Dodaj nową odpowiedź

O pewnej ekspedycji, w celu Polski ratowania obmyślonej, na którą w ostatniej chwili załapał się Michał Bakunin

Publicystyka

W drugiej połowie wieku dziewiętnastego teoria ruchów emancypacyjnych nierozerwalnie splata się z praktyką, zaś proces ten nigdzie nie jawi się z równą intensywnością i jasnością jak w przypadku Bakunina. Oto relacja z wydarzeń, które bardziej pasują do scenariusza filmu z gatunku ”płaszcza i szpady” niż do historii życia kogoś, w kim chcielibyśmy widzieć, a wielu widzi, myśliciela o niezwykłej wprost przenikliwości oraz twórcę ważnego dla rozwoju myśli polityczno-społecznej wieku dziewiętnastego.

W liście do Ogariowa i Hercena, wysłanym 31 marca 1863 roku z Halsingborga, Bakunin zdaje relacje z nieudanej wyprawy morskiej, mającej na celu wspomóc polskich powstańców w walce o niepodległość, a skierowanej przeciw germańsko-tatarskiemu, bo przecież nie rosyjskiemu, carowi. Dopiero dwa lata wcześniej udało mu się wydostać z syberyjskiego zesłania, na którym przebywał w latach 1857-1861, i powrócić, przez Japonię, San Francisco i Nowy Jork, do Europy. Nie byłby jednak sobą, gdyby na wieść o szykującym się działaniu, które choćby tylko z pozoru przypominało akt rewolucyjny, bez wahania i zbędnego roztrząsania sprawy się do niego nie przyłączył.

Bakunin, przebywający wówczas w Sztokholmie, otrzymał depeszę od Josepha Carda (pseudonimem tym posługiwał się Józef Ćwierczakiewicz, agent Centralnego Komitetu Narodowego w Anglii), w istocie pochodzącej od Hercena (albo tak się tylko Bakuninowi zdawało), w której ten informuje go o wyprawie i namawia do uczestnictwa, 22 marca o trzeciej po południu, a zatem już po wypłynięciu statku z Londynu. W tej sytuacji Bakunin rozpoczyna wyścig z czasem. Jedynym sposobem na przedostanie się ze Sztokholmu do Halsingborga jest podróż przez Goteborg. Trudność polegała na tym, że połączenie kolejowe pomiędzy Sztokholmem a Goteborgiem obsługiwał tylko jeden pociąg, co gorsza odchodzący każdego dnia rano. Dlatego też Bakunin stracił całą noc i do pociąg wsiadł dopiero 23 marca o ósmej rano. Podróż koleją do Goteborga zajęła mu jedenaście godzin – na miejscu znalazł się o 9 wieczorem. Tutaj natknął się na kolejne utrudnienie – jedynym środkiem lokomocji, mogącym zabrać go do Halsinborga, był dyliżans, na który musiał czekać cały następny dzień, w związku z czym na miejsce dotarł dopiero 26 marca wieczorem, a zatem na trzeci dzień od otrzymania depeszy. Na miejscu czekali już na niego, od ponad doby, jego nowi towarzysze na pokładzie angielskiego parostatku Ward Jackson.

Sposób, w jaki został powiadomiony o wyprawie, nie przypadł, rzecz jasna, Bakuninowi do gustu. Skarży się Ogariowowi i Hercenowi, do których list jest adresowany, że potraktowali go niepoważnie: postąpiliście ze mną jak z dzieckiem, uprzedziwszy mnie w ostatniej dopiero chwili – i jak sami widzicie, zbyt późno – krótką depeszą, że mam się udać tam a tam. Tymczasem ekspedycja przygotowywana była od miesiąca z górą i mieliście dość czasu, żeby szczegółowo i jasno powiadomić mnie o wszystkim, a nie robiąc tego, przynieśliście dużą szkodę samej ekspedycji[1]. Zżyma się na brak zaufania, jaki mu okazano, a także brak szacunku ze strony starych przyjaciół. Dosyć ostro wyraża swe niezadowolenie i zawiedzione zaufanie, z czego wycofuje się później w liście z 9 kwietnia, w którym, w sposób dość niefortunny, tłumaczy się z ostrości niektórych swych zarzutów (chodzi przede wszystkim o sugestię, że to on, Michał Bakunin, gotów jest poświęcić więcej dla sprawy rewolucji, niż Ogariow i Hercen, co najwyraźniej mocno ich dotknęło i zabolało): Uwierzcie mi przyjaciele, bo to prawda. Zresztą bylem rozdrażniony nie otrzymawszy od żony ani słowa, było mi smutno i ciężko, wstałem z łóżka i napisałem głupio, wybaczcie[2].

Wróćmy jednak do historii. Miejsce spotkania zostało wybrane niefortunnie nie tylko z uwagi na trudności komunikacyjne, z którymi zmierzyć się musiał Bakunin. O wiele groźniejszym dla powodzenia misji okazał się fakt, że Halsinborg znajdował się, zdaniem Bakunina, w samym centrum rosyjskiej siatki szpiegowskiej, w związku z czym ekspedycja niejako sama prosiła się o demaskację (jak się później okaże, rosyjscy szpiedzy dowiedzieli się o niej, śledzili ją i kontrolowali już w samym Londynie). Co więcej, szalejąca w owym czasie burza zmusiła statek i ekspedycję do pozostania w porcie jeszcze kolejne dwie doby.

Ekspedycja pod przywództwem Teofila Łapińskiego, wojskowego dowódcy ochotników, oraz Józefa Błażeja Dementowicza, komisarza rządu powstańczego, rozpoczęła się wraz z wezwaniem z Paryża polskich emigrantów w dniu 14 marca. Bakunin skarży się w swym liście, że wyprawa była od samego początku źle zorganizowana: ochotnicy pojawili się zanim udało się wynająć jakikolwiek statek, tak więc musieli czekać na wypłynięcie cały tydzień, do 21 marca, co sprawiło z kolei, że wszelkie zabiegi mające na celu zachowanie tajności misji oraz utrzymanie konspiracji spełzły na niczym (jak określa to sam Bakunin, z misji uczyniono “publiczną tajemnicę”). Na domiar złego z niewiadomych przyczyn szef wyprawy, Demontowicz, pozbawiony był kopii umowy i wykazu ładunku, tj. broni i amunicji wysłanej parostatkiem[3], co czyniło go absolutnie bezbronnym nie tylko w przypadku kontroli morskiej lub portowej, ale również jakiejkolwiek różnicy zdań z kapitanem statku, o którym parę słów jeszcze powiemy. W tym miejscu warto nadmienić, co znajdowało się w ładowniach rzeczonego parostatku. Pod pokładem ukryte zostało około sześciuset beczek prochu oraz tysiąc dwieście sztuk amunicji – arsenał ten przeznaczony był dla walczących powstańców, bowiem liczba ochotników biorących udział w misji była zdecydowanie mniejsza – ekspedycja liczyła sobie około dwieście osób.

Kilka słów o głównych bohaterach wydarzeń. Bakunin żywił sympatię jedynie wobec Dementewicza, którego określił jako szlachetnego, ale niestety złamanego nieszczęściem i dolegliwościami[4]. Jego choroba musiała być w istocie poważna, bowiem Bakunin pisze, że ledwo był się on w stanie poruszać i mówić. Wydaje się, że tak przychylny stosunek anarchisty do komisarza rządu powstańczego mógł wynikać z pozytywnego podejścia tegoż do sprawy Rewolucji Socjalnej. O drugim z polskich przywódców, Łapińskim, Bakunin zdanie miał zdecydowanie gorsze. Nie odmawiał mu dzielności ani zręczności zawodowego żołnierza, jednak odrzucała go “elastyczność” jego sumienia, a przede wszystkim jego “patriotyzm” w tym sensie, że żywi [on] bezlitosną i niezwalczoną nienawiść do Rosjan, jako wojskowy zaś zawodowo nienawidzi każdego, nawet swojego własnego narodu i pogardza nim[5]. Relacje pomiędzy dwoma polskimi przywódcami jawią się, jak wynika z listu Bakunina, jako bardzo napięte. Łapiński zazdrościł i nienawidził Dementewicza do tego stopnia, że Bakunin utrzymuje, że skorzysta z pierwszej lepszej sposobności, pierwszego lepszego powodzenia, by go zniszczyć[6]. Dementewicz zdawał sobie z tego sprawę, unikał więc jakiegokolwiek kontaktu ze swym współtowarzyszem tak bardzo, że nie brał nawet, w obawie przed otruciem, żadnego posiłku z jego ręki. Bakunin: Ładna ekspedycja, gdzie dwaj główni przywódcy, od których zgodności postępowania zależy powodzenie, są w takich stosunkach![7] Inni członkowie ekspedycji również kłócili się pomiędzy sobą, nawzajem szpiegowali i obmawiali za plecami, tworzyli wzajemnie zwalczające się koterie.

Od samego początku swego pierwszego listu Bakunin określa ekspedycję jako “świetnie pomyślaną, ale nieprawdopodobnie źle wykonaną” (w dalszych częściach listu zradykalizuje swą ocenę twierdząc, że ekspedycja zorganizowana została ze zbrodniczą lekkomyślnością i niedbalstwem[8]), a przede wszystkim opóźnioną. Opóźnienia te były zabójcze dla powodzenia misji, każdy kolejny dzień czynił jej powodzenie coraz bardziej wątpliwym (wraz z topnieniem lodów coraz większa liczba rosyjskich krążowników patrolowała Morze Bałtyckie). Pierwsze opóźnienie spowodowane było niemożnością wynajęcia statku (a zatem logiką rynku), drugie – długotrwałą i potężną burzą (prawami przyrody). Jednak wszystkie kolejne opóźnienia Bakunin kładzie na karb stałych działań sabotażowych, prowadzonych przez kapitana statku. Jak podkreśla, całe powodzenie misji zależne było przede wszystkim od wyboru dobrego i śmiałego kapitana, którego zdecydowanie miało odegrać kluczową rolę. Niestety, wybrano powszechnie znanego tchórza i nicponia, grzebiąc w ten sposób wszystkie szanse powodzenia wyprawy[9]. Co więcej, zaufano mu bezgranicznie, a co za tym idzie nie wymagano odeń dopełnienia wszelkich oficjalnych czynności, ze spisaniem umowy oraz rejestru załadunku na czele. To właśnie te nieodpowiedzialne działania zaowocowały, zdaniem Bakunina, fiaskiem wyprawy, a także stanowiły przyczynę wszystkich mających nadejść perypetii.

Kapitan ów, którego perfidia dorównywała jedynie podstępności, do momentu wpłynięcia do portu w Halsingborgu zachowywał się jakoby wzorowo, a także wyrażał najgorętsze poparcie dla sprawy bojowników, których przewoził. Piszę “jakoby”, bowiem, jak pamiętamy, Bakunin właśnie dopiero w Halsingborgu dołączył do ekspedycji, a zatem jego świadectwo musiało pochodzić z tego, co sam zasłyszał, lub co opowiadali mu ci, którzy wypłynęli z Londynu. Oddajmy głos Bakuninowi piszącemu o kapitanie:

W Halsingborgu raptem zmienił się. Tutaj po raz pierwszy oświadczył, że naraża się na wielkie niebezpieczeństwo ze strony rosyjskich krążowników, z którymi może się spotkać, bo nie chcąc opóźniać ekspedycji jeszcze o kilka dni, nie wziął wymaganych dokumentów ani na ładunek, ani na dowództwo. Przedtem nikomu o tym nie mówił, ale przypomniał sobie o tym dopiero w Halsingborgu – z początku mówiąc o karze wysokości 500 funtów szterlingów, na którą może się na razić skutkiem takiego niedbalstwa – ale kiedy mu odpowiedziano, że Polacy zwrócą mu ten koszt, jeżeli ekspedycja się uda, wtedy dopiero zaczął mówić o szubienicy i Syberii; pod różnymi pozorami zatrzymał nas przy tym w Halsingborgu 26-go i 27-go i dopiero 28-go o pierwszej po południu zdołaliśmy skłonić go do zabrania nas na statek[10].

Kontrrewolucyjna działalność kapitana parostatku nie ograniczała się do stawiania biernego oporu, opóźniania wyprawy oraz sabotowania jej strony oficjalnej (brak dokumentów). Będąc doświadczonym już, a co za tym idzie, wytrawnym rewolucjonistą, Bakunin bez trudu odkrył inne, o wiele groźniejsze dla powodzenia wyprawy, machinacje kapitana. Dzięki pomocy kelnera miejscowego hotelu Bakunin odkrywa, że kapitan skontaktował się z owego hotelu właścicielem, ten zaś z konsulem rosyjskim, którego był starym przyjacielem. Wspólnie, to jest właściciel hotelu oraz konsul, zaraz po rozmowie z kapitanem telegrafowali w niewiadomym celu do poselstwa rosyjskiego w Sztokholmie. Wszystkie te wiadomości uzyskał Bakunin od dzielnego, acz anonimowego kelnera, który tym samym dołożył maleńką cegiełkę do wielkiej sprawy wyzwolenia Polski oraz obalenia rosyjskiego, choć w istocie germańsko-tatarskiego cara. Wystarczyły one, by stwierdzić, że opóźnienie wyjścia z portu jest intencjonalnym działaniem kapitana, mającym na celu zapewnienie czasu ambasadzie rosyjskiej w Sztokhomie na przygotowanie zasadzki.

To jednak nie wszystko. Zdradliwy kapitan nie ograniczał się już do biernego szkodzenia ekspedycji – rozpoczął podburzanie swej własnej załogi przeciw powstańcom. Człowiek ów był, jeśli wierzyć relacji Bakunina, całkowicie pozbawiony honoru: gdy mówiliśmy z nim zarzucając mu dwulicowość, odpowiedział nam ze łzami w oczach, zapewniając o swej wierności dla sprawy.[11] W takiej sytuacji trzeba było coś zmienić, zrobić coś, co wywiodłoby w pole rosyjskie służby, a także obróciło w niwecz kapitańskie machinacje. Bakunin wraz ze swymi towarzyszami broni opracował błyskotliwy plan: Postanowiliśmy namówić kapitana, aby zawiózł nas na Gotland. W razie opuszczenia Sundu mieliśmy zamiar mówić z kapitanem z rewolwerem w ręku i oświadczyć mu, że w imię własnego ocalenia musi wypełnić swe zobowiązania. Gdy przybyliśmy do Gotlandu, chcieliśmy wysłać na rekonesans dwie łódki rybackie z naszymi ludźmi, jedną na brzeg rosyjski, między Połagą a Libawą, drugą – na pruski brzeg, między Połagą a Kłajpedą, wejść w styczność z naszymi przyjaciółmi, którzy bez wątpienia nas oczekiwali, i przy ich pomocy za wszelką cenę wykonać to, co było zamierzone[12]. W przypadku, gdyby doszło na morzu do spotkania z jakimś rosyjskim statkiem, spiskowcy planowali następujący przebieg zdarzeń: z początku spróbujemy walki wręcz, a w razie przegranej wysadzimy się wraz z nimi w powietrze[13]. Plan wyglądał zatem następująco: sterroryzować kapitana, zmusić go do popłynięcia w żądanym kierunku, a wreszcie podzieliwszy się na dwie grupy wylądować gdzieś w dawnej Polsce i mieć nadzieję, że ktoś przyjaźnie nastawiony ich tam znajdzie. A potem zrobić swoje. Co dokładnie – nie wiadomo. Gdyby nie fakt, że tego typu rozpaczliwe i na pierwszy rzut oka idiotyczne pomysły kończyły się powodzeniem zarówno w niedalekiej przeszłości (Garibaldi i “Wyprawa Tysiąca” na Sycylię w roku 1860), jak i udadzą się w przyszłości (bracia Castro na Kubie w grudniu 1956 roku), można by wątpić nie tylko w inteligencję członków ekspedycji, ale w ich zdrowy rozsądek.

Wróćmy jednak do wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości (a ta odbiegała od nakreślonego powyżej scenariusza). Plan Bakunina oraz Polaków, którym towarzyszył, spalił na panewce, bowiem demoniczny kapitan, albo z własnej nieprzymuszonej woli, albo z rozkazu swych rosyjskich mocodawców, nie zawinął do Gotlandu, ale do Kopenhagi, jakoby w celu uzupełnienia zapasów słodkiej wody. Powód musi się nam wydać nieprawdopodobnym, w czym zgodzimy się z Bakuninem, bowiem nic nie stało na przeszkodzie, by zapas ów uzupełnić podczas czterodniowego postoju w Halsingborgu. Tuż po zacumowaniu kapitan udał się do miasta pod nieznanym nam, niestety, pretekstem i już nie wrócił. Następnego dnia Bakunin dowiedział się, że w rzeczywistości kapitan udał się do posła angielskiego w Kopenhadze, Sir Pageta, gdzie, jak wspomina Bakunin, starał się oczerniać nas w jego oczach. Kapitan zapewniał posła, że jesteśmy barbarzyńcy, zbóje, którzy brutalnością i gwałtem wywołali szlachetne oburzenie u brytyjskich marynarzy, wobec czego zbuntowali się przeciw jemu samemu i stanowczo nie zgadzają się płynąć dalej i teraz on, kapitan, mimo najlepszych chęci nie jest w stanie wykonywać warunków umowy[14]. Na szczęście Sir Paget nie uwierzył w ani jedno słowo kapitana. Panowie różnili się jedynie co do oceny jego motywów. Sir Paget odrzucał przekonanie Bakunina, zgodnie z którym kapitan bez żadnych wątpliwości był rosyjskim agentem, i przypisywał jego działania podłemu tchórzostwu, którym ów miał się charakteryzować.

Niezależnie od oceny motywów, które kierowały kapitanem, ekspedycja w praktyce zakończyła się wraz z przybiciem do portu w Kopenhadze. Na statku, prócz powstańców, pozostało jedynie dwóch marynarzy (starszy maszynista oraz duński pilot) – inni uciekli, w czym maczał palce, według Bakunina, zdradziecki kapitan. W związku z niebezpieczeństwem zatrzymania całego ładunku, a zatem amunicji i broni, a także samych członków ekspedycji przez podległe politycznie Rosji władze duńskie, spiskowcy zdecydowali się wypłynąć do szwedzkiego portu Malmo. Tam dobiegła końca owa groteskowa w swej istocie inicjatywa.

Historia owej wyprawy nie kończy się jednak wraz z jej porażką. Rozpoczyna się jej oczywisty epilog: szukanie winnych. Bakunin zostaje jedynym z oskarżonych o fatalny koniec tego fantazyjnego przedsięwzięcia. Tym, który go obwinia jest Ćwierczakiewicz, ten sam, który pod pseudonimem Jospeh Cord poinformował go o całej akcji. Zarzuca on Bakuninowi przyczynienie się do niepomyślnego zakończenia ekspedycji na dwa sposoby: po pierwsze, poprzez sprowadzenie niejakiego pana Kalinki do Halsingborga, po drugie zaś, poprzez niezgodne ze sobą i niebezpieczne rady, których, nie proszony o nie, udzielał[15]. Na owe zarzuty Bakunin odpowiedział “Zaświadczeniem”, jakie wydali mu panowie Józef Demontowicz oraz pułkownik Łapiński w Sztokholmie, dnia 20 kwietnia roku 1863. W piśmie tym stwierdza się, że obecność pana Kalinki, wysłannika Litwy negocjującego ze Szwecją, nie mogła mieć żadnego wpływu na powodzenie ekspedycji. Co więcej, przywódcy wyprawy deklarują, że p. Bakunin nigdy nie brał udziału w naszych naradach, ponieważ go nie zapraszaliśmy, rady zaś jego dalekie były od tego, by nam szkodzić, wręcz przeciwnie, miały na celu powodzenie naszego przedsięwzięcia. Fiasko wyprawy zrzucają na karb opóźnień, a także braku odpowiedniej dyskrecji podczas londyńskich przygotowań.

Sam Bakunin również ma swoje podejrzenia, dotyczące prawdziwych przyczyn porażki. Jego zdaniem wszystkiemu winien jest Ćwierczakiewicz. To nie kto inny, ale właśnie on zapomniał, czy też nie chciał, jak mówią, dać Dementowiczowi kopii umowy [zawartej z kapitanem statku] ani nawet rejestru ładunku, by mógł wykazać się prawem własności. Tak, nasz Ćwierczakiewicz wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, daj Boże, żeby łatwo było mu się z tego wytłumaczyć[16]. Niedostarczenie powyższych dokumentów oznaczało narażenie całej misji na wielkie niebezpieczeństwo, było skrajną nieodpowiedzialnością, o ile nie sabotażem. Nieodpowiedzialność przeradza się w zadziwiającą głupotę, która skłaniać musi do opowiedzenia się za hipotezą o sabotażu w świetle następujących faktów: otóż Kopenhaska firma Hansen et Co jest agenturą angielskiej kompanii, z którą Ćwierczakiewicz podpisał umowę na wynajem parostatku wraz z załogą i kapitanem, ale nie tylko. Jest ona również agenturą rosyjskiej floty wojennej, zajmującą się przede wszystkim dostarczaniem jej węgla. Czysty zbieg okoliczności? Bakunin zdaje się sugerować coś innego.

Wydaje się, że jego zdaniem Ćwierczakiewicz grał rolę podwójnego agenta, dążącego do sabotowania wyprawy. To on wynajął podstępnego kapitana w kompanii, którą łączą niejasne związki z rosyjską marynarką wojskową. Praktycznie od samego początku kapitan działa przeciw ekspedycji, starając się jednocześnie zachować wszelkie pozory lojalności. Jednakże po to, by jeszcze bardziej opóźnić rejs, Ćwierczakiewicz nadaje depeszę do Bakunina, wzywając go do przyłączenia się, a jednocześnie wyznacza tak odległe i niewygodne w dotarciu miejsce spotkania, że statek zmuszony jest na Bakunina czekać. Być może to również on, jako organizator, stoi za doborem kompanii, która cierpi na brak jasnego i zdecydowanego przywództwa, a także, poza najmłodszymi jej uczestnikami, jest ewidentnie zdemoralizowana. Wszystko zatem wskazuje przeciw niemu. I jeszcze te śmieszne zarzuty, jakoby jego rady były niezgodne ze sobą i niebezpieczne.

To właśnie ze względu na owe zarzuty historia ta wydaje mi się tak ciekawa. Wabi ona oczywiście urokiem romantycznej przygody, komediowością niektórych epizodów, nierealnością zamierzeń powstańców, cudownym rysem Polaków – emigrantów, powielających wszelkie dotyczące nas stereotypy. Jednak to ów zarzut, jaki Ćwierczakiewicz stawia Bakuninowi, a dotyczący sposobu jego myślenia (bo przecież rady, jakich ktoś udziela, są niczym innym, jak wyrazem sposobu, w jaki postrzega ona świat, a co za tym idzie, również myśli) sprawia, że owa historia staje się czymś na kształt średniowiecznego exemplum, w którym, niczym w soczewce, skupia się istota postaci, jaką był Bakunin. Wewnętrzna sprzeczność i niebezpieczeństwo, wiążące się z destrukcyjnym oddziaływaniem, oto obraz myśli Bakunina, a wręcz jego samego. Zapewne to nie on odpowiedzialny był za fiasko ekspedycji, to jednak właśnie ekspedycja ta stanowić może parabolę bakuninowego myślenia, miotającego się po odmętach sensu, bez ustanku zmieniającego swój kierunek, wpadającego w tworzone przez siebie wiry, z których łatwiej jest się na moment wynurzyć, niż ostatecznie się im wymknąć.

Genialnym intuicjom towarzyszą koncepcje sugerujące absolutny brak zdrowego rozsądku autora. Ten hierofanta i prorok, jak nazywa go Marks, gotów jest w jednym zdaniu ogłosić wielką czerwoną rewolucję geologiczną, by w następnym z niezwykłą przenikliwością przewidywać w niedalekiej przyszłością wzrost znaczenia transportu powietrznego. Czasem wydaje się, że jego myśl nie robi sobie nic z wymogów klasycznej logiki – na przykład wtedy, gdy przekonująco przedstawia koncepcję zależności pomiędzy potęgą państwa a jego dostępem do morza i na tej podstawie tłumaczy nagły wzrost potęgi Prus takowego dostępu długotrwałym brakiem. Niekiedy wreszcie skłonny jest wierzyć, że zrozumiał ostatecznie rzeczywistość go otaczającą i odkrył, że rządzi się ona właściwie tylko jednym prawem – prawem negacji: coś, co na początku jest A, na końcu musi stać się nie-A. I tak Grecy rozpoczynający od praktycznego myślenia o otaczającym ich świecie, kończą na stworzeniu państwa idealnego. Natomiast Niemcy, wychodzący od idealistycznej metafizyki, kończą na materialnym wyzysku i brutalnej represji.

Powierzchnia morza, szczególnie zaś wzburzonego zimowymi podmuchami Bałtyku, nie skłania do przeglądania się w nim, na pewno zaś nie jest przejrzyste. Ale właśnie dlatego jego obraz tak dobrze odzwierciedla wnętrze umysłu Bakunina. Niewiele w nim widać, choć siejąc na plażach bursztyny, niejeden obiecuje skarb, z pewnością też niejeden ukrywa. Mimo to najczęściej ofiarowuje dzielnemu poszukiwaczowi skarbów starą plastikową butelkę lub gorszą połowę jakiejś chińskiej zabawki. Przy ujściu Wisły woda miesza się z mułem tak, że trudno jest jedno od drugiego odróżnić, substancje nie są tylko sobą samymi, ale stają się jednocześnie samymi nie-sobą. Aż trudno uwierzyć, że Bakunin był potomkiem bojarów, nie zaś córką rybaka.

[1] Bakunin, Dzieła wybrane, Tom 2, red. H. Tempkinowa, Warszawa 1965, str. 387.

[2] tamże, str. 389.

[3] tamże, str. 381.

[4] Tamże, Tom 2, str. 390.

[5] Tamże.

[6] Tamże.

[7] Tamże.

[8] Tamże, str. 386.

[9] Tamże, str. 381.

[10] Bakunin, Tom 2, str. 382-383.

[11] Tamże, str. 383.

[12] Tamże, str. 384.

[13] Tamże, str. 386.

[14] Tamże, str. 384.

[15] Tamże, str. 392.

[16] Tamże, str. 386.

Autor: Krzysztof Wolański
Źródło: orgiamysli.pl

Odpowiedz



Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.


*

  • Adresy www i e-mail są automatycznie konwertowane na łącza.
  • Możesz używać oznaczeń [inline:xx] żeby pokazać pliki lub obrazki razem z tekstem.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <ul> <ol> <li> <blockquote> <small>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.