaborowanie z systemem (choćby ta praca na uczelniach na umowy zlecenia). no i nie chca z nim wspolnie dzialac. i kiedy on, dzieki stypendium, ma czas na działanie, oni/one zapierdalają ostro, by wyszarpać kasę na przetrwanie - ale to jakoś autorowi umknęło - bo przecież tak bardzo to skomplikowałoby to dualne myślenie czysty działacz i ta materialistyczna masa kolaborująca z systemem

Po pierwsze organizacja to

organizacja to nie jeden człowiek. To po pierwsze. Po drugie, zamiatałem, nie dlatego, ze nas kobiety zostawiły, ale dlatego, że po prostu ktoś to musiał zrobić. Nie tyle nas kobiety zostawiły, co zostawili nas "wszyscy", w tym sensie że w tym mieście, a pewnie i w skali kraju, niewiele się dzieje i nikomu nic się nie chce poza ew. akcją jedną na rok. Jest tylko wylewanie żali w internecie i gdzieś na boku.

Pisałem wyżej - jeśli kobiety nie chcą z nami działać, bo jesteśmy maczo-faszystami, to się niech robią coś swojego, przecież nie ma żadnego zakazu. Problem w tym, że nie powstała żadna radykalna organizacja kobiet-pracownic jak dotąd w tym mieście. Jak powstanie to się będę cieszył.

Xavier, jeśli ktoś

Xavier, jeśli ktoś twierdzi, że nie jest dopuszczany/a do głosu, to nie ma żadnego powodu by temu nie dawać wiary. Zamiast wylewać żale w internecie na to, że ludzie wylewają żale w internecie, wystarczy posłuchać odrobinę bardziej, co ludzie mówią.

Niejaki Gordon pisał o

Niejaki Gordon pisał o metodach "czynnego słuchania" - polecam.

Yak, najpierw trzeba się

Yak, najpierw trzeba się dowiedzieć, kto te rzeczy pisze i jakie ma intencje. Przecież to nikt kto się pojawiał na naszych spotkaniach, ale wie swoje "ze słyszenia". Ze słyszenia, to ja też dużo wiem o różnych grupach czy może raczej pojedynczych osobach we Wroclawiu, ale nie będę lał żali w Internecie o tym zwłaszcza jeśli to są informacje "ze słyszenia". Nie mam zamiaru w każdym razie się kajać przed jakąś anonimową osobą. Jak ktoś coś ma do mnie to niech przyjdzie i mi to powie, albo niech chociaż się podpisze, żebym wiedział o co biega.

W każdym razie mam swoje podejrzenia kto to pisze. Jesteś Yak widzę podatny na prowokacje w Internecie, zwłaszcza, jeśli noszą znamiona "radykalizmu".

Chyba nikt nie mówi o

Chyba nikt nie mówi o "kajaniu się" - raczej o przezwyciężeniu mechanizmu wypierania. A nawet jeśli to jest prowokacja, to krzywda od tego nikomu się nie stanie.

Znam kobiety mocno

Znam kobiety mocno angażujące się w ruch anarchistyczny,ekologiczny,antyatomowy i szanuję je za ich aktywną postawę. Tym niemniej trzon w tych ruchach,tak jak w (prawie) wszystkich mniejszych i większych ruchach spolecznych, może poza stricte feministycznymi/kobiecymi stanowią mężczyźni...Myślę,że wynika to z pewnej tendencji kobiet do interesowania się bardziej życiem prywatnym,aniżeli sprawami szerszego ogólu,szeroko pojętą polityką.Należy ten psychologiczno-spoleczny fakt zaakceptować, podobne jak liczne odchylenia od tej ogólnej tendencji. Nie ma tu nad czym ubolewać czy na silę dorabiać ideologię...

Feministki już od tylu lat

Feministki już od tylu lat walczą z tym dzieleniem na "prywatne" i "polityczne" - bezskutecznie. Nadal uważa się, że "sprawy kobiet" nie są polityką. A polityka i kobiety od razu przywołuje na myśl parytety wyborcze, Szwecję i Partię Kobiet.

Podzial na prywatne i

Podzial na prywatne i polityczne chyba zawsze będzie się utrzymywal,jakkolwiek granica jest plynna - np.upodobania seksualne -
zasadniczo prywatna sprawa,nabierają politycznego znaczenia gdy stają się podstawą do dyskryminacji czy prześladowań,podobnie np.z używkami...
W obecnych realiach nie widzę potrzeby jakiegoś wyodrębniania "spraw kobiet" albo "spraw mężczyzn" i do żadnej Partii Mężczyzn bym się nie zapisal a Partia Kobiet wzbudza mój,nie kryję, ironiczny uśmiech. Nie widzę też powodu nadawania politycznego znaczenia np.podzialowi zadań we wspólnym gospodarstwie domowym.

Równie dobrze można by

Równie dobrze można by zaakceptować zależną pozycję pracowników, bo "tak zawsze było" i "tak jest im dobrze".

To się nazywa esencjonalizowanie materialnych warunków bytowych i jest filarem wszelkiej ideologii konserwatywno-prawicowej. Celem takiej ideologii jest utrwalenie istniejących nierówności.

Rozumiem twój tok myślenia

Rozumiem twój tok myślenia i to co mówisz w wielu tematach ma zastosowanie. Tyle,że stosunkowo niewielkie zaangażowanie kobiet w ruchy spoleczne niekoniecznie musi mieć związek z materialnymi warunkami bytowymi.Równie dobrze może wynikać z ich świadomych i dobrowolnych wyborów wynikających z nieco innej niż u mężczyzn konstrukcji psychicznej, uksztaltowanej nie tylko przez kulturę ale i biologiczną ewolucję gatunku. Nie widzę nic zlego w tym,że kobiety różnią się od mężczyzn nie tylko cechami anatomicznymi ale i psychicznymi,podobnie jak w tym,że zarówno mężczyźni jak i kobiety różnią się między sobą psychologicznie. Ludzie są różni i to jest OK.Nie chcialbym wcale aby wszyscy byli tacy sami.I nie o to tu chodzi,że "zawsze tak bylo",tym bardziej,że pojęcie "zawsze"u różnych ludzi różny ma zasięg czasowy...
Co zaś do nierówności,to aktywistki funkcjonują w ruchach,w których uczestniczą na równych z aktywistami prawach,a że jest ich mniej niż mężczyzn... no cóż, "za uszy" do ruchu nie przyciągną koleżanek wolących czymś innym się zajmować...

No ale przecież nawet w tym

No ale przecież nawet w tym wątku kobiety pisały, że nie przychodzą na spotkania ze względu na natłok innych obowiązków, oraz dlatego, że ich wkład w działanie organizacji nie jest odpowiednio ceniony. Nie ma powodu sądzić, że piszą to nieszczerze.

To nie jest wyraz "innej konstrukcji psychicznej". W takiej sytuacji każdy by się wkurwił. Po prostu mężczyznom obiektywnie jest łatwiej się wykpić z wielu różnych obowiązków.

Zamiast kontemplować metafizyczną tajemnicę "różnicy płci", lepiej zająć się rozwiązywaniem konkretnych problemów, czyli jak zapewnić towarzyszkom opiekę nad dzieckiem w czasie trwania zjazdu i milion innych praktycznych rzeczy. Gdy się rozwiąże praktyczne problemy (a pierwszym krokiem jest przestać udawać że ich nie ma) okaże się, że cała ta metafizyka różnic była tylko jakimś urojeniem.

Jeśli rzeczywiście cię interesuje sposób w jaki zachowanie kobiet wynika z warunków ich wychowania i bytowania, przeczytaj np. "Drugą płeć" Simone de Beauvoir. W tej książce wszystkie rzekomo "naturalne" i "biologiczne" aspekty zależności i bierności kobiet są rozłożone na czynniki pierwsze.

Człowiek jest istotą społeczną i ma przede wszystkim społeczne uwarunkowania. Różnice biologiczne nabierają znaczenia dlatego, że tak chce nasza kultura, a nie dlatego że same w sobie determinują nasze działania.

Zgadzam się że kobiety

Zgadzam się że kobiety mają problem z organizowaniem się z przyczyn obiektywnej sytuacji materialnej w jakiej się znajdują. Problem w tym, że nie wiem czy to konkretnie dotyczy przypadku naszej grupy. Większość kobiet, które u nas działają lub działały to albo osoby nie prowadzące wspólnego gospodarstwa domowego z partnerem, albo feministki, które z tego co wiem nie pozwalają włazić sobie na głowę w domu swoim partnerom (i słusznie). Te sprawy więc dotyczą głównie osób spoza naszego środowiska do których ewentualnie dopiero próbujemy dotrzeć, a nie sytuacji które istnieją obecnie. Moim zdaniem pisanie, że "kobiety nie mogą przychodzić, bo muszą się zając dzieckiem" w sytuacji, kiedy o ile wiem w grupie tylko ja mam dziecko, którym najczęściej się zajmuję od rana do wieczora (zwykle poza weekendami) - nie żebym się żalił, bo mi to specjalnie nie przeszkadza, że się zajmuję, ale jest moim zdaniem nieadekwatne do konkretnej sytuacji. To może dotyczyć jak pisałem kobiet spoza tzw. środowiska, które są już "dzieciate i mężate" i są ujebane w chory system zależności, czego być nie powinno. Pytanie co powinniśmy jednak wtedy zrobić. Możemy ingerować w sprawy rodzinne, ale w polskich warunkach spotkamy się często z niechęcią w stosunku do ingerowania w "brudy rodzinne" samej zainteresowanej. Ale to też teoretyzowanie, że kobiety muszą się zrywać wcześniej ze spotkań ZSP, bo muszą zająć się dzieckiem jest moim zdaniem dziwaczne. Nie znam takiego przypadku wśród kobiet które były lub są w naszej grupie i nigdy ten problem nie był o ile wiem podnoszony przez nie same.

Myślę, że temat dyskusji

Myślę, że temat dyskusji był nieco szerszy niż tylko konkretna sytuacja we Wrocławiu. Nie będę się wypowiadać na temat podziału obowiązków rodzinnych we Wrocławiu, bo nic o tym nie wiem - mogę się tylko opierać na tym co ktoś napisze.

Natomiast odnośnie "ingerowania w sprawy rodzinne" - nie sądzę, by bank czasu i samopomoc można było nazwać "ingerowaniem". Raczej wszyscy przyjmą to pozytywnie. A to też jeden ze sposobów budowania środowiska, obok demonstracji i działań kulturowych.

Z tym rozwiązywaniem

Z tym rozwiązywaniem konkretnych problemów zamiast teoretyzowania,to możesz mieć trochę racji. Na ile rozwiązanie,które proponujesz zwiekszylo by rzeczywisty udzial kobiet w ruchu najlepiej sprawdzić empirycznie...Inna rzecz,że ludzie zwykle znajdują czas na to,co dla nich jest naprawdę ważne,zaś cokolwiek byśmy nie robili,zawsze dzieje się to kosztem robienia,w tym samym czasie, czegoś innego. Jest to kwestia (indywidualnych)priorytetów.Zaś o odmiennych nieco priorytetach u kobiet i mężczyzn i o odmiennej konstrukcji psychicznej - mówię o ogóle spoleczeństwa,nie o niszowym środowisku eko/anarcho aktywistów/aktywistek świadczą choćby odmienne zachowania w podobnych codziennych sytuacjach czy odmienne preferencje w tematach rozmów.Oczywiście od każdej ogólnej tendencji istnieją liczne indywidualne odchylenia i to jest OK,tak samo jak owe różnice.
Zgadzam się,że czlowiek jest istotą spoleczną,jak chyba wszystkie ssaki naczelne,choć zdarzają się jednostki mniej uspolecznione,bardziej indywidualistyczne, i wiele naszych zachowań determinuje kultura.Z drugiej jednak strony,uwarunkowania biologiczne odgrywaja też ogromną rolę,niezależnie od tego czy chce tego kultura.Kultury ignorujące ten fakt same skazują się na poważne problemy,co widać chociażby na przykladzie kultur starających się (bezskutecznie) tlumić popęd seksualny jako szatańską pokusę...

Dodaj nową odpowiedź



Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.


*

  • Adresy www i e-mail są automatycznie konwertowane na łącza.
  • Możesz używać oznaczeń [inline:xx] żeby pokazać pliki lub obrazki razem z tekstem.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <ul> <ol> <li> <blockquote> <small>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.