Publicystyka

11 listopada

Publicystyka

Protest przeciwko zawłaszczaniu tegorocznego marszu antyfaszystowskiego 11 listopada przez partię Razem i współpracujące z nią organizacje, podpisanego przez Federację Anarchistyczną Śląsk, Kolektyw BezkarnoscPolicji.info, redakcję Magazynu Anarchistycznego "Inny Świat", Antyfaszystowskie Kielce, portal i kolektyw Czarna Teoria.

"Jako anarchiści, anarchistki i bojowi antyfaszyści protestujemy przeciwko tworzeniu wspólnych koalicji ruchów wolnościowych z partiami politycznymi. Tak się stało w przypadku Marszu 11 Listopada, co budzi nasz niepokój i sprzeciw.

Anarchiści nie mogą i nie powinni być przystawkami żadnego środowiska dążącego do przejęcia władzy politycznej w państwie. Nasz ruch od samego początku swojego istnienia sprzeciwia się strategii parlamentarnej. Stara się uświadomić zagrożenia związane z dzieleniem ruchów społecznych na kolejne szarpiące się o władzę partie i kliki polityczne. Stąd też zaskakuje nas łatwość oddania pola przez część warszawskiego środowiska antyfaszystowskiego w zakresie walki z zarazą nacjonalistyczną
mieszczańskim i socjaldemokratycznym partiom politycznym.

W historii anarchizmu mamy wiele przykładów, kiedy to naiwność części środowiska prowadziła nasz ruch do zguby. Taktyczne sojusze w imię "antyfaszystowskiej jedności" prowadziły do zdominowania ruchu przez cwanych graczy politycznych czy to komunistów, czy socjalistów państwowych i wreszcie wyeliminowania opcji wolnościowej z gry. Czasem fizycznie, czasem za pomocą różnych manewrów politycznych i prawnych.
Także od wielu lat w Polsce istnieje tendencja do sprowadzania anarchistów do roli bojówek, chroniących "poważnych polityków" czy nawet celebrytów. Widzieliśmy to w czasie wydarzeń tzw. Kolorowej Niepodległej, kiedy to, często ku swojemu zaskoczeniu, wmanewrowani przez niektóre osoby anarchiści byli chwaleni za ochronę dziennikarzy neoliberalnych mediów, czy polityków w rodzaju byłego szefa MSWiA Ryszarda Kalisza, czy skompromitowanego oszołoma liberalnego Janusza Palikota.

Spowodowało to utrwalenie w wielu niszczonych przez system demoliberalny środowiskach poglądu, że anarchiści to tylko zbuntowana młodzież liberalna. W ten sposób pomagało to, a na pewno nie przeszkadzało, nacjonalistom w szerzeniu swojej propagandy wśród ludzi, którzy powinni być naszym zapleczem społecznym, że anarchizm to bunt bogatych dzieciaków z elity.

Doprowadziło to do niepowetowanych do dziś strat w ruchu antyfaszystowskim w całym kraju. Strategia współpracy z prącymi do władzy politykami nie ułatwiła, ale wręcz pogorszyła naszą pozycję w codziennych zmaganiach "na ulicy". A przecież nie chodzi o coroczny "event" który pochwali Wyborcza, ale o codzienna pracę w biedniejszych dzielnicach.

Dziś po raz kolejny popełniane są te same błędy. Znowu część, mamy nadzieję mniejszość, anarchistów godzi się na pełnienie roli przystawki do salonowych rozgrywek między partiami. Nie chcemy być kojarzeni z żadną partią. Ani z partią liberalnych złodziei, ani z partią zdegradowanej, inteligenckiej młodzieży. Partiom nie zależy na likwidacji problemu neofaszyzmu, tylko na wypłynięciu na tym problemie do władzy, do sejmu, do dotacji państwowych. A my tu na dole zostaniemy jak zwykle z problemem
faszystowskich bojówek. Ale z nimi sobie jakoś poradzimy. To, z czym sobie nie poradzimy to wizerunek psów łańcuchowych tego czy innego saloniku politycznego, tej czy innej koterii.

Nie bądźcie naiwni. Wasi nowi koledzy i koleżanki z partii "socjaldemokratycznej" będą was wsadzać do więzień, jeśli uda im się zdobyć władzę, tak samo jak ich koleżanki i koledzy z socjaldemokratycznych partii z innych krajów i z Polski w przeszłości. Będą was wsadzać za skłoting, za fizyczny opór przeciwko bojówkom faszystowskim, za blokady eksmisji. Dlaczego? Ponieważ każda partia opiera się na mitologii "państwa prawa" i "racji stanu". A przede wszystkim dlatego, że będzie domagał się tego ich mieszczański elektorat. Chyba nie sądzicie, że jakakolwiek partia pozwoli anarchistom na łamanie państwowego prawa chroniącego np. własność, albo pozwoli stworzyć alternatywę dla państwowego aparatu przemocy, tylko dlatego że znacie kilku jej polityków? Cokolwiek robicie, nie bądźcie naiwni.

To, na czym naszym zdaniem należy obecnie się skupić, to budowa niezależnego, świadomego własnych strategii ruchu anarchistycznego. Aby to zrobić musimy być realną siłą antysystemową, która stoi naprzeciwko całego systemu kapitalistyczno-państwowego. Jest to obecnie o tyle łatwiejsze, że nacjonalistom opadły maski. Dziś robią nie za siłę antysystemową, ale za zwykłe bojówki rządowe, sztafety ochronne Kaczyńskiego i Macierewicza. Otwiera to nam spore pole do działań, które z każdym rokiem tych rządów, będzie szersze. Mamy niepowtarzalną okazję stać się trzonem prawdziwego ruchu antysystemowego. Tylko musimy być w tym wiarygodni, a nie układać się z partiami chcącymi reformować i upiększać zgniły system. Mamy być nieprzejednaną, radykalną i konsekwentną opozycją w stosunku do całego tego bagna politycznego.
Jeśli teraz prześpimy sprzyjający moment, anarchizm na dziesięciolecia zejdzie do grobu, tak jak to było już wcześniej. Ułatwiając politykom zdobywanie wśród ludzi wiarygodności i werbunek dla partii działamy dokładnie w tym samobójczym kierunku, który dla nas jest niepojęty."

Federacja Anarchistyczna Śląsk
Kolektyw Bezkarność Policji Info
Redakcja magazynu anarchistycznego Inny Świat
Grupa Anarchistyczna Czarny Sztandar
Antyfaszystowskie Kielce
Kolektyw i portal Czarna Teoria

Michaił Bakunin: Bóg i Państwo [Rozdział IV[

Publicystyka

„ Credo, quia absurdum ”

Mało, że wierzę w niedorzeczność; właśnie i przede wszystkim dlatego wierzę, że jest to niedorzeczność. Tak właśnie wiele znakomitych i światłych umysłów naszych czasów wierzy w magnetyzm zwierzęcy, w spirytyzm, w stoliki wirujące — o mój Boże, po co sięgać tak daleko? — wierzy jeszcze w chrystianizm, w idealizm, w Boga.

Wiara proletariatu w starożytności, podobnie jak później mas żyjących w nowożytnych czasach, była mocniejsza, mniej przesadna, prostsza. Propaganda chrześcijańska zwracała się do ich serc, nie do rozumu; zwracała się do ich wiecznych dążeń, potrzeb, cierpień, do ich niewolnictwa, a nie do jeszcze we śnie pogrążonego umysłu, dla którego nie mogły przeto istnieć sprzeczności logiczne, oczywistość niedorzeczności. Jedyna kwestia ich interesowała: chcieli wiedzieć, kiedy wybije godzina przyrzeczonego wyzwolenia, kiedy nadejdzie królestwo boże. O dogmaty teologiczne nie kłopotali się zupełnie, ponieważ i
tak ich nie rozumieli. Proletariat nawrócony na chrystianizm stanowił wschodzącą siłę materialną chrystianizmu, ale nie reprezentował jego teoretycznej myśli.

Jeśli chodzi o dogmaty chrześcijańskie, to były one —jak wiadomo — opracowane w szeregu dzieł teologicznych, literackich oraz przez sobory, głównie przez nawróconych neoplatoników ze Wschodu. Duch grecki upadł tak nisko, że już w czwartym stuleciu ery chrześcijańskiej, w epoce pierwszego soboru, spotykamy się z ideą Boga osobowego, czystego, odwiecznego, absolutnego Ducha, stwórcy i najwyższego władcy świata, istniejącego poza światem, ideą jednomyślnie przyjętą przez wszystkich Ojców Kościoła.
Z logiczną konsekwencją z tej absolutnej niedorzeczności wyłoniła się wiara, odtąd naturalna i konieczna, w niematerialność i nieśmiertelność duszy ludzkiej, która zostaje umieszczona i uwięziona w śmiertelnym ciele, właściwie tylko częściowo śmiertelnym; w tym samym bowiem ciele istnieje pewna część, która będąc cielesną jest tak nieśmiertelna jak dusza i majak dusza zmartwychwstać. Oto jak było trudno, nawet Ojcom Kościoła, wyobrazić sobie czystego ducha poza wszelką cielesną postacią!Należy zwrócić uwagę, że w ogóle każde teologiczne, a także metafizyczne rozumowanie charakteryzuje się usiłowaniem objaśniania jednej niedorzeczności za pomocą innej.

Oświadczenie Manchester Solidarity Federation w sprawie Brexitu

Publicystyka

Manchester Solidarity Federation sprzeciwia się zarówno opcji "in" jak i "out". W sprawie referendum dotyczącego członkostwa w Unii Europejskiej wyrażamy gębokie zaniepokojenie rasizmem i ksenofobią, które stały się fundamentem kampanii na rzecz wystąpienia z Unii.

Było to referendum zwołane przez Torysów, aby uspokoić rasistowską frakcję partii i zapobiec jej ucieczce do UKIP w związku z zeszłorocznymi wyborami.

Głosowanie za wystąpieniem z Unii było przynajmniej częściowo oparte na narastającej niechęci wobec imigrantów i uchodźców, którzy są obwiniani o niepowodzenia kapitalizmu. Społeczności imigranckie były obiektem ataków przez całe lata ze strony faszystowskiej prawicy i nacjonalistycznej prasy tabloidowej. Obwiniano ich o całe zło w tym kraju. Teraz jesteśmy świadkami skutków tej zatrutej retoryki i rozprzestrzeniających się na cały kraj od czasu referendum rasistowskich ataków przeciwko imigrantom i urodzonym w Wielkiej Brytanii osobom o innym kolorze skóry.

Michaił Bakunin: Bóg i Państwo [Rozdział III]

Publicystyka

Nie należy jednak zbyt na to liczyć. Można być niemal pewnym, iż żaden uczony nie ośmieli się dziś traktować człowieka tak, jak traktuje królika; trzeba się jednak zawsze wystrzegać, by zbiorowe ciało naukowe, o ile mu się na to pozwoli, nie poddało żywych ludzi doświadczeniom naukowym, niewątpliwie mniej okrutnym, niemniej jednak katastrofalnym dla swych ludzkich ofiar. Jeżeli uczeni nie będą mogli przeprowadzać doświadczeń na ciele poszczególnych ludzi, przeprowadzą je chętnie na ciele społeczeństwa, a właśnie do tego absolutnie nie można dopuścić.

Przy obecnej organizacji uczeni mają monopol na naukę, na skutek czego pozostają poza życiem społecznym, tworzą niewątpliwie odrębną kastę, która ma wiele analogii z kastą kapłanów. Abstrakcja naukowa jest ich Bogiem, jednostki żywe i realne są ofiarami, oni zaś, uświęceni i patentowani, składają te jednostki w ofierze.

Nauka nie może wyjść poza sferę abstrakcji. Pod tym względem nauka stoi nieskończenie niżej od sztuki. Również sztuka operuje tylko ogólnymi typami ogólnymi sytuacjami, ale z właściwym sobie kunsztem potrafi wcielać je w formy nie będące bynajmniej żywymi w sensie życia realnego, wywołującymi jednak w naszej wyobraźni wrażenie czy wspomnienie tego życia. Ujmując w formę sztuka w pewien sposób indywidualizuje typy i sytuacje i dzięki tym indywidualnościom pozbawionym krwi i ciała i jako takim trwałym i nieśmiertelnym, których ma moc tworzenia, przypomina nam indywidualności żywe, realne, zjawiające się i znikające w naszych oczach. Sztuka więc jest pewnego rodzaju powrotem abstrakcji ku życiu. Nauka, przeciwnie, stale składa w ofierze krótkotrwałe, przelotne, ale realne życie na ołtarzu odwiecznych abstrakcji.

Michaił Bakunin: Bóg i Państwo [Rozdział II]

Publicystyka

Mówiłem już, gdzie szukać zasadniczej praktycznej przyczyny potężnego jeszcze obecnie oddziaływania wierzeń religijnych na masy ludowe. Owe właściwe im mistyczne skłonności są nie tyle wyrazem ich aberracji umysłowej, ile głębokiego wewnętrznego niezadowolenia. Jest to instynktowny i namiętny protest istoty ludzkiej przeciw ciasnocie, płyciźnie, cierpieniu i hańbie nędznej egzystencji. Przeciwko tej chorobie jedno tylko — jak mówiłem — istnieje lekarstwo: rewolucja socjalna.

W międzyczasie starałem się wyłożyć, jakie przyczyny warunkowały narodzenie i historyczny rozwój religijnych urojeń w świadomości ludzkiej. Obecnie pragnę rozpatrzyć zagadnienie istnienia Boga oraz boskiego pochodzenia świata i człowieka wyłącznie z punktu widzenia użyteczności społecznej i moralnej idei, natomiast o racjach teoretycznych tych wierzeń powiem zaledwie kilka słów po to tylko, by lepiej swą myśl wyjaśnić.

Wszystkie religie z ich bogami, z ich półbogami, z ich prorokami, z ich mesjaszami, z ich świętymi były stworzone przez łatwowierną wyobraźnię ludzi, którzy jeszcze nie osiągnęli pełnego rozwoju i nie opanowali w pełni swych władz umysłowych w konsekwencji.

Niebo religii jest tylko mirażem, w którym człowiek, podniecony swym nieuctwem i wiarą, odnajduje swoje własne odbicie, powiększone i odwrócone, tj. ubóstwione. A więc historia religii, historia początku, wielkości i upadku bogów, którzy kolejno po sobie następowali w wierzeniach ludzkich, jest tylko rozwojem umysłowości i kolektywnej świadomości ludzkiej. W swym historycznym postępie, w miarę jak Indzie odkrywali bądź w sobie samych, bądź też w zewnętrznej przyrodzie jakąś siłę, jakąś zaletę lub nawet jakąś wielką wadę, dając się unieść fantazji religijnej — przypisywali je swoim bogom, uprzednio nadmiernie je wyolbrzymiając i potęgując — jak to zwykle czynią dzieci.

Dzięki tej skromności i tej pobożnej wspaniałomyślności ludzi wierzących i łatwowiernych niebo zostało wzbogacone łupami ziemi, a w nieuchronnej konsekwencji, im niebo stawało się bogatsze, tym ludzkość i ziemia stawały się uboższe. Skoro bóstwo zostało wprowadzone, zostało ono oczywiście uznane za przyczynę, źródło, sędziego i absolutnego szafarza wszystkiego: świat stał się niczym, bóstwo było wszystkim; a
człowiek, istotny jego twórca, sam nieświadomie wyprowadziwszy je z niebytu, uklęknął przed nim, ubóstwił je i ogłosił, że sam jest jego tworem i niewolnikiem.

Chrystianizm jest właśnie religią par excellence, ponieważ występuje w niej i przejawia się w całej pełni natura, prawdziwa istota wszelkich systemów religijnych, którymi są: zubożenie, ujarzmienie i unicestwienie ludzkości na korzyść boskości.

Skoro Bóg jest wszystkim, świat realny i człowiek są niczym. Skoro Bóg jest prawdą, sprawiedliwością, dobrem, pięknem, mocą i życiem, człowiek jest kłamstwem, niesprawiedliwością, złem, brzydotą, niemocą i śmiercią. Skoro Bóg jest panem, człowiek jest niewolnikiem. Niezdolny sam przez się do tego, by znaleźć sprawiedliwość, prawdę, żywot wieczny, może osiągnąć je tylko przy pomocy boskiego objawienia. Lecz kto mówi o objawieniu, ten mówi o tych, którzy objawiają, o mesjaszach, o prorokach, o kapłanach i
o prawodawcach natchnionych przez samego Boga; skoro zaś raz zostali oni uznani za przedstawicieli boskości na ziemi, za świętych wychowawców ludzkości wybranych przez samego Boga, by skierować ją na drogę zbawienia — muszą z konieczności sprawować władzę absolutną. Wszyscy ludzie winni okazywać im nieograniczone i bierne posłuszeństwo; albowiem wobec rozumu boskiego rozum ludzki, a wobec sprawiedliwości boskiej sprawiedliwość ziemska nie mogą się ostać. Ludzie, niewolnicy Boga, powinni też
być niewolnikami Kościoła i Państwa, o ile Państwo jest uświęcone przez Kościół. Te prawa chrystianizm spośród wszystkich religii, które istnieją i które przedtem istniały, zrozumiał najlepiej, lepiej nawet niż starożytne religie Wschodu, które zresztą obejmowały tylko wyróżnione i uprzywilejowane ludy, gdy tymczasem chrystianizm zabiega o to, by ogarnąć całą ludzkość; spośród wszystkich religii chrześcijańskich jedynie rzymski katolicyzm tę prawdę głosi i realizuje z surową konsekwencją. Oto, dlaczego chrystianizm
jest religią absolutną, religią ostateczną; i oto, dlaczego Kościół apostolski i rzymski jest jedynym konsekwentnym, prawowitym i boskim Kościołem.

Niechaj, więc nie wezmą mi tego za złe metafizycy i religijni idealiści, filozofowie, politycy czy poeci: Idea Boga implikuje wyrzeczenie się rozumu i sprawiedliwości ludzkiej, jest najbardziej stanowczą negacją wolności ludzkiej i w sposób nieunikniony doprowadza ludzi do niewolnictwa, zarówno w teorii jak w praktyce.

Jeśli więc nie chcemy niewolnictwa i poniżenia ludzi, jak tego pragną jezuici, jak tego pragną moniści, pietyści i metodyści protestanccy, to nie możemy i nie powinniśmy czynić najdrobniejszych nawet ustępstw ani w stosunku do Boga teologii, ani w stosunku do Boga metafizyki. Albowiem w tym alfabecie mistycznym tak się dzieje, że kto wymawia „A”, będzie musiał nieuchronnie wymówić także „Z”, a kto pragnie wielbić Boga, ten musi, nie łudząc się jak dziecko, wyrzec się odważnie swej wolności i swego człowieczeństwa.
Jeżeli Bóg istnieje, człowiek jest niewolnikiem; a że człowiek może i powinien być wolny — przeto Bóg nie istnieje.

Założę się, że nikt nie wyjdzie z tego błędnego koła.
A teraz proszę wybierać.

***

Michaił Bakunin: Bóg i Państwo [Rozdział 1]

Publicystyka

ROZDZIAŁ I

Kto ma rację, idealiści czy materialiści? Skoro zagadnienie zostało tak postawione, nie można się wahać. Nie ulega żadnej wątpliwości, że idealiści nie mają słuszności i że jedynie materialiści mają rację. Tak jest, fakty panują nad ideami; ideał — jak mówi Proudhon —jest kwiatem, którego korzeń stanowią materialne warunki istnienia. Tak jest, cała intelektualna i moralna, polityczna społeczna historia ludzkości jest odbiciem jej historii ekonomicznej.

Wszystkie gałęzie nowoczesnej nauki, o ile są sumiennie i poważnie opracowane, głoszą zgodnie tę wielką, podstawową i rozstrzygającą prawdę: tak, świat społeczny, świat w ścisłym znaczeniu ludzki, słowem, ludzkość jest tylko ostatecznym i najwyższym rozwojem — przynajmniej dla nas i względnie na naszej planecie —jest najwyższym przejawem tego, co zwierzęce. Ale wobec tego, że każdy rozwój nieuchronnie zawiera w sobie negację swojej podstawy lub punktu wyjścia, ludzkość jest w swej istocie
jednocześnie świadomą i ciągle wzrastającą negacją tego, co zwierzęce w człowieku. I właśnie ta negacja, zarówno racjonalna jak naturalna, która jest racjonalna, dlatego tylko, że jest jednocześnie historyczna i logiczna, zdeterminowana jak każdy proces rozwojowy i każda realizacja prawa naturalnego w świecie — właśnie ta negacja stanowi i tworzy ideał, świat intelektualnych i moralnych przekonań — idee. Tak jest, naszymi praprzodkami, naszymi Adamami i naszymi Ewami, były, jeżeli nie goryle, to ich bardzo bliscy krewni — zwierzęta wszystkożerne, rozumne i okrutne, które posiadają w stopniu nieskończenie
wyższym niż zwierzęta wszystkich innych gatunków dwie cenne właściwości, mianowicie zdolność myślenia oraz zdolność, potrzebę buntu.

Te dwa uzdolnienia, łącząc w procesie historycznym swoje działanie, reprezentują właśnie ten „czynnik”, tę stronę, siłę negatywną w pozytywnym rozwoju tego, co zwierzęce w
człowieku, i w rezultacie wytwarzają to wszystko, co w ludziach jest ludzkie. Biblia, księga bardzo interesująca, a w niektórych miejscach bardzo głęboka, jeśli traktować ją jako jeden z najważniejszych zachowanych przejawów ludzkiej mądrości i
fantazji, wyraża tę prawdę, zresztą w sposób niezmiernie naiwny, w micie o grzechu pierworodnym. Spośród wszystkich bogów kiedykolwiek uwielbianych przez ludzi Jehowa jest bogiem niewątpliwie najbardziej zawistnym, najbardziej próżnym, najbardziej okrutnym, najbardziej niesprawiedliwym, najbardziej krwiożerczym, jest największym despotą i największym wrogiem godności i wolności ludzkiej. Stworzywszy Adama i Ewę,
nie wiadomo, dla jakiej zachcianki, być może, by rozproszyć nudę, która musiała mu straszliwie dokuczać w tej jego odwiecznej egoistycznej samotności, czy też by dostarczyć
sobie nowych niewolników - wspaniałomyślnie oddał w ich władanie całą ziemię wraz ze wszystkimi płodami i ze wszystkimi zwierzętami istniejącymi na ziemi, pozwalając w pełni używać jej darów z jednym tylko ograniczeniem: kategorycznie zabronił im
spożywać owoce z drzewa poznania. Chciał więc, aby człowiek, pozbawiony świadomości samego siebie, pozostał po wieczne czasy zwierzęciem, chodził zawsze na czworakach przed odwiecznym Bogiem, swym Stwórcą i Panem. Lecz oto zjawia się Szatan,
odwieczny buntownik, pierwszy wolnomyśliciel i pierwszy bojownik o emancypację światów. On ukazuje pierwszym ludziom, jak wielką hańbą jest ich zwierzęca ignorancja i posłuszeństwo; wyzwala człowieka, na jego czole wyciska pieczęć wolności i
człowieczeństwa, skłaniając go do nieposłuszeństwa i spożycia owocu poznania.

Wiadomo, co nastąpiło dalej. Pan Bóg, którego zdolność przewidywania, jeden z atrybutów boskości, powinna go była ostrzec przed tym, co nastąpi, uniósł się straszliwym
i śmiesznym gniewem: przeklął Szatana, człowieka i świat, który sam stworzył, zadając jak gdyby cios samemu sobie w swoim własnym tworze, jak to czynią dzieci, kiedy się rozgniewają; i nie zadowolił się ukaraniem ówczesnych naszych przodków, lecz przeklął wszystkie ich przyszłe pokolenia, nie winne popełnionego grzechu przez przodków. Nasi katoliccy i protestanccy teologowie uważają, że wyrok ten jest bardzo głęboki i słuszny chyba właśnie dlatego, że jest tak potwornie niesprawiedliwy i niedorzeczny! Następnie Bóg, przypomniawszy sobie, że jest nie tylko Bogiem zemsty i gniewu, lecz także Bogiem miłości, gdy już wydał na męki życie kilku miliardów biednych istot ludzkich i skazał je na wieczyste piekło, zlitował się nad resztą i chcąc zbawić tę resztę i pojednać swą
odwieczną i boską miłość ze swym odwiecznym i boskim gniewem, zawsze żądnym ofiar i krwi, zesłał na ziemię jako ofiarę przebłagalną swego jedynego syna, by został umęczony przez ludzi. Jest to tajemnica Odkupienia, podstawa wszystkich religii chrześcijańskich.

Gdyby przynajmniej ten boski Zbawiciel zbawił świat ludzki! Bynajmniej; wiemy, gdyż tak głosi oficjalnie Kościół, że obiecany przez Chrystusa raj stanie się udziałem nielicznej
garstki wybranych. Reszta, olbrzymia większość pokoleń obecnych i przyszłych, będzie się wiecznie prażyć w piekle. Tymczasem, żeby nas pocieszyć, Bóg zawsze sprawiedliwy, zawsze dobry, oddaje ziemię pod rządy Napoleonów III, Wilhelmów I, Ferdynandów
austriackich oraz Aleksandrów wszechrosyjskich.

Takie oto niedorzeczne baśnie rozpowszechnia się dzisiaj, takie potworne doktryny wykłada się w dziewiętnastym stuleciu, i to we wszystkich szkołach ludowych w Europie, na specjalny rozkaz rządów. I to się nazywa cywilizowaniem ludów! Czyż nie jest rzeczą oczywistą, że wszystkie te rządy są trucicielami, systematycznie ogłupiającymi masy ludowe w imię własnych interesów?

Odszedłem od przedmiotu, dałem się unieść gniewowi, który opanowuje mnie zawsze, ilekroć myślę o niecnych i występnych środkach, które stosują państwa, by utrzymać narody w wiecznej niewoli i aby oczywiście w ten sposób jeszcze bardziej je ograbiać. Czymże są zbrodnie wszystkich Troppmannów świata wobec tej zbrodni obrazy ludzkości, jaką popełniają codziennie, w biały dzień, na całym cywilizowanym świecie, ci sami ludzie, którzy ośmielają się nazywać siebie opiekunami i ojcami ludów? Wracam do mitu o grzechu pierworodnym.

Bóg przyznał słuszność Szatanowi i potwierdził prawdziwość słów diabła, aż Adam i Ewa w zamian za akt nieposłuszeństwa otrzymają wiedzę i wolność. Gdy bowiem tylko spożywali zakazany owoc. Bóg powiedział do siebie samego (zob. Biblię): „Oto człowiek
stał się jak gdyby jednym z Nas, poznał dobro i zło; nie dopuśćmy więc, aby spożywał owoc życia wiecznego i aby stał się, jak My, nieśmiertelny”.

Przestańmy zajmować się teraz bajeczną stroną tego mitu i rozpatrzmy jego prawdziwy sens. Ten sens jest zupełnie jasny. Człowiek wyzwolił się, odłączył od świata zwierzęcego
i stał się człowiekiem; zapoczątkował swoją historię i swój czysto ludzki rozwój przez akt nieposłuszeństwa i poznania, tj. przez bunt i przez myśl.

Trzy elementy lub - jeżeli wolicie - trzy podstawowe zasady decydują o głównych warunkach całego rozwoju ludzkiego w historii, zarówno kolektywnego, jak indywidualnego: 1° zwierzęcość ludzka; 2° myśl; 3° bunt. Pierwszemu elementowi
właściwie odpowiada ekonomia społeczna i prywatna; drugiemu nauka; trzeciemu – wolność.

Idealiści wszystkich szkół, arystokracja i bourgeois*, teologowie i metafizycy, politycy i moraliści, duchowni, filozofowie czy poeci — nie zapominajmy tu też o liberalnych
ekonomistach, niepohamowanych, jak wiadomo, wielbicielach ideału — czują się głęboko dotknięci, gdy słyszą, że człowiek z całą swą świetną inteligencją, ze swymi wzniosłymi ideami i nieskończonymi dążeniami jest tylko, jak wszystko, co istnieje na świecie, materią, wy tworem tej pospolitej materii.

Moglibyśmy im odpowiedzieć, że materia, o której mówią materialiści, materia żywiołowo i wiecznie zmienna, aktywna, twórcza, materia o określonych prawach chemicznych czy
organicznych i przejawiająca się we własnościach czy siłach mechanicznych, fizycznych, zwierzęcych i intelektualnych, z którymi jest nierozłącznie związana — że ta materia nie
ma nic wspólnego z pospolitą materią idealistów. Ta pospolita materia, wytwór ich błędnej abstrakcji, jest rzeczywiście tworem głupim, bezdusznym, nieruchomym, niezdolnym do wytworzenia czegokolwiek, nawet najdrobniejszej rzeczy, jest caput mortuum, szkaradnym wyobrażeniem przeciwstawnym temu pięknemu wyobrażeniu, które oni nazywają Bogiem, Istotą Najwyższą. Wobec Boga materia, w ich właśnie ujęciu, ogołocona przez nich
samych z wszystkiego, co stanowi jej rzeczywistą naturę, reprezentuje z konieczności najwyższy Niebyt. Odebrali materii rozum, życie, wszystkie określające ją jakości, aktywność w stosunkach czy siłę, nawet sam ruch, bez którego nie posiadałaby nawet wagi — pozostawili jej tylko absolutną nieprzenikliwość i nieruchomość w przestrzeni; te wszystkie siły, własności i przejawy naturalne przypisali Istocie wyimaginowanej,
stworzonej przez ich abstrakcyjną fantazję; następnie odwracając role, ten wytwór własnej wyobraźni, to widmo, tego Boga, który jest Nicością, nazwali „Istotą Najwyższą”; i w nieuniknionej konsekwencji oznajmili, że wszystko, co realnie istnieje, materia, świat — jest Nicością. Po czym z całą powagą powiedzieli, że materia ta nie jest zdolna wytworzyć niczego, nie jest zdolna nawet wprawić się sama w ruch, więc musiała być stworzona przez ich Boga.

Na końcu tej książki wykazałem, do jakich naprawdę oburzających absurdów doprowadzają nieuchronnie owe wyobrażenia Boga bez względu na to, czy przedstawiają go one w postaci osoby, stwórcy i rządcy światów, czy też w nieosobowej postaci ujętej
jako pewien rodzaj boskiej duszy rozpostartej w całym wszechświecie, która stanowi w ten sposób odwieczną zasadę, czy też w postaci idei nieskończonej i boskiej, zawsze obecnej i
działającej w świecie, która przejawia się ciągle we wszystkich istotach materialnych i skończonych. W tym miejscu ograniczę się do jednej tylko sprawy.

Wszyscy doskonale rozumieją, czym jest stopniowy rozwój świata materialnego, jak również rozwój życia organicznego, wierzącego, oraz historycznego postępu inteligencji ludzkiej, zarówno indywidualnej jak społecznej. Jest to ruch całkowicie naturalny od prostego do złożonego, od dołu do góry czy od niższego do wyższego; jest to ruch zgodny ze wszystkimi naszymi codziennymi doświadczeniami, a więc zgodny także z wrodzoną nam logiką, z prawami właściwymi naszemu umysłowi, który zawsze kształtuje się i może się rozwijać jedynie przy pomocy tych właśnie doświadczeń, których jest tylko — że tak powiem — odtworzeniem myślowym, czy też refleksyjnym streszczeniem.

System idealistów przedstawia nam coś wręcz przeciwnego. Przekreśla on w sposób absolutny wszystkie doświadczenia ludzkie oraz powszechny i wszystkim wspólny zdrowy rozsądek, który jest koniecznym warunkiem wszelkiego porozumienia między ludźmi.
Który — wznosząc się od tak prostej i tak jednomyślnie uznanej prawdy, że dwa razy dwa jest cztery, aż do najbardziej wzniosłych i najbardziej skomplikowanych teorii naukowych,
a poza tym nie dopuszczając nigdy niczego, co nie byłoby najsurowiej potwierdzone przez doświadczenie lub przez obserwację rzeczy i faktów — stanowi jedyny poważny
fundament, na jakim opiera się wiedza ludzka. Zamiast iść naturalną drogą od dołu ku górze, od niższego ku wyższemu, od względnie prostego ku bardziej skomplikowanemu, zamiast rozumnie, racjonalnie śledzić progresywny i realny ruch świata zwanego nieorganicznym ku światu organicznemu, roślinnemu, a następnie zwierzęcemu, a jeszcze dalej ku specyficznie ludzkiemu; od materii chemicznej czy od istoty chemicznej ku materii ożywionej czy ku istocie żywej, a od istoty żywej ku istocie myślącej — zamiast iść tą drogą, myśliciele idealiści, opętani, zaślepieni i pchani przez boskie widmo, które odziedziczyli po teologii, obierają drogę całkowicie odwrotną. Oni postępują od góry ku dołowi, od wyższego ku niższemu, od
skomplikowanego ku prostemu. Zaczynają od Boga bądź jako osobowości, bądź też jako substancji czy idei boskiej, i pierwszy zrobiony przez nich krok staje się strasznym
upadkiem z górnych wyżyn wiecznego ideału w bagno świata materialnego. Z absolutnej doskonałości do absolutnej niedoskonałości; z dziedziny myśli o bycie, a raczej od bytu
najwyższego — w Niebyt. Kiedy, jak i dlaczego Istota boska, wieczna, nieskończona, doskonałość absolutna, prawdopodobnie znudzona samą sobą, zdecydowała się wykonać to rozpaczliwe salto mortale — tego żaden idealista ani teolog, ani metafizyk, ani poeta nie był w stanie ani sam zrozumieć, ani też wyjaśnić nie wtajemniczonym.

Wszystkie religie przeszłości i teraźniejszości oraz wszystkie transcendentalne systemy filozoficzne obracają się wokół tej jedynej i niesprawiedliwej tajemnicy". Ludzie święci,
natchnieni prawodawcy, prorocy, Mesjasze, szukali w niej życia, a znaleźli torturę i śmierć.

Pożarła ich jak starożytny Sfinks, ponieważ nie umieli jej wyjaśnić. Wielcy filozofowie, od Heraklita i Platona do Kartezjusza, Spinozy, Leibniza, Kanta, Fichtego, Schellinga i Hegla, nie mówiąc o filozofach hinduskich, napisali góry ksiąg, stworzyli systemy równie pomysłowe, jak wzniosłe, w których wypowiedzieli mimochodem wiele pięknych i wielkich rzeczy, i odkryli prawdy nieśmiertelne, ale tę tajemnicę, zasadniczy przedmiot ich transcendentnych dociekań, pozostawili równie niezgłębioną, jak przedtem. W swych gigantycznych usiłowaniach najwspanialsi geniusze, jakich świat kiedykolwiek znał i jacy
przynajmniej w ciągu trzydziestu stuleci podejmowali wciąż na nowo tę Syzyfową pracę, osiągnęli tylko tyle, że tajemnica ta stała się jeszcze bardziej niezrozumiała. Czy wobec tego możemy mieć nadzieję, że tajemnica ta będzie odkryta obecnie dzięki spekulacjom jakiegoś pedantycznego zwolennika sztucznie odgrzewanej metafizyki, i to w epoce, kiedy wszystkie żywe i poważne umysły odwróciły się od tej dwuznacznej nauki. Zrodzonej na skutek umowy, która bez wątpienia daje się historycznie wytłumaczyć, a zawarta została między nierozsądkiem wiary i zdrowym rozsądkiem nauki?

Jest rzeczą oczywistą, że ta straszliwa tajemnica jest nie do wyjaśnienia, czyli że jest absurdalna, bo tylko absurd nie poddaje się żadnemu wyjaśnieniu. Jest rzeczą oczywistą,
że ten, komu ona jest potrzebna do szczęścia, do życia, musi się wyrzec rozumu i powracając — jeżeli może — do naiwnej, ślepej, głupiej wiary, musi powtarzać za Tertulianem wraz ze wszystkimi szczerze wierzącymi w te słowa, w których streszcza się cała kwintesencja teologii: Credo, quia absurdum. Wobec tego ustają wszelkie dyskusje, pozostaje tylko tryumfująca głupota wiary. Lecz natychmiast nasuwa się inne pytanie: W jaki sposób u inteligentnego i wykształconego człowieka może się zrodzić potrzeba wiary w te tajemnice?

Jest to zupełnie naturalne, że wiara w Boga, stwórcę, władcę, sędziego, nauczyciela, rzucającego przekleństwa, zbawiciela i dobroczyńcę świata zachowała się wśród ludu, zwłaszcza wśród ludności wiejskiej, religijnej w stopniu o wiele jeszcze większym niż proletariat miejski. Niestety, lud trwa ciągle jeszcze w nieuctwie; wszystkie rządy systematycznie starają się go w tym nieuctwie utrzymać, ponieważ, jak sądzą nie bez racji,
ignorancja ludu jest jednym z najistotniejszych warunków ich własnej potęgi. Lud w swym codziennym trudzie, który go przytłacza, pozbawiony wolnego czasu, zajęć umysłowych,
lektury, słowem, wszystkich niemal środków oraz znacznej części bodźców, które rozwijają myśl w ludziach—przyjmuje najczęściej bezkrytycznie i w całości wszystkie tradycje religijne. Tradycje te, omotujące człowieka z ludu od wczesnego dzieciństwa we
wszystkich okolicznościach życiowych i sztucznie utrzymywane w jego sercu przez tłumy wszelkiego rodzaju oficjalnych trucicieli, przez księży i ludzi świeckich, przeobrażają się
w nim w rodzaj nawyku umysłowego i moralnego, który nazbyt często staje się silniejszy niż jego wrodzony zdrowy rozsądek.

Niedorzeczne wierzenia ludu można poniekąd wytłumaczyć i usprawiedliwić jeszcze inną przyczyną. Przyczyny tej należy szukać w nędznym położeniu, na które lud jest w sposób
fatalny skazany na skutek ekonomicznej organizacji społeczeństwa w najbardziej cywilizowanych krajach Europy. Zmuszony do ograniczenia się — zarówno pod względem intelektualnym i moralnym, jak pod względem materialnym — do minimum,
którego wymaga ludzka egzystencja, zamknięty w warunkach swego życia jak więzień w swojej celi, bez żadnych horyzontów, bez żadnego wyjścia, nawet — jeżeli wierzyć ekonomistom — bez przyszłości, lud musiałby mieć dziwnie ciasną duszę i płaski instynkt bourgeois, gdyby zupełnie nie odczuwał potrzeby wydostania się z tego położenia. Istnieją jednak tylko trzy sposoby tego wyzwolenia się, przy czym dwa pierwsze są złudzeniem, trzeci zaś jest realny. Dwa pierwsze sposoby — to karczma i kościół, rozpusta ciała lub rozpusta ducha; trzecim sposobem jest rewolucja socjalna. Twierdzę, że właśnie ten trzeci sposób, rewolucja socjalna, daje w każdym razie o wiele większe szansę niż wszelka teoretyczna propaganda wolnomyślicieli zburzenia — aż do zatarcia po nich wszelkiego
śladu — wierzeń religijnych oraz rozpustnych nawyków u ludu, wierzeń i nawyków, gdyż pozostają one ze sobą w bliższym związku, niż się na ogół przypuszcza. Twierdzę dalej, że
tylko rewolucja socjalna, która zastąpi rozkosz złudnego, a zarazem brutalnego wyuzdania ciała i duszy przez równie delikatną jak realną rozkosz obcowania z człowieczeństwem
całkowicie spełnionym w każdej jednostce i we wszystkich razem, że tylko rewolucja socjalna będzie miała tę siłę, aby zamknąć za jednym zamachem wszystkie karczmy i wszystkie kościoły.

Do tego czasu lud, w swej masie, będzie wierzył, a choć nie ma racji, to przynajmniej ma do tej wiary prawo.

Istnieje kategoria ludzi, którzy, jeśli nie wierzą, muszą przynajmniej udawać, że wierzą. Są to ci wszyscy dręczyciele, ciemięzcy i wyzyskiwacze ludzkości. Księża, monarchowie,
mężowie stanu, wojskowi, finansiści publiczni i prywatni, wszelkiego rodzaju urzędnicy, policjanci, żandarmi, dozorcy więzienni i kaci, monopoliści, kapitaliści, lichwiarze,
przedsiębiorcy i właściciele, adwokaci, ekonomiści, politycy wszelkiej barwy aż do ostatniego kupca korzennego — wszyscy zgodnie powtarzać będą słowa Voltaire’a: „Jeżeli Bóg nie istnieje, trzeba go stworzyć”. Jest to rzecz zrozumiała. Religia jest potrzebna dla ludu. Jest to zawór bezpieczeństwa.

Istnieje wreszcie dość liczna kategoria ludzi uczciwych, lecz słabych, którzy są zbyt inteligentni, aby poważnie traktować dogmaty chrześcijańskie, i odrzucają je w szczegółach, ale nie posiadają ani odwagi, ani siły, ani koniecznej stanowczości, aby je odrzucić w całości. Ci ludzie pozwalają na krytykę wszystkich niedorzecznych szczegółów religii, śmieją się z wszystkich cudów, ale rozpaczliwie chwytają się głównej niedorzeczności, źródła wszystkich innych, chwytają się cudu, który objaśnia i
usprawiedliwia wszelkie inne cuda — wiary w istnienie Boga. Ich Bóg nie jest bynajmniej Istotą silną i potężną, nie jest brutalnie pozytywnym Bogiem teologii. Jest to Istota
mgławicowa, przejrzysta, złudna, tak złudna, że kiedy wydaje się, iż się ją uchwyciło, przeobraża się w Nicość; jest to miraż, błędny ognik, który ani grzeje, ani oświeca. A
jednak trzymają się oburącz tej Istoty i sądzą, że gdyby ona znikła, wszystko znikłoby z nią razem. Są to dusze niezdecydowane, chorobliwe, nie rozumiejące współczesnej
cywilizacji, które nie należą ani do teraźniejszości, ani do przyszłości, to blade widma zawieszone wiecznie między niebem a ziemią i w taki sam sposób zawieszone między polityką burżuazji a socjalizmem proletariatu. Ci ludzie nie czują w sobie siły, by
cokolwiek przemyśleć do głębi, by czegoś pragnąć, powziąć decyzję, i tracą wiele czasu i trudu usiłując ciągle pogodzić z sobą to, co jest nie do pogodzenia. W życiu publicznym
noszą miano burżuazyjnych socjalistów.

Żadna dyskusja, czy to z nimi, czy przeciwko nim, nie jest możliwa. Są to ludzie zbyt chorzy.

Ale istnieje także liczna kategoria sławnych ludzi, o których nikt nie ośmieli się mówić bez szacunku i w których żywotne zdrowie, siły ducha i uczciwość nikt nie wątpi. Wystarczy,
jeśli przytoczę takie nazwiska, jak Mazzini, Michelet, Quinet, John Stuart Mili. Szlachetne i pełne siły dusze, wielkie serca, wielkie umysły, wielcy pisarze, a Mazzini jest przy tym
bohaterskim wskrzesicielem i rewolucjonistą wielkiego narodu — wszyscy oni są apostołami idealizmu, gardzą materializmem i są jego zagorzałymi przeciwnikami, a więc gardzą także socjalizmem, zarówno w filozofii jak w polityce.

W samej dyskusji nad kwestią istnienia Boga właśnie opiniom tych ludzi pragnę się przeciwstawić przede wszystkim. Najpierw trzeba stwierdzić, że żaden z tych znakomitych mężów, których nazwiska przytoczyłem, ani też żaden inny spośród wybitnych myślicieli-
idealistów naszych czasów nie zajmował się właściwie logiczną stroną tego zagadnienia.

Żaden z nich nie próbował rozstrzygnąć filozoficznie, o ile możliwe jest takie boskie salto mortale z wiecznej i czystej sfery ducha do bagna świata materialnego. Czy obawiali się
podjęcia problemu tej nierozwiązalnej sprzeczności, nie mając nadziei na jego rozstrzygnięcie, skoro największym geniuszom historii to się nie udało; czy też uważali go za dostatecznie rozwiązany? To już pozostanie ich tajemnicą, faktem jest, że nie zajmowali się teoretycznymi dowodami istnienia Boga i że szukali tylko przyczyn i konsekwencji tego istnienia w życiu praktycznym. Wszyscy oni mówili o tym jako o fakcie powszechnie
uznanym, który jako taki nie może być przedmiotem żadnych wątpliwości; za jedyny dowód służył im fakt dawności i powszechności wiary w Boga. Zdaniem wielu znakomitych ludzi i pisarzy, że wymienimy tylko najsławniejszych spośród nich, a więc według opinii Josepha de Maistre’a, wypowiedzianej z taką elokwencją — oraz według wielkiego patrioty włoskiego, Giuseppe Mazziniego — ta imponująca jednomyślność więcej znaczy niż wszelkie naukowe dowody, a jeżeli logika nielicznych konsekwentnych, choćby najpoważniejszych, lecz odosobnionych w swych poglądach myślicieli prowadzi do przeciwnych wniosków, to tym gorzej — powiadają — dla tych myślicieli i dla ich logiki, ponieważ ogólna zgoda i powszechne od dawna uznanie pewnej idei było zawsze uważane za najbardziej bezsporny dowód prawdziwości tejże idei. Uczucie powszechne, przekonanie, które wciąż powraca i utrzymuje się zawsze i wszędzie, nie może się mylić.

Musi mieć swe źródło w potrzebie, która jest integralnie związana z samą naturą człowieka. Ponieważ zaś zostało stwierdzone, że wszystkie narody, zarówno dawne jak
współczesne, wierzyły i wierzą w istnienie Boga, jest więc rzeczą oczywistą, że ci, którzy mają nieszczęście w Boga wątpić, bez względu na logikę, jaka ich do tego przywiodła, są
nienormalnymi wyjątkami, potworami.

A więc dawność i powszechność wierzeń miałaby stanowić niezbity i dostateczny dowód prawdy, wbrew wszelkiej nauce i wbrew wszelkiej logice. Dlaczego? Do czasów Kopernika i Galileusza wszyscy wierzyli, że Słońce obraca się wokół Ziemi.
Czyż wszyscy się nie mylili? A czyż niewolnictwo nie jest najbardziej dawne i powszechne? A może ludożerstwo? Od zarania istnienia historycznych społeczeństw aż do naszych czasów panował zawsze i wszędzie wyzysk przymusowej pracy mas,
niewolników, poddanych czy najemników ze strony jakiejś rządzącej mniejszości; Państwo i Kościół ciemiężyły ludy. Czyżby należało wysnuć stąd wniosek, że wyzysk ten i ucisk są
koniecznością integralnie związaną z istnieniem samego społeczeństwa ludzkiego? Oto przykłady, które wykazują, że argumenty adwokatów Pana Boga niczego bynajmniej nie
dowodzą.

Obserwując rozwój ludzkości dochodzimy do wniosku, że w istocie żadne panowanie nie jest tak powszechne i tak dawne jak panowanie niesprawiedliwości oraz niedorzeczności, a
przeciwnie, prawda, sprawiedliwość są najmniej powszechne i najmniej dawne. To wyjaśnia owo stale w dziejach powtarzające się zjawisko, że niesłychane prześladowania były i są nadal zawsze udziałem tych, którzy pierwsi tę prawdę i sprawiedliwość głoszą, prześladowania ze strony oficjalnych i uznanych przedstawicieli zainteresowanych w utrzymywaniu wierzeń „powszechnych” i „dawnych”, a często także ze strony tych
samych mas ludowych, które najpierw zadręczają głosicieli prawdy i sprawiedliwości, a wreszcie przyjmują ich idee i doprowadzają do zwycięstwa.

Dla nas, materialistów i socjalistów-rewolucjonistów, nic w tym zjawisku historycznym nie ma dziwnego ani strasznego. My, silni dzięki naszej świadomości, naszemu umiłowaniu prawdy wbrew wszystkiemu, dzięki tej pasji logiki, która sama w sobie
stanowi wielką potęgę i poza którą absolutnie nie ma myśli; silni dzięki pasji sprawiedliwości i naszej niezachwianej wierze w zwycięstwo ludzkości nad wszelkim bestialstwem teoretycznym i praktycznym; silni wreszcie dzięki zaufaniu i wzajemnemu
poparciu, jakiego udziela nam niewielka liczba zwolenników naszych przekonań — my musimy się pogodzić z wszelkimi konsekwencjami tego zjawiska historycznego, w którym
widzimy przejaw pewnego prawa społecznego, równie naturalnego, równie koniecznego i równic niezmiennego, jak wszystkie inne prawa rządzące światem.

To prawo jest logiczną, nieuniknioną konsekwencją tego, że społeczeństwo ludzkie wywodzi się od zwierząt; otóż wobec tych wszystkich dowodów naukowych, fizjologicznych, psychologicznych, historycznych, jakie się obecnie nagromadziły, jak również wobec wyczynów Niemców, zdobywców Francji, którzy dostarczają nam
najbardziej jaskrawych dowodów — naprawdę nie można wątpić, że takie jest rzeczywiście pochodzenie ludzi. Z chwilą jednak, kiedy uznamy tę prawdę o zwierzęcym pochodzeniu człowieka, wszystko się wyjaśnia. Wówczas historia zaczyna się nam
przedstawiać jako rewolucyjna negacja przeszłości, raz powolna, apatyczna, ospała, to znowu namiętna i potężna. Historia polega właśnie na progresywnej negacji pierwotnej zwierzęcości człowieka poprzez rozwój jego człowieczeństwa. Człowiek, zwierzę
drapieżne, kuzyn goryla, wyszedł z głębokiego mroku zwierzęcych instynktów, by dojść do światła rozumu. W ten zupełnie naturalny sposób stają się dla nas zrozumiałe wszystkie jego dawne błędy i znajdujemy pociechę wobec jego błędów obecnych. Wyszedł z okresu
niewolnictwa zwierzęcego i przeszedłszy przez okres niewolnictwa boskiego, stanowiącego etap przejściowy między zwierzęcością a człowieczeństwem, idzie dziś na podbój i ku urzeczywistnieniu swojej ludzkiej wolności. Stąd wniosek, że dawność pewnego wierzenia, pewnej idei nie tylko nie dowodzi ich słuszności, lecz nawet powinna być dla nas podejrzana. Naszą, bowiem zwierzęcość mamy poza sobą, a przed sobą nasze człowieczeństwo. Nauka ludzka, jedyna, która może nas ogrzać i oświecić, jedyna, która może nas wyzwolić, zapewnić nam godność, wolność, szczęście i zrealizować między nami braterstwo, nigdy nie rodzi się u progu historii, lecz biorąc pod uwagę epokę, w której się żyje — rozkwita zawsze przy jej końcu. Nie oglądajmy się więc wstecz, lecz patrzmy zawsze naprzód, bo przed nami jest nasze słońce i nasze zbawienie. Jeśli zaś wolno nam, a jest to na pewno pożyteczne, nawet konieczne, odwrócić się wstecz i podjąć
badania nad naszą przeszłością, to tylko po to, aby stwierdzić, czym byliśmy, a czym już być nie powinniśmy, w co wierzyliśmy i jak myśleliśmy, a w co wierzyć i jak myśleć już nie powinniśmy, co czyniliśmy, a czego nigdy więcej nie powinniśmy czynić.

Tyle, jeśli chodzi o dawność. Co się zaś tyczy powszechności jakiegoś błędu, to ona dowodzi tylko jednego: że natura ludzka jest podobna, jeżeli nie zupełnie identyczna we wszystkich czasach i we wszystkich klimatach. A skoro zostało stwierdzone, iż wszystkie ludy we wszystkich epokach swego życia wierzyły i jeszcze wierzą w Boga, to musimy stąd wyprowadzić prosty wniosek, że idea boska, zrodzona z nas samych, jest błędem historycznym, niezbędnym w rozwoju ludzkości, i musimy zadać sobie pytanie: dlaczego i w jaki sposób idea ta w dziejach powstała, dlaczego ogromna większość rodzaju ludzkiego uznaje ją dziś jeszcze za prawdę?

Dopóki nie potrafimy zdać sobie sprawy, w jaki sposób powstała i musiała nieuchronnie powstać w historycznym rozwoju świadomości ludzkiej idea świata nadprzyrodzonego czy boskiego, dopóty, choć będziemy naukowo przeświadczeni o niedorzeczności tej idei, nigdy nie uda nam się wykorzenić jej z myśli większości. Nie potrafimy bowiem zaatakować jej w samej głębi istoty ludzkiej, gdzie się zrodziła, i skazani na jałową, beznadziejną i nie kończącą się walkę, będziemy zawsze musieli zadowolić się zwalczaniem jej tylko na powierzchni, w jej niezliczonych przejawach, które w swej niedorzeczności zaledwie zostaną obalone pod ciosami zdrowego rozsądku, wnet ożywają w nowej i równie bezsensownej formie. Dopóki wiara w Boga, korzeń wszystkich niedorzeczności, które nękają świat, pozostaje nienaruszony, nie omieszka on nigdy wypuścić świeżych pędów. Tak właśnie w naszych czasach, w pewnych najwyższych sferach społeczeństwa spirytyzm usiłuje usadowić się na ruinach chrześcijaństwa.

Powinniśmy starać się zrozumieć, jaka jest historyczna geneza idei Boga, czym jest następstwo przyczyn, które wytworzyły i rozwinęły tę ideę w świadomości ludzkiej, powinniśmy to
uczynić nie tylko ze względu na interes mas, ale ze względu na zdrowie własnego umysłu. Na próżno będziemy w siebie wmawiać, że jesteśmy ateistami; dopóki nie zrozumiemy tych przyczyn, dopóty w mniejszym lub większym stopniu będą nami kierować głosy tej utartej opinii, której tajemnicy nie uchwyciliśmy. Ze względu zaś na przyrodzoną słabość jednostki, choćby nawet najbardziej odpornej na potężne wpływy otaczającego ją środowiska
społecznego, jesteśmy zawsze narażeni na to, że wcześniej czy później, w taki czy inny sposób popadniemy na nowo w otchłań niedorzeczności religijnej. Współczesne społeczeństwo daje
nam częste przykłady takich haniebnych nawróceń.

Historia Powstania Międzynarodowego Stowarzyszenia Pracowników

Publicystyka

Fragment tekstu Macieja Drabińskiego "ZAPOMNIANA MIĘDZYNARODÓWKA – POWSTANIE IWA-AIT".

I Kongres

...

W kongresie wzięło udział 30 delegatów reprezentujących następujące związki zawodowe: FORA (Abad de Santilán, Orlando), USI (Giovanetti, Gradi), FAUD (Kater, Souchy, Ritter, Schuster, Kettenback, Bittner, Hundt, Schlisch), chilijskie IWW (Montaca), SAC (Severin, Lindstam), Norweska Federacja Syndykalistyczna, Duński Związek Propagandy Syndykalistycznej (Manus), CGT-M[44] (Rocker) NAS (Dissel, van Zelm, Schenk), NSF (Smith), meksykańskie CGT, francuskie CDS (Besnard, Lemoine), niemieckie AAUD-E (lewicowe skrzydło AAUD, Pfempfer, Allmer), delegaci Anarchosyndykalistycznej Młodzieży Niemiec (SAJD), francuska Federacja Robotników Budowlanych, Federacja Młodzieżowa znad Sekwany, Czechosłowacki Związek Wolnych Robotników (Nowak), delegaci Rosyjskiej Mniejszości Syndykalistycznej (Szapiro, Iarczuk) oraz przedstawiciele międzynarodowych biur powstałych w ostatnich latach. Zabrakło jedynie delegatów CNT, którzy jeszcze przed wyjazdem do Berlina zostali aresztowani oraz delegatów portugalskiego CGT, którzy ograniczyli się do wysłania listu z wyrazami poparcia. Warto podkreślić, iż konfederacje zrzeszone w ramach IWA (samą nazwę zaproponował włoski delegat Alibrandi Giovanetti[45]) reprezentowały ponad 2 miliony robotników[46]. Przyjęto wówczas uchwałę ideową w postaci przyjętej wcześniej Deklaracji Berlińskiej oraz odrzucono możliwość dołączenia do Profinternu, wbrew propozycji NAS. Oprócz tego wyłoniono również Sekretariat, którego siedziba została ulokowana w Berlinie, zaś w jej składzie znaleźli się: R. Rocker, A. Souchy oraz A. Szapiro.

Podczas kongresu założycielskiego potępiono także bolszewików za zdradę rewolucji oraz budowę kapitalizmu państwowego, który stanowić miał kontynuację wyzysku proletariatu. Wyrażono pogląd, iż bolszewicy udowodnili swoim postępowaniem, iż dyktatura proletariatu nie oznacza niczego innego, aniżeli wykształcenia się nowej kasty rządzącej znajdującej się ponad masami. Ritter, delegat FAUD, poddał także krytyce RILU, stwierdzając, że te posiada cele burżuazyjne oraz pragnie utrzymać niewolnictwo i wyzysk klasy robotniczej. Nowak, reprezentujący czeskich anarchosyndykalistów, potraktował Profintern jako narzędzie ukierunkowane do tłumienia przez bolszewików ruchu anarchistycznego. Szapiro zaakcentował z kolei, iż Czerwona Międzynarodówka posiada cele niezgodne z uchwaloną w lipcu w Berlinie „Deklaracją Berlińską”. Norwescy komuniści kategorycznie zanegowali możliwość współuczestnictwa w RILU argumentując swoje stanowisko sprzeciwem Profinternu wobec podjęcia wspólnej międzynarodowej działalności wymierzonej we włoskich faszystów oraz ze względu na represje w Rosji Radzieckiej skierowane wobec anarchosyndykalistów[47]. Podobnie swój sprzeciw argumentowało włoskie USI, dodając, iż nie bez znaczenia dla przyjętej przez organizacji postawy była zdrada rewolucji we Włoszech przez tamtejszych komunistów[48]. Lansik wskazywał z kolei na zależność RILU od Kominternu, co implikować miało definitywną niemożność zmiany charakteru organizacji, na co delegaci NAS, jak już zostało wspomniane, odpowiedzieli opuszczeniem kongresu[49].

Tradycyjnie jednak najbardziej wnikliwą i najszerszą krytykę pod adresem Profinternu wygłosił Rudolf Rocker, który przyznał, że nawet zmiana słynnego artykułu 14 statutu RILU zgodnie z propozycjami zgłaszanymi przez anarchosyndykalistów niczego by nie dała, gdyż nie zmieniłoby to rzeczywistego charakteru organizacji oraz celów Moskwy. Nie uważał, aby RILU można było traktować jako rewolucyjną organizację. Zdaniem Rockera w zamierzeniu Moskwy międzynarodówka miała zostać przekształcona w narzędzie polityki zagranicznej Rosji Radzieckiej. Ustosunkowując się wobec oskarżeń ze strony komunistów, którzy zarzucali, iż to anarchiści uniemożliwiają stworzenie frontu jedności, niemiecki anarchosyndykalista odpowiadał, iż w rzeczywistości jest na odwrót – to komuniści uniemożliwiają powstanie takowego, gdyż negują koncepcję strajku generalnego. Równocześnie zadeklarował, iż każda organizacja wstępująca do Profinternu brała pełnię odpowiedzialności za represje wobec anarchosyndykalistów w Rosji. Wobec tego rzeczywista walka z reakcją winna uwzględniać niezależność od Moskwy, bowiem ta stała się światowym centrum reakcji zmierzającym do zrusyfikowania światowego ruchu robotniczego[50]. Niemniej niektórzy anarchosyndykaliści oraz rewolucyjni syndykaliści nadal przejawiali wiarę w możliwość stworzenia „zjednoczonego frontu” z komunistami oraz nawiązania współpracy z Profinternem.

Decyzja o utworzeniu nowej międzynarodowej organizacji robotniczej zapadła jednomyślnie, co możliwe stało się po opuszczeniu kongresu przez delegatów Narodowego Sekretariatu Pracy[51]. Jednakże ostateczne potwierdzenie decyzji o utworzeniu nowej organizacji miało nastąpić na drodze referendalnej zorganizowanej przez każdą z federacji. Najszybciej uczyniły to CNT, SAC, USI oraz FAUD, acz najbardziej spektakularny wynik miał miejsce w Norwegii, w której członkowie Federacji Syndykalistycznej jednomyślnie poparli utworzenie IWA.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Pracowników określone zostało mianem organizacji rewolucyjno-syndykalistycznej, zaś sam rewolucyjny syndykalizm określono, iż „jest [on] w swych podstawach ruchem twórczych mas ludowych, który chce zjednoczyć wszystkich robotników fizycznych i umysłowych w gospodarcze organizacje walki, żeby zainicjować i w praktyce przeprowadzić ich wyzwolenie z jarzma niewolnictwa i podporządkowania aparatowi państwa. Jego celem jest reorganizacja całego życia społecznego na podstawie wolnościowego komunizmu przez wspólnotową, rewolucyjną akcje samych klas pracujących”[52] Ponadto ogłoszono niezależność od wszelkich partii i rządów. Dodatkowo stwierdzono weń, iż kapitalizm zbankrutował, acz pomimo tego klasy posiadające przeszły do ofensywy co umożliwiła im postępująca degeneracja ruchu robotniczego oraz Rewolucja Rosyjska, podczas której zaszczepiono „kapitalizm bolszewicki”. Zanegowano koncepcję „dyktatury proletariatu”, określając ją mianem koncepcji państwotwórczej, która tym samym gwałci godność klasy robotniczej. Naturalnie, znalazł się także zapis o konieczności likwidacji państwa oraz kapitalizmu, a także o odrzuceniu wszelkiej walki politycznej.

...

Więcej

https://drabina.wordpress.com/2015/06/02/zapomniana-miedzynarodowka-pows...

Anarchosyndykaliści w Hiszpanii organizują się ... jeszcze raz

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

W dniach 25-26 czerwca, anarchosyndykaliści spotkali się na konferencji pod Madrytem, by omówić powstanie nowej federacji i utworzenie na nowo anarchosyndykalistycznego CNT-AIT. Konferencja była odpowiedzią na wiele problemów, z którymi boryka się aktualnie organizacja i które z biegiem lat ciągle ulegają pogorszeniu, a także na problemy całego ruchu syndykalistycznego w Hiszpanii. Delegaci reprezentujący około 600 pracowników wzięli udział w konferencji, która jest pierwszym krokiem na drodze do odbudowy poziomej, anarchosyndykalistycznej organizacji w tym kraju.

W ciągu ostatnich lat, w CNT pojawiały się rozmaite tendencje, które poddawały w wątpliwość kierunek rozwoju tej organizacji.

Grigorij Maksimow: Syndykaliści w Rewolucji Rosyjskiej

Publicystyka

„Omawiając działalność i rolę anarchistów w rewolucji, Kropotkin powiedział: ‘My, anarchiści rozmawialiśmy dużo o rewolucjach, ale niewielu z nas zostało przygotowanych do aktualnej pracy.

Nadmieniłem o tym w mojej książce 'Zdobycie chleba'. Pouget i Patoud także zaproponowali linię działania w swej pracy 'Syndykalizm i kooperatywa wspólnota narodów’.”

Sam Dolgoff: EWOLUCJA ANARCHOSYNDYKALIZMU

Publicystyka | Ruch anarchistyczny

 Sam Dolgoff POCZĄTKI

Anarchosyndykalizm nie jest utopią. Anarchosyndykalistyczne idee, metody walki i formy organizacji rozwijały się stopniowo w codziennym życiu i w walkach wyzyskiwanych robotników przeciwko klasie pracodawców i państwu. Anarchosyndykalizm, czyli samo zarządzanie fabrykami przez robotników w bezpaństwowym społeczeństwie, ma solidne podstawy. W różnych formach (gildie, wolne komuny, rewolucyjne związki, kolektywy, spółdzielnie i wiele innych dobrowolnych stowarzyszeń) tendencja ta występowała w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, wydarzeń w Haymarket, Komuny Paryskiej i innych powstaniach rewolucyjnych XIX-ego wieku, w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Ludzi Pracy (IWA) oraz francuskim ruchu anarchosyndykalistycznym w początkach XX wieku.
Wczesny ruch robotniczy, na początku Rewolucji Przemysłowej, jak twierdził Marks: “składał się z niespójnej, podzielonej masy ignorantów”. Ruch robotniczy tego okresu stworzył społeczeństwo alternatywne, sieć powiązanych ze sobą tysięcy stowarzyszeń pomocy wzajemnej, pokrywającą całą Wielką Brytanię - łącznie z najbardziej zacofanymi regionami. Wszystkie sprawy będące
przedmiotem krytyki współczesnych rewolucjonistów - nie tylko państwo i instytucje polityczne, ale społeczne i ekonomiczne cechy przemysłowego i finansowego kapitalizmu, prawo, monopol,
własność prywatna, zysk, wyzysk, walka zbrojna, klasowy charakter walki robotników itd. - były przedmiotem dyskusji robotników już w końcu XVIII w., gdy zaczęła się Rewolucja Przemysłowa.

Jak poprawić warunki pracy w gastronomii?

Publicystyka

Jak się okazuje, kulturalne elity zaczęły dyskutować o warunkach pracy w restauracjach i barach, gdzie są stałymi bywalcami. Pomimo faktu, że wiele szczegółów dyskusji, które przetoczyły się ostatnio przez internet należy przeanalizować na spokojnie i nawet skrytykować, korzystam teraz z możliwości napisania na ten temat, dopóki jest chyba większe zainteresowanie zarówno ze strony klientów restauracji oraz (mam nadzieję) ze strony pracowników. Oczywiście przyszłość tej branży zależy od działań tych ostatnich – a nie od opinii trendsetterów, nie od chwilowego zainteresowania hipsterów i nie od wsparcia partii politycznych lub innych zewnętrznych organizacji.

Antywyborcze FAQ

Publicystyka

Zagłosuj, zagłosuj, zagłosuj! Krzyczą nie tylko politycy- krzyczą też gazety, telewizje i radia, internety, fundacje, NGOsy, instytuty, autorytety, krzyczą profesorowie i profesorki, literaci i literatki, krzyczą babcie, dziadkowie, matki i ojcowie. A nawet znajomi i znajome! Systemowi kapitalistycznemu i jego fasadzie w postaci demokracji liberalnej, bardzo zależy na Twoim Głosie. Właśnie Twoim. Ubiega się o legitymizacje, rozpowszechniając mity, których 10 poniżej rozbijamy.

Nie piszemy o konkretnych polskich partiach, nie ze strachu przed cisza wyborczą, lub by ukryć pogardę dla wszystkich i każdej z osobna- piszemy ogólnie, bo wydaje nam się ważny sam mechanizm, nie zależnie od zmieniających się co cztery lata metek, a nawet rozkładu w konkretnym kraju- chcemy pokazać generalny fałsz doktryny pro-wyborczej w demokracji liberalnej i wzmocnić krytyczny głos antywyborczy. Wydaje się to bardzo potrzebne, w obliczu inwazji deklaracji przynależności i sympatii partyjnych od znajomych, których byśmy o to nie podejrzewały. Zabawne obrazki i wyświechtane cytaty z wlepek wydawały się wystarczające- ale nie były. Dlatego głos merytoryczny:

Jacques Ellul: Jaka anarchia?

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Wybory

Fragment książki Jacquesa Ellula traktujący o kwestii anarchizmu, parlamentaryzmu i partii politycznych.

Wiem oczywiście, że istnieje wiele form i nurtów anarchizmu, i chciałbym po prostu sprecyzować tutaj, o jakiej anarchii mówię. Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że stanowczo wyrzekam się przemocy. W konsekwencji nie mogę zaakceptować ani nihilistów, ani tych anarchistów, którzy jako sposób działania obrali przemoc. Niewątpliwie bardzo dobrze rozumiem to uciekanie się do zamachów, do przemocy. Pamiętam, że kiedy miałem ze 20 lat, któregoś dnia przechodziłem w Paryżu koło Giełdy i pomyślałem sobie: „Tak, dobrze by było podłożyć bombę w tym budynku, oczywiście w niczym by to nie zniszczyło kapitalizmu, ale miałoby wymiar symbolu i ostrzeżenia!”. Ma się rozumieć, nie znałem nikogo, kto byłby w stanie wyprodukować bombę i nie zrobiłem tego! Wierzę, że posługiwanie się przemocą można wytłumaczyć w trzech sytuacjach. Po pierwsze istniała doktryna rosyjskich nihilistów: jeśli zacznie się systematycznie mordować tych, którzy dzierżą władzę, ministrów, generałów, szefów policji, z upływem czasu ludzie będą tak mocno bać się zajmować te stanowiska, że utnie się głowę Państwu i stanie się ono łatwe do zniszczenia. Wielu aktualnych terrorystów ma prawie tę samą orientację. Jest to jednak błędne oszacowanie zdolności oporu i reakcji tych potężnych organizmów… i społeczeństwa! Drugi aspekt to kwestia beznadziei, kiedy wyczerpały się wszystkie sposoby działania lub kiedy się dogłębnie zrozumiało wytrzymałość „systemu”, kiedy człowiek czuje się bezradnym wobec coraz bardziej konformistycznego społeczeństwa, wobec coraz potężniejszej administracji, wobec niezachwianego systemu ekonomicznego (któż mógłby pokonać przedsiębiorstwo międzynarodowe?), wówczas przemoc staje się swego rodzaju krzykiem rozpaczy, ostatecznym aktem, poprzez który chce się zamanifestować publicznie swoją niezgodę i nienawiść wobec tej tyranii. „To skowyt dzisiejszej rozpaczy” (J. Rictus). Jest to jednak również stwierdzenie, że nie ma innych sposobów działania ani żadnego powodu do nadziei. Wreszcie trzeci aspekt to ten, do którego już czyniłem aluzje: symbolika i znak. Ostrzeżenie, że wasze społeczeństwo jest bardziej kruche, niż wam się wydaje i że istnieją sekretne siły, które usiłują je zniszczyć. Jakakolwiek byłaby jej motywacja, jestem przeciwny przemocy i zamachom. I to na dwóch poziomach: pierwszy jest po prostu taktyczny! Od niedawna mamy doświadczenie, że dobrze prowadzone działania bez przemocy (jednak wymaga to dużej dyscypliny i przemyślanej strategii) są dużo bardziej skuteczne, niż ruchy używające przemocy (chyba, że chodzi o wywoływanie prawdziwej rewolucji!). Nie przypominajmy sukcesów Gandhiego, ale bliższe nam, jest bowiem jasne, że M. Luther King wybitnie przyczynił się do postępów w sprawie Afroamerykanów, podczas gdy ruchy, które działały później, Black Muslims i Black Panthers, twierdzące, że zmiany nie następują wystarczająco szybko i chcące działać szybciej poprzez przemoc we wszystkich jej postaciach, nie tylko nic nie uzyskały, ale w dodatku utraciły pewną ilość zdobyczy M. Luthera Kinga. W ten sam sposób, podczas gdy wszystkie ruchy posługujące się przemocą w Berlinie w 53 roku, następnie na Węgrzech i w Czechosłowacji odniosły porażkę, Lech Wałęsa, któremu udało się dopilnować w swoim związku zawodowym wyjątkowej dyscypliny nie używania przemocy, utrzymuje od lat polski rząd na przegranych pozycjach. Taka też była jedna z podstawowych zasad związkowców w latach 1900–1910: strajk tak, ale nigdy przemoc. Również w Południowej Afryce (choć z pewnością będzie to podważane przez wielu), wielki wódz zuluski, Buthelezi optuje za strategią całkowitego braku przemocy, stając w totalnej opozycji do Mandeli (z plemienia Xhosa) i według wszystkich informacji, jakie posiadam, mógłby uzyskać nieskończenie więcej dla zniesienia apartheidu, niż niespójna przemoc (i często (przemoc) pomiędzy Czarnymi) praktykowana przez ANC. Autorytarny rząd nie może odpowiedzieć na przemoc inaczej, niż przemocą.

Mój drugi powód jest oczywiście chrześcijańskiej natury: główny sens orientacji biblijnej to posługiwanie się miłością, nigdy nie jest to relacja przemocy (pomimo opisów wojen w Starym Testamencie, które są, przyznaję to bez oporu, bardzo kłopotliwe!). Niestosowanie przemocy wobec ludzi władzy nie oznacza jednak, że „nie należy nic robić”! Mogę wykazać, że chrześcijaństwo dokładnie przewiduje odrzucenie władzy, ewentualnie walkę z nią, ale teksty o tym zostały zatarte przez wieki przymierza „Tronu z Ołtarzem”. Tym bardziej, że papież będąc głową Państwa, bardzo często zachowywał się bardziej jak głowa Państwa, niż jak głowa Kościoła. Jeśli odrzucę anarchizm używający przemocy, pozostaje anarchizm pacyfistyczny, anty-nacjonalistyczny, moralny, anty-demokratyczny (tzn. wrogi fałszywej demokracji Państw burżuazyjnych), działający poprzez środki perswazji, poprzez tworzenie małych grup i sieci powiązań, obnażający kłamstwa i wyzysk, mający na celu rzeczywiste obalenie wszelkich władz, przejęcie głosu przez prostych ludzi i samoorganizację. To wszystko jest bardzo zbliżone do Bakunina. Jest jednak jedna kwestia, która pozostaje sporna, mianowicie uczestnictwo w wyborach: czy anarchiści powinni głosować? A jeśli tak, to czy powinni zaprezentować się jako partia? Jeśli o mnie chodzi, w zgodzie z wieloma reprezentantami anarchizmu, na oba pytania odpowiadam negatywnie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że głosowanie jest już uczestniczeniem w organizowaniu fałszywej demokracji ustanowionej przez władzę i burżuazję. Czy głosuje się na lewicę, czy na prawicę, efekt jest ten sam. Zorganizowanie się w partię oznacza z konieczności przyjęcie struktury hierarchicznej i chęć uczestniczenia we władzy. Tymczasem nigdy nie można zapominać, jak wielki szkodliwy wpływ może mieć uzyskanie pewnej władzy politycznej: poczynając od afery Mitteranda, kiedy ex-socjaliści i byli przywódcy związków zawodowych doszli do władzy, w latach 1900–1910 można było zauważyć, jak błyskawicznie stali się największymi wrogami syndykalizmu; wystarczy przywołać Clemenceau i Brianda. Dlatego też w ruchu ekologistów, który bywa bardzo zbliżony do anarchizmu, zawsze sprzeciwiałem się udziałowi w polityce. Jestem całkowicie wrogo nastawiony do ruchu Zielonych, zresztą we Francji dobrze widzieliśmy, jakie były rezultaty politycznego udziału ekologistów w wyborach: podział ruchu na kilka konkurencyjnych stowarzyszeń, publicznie deklarowana wrogość trzech ekologicznych „przywódców” do siebie, utrata z pola widzenia prawdziwych celów na korzyść debaty o sztucznych problemach (na przykład taktycznych), wydawanie pieniędzy na kampanie wyborcze itd., bez żadnych rezultatów: w moim mniemaniu to właśnie udział ekologistów w wyborach doprowadził do utraty dużej części ich wpływów. Należy radykalnie odmawiać udziału w politycznej grze, która nie może zmienić niczego istotnego w naszym społeczeństwie. Jest ono bowiem zbyt skomplikowane, interesy i struktury są zbyt mocno wzajemnie połączone, by można było oczekiwać jakichkolwiek zmian na drodze politycznej. Przykład międzynarodowych korporacji jest aż nadto wymowny: lewica będąca u władzy nie jest w stanie zmienić gospodarki kraju z powodu światowej solidarności ekonomicznej. Ci, którzy twierdzili, że globalna rewolucja jest potrzebna, aby nie skończyło się jedynie na zmianie rządu, mieli rację.

Czy powinniśmy w związku z tym odrzucić „działanie”? Oto, co słyszymy nieustannie, gdy prezentuje się radykalne poglądy. To tak, jakby polityka była jedyną metodą działania. Wierzę, że anarchia implikuje przede wszystkim „sprzeciw sumienia”. Wobec wszystkiego, co czyni nasze społeczeństwo kapitalistycznym (lub zdegenerowanym socjalistycznym) i imperialistycznym (w równym stopniu burżuazyjnym, komunistycznym, białym, żółtym czy czarnym). Sprzeciw sumienia nie może ograniczać się jedynie do sprzeciwu wobec służby wojskowej, jest to sprzeciw wobec wszystkich wymogów i zobowiązań narzucanych przez nasze społeczeństwo. Sprzeciw wobec podatków i równie dobrze wobec szczepień, obowiązkowego szkolnictwa itd. Oczywiście jestem przychylnie nastawiony do szkolnictwa, ale pod warunkiem, że jest ono prawdziwie dostosowane do dzieci i nie jest „obowiązkowe” w sytuacji, kiedy dziecko wyraźnie „nie jest stworzone” do przyswojenia danych intelektualnych: należy kształtować szkolnictwo zgodnie z talentami dzieci. Co do szczepień, myślę o [pewnym] znaczącym przypadku. Mój przyjaciel (doktor prawa i licencjat matematyki, któremu blisko do anarchizmu), zdecydował się na powrót na wieś. Taki prawdziwy powrót. W Górnej Loarze, bardzo trudnym regionie, od 10 lat hoduje bydło na wyżynach. Tylko że (i dlatego właśnie opowiadam jego historię), sprzeciwił się obowiązkowemu zaszczepieniu całego swojego stada przeciw pryszczycy, twierdząc, że nie ma żadnej przyczyny, by zwierzę hodowane troskliwie i z dala od innych stad zaraziło się pryszczycą. W tym momencie właśnie historia staje się ciekawa: Został ukarany przez oficjalne służby weterynaryjne, które wystawiły mu mandat. Wniósł wówczas sprawę do sądu, gromadząc pokaźną dokumentację, w szczególności na temat szkodliwości szczepionek i wypadków związanych z ich stosowaniem. Przegrał w pierwszej instancji. Odwołał się od wyroku, uzyskał raporty biologów i uznanych weterynarzy, a sąd apelacyjny triumfalnie oczyścił go z zarzutów. To bardzo dobry przykład na to, w jaki sposób możemy odnaleźć coś na kształt przestrzeni wolności w kleszczach aktualnych uregulowań prawnych. Trzeba być zmotywowanym i nie rozpraszać swoich wysiłków: należy zaatakować w jednym punkcie i wygrać, odpierając administrację i jej prawa. Mieliśmy porównywalne doświadczenie w naszej walce przeciwko Międzyministerialnej Komisji Zagospodarowania Wybrzeża Akwitanii. Za cenę ogromnych wysiłków udało się nam powstrzymać pewną liczbę projektów, które mogły się okazać katastrofalne dla lokalnej ludności, ale trzeba było wielu procesów sądowych, a nawet (wystąpień) przed Radą Stanu. Oczywiście są to tylko małe akcje, ale jeśli podejmiemy ich wiele, jeśli pozostaniemy czujni, możemy doprowadzić do zmniejszenia wszechobecności Państwa. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że „decentralizacja” przeprowadzona z dużym rozgłosem przez Defferre’a znacznie utrudniła obronę wolności. Bo dziś przeciwnikiem nie jest już centralne państwo, ale wszechwładza i wszechobecność administracji. Trzeba więc starać się sprzeciwiać wszystkiemu, oczywiście także policji. Albo deregulacji procesu karnego. Należy demaskować ideologiczne kłamstwa rozmaitych władz, a w szczególności wykazać, że słynna teoria „Państwa prawa”, która usypia demokrację, jest fałszywa od początku do końca. Państwo nie przestrzega praw, które samo sobie narzuca! Wszystkie prezenty pochodzące od Państwa należy traktować podejrzliwie. Trzeba zawsze pamiętać, że ”rządzi ten, kto płaci”. Mam tu na myśli wyjątkowe przedsięwzięcie z 1956 r., jakim były kluby profilaktyczne mające zapobiegać nieprzystosowaniu młodzieży (których założeniem było, że to nie młodzież jest nieprzystosowana, ale samo społeczeństwo…). Dopóki kluby były finansowane na wiele sposobów, włącznie z subsydiowaniem, działały wspaniale i przynosiły doskonałe efekty, nie poprzez dopasowywanie młodych ludzi do społeczeństwa, ale pomagając im samodzielnie rozwijać własną osobowość i przekształcić zachowania destrukcyjne (czarne bluzy, narkotyki itp.), w zachowania konstruktywne i pozytywne. Wszystko się zmieniło, gdy państwo przejęło całkowicie finansowanie, wierząc, pod rządami ministra Mauroy, że właśnie wynalazło profilaktykę, i gdy stworzyło Narodową Radę Profilaktyki, co okazało się katastrofalne w skutkach.

Muszę tu podkreślić, że podejmując tego typu wysiłki nie można być samym. Mam tu na myśli akcję, która byłaby bardzo ważna: sprzeciw wobec podatków. Naturalnie, jeśli jeden podatnik zdecyduje się przestać płacić podatki, albo – w innym wypadku – odmówi płacenia części przeznaczonej na wydatki wojskowe, nie będzie to stanowiło żadnego problemu: zostanie on skazany, jego majątek zajęty itd. W sprawach takiego rzędu musi być nas wielu, jeśli 6 tysięcy, 20 tysięcy podatników porozumie się w takiej akcji, Państwo znajdzie się w niezręcznej sytuacji, zwłaszcza, gdy uda się pozyskać zainteresowanie mediów. Jednak wymaga to długich przygotowań, kampanii wykładów, ulotek itd. Szybsza w realizacji, lecz również wymagająca wielu zróżnicowanych uczestników jest szkoła zorganizowana przez rodziców na marginesie zarówno szkolnictwa publicznego, jak i „oficjalnego” prywatnego. Byłaby to po prostu szkoła, którą kilkudziesięciu rodziców decyduje się zorganizować między sobą, niektórzy z nich zapewniając nauczanie w znanych im dziedzinach pod nadzorem kilku osób posiadających tytuły uniwersyteckie pozwalające na nauczanie. Można również wybrać inną formułę, jak liceum Saint Nazaire, powołane do życia przez brata Cohen-Bendita, gdzie instytucja jest w rzeczywistości zarządzana przez prawdziwych reprezentantów trzech uczestniczących grup: uczniów, rodziców, nauczycieli… Za każdym razem, gdy jest to tylko możliwe, trzeba się zorganizować na marginesie władz (politycznych, finansowych, administracyjnych, prawnych itd.) na planie czysto indywidualnym. Zabawny osobisty przykład pochodzi z czasów, gdy byliśmy uchodźcami na wsi. Po dwóch latach zdobyliśmy zaufanie i przyjaźń miejscowych. Wtedy właśnie zaczęła się dziwna historia: ponieważ wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że studiowałem prawo, zaczęli do mnie przychodzić nie tylko po poradę, ale prosili także, bym decydował w kwestiach spornych i urządzał rozprawy! W ten oto sposób przyjąłem rolę adwokata, sędziego pokoju, a nawet notariusza: oczywiście te usługi (darmowe) były nic nie warte w oczach prawa, ale miały pełną wartość dla zainteresowanych stron i kiedy udało mi się otrzymać podpisy wszystkich pod pismem rozstrzygającym jakiś problem, spór itp., wszyscy uznawali je za równie solidne i prawomocne, co pismo oficjalne… Naturalnie, te skromne przykłady marginalnych akcji odrzucających władzę nie powinny skłaniać nas do zaniedbywania konieczności ideologicznego szerzenia myśli anarchistycznej. Uważam, że nasza epoka temu sprzyja, wobec obecnej całkowitej próżni myśli politycznej. Pomiędzy liberałami, którzy wciąż myślą, że są w XIX w., socjalistami, którzy nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek formą socjalizmu i komunistami, którzy są po prostu śmieszni i nie potrafią wyjść poza post-stalinizm, w obliczu związków zawodowych, które interesuje jedynie obrona korporacyjna, w tej wielkiej pustce myśl anarchistyczna ma swoje szanse, jeśli tylko się unowocześni i oprze na istniejących akceptowalnych zalążkach (jedna z frakcji ekologistów, być może nurt samorządności pracowniczej…).

Za: J. Ellul, Anarchia i chrześcijaństwo, Poznań 2015, s. 19-28

Elisee Reclus: Dlaczego anarchiści nie głosują

Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy

Krótki tekst z 1885 roku wyjaśniający dlaczego anarchiści nie głosują w wyborach.

Wszystko, co można powiedzieć na temat prawa do głosowania może zostać podsumowane jednym zdaniem...

Głosować znaczy poddać się. Wybrać pana albo kilku, na długo lub na krótko, to rezygnacja ze swojej wolności. Nazwij go monarchą absolutnym, monarchą konstytucyjnym lub parlamentarzystą, kandydat którego wynosisz na tron lub na stołek zawsze będzie twoim panem.

Są oni osobami, które stawiasz „ponad” prawem od momentu w którym obejmują władzę ustanawiania prawa oraz ze względu na to, że ich misją jest dopilnować tego żeby byli słuchani.

Głosowanie jest godne idioty.

To głupie wierzyć, że człowiek, tego samego gatunku co my, nabędzie w moment na dźwięk dzwonka wiedzę, która pozwoli mu wszystko rozumieć. Tak to działa. Wybrana przez ciebie osoba ma odpowiadać za legislację w każdej tematyce pod księżycem: jak pudełka od zapałek mają lub nie mają być produkowane, jak ma przebiegać wojna, jak poprawić sytuację w rolnictwie tudzież jak w najlepszy sposób wybić plemię Arabów lub zabić trochę Murzynów.

Prawdopodobnie wierzysz, że ich inteligencja postępuje proporcjonalnie do różnorodności tematyki z jaką mają do czynienia; jednak historia uczy inaczej.

Posiadanie władzy wpływa destrukcyjnie; parlamenty zawsze tworzyły nieszczęścia.

W zgromadzeniach rządowych, w fatalny sposób, zwycięża wola tych poniżej średniej, zarówno moralnej jak i intelektualnej.

Głosowanie, to przygotowywanie haniebnej zdrady i zdrajców.

Wyborcy z pewnością wierzą w szczerość kandydatów i ma to miejsce do pewnego momentu, podczas gdy zapał i żar współzawodnictwa pozostaje.

Ale każdy dzień ma swoje jutro. I tak szybko jak zmieniają się warunki tak samo zmieniają się ludzie. Dziś twój kandydat kłania się tobie nisko; jutro powie ci „tfu”. Z łowcy głosów przeistoczy się w twojego pana.

Jak pracownik, włączony przez ciebie w poczet klasy rządzącej, może być taki sam jaki był wcześniej, skoro od teraz może działać na takich samych warunkach jak inni rządzący? Spójrz na służalczość któregokolwiek z nich wymalowaną na twarzy po złożeniu wizyty u „magnata przemysłu” lub gdy król zaprasza go do sieni swojego dworu!
Atmosfera „Domu” Parlamentu nie jest przeznaczona na głębokie oddychanie, jest to atmosfera korupcji. Jeśli wyślecie jednego z nas do tego obrzydliwego miejsca, nie możecie być zdziwieni, gdy wraca potem w zgniłej kondycji.

Dlatego też nie porzucajcie swojej wolności.

Nie głosujcie!

Zamiast powierzania kwestii obrony swojego interesu Innym, spójrzcie na tę kwestię samodzielnie. Zamiast wybierać doradców, którzy poprowadzą cię w przyszłości do akcji, weźcie sprawy w swoje ręce i zróbcie to teraz! Ludzie dobrej woli nie będą długo szukali szansy bezowocnie.

Zwalanie na czyjeś barki odpowiedzialności za swoje działanie jest tchórzostwem.

Nie głosujcie!

Elisee Reclus (1830-1905) - francuski geograf i anarchista. Członek I Międzynarodówki, uczestnik Komuny Paryskiej. Jeden z pierwszych zwolenników odrzucenia anarcho-kolektywizmu i poparcia anarcho-komunizmu w ruchu anarchistycznym.

http://cia.media.pl/aleksiej_borowoj_w_kwestii_parlamentaryzmu

Haga. Eksmisja skłotu DE VLOEK

Publicystyka

9 WRZEŚNIA HOLANDII PRZEPROWADZONO EKSMISJE SKŁOTU DE VLOEK W HADZE- 5 OSÓB ZATRZYMANYCH CZEKA NA WYROK W ARESZCIE

Tzw. piątkę z Vloek oskarżono o złamanie przepisów przeciwko skłotingowi (artykuł 138a) oraz o naruszenie porządku publicznego (artykuł 141). Dodatkowo zidentyfikowano szóstą osobę, która z początku nie podała swoich danych osobowych - sąd doraźny skazał ją na 500 euro grzywny za złamanie przepisów antyskłotingowych i zwolnił z aresztu. Pozostałych zatrzymanych tego dnia zwolniono w ciągu 24 godzin, wyznaczywszy im termin rozprawy. Hascy skłotersi organizują akcje wsparcia pięciu zatrzymanych, którzy nadal przebywają w zamknięciu. Oczekują oni na rozprawę, która odbędzie się 23 września w Hadze.

W oświadczeniu wydanym 12 września obrońcy skłotu de Vloek piszą, co następuje:

De Vloek, mieszczące się w porcie Scheveningen, zajęto 13 lat temu. W trakcie szeregu ostatnich akcji, które przeprowadzono przez ponad rok, De Vloek walczył przeciwko wyburzeniu oraz przeciw jupifikacji [od ang. yuppie] portu. De Vloek dawało przestrzeń artystom i organizacjom non-profit, a odwiedzały je setki osób każdego tygodnia. Antykapitalistyczne centrum społeczne w duchu "zrób to sam". W środę [9 września] inicjatywę tę poddano eksmisji w wykonaniu służalczych psów, by oczyścić miejsce pod prestiżowy projekt służący elicie.

W czwartek 3 września De Vloek ogłosiło swoją niepodległość od Królestwa Niderlandów, zakładając Niezależną Strefę Autonomiczną De Vloek. W ciągu kolejnych kilku dni, przy pomocy barykad i farb, De Vloek okazało zamiar samoobrony przed eksmisją i brak woli poddania się bogaczom. Eksmisja De Vloek zaczęła się w środę rano inwazją na port. Na samej tylko ulicy Hellingweg, przy której stało De Vloek, pojawiło się 15 busów prewencji ME, 2 ciężarówki BRATRA (oddziału z bronią, gazem), 2 pojazdy z armatkami wodnymi, oddział sił specjalnych oraz wszelaki sprzęt policyjny w drodze na de Vloek. Tam przywitały je farby i hasła. Stawiwszy opór na dachu, aktywiści zeszli do zabarykadowanego budynku, gdzie ostatecznie pięciu wycięto z zabezpieczeń i zatrzymano.

Na dachu byłego Piratenbaru (sali koncertowej de Vloek) dwójka piratów z flarami stała dzielnie na bocianim gdzieździe. Dopiero po dwóch godzinach, przy pomocy dźwigu, oddziałowi BRATRA udało się tam dotrzeć. Usunąwszy tych piratów, policja orzekła triumfalnie, że budynek jest opróźniony z ludzi... nie wiedzieli jednak, że 3 metry pod ziemią przykuła się dwójka pozostałych aktywistów. Ostatniego działacza zatrzymano dopiero po 12 godzinach i wielokrotnej wymianie tarcz w policyjnych szlifierkach kątowych.

Chcemy podkreślić, że w stronę policji nie rzucono przedmiotów ze szkła ani kamieni. Twierdzenia policji są kłamstwem. Uważamy za oczywiste, że celem rozpowszechnienia tych kłamstw było usprawiedliwienie absurdalnej skali obecności policji. Przez co najmniej tydzień przed eksmisją policja obsługiwała stały punkt obserwacyjny w budynku mieszkalnym naprzeciwko De Vloek. Na tym samym budynku w trakcie eksmisji działacze z bocianiego gniazda wyraźnie widzieli snajpera. Do zatrzymywanych przed budynkiem policjanci krzyczeli, że "strzelą do każdego, kto stawi opór". Ponadto policjanci przebili dach półtorametrowym prętem wiedząc, że pod nim znajdują się ludzie.

Fałszywe zeznania policji, jak również rozwiezienie "piątki z Vloek" po różnych aresztach w Holandii, należą do taktyk represyjnych. Kryminalizacja i rozbicie grupy mają złamać naszą solidarność. Nie damy się jednak zastraszyć i zapowiadamy dalszą walkę. Opór przeciwko eksmisji De Vloek oraz przeciw budowie służącej elicie uważamy za uzasadniony i konieczny.

Nie pozwolimy władzy złamać naszej solidarności. W pełni popieramy "piątkę z Vloek" i domagamy się ich natychmiastowego uwolnienia. Dopóki to nie nastąpi, wzywamy wszystkich do okazania solidarności. Niech usłyszą nas na ulicach i w więzieniach.

Na podstawie:
devloek.nl
https://www.facebook.com/devloek?ref=ts&fref=ts

Kanał XML