Publicystyka
Polski patent likwidacyjny
Czytelnik CIA, Sob, 2012-04-28 09:15 Publicystyka | Tacy są politycy | TransportZacznę nietypowo swój tekst, a nawet dość prowokacyjnie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Prawie dwa wieki temu na dworze berlińskim króla Fryderyka Wilhelma III, wychowywał się pewien jasnowłosy chłopiec, był drugim synem pruskiego monarchy. Od nastoletnich lat wykazywał miłość do deski kreślarskiej, uwielbiał przedmioty techniczne, nauki humanistyczne nienawidził.
Wiele lat później zostanie królem Prus, a potem cesarzem Niemiec. Politykiem był marnym, ale Wilhelm I Hohenzollern pozostawił po sobie liczne linie kolejowe, które po dziś dzień oplatają zarówno obecne Niemcy, jaki nasze ziemie zachodnie (województwa zachodniopomorskie, kujawsko pomorskie, pomorskie, lubuskie, dolnośląskie, opolskie oraz śląskie) i dawne Prusy Wschodnie (województwo warmińsko – mazurskie). Dziś linie we wspomnianych wyżej województwach podzieliły w większości przypadków wspólny los z innymi liniami kolejowymi reszty kraju, gdzie wyglądają jak po zrzuceniu bomby atomowej. Co takiego się stało, że nie ma już większości z tych linii oraz infrastruktury, która istniała jeszcze tak niedawno i była naszą wspólną własnością. Jest to nie tylko efekt zaniedbania włodarzy PKP, również następujących po sobie ministrów transportu III RP, którzy obecnie dbając o swój medialny wizerunek oraz swoje polityczne zaplecze, nawzajem przerzucają na siebie odpowiedzialność za degradację polskiej kolei.
Niestety zawinili tu również mieszkańcy, którzy z zamkniętych linii uczynili sobie źródło dochodu, sprzedając w okolicznych skupach złomu części torów, mocowania oraz śruby, nie mówiąc o innych metalowych elementach około infrastrukturalnych. Nie próbuję ich usprawiedliwiać, jednak w wyniku bezrobocia, braku perspektyw pracy w regionie, sytuacja zmuszała ich do dokonywania aktów kradzieży, a co za tym idzie dewastacji, bezpowrotnej utraty użyteczności linii kolejowych. Władze PKP dobrze wiedziały o tym, co pociąga za sobą zamykanie poszczególnych linii i przymykały oko na kradzieże, dewastacje, niszczenie dorobku wielu pokoleń.
Jak to się robi w Polsce
PKP w 1990 roku stanowiła jedność, pod względem przewozów towarowych oraz pasażerskich, infrastruktury oraz dworców. Polska była podzielona na okręgi kolejowe, którymi zarządzało DOKP – Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych. Pracownicy kolei: konduktorzy, zawiadowcy, dyspozytorzy ruchu mieli poważanie wśród społeczeństwa. W ciągu lat 1990 – 2000 zmieniło się na kolei wszystko. Choroba likwidacyjna w PKP, w przypadku linii objawiła się jeszcze za PRL-u, lecz nie przybrała ona takich rozmiarów, jak w latach 90-tych minionego wieku. Powód był ten sam: degradacja linii kolejowych, stan taboru, rozkład jazdy niedopasowany do potrzeb pasażerów, rozwój rynku samochodowego. To nieprawda, że ludzie zniechęcili się z dnia na dzień do kolei. Następowało to powoli, acz konsekwentnie, przy braku reakcji ze strony władz PKP. Odwrócenie się od kolei była tendencją niezmienną, co doprowadziło do absurdalnych decyzji na szczeblu rządowym. Nie zastanawiano się nad tym dlaczego tak się stało. Skoro zmniejszał się ruch na danym odcinku, zmniejszano liczbę połączeń, aż w końcu zawieszano, aby potem skasować na amen. Nie chciano inwestować w kolej, bo nie przynosi ona dochodów skarbowi państwa. Nic dziwnego zatem, że ze radą Jeremiego Mordasewicza związanego w połowie lat 90-tych z BCC, władze PKP przy akceptacji ministra Liberadzkiego (rząd Józefa Oleksego) zaczęły zamykać „nierentowne” ekonomicznie linie kolejowe oraz podnosić cenę biletów, co miało przynieść nadspodziewany efekt ekonomiczny w postaci zwiększonej puli pieniędzy na kolei. Efekt tego jest dziś widoczny gołym okiem. Gdy kolejowi przewoźnicy w sąsiednich państwach kupowali nowy tabor, remontowali tory, dworce, tworzyli nowe linie kolejowe, zwiększali liczbę połączeń, nasz (PKP) zmieniał się powoli w Park Jurajski, technologiczny skansen, symbol polskiego zacofania. Za to samochody królowały w życiu większości Polaków – symbol awansu społecznego, niszcząc nie przygotowaną na to infrastrukturę drogową, powodując częste wypadki, zwiększając śmiertelność wśród obywateli.
Krzysztof Celiński – człowiek od likwidacji
Tu dochodzę do pewnego zestawienia, dygresji, swoistego żartu historii. Kiedy młody pruski królewicz Wilhelm patrzył na nowy wynalazek, jakim była w pierwszej połowie XIX wieku kolej żelazna, zafascynowany tym środkiem transportu rozpoczął sam projektowanie linii, dworców oraz peronów, był zwolennikiem rozwoju w swoim kraju, będąc jeszcze następcą pruskiego tronu wspierał nacjonalizację prywatnych spółek kolejowych, co doprowadziło do powstania jednej Pruskiej Kolei Żelaznej. Nie wiem o czym myślał młody Krzysztof Celiński, absolwent Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej, patrząc na polską kolei, ale potraktował ten środek transportu, jak piąte koło u wozu, dokonując huraganowego zamykania linii w większości niezelektryfikowanych. Celiński zapisał się jako jeden z wybitniejszych grabarzy polskiej kolei. Był ostatnim dyrektorem generalnym PKP, jako jednej spółki i pierwszym prezesem po reformie ministra Syryjczyka w 2000 roku, dzieląc ją na kilka podmiotów. Wcześniej był w latach 1992 – 1998 dyrektorem departamentu kolejnictwa w Ministerstwie Transportu i Gospodarki Morskiej. Pełniąc tę funkcję był odpowiedzialny za przyklepywanie wniosków przez PKP o likwidacje połączeń i zamykanie linii. Oto fragment dokonań prezesa Celińskiego z gazety „Z biegiem szyn” (nr 5 (43) 2009 r.), artykuł Karola Trammera „Choroba likwidacyjna”:
Z ustaleń NIK wynika też, że do wydania przez ministerstwo zgody na zawieszenie przewozów na wybranych liniach, a nawet na fizyczna likwidacje linii kolejowych, wystarczyło zapewnienie ze strony PKP o niezadowalających wynikach ekonomicznych. Kierowany przez Celińskiego departament kolejnictwa nawet nie weryfikował informacji podawanych przez kolej. Kontrolerzy NIK zwrócili uwagę, że departament, przyklepując wnioski PKP o zgodę na zamkniecie linii kolejowych, nie trudził sie przeprowadzaniem jakichkolwiek własnych analiz, które uwzględniałyby interes całej gospodarki, koszty społeczne, a także funkcje komunikacji kolejowej w całym systemie transportowym kraju i w systemach lokalnych. Pod kierownictwem Celińskiego departament kolejnictwa działał niczym automat wydający takie decyzje, o jakie wnioskowało PKP. Nie robiono żadnych problemów nawet z wydaniem zgody na zamkniecie linii, na których pokrycie kosztów dochodami przekraczało 50%. Tak było choćby w przypadku odcinków Resko Pomorskie – Woronowo (56,5%) czy Malczyce – Malczyce Port (77%). Jak wynika z materiałów Najwyższej Izby Kontroli, tylko przez pierwsze cztery lata działalności Krzysztofa Celińskiego departamencie kolejnictwa Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej, wyrażono zgodę na likwidacje przewozów na 113 odcinkach o łącznej długości 2373 km.
Potem czytamy dalej:
Celiński z uśmiechem zapewniał w wywiadzie telewizyjnym, że wszystkie pociągi likwidowane 3 kwietnia 2000 r. kursowały puste. Tymczasem na likwidowanej linii Pszczółki – Skarszewy na Pomorzu ostatni pociąg musiał być konwojowany przez policjantów uzbrojonych w pałki i tarcze. I wcale nie był to jedyny przypadek wysłania policji w celu ewentualnej pacyfikacji pasażerów broniących „pustych i nikomu niepotrzebnych pociągów”. Celiński likwidując pociągi w kwietniu 2000 r., działał nie tylko z determinacja, ale również z zaskoczenia – z masowym cieciem połączeń nie poczekano nawet do 27 maja 2000 r., czyli dnia, na który wówczas przypadała ogólnoeuropejska data zmiany rozkładu jazdy. Co więcej, telegramy służbowe zapowiadające masowe likwidacje połączeń w całej Polsce zostały rozesłane po sieci zaledwie tydzień przed wycofaniem pociągów. Znamienne jest, że w życiorysach Krzysztofa Celińskiego w internetowej Wikipedii oraz w serwisie tygodnika „Wprost” jednoczesna likwidacja pociągów na 1028 km linii kolejowych jest jedynym wymienianym jego „dokonaniem” w ciągu niemal 20 lat piastowania wysokich stanowisk na kolei. Jak widać, w oczach opinii publicznej Celiński jest człowiekiem, który nie zrobił nic dla rozwoju kolei, lecz wyłącznie ja zwijał.
Oto dokonania Krzysztofa Celińskiego (stan 3 VI 2000 rok):
Likwidacja linii:
1. Białystok – Ostrołęka przez Łapy i Śniadowo
2. Rzeszów – Tarnobrzeg (przez Głogów Małopolski oraz Kolbuszową) przywróconą do ruchu pasażerskiego w 2008 roku.
3. Racibórz – Głubczyce
4. Chełm – Włodawa przez Sobibór
5. Jelenia Góra – Karpacz przez Mysłakowice (najwyższy odcinek kolejowy w Polsce).
Niestety po latach Krzysztof Celiński pojawił się ponownie na polskiej kolei, jako powołany 2008 roku prezes spółki PKP „InterCity”. Stając na jej czele przez ponad rok, zlikwidował wiele połączeń i odciął całą kolejową Zamojszczyznę oraz Roztocze od reszty Polski. Odszedł w niesławie po wydarzeniach z przełomu 2010/2011, kiedy nowo wprowadzony rozkład jazdy doprowadził do chaosu na kolei, a pasażerów zmuszono do podróżowania w warunkach niecywilizowanych.
Tadeusz „Reformator” Syryjczyk
Rząd Jerzego Buzka (lata 1997 – 2001) pozostawił po sobie cztery reformy, z których tylko jedna do dzisiejszych dni przetrwała, reforma administracyjna. Była też piąta reforma, dotycząca naszych kolei. Dzieliła ona PKP na niezależne od siebie spółki, z których po latach zaczęły się wyłaniać nowe.
GRUPA PKP S.A.
1. PKP „Cargo” – przewozy towarowe
2. PKP „InterCity” – przewozy pasażerskie pociągami EC, IC, Ex
3. PKP „Przewozy Regionalne” – przewozy pasażerskie pociągami pospiesznymi oraz osobowymi.
4. PKP „Energetyka” – spółka zajmująca się dostarczaniem prądu liniom kolejowym zelektryfikowanym, naprawa linii energetycznych oraz sprzedaż podmiotom zewnętrznym (poza kolejowym).
5. PKP „PLK” (Polskie Linie Kolejowe) – zarządza liniami kolejowymi, peronami, torami i całą infrastrukturą około torową.
6. PKP „Informatyka” – zajmuje się systemem informatycznym na kolei,
odpowiada mi. in. za tablice informacyjne na polskich dworcach.
7. PKP „Oddział Dworce” – zajmuje się utrzymaniem i administrowaniem dworcami w całym krajem.
Imponująca lista, obecnie spółek w ramach Grupy PKP jest o wiele więcej. Skorzystały na reformie ministra Syryjczyka przede wszystkim prywatne spółki około kolejowe, które na ogół miały charakter spółki krzak, pojawiają się nagle i niespodziewanie, wygrywając wątpliwej uczciwości przetarg, inkasują publiczną kasę, po czym znikają we mgle niejasnych interesów na styku biznes a interes państwa. Nikt nie poniósł za to odpowiedzialność własnym stanowiskiem, czy odpowiedzialnością karną. Przed tygodniem funkcjonariusze CBA wpadli do siedziby PKP „Informatyka” i aresztowali jednego z wicedyrektorów. Była to moim zdaniem pokazówka. Obecny minister transportu Sławomir Nowak chce oczyścić atmosferę w około PKP, jaka się zrobiła przez ostatnie lata. Dla tego dokonał też uszczuplenia w zarządzie Grupy PKP S.A.
Reforma ministra Syryjczyka przyniosła nie tylko szkody dla pasażerów, regionów, miast oraz wsi. Również pracownicy PKP odczuli jej działanie. Stracili pracę lub ich obowiązki uległy zmianie, dodano im nowych, w ramach cięć w poszczególnych spółkach. W końcu prawo rynku. Jednak w ostatnich latach upadek kolei w Polsce uległ przyspieszeniu przez odebranie pociągów pospiesznych jednej spółce pasażerskiej, PKP „Przewozy Regionalne” do innej, PKP „InterCity”, pogrążając obie w głębokim, trwający do dziś kryzys finansowy oraz wojnę o pasażera. Stąd pojawienie się tanich pociągów „InterRegio” (Przewozy Regionalne), których stan techniczny pod względem taboru odbiega od norm bezpieczeństwa, a wagon ciągną ciężkie lokomotywy elektryczne, pożyczane od PKP „Cargo”. Ta wojna na pociągi oraz cenny spowodowała splot okoliczności, których pośrednim finałem jest katastrofa pociągów obu spółek pod Szczękocinami.
Co dziś robi były minister transportu?
Po tym jak Tadeusz Syryjczyk nie został wybrany w 2001 roku do Sejmu, przez dwa lata prowadził firmę doradczą oraz wykładał na UW. W 2003 roku objął funkcję dyrektorską w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Przesiedział tam przez następne cztery lata, zostając Zespołem Doradców Gospodarczych „TOR”, której prezesem jest niejaki Adrian Furgalski, piewca wolnego rynku na kolei oraz zwolennik pogłębienia zamykania linii kolejowych, ze względu na ich nieekonomiczne wykorzystanie. Były minister broni swojej decyzji o podziale PKP na osobne spółki. Opowiada bajki o tym, że wówczas było to jedyne wyjście, nie dało się utrzymać takiego „molocha”, jak Polskie Koleje Państwowe. Jak widać Czechom nie przyszło do głowy rozbijać własnej kolei na kilka odrębnych spółek. Syryjczyk powołuje się na prawo Komisji Europejskiej, które każe państwom członkowskim EU deregulację rynku kolejowego. Jednak pan były minister zapomniał, że owszem istnieją odrębne, wewnętrzne spółki kolejowe, ale nie są one odrębnymi podmiotami gospodarczymi, jak u nas. Nikt ich także nie chce prywatyzować, ani oddzielać od siebie. Niedawno minister Nowak powołał Tadeusza Syryjczyka na stanowisko doradcy ministra transportu ds. bezpieczeństwa. Ciekawą rzeczą jest, że w około PKP i w samej spółce pojawiają się te same osoby w innej już roli, tak było i jest w przypadku Tadeusza Syryjczyka czy wspomnianego Krzysztofa Celińskiego.
Kolej nierealnych prędkości
Jednym z największych głupot na kolej była decyzja o stworzeniu Kolei Dużych Prędkości, w tym linii „Y” łączącej Warszawę przez Łódź z Poznaniem oraz Wrocławiem. Firmował ją własną osobą oraz nazwiskiem, poprzedni minister transportu w rządzie Donalda Tuska, Cezary Grabarczyk. Nie jest tajemnicą, że będzie z nim wiązać się ta nieudana inwestycja kolejowa, po której zostanie jedynie podziemny dworzec Fabryczny w Łodzi (element linii Y) z torami donikąd. Serwowanie obywatelom historyjki o wadze tej linii przez cztery lata, było czasem żniw dla firm doradczych. Oto krótki opis współpracy PKP z tymi firmami, w artykule Karola Trammera („Z biegiem szyn” 1/57; „Żniwa szybkich prędkości”):
Decyzja o zaniechaniu przygotowań do rozpoczęcia budowy kolei dużych prędkości jest tym bardziej zaskakująca, że cała poprzednia kadencja rządu upłynęła nie tylko na wmawianiu opinii publicznej, że szybka kolej to „cywilizacyjna konieczność”, „od której nie ma odwrotu”, ale także na pompowaniu milionów złotych w prace przygotowawcze związane z koncepcją polskiego TGV. W Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko znalazł się wart 291 mln zł projekt „Przygotowanie budowy linii dużych prędkości”, z którego pieniądze szybko zaczęto rozdzielać między firmy konsultingowe. Dotychczas w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na kolej dużych prędkości, której nie będzie, wydano już prawie 55 mln zł. Najwięcej – bo aż 48,9 mln zł – trafiło do konsorcjum spółki Ingenieria IDOM Internacional i Biura Projektów Komunikacyjnych w Poznaniu, które podjęło się opracowania studium wykonalności linii Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław. Kolejne 3,5 mln zł pochłonęło studium wykonalności tunelu dla kolei dużych prędkości pod centrum Łodzi, którego opracowanie powierzono spółce Sener. 1,2 mln zł otrzymało konsorcjum EGIS z partnerami Ernst & Young i DHV Polska na stworzenie „Analizy uwarunkowań społecznych rozwoju kolei dużych prędkości w Polsce w perspektywie roku 2050”. 609 tys. zł otrzymały spółki Martis oraz Martis Consulting na opracowanie kompleksowej strategii komunikacji i promocji projektu przygotowania budowy linii dużych prędkości. Zlecenie to, jak można było przeczytać w oficjalnej informacji spółki PKP PLK, „pozwoli pozyskać przychylność społeczną i akceptację projektu, jakim jest budowa linii dużych prędkości w Polsce”.
Oto rzekomo zły sektor publiczny dał zarobić, lepszemu prywatnemu dużą sumę pieniędzy na inwestycję, która przez najbliższe lata nie powstanie. Pozostaje faktem, że kosztowna przebudowa dworca Łódź Fabryczna, ma wynieść 38 mln złotych. Linia „Y” uzmysławia, jak bardzo źle zarządzona jest kolej. Linie wymagające remontu nie mogą się doczekać zainteresowania ze strony PKP „PLK”, a tu takie przedsięwzięcie. Widać minister Grabarczyk chciał zabłysnąć medialnie.
Minister „Top model”
Obecny minister Sławomir Nowak, to kolejna niewłaściwa osoba, jak jego poprzednicy. Mało zainteresowany polską koleją, zapowiedział nieodpowiedzialnie w poranku Radia „TOK FM” u Janiny Parandowskiej, likwidacje linii kolejowych, w tym „Nadodrzankę” łączącą Wrocław, Głogów, Zieloną Górę z Rzepinem, Berlinem oraz dalej na północ z Kostrzynem oraz Szczecinem, będącą elementem międzynarodowego korytarza kolejowego, Kijów – Kraków – Wrocław – Berlin. Kiedyś ta linia była częścią linii „Trzech cesarzy” (z racji ciągnięcia się od Rosji przez Austro–Węgry do Niemiec). Minister Nowak nie ma pojęcia o tej linii, jak i innych, których bez zawahania oraz głębszych przemyśleń, tak jak przed laty Krzysztof Celiński, zlikwiduje jednym pociągnięciem pióra. Sławomir Nowak chwali się w studiu radiowym „osiągnięciem” niebywałym, zbudowaniem 2 km linii kolejowej ze Służewca na lotnisko Okęcie. Odcinek nie jest jednak sukcesem, a raczej porażką, terminy oddania tego odcinka oraz samej stacji pod lotniskiem był przesuwany wielokrotnie. Kłopoty ze stacją na lotnisku im. Fryderyka Chopina są duże. Na lotnisku nie ma telebimów z informacją o odjazdach oraz przyjazdach pociągów SKM i KM, również na peronach ich nie będzie. Klapa kolejowa na EURO gotowa. Zasługa w tym wielu ludzi związanych z koleją tylko na chwilę, realizując bezkrytycznie politykę liberalizmu na kolei swoich zwierzchników, ministrów transportu.
Media kontra kolej
Żadne analizy, raporty na temat dewastacji kolei w Polsce nie opisały roli mediów w tym procesie. Rola ich w tym była niemała, media nigdy nie przedstawiały PKP w dobrym świetle, kreując samochody oraz ogólnie pojęty transport kołowy jako idealne rozwiązanie do podróżowania po kraju. Nie zmieniło się w tym nic, lekceważenie kolei trwa do dziś. Kolej według mediów przegrała z samochodami, autobusami teraz ma przegrać z tanimi liniami lotniczymi, Olt Express. Być może połączenia między dużymi miastami w wykonaniu tych linii nie do końca mogą wygrać z PKP. Powód? Nie wszędzie się doleci, może być jak to w przypadku tanich linii lotniczych, lot odwołany bez zwrotu biletu. Kolei nie da się zastąpić. Transport publiczny powinien się uzupełniać ze sobą, a państwo powinno to swoim obywatelom zapewnić.
RobertHist
Burmistrzowie wynagrodzeni
Araste, Pią, 2012-04-27 23:54 Kraj | Publicystyka | Tacy są politycyPrezydent Warszawy przyznała pierwsze w tym roku nagrody dla burmistrzów. Średnio po 5 tys. zł na osobę. Czas przed majówką to dla burmistrzów stołecznych dzielnic moment sympatyczny nie tylko dlatego, że nadchodzą wolne dni, ale także dlatego, że na ich konta wpływają właśnie nagrody kwartalne, przyznawane tradycyjnie przez prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz. Tym razem pochłonęły one łącznie prawie 351 tys zł (oczywiście z podatków obywateli). – Średnio przypada więc 5084 zł na jednego burmistrza lub wiceburmistrza – wyjaśnia rzecznik ratusza Agnieszka Kłąb.
Nagrody za 2011 r. pochłonęły półtora miliona złotych (370 tys. zł na kwartał). Najwyżej ocenieni zostali burmistrzowie z Platformy. Dostali po 36 tys. zł za cały rok, co daje średnio 9 tys. zł na jedną nagrodę. Wówczas najniższe nagrody dostały osoby zarządzające tymi dzielnicami, w których PO nie rządzi – czyli Ursynowa, Rembertowa czy Włoch.
Jeden wielki neofaszystowski szwindel (polscy narodowi-socjaliści i ich anty-kapitalizm 1 maja w Warszawie)
Czytelnik CIA, Czw, 2012-04-26 10:15 Publicystyka | Rasizm/Nacjonalizm
Wreszcie jest. Popularny trend wśród neofaszystów w Niemczech i Czechach zawitał i do nas.
Autonomiczni Nacjonaliści pojawili się w Niemczech już blisko 10 lat temu. To młodzi neofaszyści niemieccy, którzy nie chcąc wstępować w szeregi NPD postanowi wcielać swoje rasistowskie idee na swój własny sposób. To nowe oblicze skrajnej prawicy, które zdążyło w ostatnich latach zasłynąć ze swojej szczególnej brutalności, zaintrygowało oczywiście i polskich neofaszystów. Około roku 2009 trend zawitało i do nas. Krok po kroku zadomowiło się już w kilku większych i paru mniejszych miastach. Polscy skinheadzi spod znaku NS znudzeni już samymi sobą przejęli z entuzjazmem nową stylistykę niemieckich neofaszystów. I skopiowali ją 1:1. Wystarczy spojrzeć na zamieszczone obok fotografie niemieckich i warszawskich Autonomicznych Nacjonalistów aby się zorientować, że nie pokusili się nawet na wymyślenie własnego pomysłu na banery. A skoro przejęli modę to starają się także nadążyć na nowymi trendami ideowymi wytyczanymi przez niemieckich AN.
I tak, Polska skrajna prawica, zorganizowana w grupach AN (zwanych w środowiskach wolnościowych “Anabolicznymi Naziolami”) i reklamująca się jako „nowoczesny nacjonalizm”, próbuje ostatnio wzorem swoich kolegów z Niemiec wymyślić anty-kapitalizm z prawej strony. Przykładem tego jest wezwanie do marszu w dniu 1 maja przeciwko „globalizacji, wyzyskowi i multikulturalizmowi”.
Wymyślanie skrajnie prawicowego anty-kapitalizmu znamy już z przeszłości i przeszło ono do niej pod nazwą narodowego-socjalizmu. To zresztą jest też idea z której wywodzą się i pod którą w dużej części podpisują się środowiska organizujące skrajnie prawicową majówkę pod obłudną nazwą „Młodzież potrzebuje alternatywy”.
Cóż, nie będę tu przypominała dorobku narodowego-socjalizmu. Raczej przypomnę jakim to nie lada wyzwaniem natury społeczno-filozoficznej jest próba krytyki kapitalizmu z perspektywy nacjonalistycznej. Wystarczy przyjrzeć się zarówno genezie jak i samej naturze kapitalizmu, aby zrozumieć, że zarówno doktryny skrajnie prawicowe jak i sam kapitalizm budują na tych samych hierarchicznych wartościach podporządkowania słabszych silniejszym czy na tych samych pryncypiach wykluczenia, negując tym samym idee społecznej solidarności i walki właśnie z wszelkimi wykluczeniami, dyskryminacją i o sprawiedliwość społeczną, które są podstawą antykapitalistycznego oporu.
Pozorowanie anty-kapitalizmu ze strony skrajnej, narodowej prawicy, to nic innego jak znana już z historii ponowna próba zredukowania problemu kapitalizmu do pewnej wytypowanej grupy ludzi, którzy za nim stoją (to PO! to żydzi! To imigranci! …). To kolejna próba utożsamienia anty-kapitalizmu z antysemityzmem, albo inaczej: budowania owego „anty-kapitalizmu” na antysemityzmie.
Polscy narodowcy bardzo lubią pozorować swój dystans w stosunku do innych ruchów faszystowskich (tych współczesnych jak i tych historycznych). Jednak w swoich ideach i propagandzie niczym się od nich nie różnią, może poza wpisywaniem owych neofaszystowskich, radykalno-narodowych haseł w polski kontekst. Akurat ich wersja „anty-kapitalizmu” najlepiej to uwidacznia.
Jednym z filarów skrajnie prawicowej wersji „anty-kapitalizmu” jest swoisty „antyglobalizm” z perspektywy nacjonalistycznej. Sprowadza się on do spłaszczonej do granic wytrzymałości analizy, która brzmi mniej więcej tak: skoro przyczyną pogłębiającego się kryzysu kapitalizmu jest cyrkulacja międzynarodowego kapitału, to jedynym wyjściem z sytuacji jest nacjonalizm. Albo jeszcze krócej: skoro kapitalizm jest zjawiskiem ponadnarodowym, to anty-kapitalizm musi mieć wymiar narodowy/nacjonalistyczny.
Czy można być aż tak głupim, aż tak naiwnym, żeby samemu w to wierzyć? Otóż nie.
Z faktu, iż kapitalizm jest relacją opierającą się na formach własności oraz organizacji produkcji i zarządzania własnością społeczną, a przez to jest motorem wyzysku i niesprawiedliwości społecznej funkcjonującym niezależnie od aspektów narodowo-tożsamościowych, nasi narodowi-radykałowie doskonale zdają sobie sprawę. Tak, tak.
A więc to nie głupota. A jeśli nie głupota to co? Odpowiadam. To brak logicznych możliwości i podporządkowanie logiki potrzebom propagandy.
Powyższego paradoksu nacjonaliści starają się nie dostrzegać gdyż uznanie go, grozi nie tylko obnażeniem bezsensowności anty-kapitalizmu z pozycji narodowo-radykalnych, ale też konsekwentnym dopisaniem idei nacjonalistycznych do tych, które nomen-omen podbudowują kapitalistyczny byt, z którym tak bardzo chcieli by walczyć (no właśnie, czy aby na pewno?!). Zresztą to datego, w swojej odezwie, nacjonaliści maskują swoje „anty-kapitalistyczne” zapędy za sloganem „anty-systemowości”. Kwestię tego jak mają się ciasne i opresyjne idee nacjonalistyczne do anty-systemowości pozostawię bez komentarza.
Dodatkowo nacjonaliści, zdając sobie sprawę z własnej krytyki kapitalizmu, wzywają w swojej pierwszomajowej odezwie do oporu przeciwko przemocy policyjnej. Oczywiście pomijają już jakąkolwiek analizę przyczyn obecnej aktywności aparatu policyjnego, gdyż musieliby wówczas wezwać do oporu wobec wszelkich prawicowych, autorytarnych, pro-państwowych ideologii, a przede wszystkim do anty-kapitalistycznego oporu z pozycji wolnościowych.
Anty-kapitalizm skrajnej prawicy jest więc mieszanką trzech elementów:
- wezwaniem do odbudowy silnego autorytarnego państwa regulującego w sposób biurokratyczno-nacjonalistyczny kwestie gospodarcze;
- posegregowaniem kapitalistycznego wyzysku w Europie na narodowe segmenty;
- ponownym rozbudzeniem ksenofobicznej i rasistowskiej nagonki w kraju, przede wszystkim o anty-semickim i anty-imigracyjnym zabarwieniu, chociaż pojawiają się też pierwsze elementy islamofobii;
Uważny obserwator dostrzeże tu zarówno nawiązania do historycznych idei NS (jeszcze tych z przed holokaustu) jak również do PRL-owskiej wizji „anty-kapitalizmu” gdzie kapitalistyczny wyzysk także nie był rozwiązany a właśnie funkcjonował w sposób stricte narodowy, scentralizowany, podporządkowany państwu i nie raz sięgał do argumentów nacjonalistycznych i antysemickich.
Co to ma wspólnego z anty-kapitalizmem? Co z anty-systemowością? Co ze sprawiedliwością społeczną? Co z jakąkolwiek alternatywą dla ludzi młodych?
Kompletnie nic. To zagrożenie dla wolności – przynajmniej tej sfery, której ludziom nie odebrał jeszcze kapitalizm.
„Anty-kapitalizm” w wykonaniu nacjonalistów może się przysłużyć tylko jednej pozytywnej sprawie: odkrywając ich obłudę. W tym sensie warty jest opisywania czy wręcz reklamowania z odpowiednim komentarzem.
Skrajna prawica nigdy nie miała żadnych godnych uwagi społecznych rozwiązań w kontekście kapitalizmu (ani zresztą w żadnym innym kontekście). Wyjście z sytuacji prowadzi u niej zawsze albo do zamknięciem się na obcych (imigrantów, żydów…) albo wręcz ataku na nich. Z kolei „solidarność”, do której nacjonaliści również obłudnie się odwołują, dotyczy tylko i wyłącznie osób wybranych, należących do zamkniętego na obcych „narodowego klanu zaakceptowanych”. W rzeczywistości owa nacjonalistyczna „solidarność” i ów skrajnie prawicowy „anty-kapitalizm” prowadzą do podtrzymania i ponownej legitymizacji samych mechanizmów wyzysku, a więc kwestii własności oraz formy kontroli i zarządzania własnością społeczną.
I jeszcze jedno zasadnicze pytanie.
Jak wygląda zaangażowanie nacjonalistów w walkę z agresywnym kapitalizmem poza próbą postawienia pierwszomajowego propagandowego akcentu?
Odpowiedź. Nie wygląda w ogóle.
Środowiska wolnościowe, anarchistyczne, antyfaszystowskie i lewicowe prowadzą od lat intensywną działalność społeczną, m.in. lokatorską i pracowniczą, blokują eksmisje i współorganizują strajki. Natomiast nacjonaliści? Oni tymczasem zajmują się dzieleniem pracowników na bardziej i mniej polskich, przyklaskiwaniem rozwojowi coraz bardziej policyjnego państwa a przede wszystkim atakowaniem środowisk anarchistycznych i antyfaszystowskich propagujących antykapitalistyczne alternatywy do wszechobecnego konsumpcjonizmu czy terroru płacowego i czynszowego (m.in. squaty, spółdzielnie, kooperatywy spożywcze, kolektywy pracownicze, niekomercyjne centra kultury, autonomiczne projekty społeczne, etc). Swoimi atakami na te projekty (do których dochodzi w ostatnim czasie w wielu miastach kraju – Lublinie, Warszawie, Poznaniu…) narodowi-radykałowie pokazują, że to nie o anty-kapitalizm im chodzi ile o ukierunkowanie swojej nienawiści. Raz na lewaków, raz na żydów, raz na homoseksualistów, raz na imigrantów. Akurat właśnie warszawscy AN starają się być szczególnie „anty-kapitalistyczni” na tym polu…
Tyle o 1 maja organizowanym przez „nowoczesnych nacjonalistów”.
Może jeszcze trzy słowa komentarza:
Jeden wielki szwindel!
I jeszcze cztery podsumowania:
Brunatne gówno w nowym opakowaniu.
xxx
Dwa tygodnie temu antyfaszyści na demonstracji w Białymstoku ogłosili:
„Nacjonalizm oddajemy na złom!”
Lukrecja dodaje:
A razem z nim najlepiej od razu i kapitalizm. Jeden drugiego wart.
Tekst ukazał się na: https://lukrecjasugar.wordpress.com/
https://cia.media.pl/strategie_skrajnej_prawicy_oswajanie_z_nazizmem_i_zl...
Wikipedia cenzuruje ZSP
wiatrak, Sob, 2012-04-21 19:36 Kraj | Ironia/Humor | Publicystyka Przez długi czas w wikipedii ciężko było znaleźć informację na temat Związku Syndykalistów Polski. Gdy zamieściłem tam wpis dotyczący tej aktywnie działającej organizacji o której można przeczytać po angielsku na tym blogu http://zspwawa.blogspot.com/ nie sądziłem, że natknę się na takie chamstwo ze strony jej administratorów.
O co poszło? ZSP jest mało widoczne bo... nie organizuje zadym.
Artykuł został usunięty jako, że był "nieencyklopedytczny" (zupełnie jakby cokolwiek na wikipedii było encyklopedytczne). Okazuje się, że na wikipedii istnieje poważny problem haseł związanych z anarchizmem i... prawicowością/lewicowością faszyzmu.
Niszowa organizacja. Brak źródeł wskazujących na działalność. Agitacyjny styl.
Usprawiedliwia swojego kolegę inny admin.
Nawet nie wiadomo czy istnieje. Jakoś nikt o nich nie pisał.
Wszystko wskazuje na to, że wikipedyści nie czytają innych artykułów na wikipedii i nie wiedzą nawet, że w kilku jest o ZSP wzmianka. Nie potrafią również używać wyszukiwarki.
Jest, istnieje, ciężko powiedzieć, czy coś z tego wynika, jako że brak źródeł.
Brak źródeł... Poprostu nic nie ma w wyszukiwarce.
Okazuje się, że znalazł się głos rozsądku:
Ugrupowanie działa, istnieje jest współorganizatorem pochodów 1-majowych, blokad antyfaszystowskich, dni gniewu społecznego, protestach przeciw ACTA, działacze organizacji ostatnio pojawili się programie Uwaga gdy podjęta była sprawa podpaleń na Pradze - to oni organizowali patrole obywatelskie. Skoro ZSP jest niszowa to co na wikipedii robią ugrupowania w rodzaju Liga Obrony Suwerenności, Liga Republikańska? Nawet NOP etc. są niszowe tylko dlatego mówi się o nich w mediach bo wszczynają burdy, wznoszą wulgarne hasła. Czy gdyby członkowie ZSP zostali przyłapani na tzw. "hajlowani" też przestali by być organizacją niszową? Co do braku źródeł zamieszczę kilka linków:
http://lewica.pl/?id=26279&tytul=Warszawa:-Dzie%F1-Gniewu-Spo%B3ecznego http://lewica.pl/?id=24528 http://www.la.org.pl/index.php?start=24 (lokatorzy blokują ulice) http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/5,114946,11052006,Otwarcie_Stadio... http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34309,4092537.html
Szkoda, że "wolną" encyklopedią rządzą troglodyci i miłośnicy ugrupowań prawicowych.
Przegląd prasy ludzi bogatych
Czytelnik CIA, Sob, 2012-04-21 10:35 PublicystykaZawsze zastanawiałem się, czy dziennikarz piszący we „Wprost”, „Newsweek” Polska, „Uważam Rze” ma pojęcia jak żyje zwyczajny Polak. Czym żyje, jaka jest jego codzienność, relacje z pracodawcą, umowy śmieciowe, warunki pracy, kwestie bytowe (mieszkaniowe), przeżycie z miesiąca na miesiąc. Nie wierzę, że ktoś taki jak Kamil Durczok, redaktor naczelny „Wprost” i dziennikarz „Faktów” TVN, Tomasz Lis związany teraz z „Newsweekiem” są w stanie zainteresować się losem zwykłego człowieka, a tym bardziej pozwolić podwładnym na opisanie prawdziwego życia współobywateli, na łamach swoich tygodników, jeśli nie jest się Kubą Wojewódzki, Grycankami czy Szymonem Majewskim. Z czego to wynika? Z prostej przyczyny. Oni mieszkają oraz żyją w warunkach dalece bardziej komfortowych niż tym, którzy nie mają pozycji, układów towarzysko – biznesowych, a za ich pracę płaci się podwójnie tylko za samo znane nazwisko.
Małżeństwo Wałęsów, Rydzyk, Smoleńsk i Euro 2012
Najważniejszymi tygodnikami w Polsce są: „Wprost”, „Newsweek” Polska oraz „Uważam Rze” czy „Polityka”. Gazety to: „Gazeta Wyborcza”, „The Times” Polska, „Gazeta Prawna Codzienna” i „Rzeczypospolita”. Dziennikarze tam piszący są na ogół związani z gazetą oraz tygodnikiem, a nawet z telewizją, jak wspomniani dwaj panowie Durczok oraz Lis. Im bardziej prestiżowe jest to nazwisko na giełdzie medialnej oraz prasowej, jego teksty ukazują się często a gaża za nią jest tak wysoka, że nie jedna polska rodzina utrzymała by się za to przez pół roku. Co tak wartościowego jest w tych artykułach, że mają ich autorzy takie poważanie w kraju? Mianowicie nic. Są one monotematyczną analizą życia elit politycznych, (kto do jakiej partii przystąpił lub wystąpił, kto straci na tym, a kto wygra), życia towarzyskiego ludzi sobie znanych oraz rynku, gdzie biedny pracodawca jest ogołacany przez nieuczciwe państwo i zachłannych pracowników. Oczywiście prawdą jest, że pracodawcy bywają nękani przez urzędy, ale dla równowagi trzeba przedstawiać też drugą stronę medalu, a mianowicie nie łatwe życie pracowników. A tym paradoksalnie zajmuje się tylko: „Fakt” oraz „Super Express”, które jest wyśmiewany przez opiniotwórczych dziennikarzy, jako mało poważne gazety. I owszem bo temat poruszające eksmisje, nieuczciwych pracodawców, wyzysk w pracy, zwalnianie bez przyczyny, nigdzie by się nie przebił, skoro we „Wprost” pisze taka persona jak Ryszard Petru, Przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich czy w „Gazecie Wyborczej”, Witold Gadomski były poseł sejmu I kadencji, współzałożyciela Kongresu Liberalno – Demokratycznego, autor biografii o Leszku Balcerowiczu. Trudno nabrudzić na własne podwórko. Więc piszą o rzeczach bzdurnych, absurdalnych i zupełnie wykluczających siebie.
„Uważam Rze”, „Gazetę Polską”, „Gazetę Polską. Codzienną” oraz „Rzeczypospolitą” łączą nie tylko osoby dziennikarzy: Rafała Ziemkiewicza, Piotra Semki czy Piotra Gursztyna, ale płytkość dobieranych tematów, Smoleńsk, niechęć do PO, miłość do USA oraz lustracji od Mieszka I skończywszy na współczesnych. Rafał Ziemkiewicz dba o swój wizerunek, lansując się w oczach opinii publicznej, jako dziennikarz niereżimowy, niepokorny obecnej władzy. Nie mniej tak jak on, tak jego koledzy z „Uważam Rze” i „Rzeczypospolitej”, nigdy nie napiszą o sprawach społecznych, bo go po prostu nie interesują. Dla niego walczący o swoje prawa pracownik, to niebezpieczny roszczeniowiec, element rodem z PRL-u, a takich trzeba zwalczać. I tu „niespodzianka”! Po mimo ideologiczny różnić między nimi a Dominiką Wielowieyską (znaną dziennikarką „GW”), ich wspólnym mianownikiem jest niechęć do socjalnych rozwiązań, chęć szerzenia kapitalizmu we wszystkich dziedzinach naszego życia. „Gazeta Wyborcza” to symbol obłudy oraz hipokryzji. Z jednej strony pochyla się nad losem młodych, braku dla nich pracy, umów jakie zawierają, a z drugiej lansuje osoby, piewców wolnego rynku zwolenników antyspołecznych rozwiązań. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” płaczą nad rozlanym mlekiem, a sami tego byli sprawcami. Gazeta ta stała się przystanią dla byłych polityków jak Mirosław Czech, dawny poseł UW. Więc nie dziwi neoliberalny ton w „GW”.
Przez długi czas uwagę prasy skupiał temat rzekomego kryzysu w małżeństwie Wałęsów, spowodowanych książką byłej pierwszej damy. Wieść o owym kryzysie była tylko potrzebna do wypromowania autobiografii Danuty Wałęsy. Wydano jej tyle, że dziś gdy wrzawa minęła, już nikt nie chce kupować książki. Temat ten eksploatowały „Gazeta Wyborcza” czy „Polityka” do tego stopnia, jakby nie było innych tematów, po za bieżącą polityką. Był to listopad, zaczął się czas ochronny przed eksmisją, podniosło się bezrobocie, podawany typowo dla mediów, jako efekt sezonowy na rynku pracy. Tematy tak zwykłe, że czytelników to nie interesuje. Kolejnym to EURO 2012. Owszem dziennikarze piszą w artykułach o rzeczach negatywnych dotyczących mistrzostw, ale tych gołym okiem widoczne o innych aspektach, jak koszta pisze się nie wiele. Dziennikarze chcą być ostrożni, by nikomu nie podpaść, ani władzy, ani czytelnikom, inne jak bezpłatny przedruk „GW”, „Metro” jest zdziwione dla czego Polacy nie cieszą się z nadchodzącego „szczęścia”, jakim są mistrzostwa. Ogólny obraz z tematów dopieranych do powyższych tytułów jest dowodem oderwania dziennikarzy od smutnej rzeczywistości w Polsce, a z drugie dbania o wizerunek krainy wiecznej szczęśliwości, gdzie tylko dziwnym zbiegiem okoliczności malkontenci nie mogą znaleźć swego miejsca w szeregu.
Prasy prospołecznej brak
„Przegląd” uchodzi za lewicowy tygodnik, ale jest on zainteresowany wyłącznie tematami związanymi z ogólno pojętą lewicowością obyczajową, nakierowaną na krytyce zarówno PiS jaki PO, bez zagłębiania się w problemy społeczne. Stała się prasową tubą Leszka Millera, udzielającego nieustanie na łamach „Przeglądu” wywiadów. Zapraszany jest też do redakcji tygodnika też Janusz Palikot, a trudno go posądzić o poglądy prospołeczne. Tak więc mamy osobliwą prasę lewicową w postaci „Przeglądu”. Brak zainteresowania tematami społecznymi jest normą w naszym kraju. Wszyscy w końcu musimy być piękni, bogaci i zdolni. Mniej zaradni, tzw. nieżyciowi oraz ich problemy nie mają czego szukać na łamach poczytnej prasy.
RobertHist
Jak skąpy ONR pożałował grosza na własnego grafika
wiatrak, Sob, 2012-04-21 09:39 Kraj | Edukacja/Prawa dziecka | Publicystyka | Rasizm/NacjonalizmO tym, że prawica od zawsze jest mało twórcza i nie potrafi wymyślić niczego samodzielnie wiadomo od lat. Nie mówię tu o tym jak faszyści i narodowi socjaliści kradną symbolikę antyfaszystowską.
Zbliżają się wakacje. Coraz więcej będzie się mówić o sytuacji szkół. Do akcji ruszył więc ONR, który wygląda na to, że chce przedłużyć części swoich nastoletnich członków wakacje i… „nawołuje do strajku” w szkołach.
O co chodzi? Ano o reformę szkolnictwa proponowaną przez rząd Tuska, która nie podoba się narodowcom ponieważ nie reformuje szkolnictwa na taką modłę jaką oni sami próbowali lansować, kiedy ministrami byli ich idole, tzn. Roman Giertych i Mirosław Orzechowski.
Próbują wmówić opinii publicznej, że zainteresowała ich sprawa szkół. W rzeczywistości interesuje ich tylko używanie ich, jako narzędzi do promowania nacjonalizmu. Najpierw przedmiot, który Giertych nazywał „wychowaniem patriotycznym”, później getta ławkowe.
Nie było ONR-u podczas walk przeciwko zamykaniu szkół i zwalnianiu z pracy kucharek. Narodowcy zajmują się jedynie napadaniem na związkowców i obroną kapitalizmu ponieważ nie są niczym innym jak narzędziami.
Na portalu autonom.pl można znaleźć wiele informacji o strajkach żywcem kopiowanych m.in. z CIA. Prawica próbuje upodobnić się do silnych ruchów społecznych, takich jak ruch lokatorski czy syndykalistyczny, żeby skupić wokół siebie jego zwolenników.
Pierwszą taką akcją było zorganizowanie prawicowej kopii Dnia Gniewu Społecznego, za którą stali kamienicznicy i neofaszyści z ONR. Protest teoretycznie skierowany był przeciwko drożyźnie i systemowi jednak na demonstracji, mimo że hasła zbliżone do tych używanych przez syndykalistów („Rząd na bruk, bruk na rząd”), powiewały anarcho-kapitalistyczne flagi, a na kanale w serwisie YouTube można było oglądać uczestnika owej demonstracji mówiącego na temat drożyzny: „Kebab dwa lata temu kosztował 7 złotych, dziś kosztuje 9”, albo „Tusk miał wprowadzać kapitalizm, a ciągle wprowadza socjalizm”.
Tym razem ONR, przy okazji „strajku” szkolnego, zamiast nazwy postanowił użyć grafiki Dnia Gniewu Społecznego. ONR – Obraz Nędzy i Rozpaczy. Chcą budować kapitalizm, ale skąd wezmą kasę na grafika? Ukradną lewakom? A po co kasę, jak można pracę.
Antifa znaczy bojówka. Wyzwania dla ruchu antyfaszystowskiego
Czytelnik CIA, Śro, 2012-04-18 22:24 PublicystykaNiniejszy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na rozwój ruchu antyfaszystowskiego oraz sformułowania użytecznych dla tego rozwoju, długofalowych wniosków. Został on napisany z perspektywy osób od dłuższego czasu aktywnie zaangażowanych w akcje antyfaszystowskie przyjmujące różny charakter.
Od początku roku przez Polskę przetoczyła się fala protestów społecznych, które wciąż narastają. Polityka władz centralnych i samorządowych zorientowana jest na cięcia świadczeń socjalnych, prywatyzację mienia publicznego a wraz z tym ze zwiększenie represyjności państwa, co powoduje coraz gwałtowniejszy i szerszy opór społeczny. Żeby deklaracje walki o społeczne wyzwolenie nie pozostały tylko pustym „wyznaniem wiary” ruch antyfaszystowski powinien zadać sobie trud politycznego określenia się w zaistniałej sytuacji i zajęcia wobec niej określonych stanowisk.
Do tej pory szeroko pojęty antyfaszyzm skupiał się niemal wyłącznie na kwestiach kulturowych i światopoglądowych, zarówno jeśli chodzi o własną identyfikację, jak też o treść prowadzonych działań. W wyniku praktycznie kompletnego pominięcia kwestii socjalnych i politycznych nastąpiło przyjęcie przez ten ruch ideologii i strategii liberalnych. Zaczynając od stosowanej argumentacji (np. faszyzm czy ultraprawica traktowane są jako z zasady złe, z pominięciem powodów takiego stanu rzeczy) przez charakter najbardziej reprezentatywnej akcji antyfaszystowskiej (przypominającej bardziej ludowy jarmark niż uliczną manifestację), a kończąc na przyjmowanej symbolice i ogólnej estetyce (przyjęcie standardów wielkonakładowych publikacji dla młodzieży i schlebianie gustom tzw. klubowiczów) ruch podjął decyzję, iż chce dotrzeć z antyfaszystowskim przekazem do tzw. „normalsów”. Definicja „normalsa” została jednak przejęta z zachowaniem wszelkich cech nadanych jej przez establishment. Jest on, jak przedstawia to każda reklama, bądź też kampania wyborcza, schludnie ubranym członkiem czteroosobowej, uśmiechniętej rodziny prowadzącej stabilne życie. W zależności od tego, do jakiego pokolenia „normals” należy, w weekend spędza czas w klubach lub jedzie w góry. Gra w Xboxa lub chodzi na fitness. Pije kawę w Starbucksie lub je lunch w restauracji. Niestety w kraju, gdzie dwie trzecie ludzi żyje poniżej minimum socjalnego, jak również dwie trzecie dzieci uczęszczających do szkół jest niedożywionych, a stała umowa o pracę przez młodych ludzi traktowana jest jak dar z niebios, prawdziwy wizerunek normalsa jest diametralnie inny. Tak czy inaczej, sam antyfaszyzm nie oferuje zbyt wiele „normalsowi” stworzonemu na modłę liberalną, ani normalsowi z pobliskiego osiedla. „Normalsów” skutecznie odstrasza słowo „antifa” pojawiające się przy okazji szokujących newsów o zamieszkach. Natomiast normalsom ruch antyfaszystowski nie ma nic do zaproponowania, jeśli chodzi o ich codzienne życie.
Forma, którą przyjął antyfaszyzm w Polsce, nie byłaby może niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że znaczna część jego działaczy wywodzi się lub jest częścią ruchu anarchistycznego. Niemniej z powyżej wymienionych względów taktycznych i pod naciskiem środowisk liberalnych zrezygnowali oni niemal kompletnie z nadania swoim działaniom społecznego charakteru i kontekstu. Efektem owej strategii staje się zawłaszczenie i kanalizowanie społecznego niezadowolenia przez skrajną prawicę, jak też ograniczone znaczenie antyfaszystów. Tam, gdzie prawicowcy mają wolną rękę, działają na szeroką skalę, czego przykładem są stadiony.
Skuteczne działanie antyfaszystowskie to takie, które uniemożliwia marginalnym w istocie grupom skrajnej prawicy nadawanie tonu debacie publicznej - odwołując się do ludowych porzekadeł: „łatwiej zapobiegać niż leczyć”. W związku z tym uzasadnione jest stosowanie takich argumentów i przekazywanie ludziom takich narzędzi, które będą im przydatne w walce o ich prawa i interesy jak również aktywny udział w toczących się walkach społecznych. Antyfaszyści muszą działać tam, gdzie potencjalnie mogą pojawić się faszyści. Przykład stadionu nie jest bezpodstawny. W ostatnich latach to właśnie środowiska skupiające się na stadionach stały się punktem odniesienia dla działań faszystów. Czy to oznacza, że antyfaszyści powinni również zacząć tam działać? Bynajmniej. Kibice są niewielką częścią całości społeczeństwa. Na stadionie faszyści mogą się wykazać. Wykorzystują pełne emocji i dające poczucie siły momenty, kontrastując je z nędzą ponoć wywołaną przez „obcych” jak i „wrogów wewnętrznych”. Chwilowa euforia, nie powstrzyma jednak nadejścia momentu, w którym trzeba znów szukać pracy, zapłacić za czynsz lub zgłosić się do kuratora. Tutaj już wykazać się mogą antyfaszyści, pod warunkiem, że odrzucą liberalną retorykę. Ba, zapewne do kieszeni schować trzeba będzie słowo „antyfaszyzm”. Mimo typowych cech, jakie można by przypisać faszystom, kamienicznik, szef czy sądowy urzędnik nie utożsamiają się z tą ideologią. Kamienicznik jest kamienicznikiem, szef szefem, a kurator sądowy kuratorem sądowym. Skutki nazywania wszystkich przedstawicieli systemu faszystami są aż nazbyt bolesne, a przede wszystkim trącą demagogią lub sekciarstwem. Antyfaszyzm nie ma prawa bytu jako ruch odseparowany od innych grup społecznych toczących walkę. Jego skuteczność zależy od tego czy stanie się praktyką stosowaną przez szersze ruchy społeczne w momentach, kiedy faszyści stają im na drodze. Od radykalnych środowisk zależy to czy będzie on praktyką stosowaną głównie przez ruch radykalny. W innym wypadku nie przyczyni się do zmiany reżimu społecznego, z którym obecnie mamy do czynienia, a tym samym umożliwi faszystom określanie się jako „antysystemowa” przeciwwaga.
Skąd więc tytuł artykułu? W skład radykalnego ruchu dążącego do społecznej emancypacji muszą wchodzić również ludzie gotowi w jego obronie stosować przemoc, bądź stosować działania, które przez władze będą kryminalizowane. Jest tak m.in. dlatego, że ludzie działający w środowiskach infiltrowanych przez skrajną prawicę narażeni są na ataki, również fizyczne, z jej strony. W tej materii nic się nie zmieniło od końca pierwszej wojny światowej. To wówczas zasadniczym celem obranym przez faszystów stało się zwalczanie ruchów działających na rzecz oddolnej społeczno-ekonomicznej emancypacji, by po ich trupie zdobyć władzę. Ponadto, grupy o charakterze bojowym powinny być przygotowane na inne zadania i zagrożenia - np. blokady eksmisji, siłowe wejścia na teren zakładu pracy, w którym nastąpił lokaut, ochrona szykanowanych przez właścicieli kamienic lokatorów. Okazji do włączania się i inicjowania walk jest coraz więcej i to od ruchu zależy, czy podejmie te wyzwania. W istocie, obecny moment może być decydujący dla „być albo nie być” radykalnego ruchu antyfaszystowskiego, jeżeli nie chce on skończyć jako grupka pasjonatów sportów i systemów walki, czy też przeistoczyć się w kolejne podtrzymujące system stowarzyszenie. Nie jest on w stanie przetrwać jako osobna całość, czas więc skończyć z budowaniem „antyfaszystowskiej świadomości” czy „antyfaszystowskiej kultury” - kierowanie uwagi do wewnątrz czy eskapizm, zawsze kończą się degradacją do poziomu politycznego folkloru czy też sekciarstwa. Nie oznacza to oczywiście konieczności zaprzestania organizacji np. antyfaszystowskich grup trenujących sporty walki, czy też typowo antyfaszystowskich imprez mających na celu zebranie funduszy. Bazowanie jednak na takich podstawach i budowanie na nich „ruchu antyfaszystowskiego” zawęża, a nie poszerza grono osób odpornych na faszystowską propagandę, a to powinno być podstawowym celem Antify. Myślą przewodnią tego artykułu jest powiązanie podobnych inicjatyw z toczącymi się walkami ekonomiczno-politycznymi, w które ruch radykalny jest już zaangażowany, co przynosi wymierne efekty (w ciągu ostatnich lat chociażby podniesienie kwestii sytuacji pracowników sezonowych, umów śmieciowych, wzmagającej się represyjności władzy czy problemów lokatorskich). Szeroka i konkretna debata na ten temat jest konieczna ze względu na wzmożony terror stosowany przez neofaszystów, który kończy się coraz częściej ofiarami śmiertelnymi. Naszym politycznym, ale również moralnym obowiązkiem jest wypracowanie skutecznych metod przeciwdziałania takiej tendencji.
Źródło: http://antifa.bzzz.net/artykuly/publicystyka/item/350-antifa-znaczy-bojo...
Jaka Ugoda? Gdzie okrągły stół mieszkaniowy?
Czytelnik CIA, Wto, 2012-04-17 14:37 PublicystykaPoniżej przytaczamy komunikat prasowy skłoterskiego Kolektywu "Przychodnia" w związku z rozmowami prowadzonymi z władzami Warszawy w sprawie zaskłotowanego budynku, oraz szerszej polityki mieszkaniowej miasta.
Niniejszym pragniemy stanowczo sprostować słowa ratusza jakoby doszło do podpisania jakiejkolwiek ugody, na podstawie której kolektyw Przychodni miałby usunąć się z okupowanego pustostanu i przenieść w inne miejsce bez spełnienia jakiegokolwiek z postulatów ogłaszanych od początku naszego istnienia. Działania rzecznika miasta traktujemy jako próbę zamiecenia pod dywan trawiących miasto istotnych problemów społecznych, których bezpośrednim wynikiem było zajęcie Przychodni, zaś artykulacją - jej manifest i postulaty zgłaszane na każdym spotkaniu. Przychodnia - opuszczony teren z roszczeniami, o który stara się jeden z "zawodowych odzyskiwaczy" - skupia w sobie kluczowe problemy w mieście, którego władze nie dbają o swoje bogactwo i potrzeby mieszkańców, w zamian za darmo oddając w prywatne ręce tysiące kamienic oraz skwery i parki. Fakt ten z natury rodzi opór społeczny, który kolektyw Przychodnia wyraził w praktyce, przez okupację. Nie można tego przemilczeć. Poniżej komunikat Przychodni po ostatnich rozmowach z miastem. * 16 kwietnia odbyło się czwarte spotkanie delegatek i delegatów warszawskich grup skłotersko-lokatorskich z przedstawicielami władz Warszawy. Władze miasta reprezentowali: Włodzimierz Paszyński, Zastępca Prezydenta m.st. Warszawy, Marcin Wojdat, Dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej oraz Łukasz Pawłowski, Zastępca Dyrektora CKS. Postulat poprowadzenia przez władze dialogu z organizacjami i grupami społecznymi mającego na celu rozwiązanie palących problemów społecznych, w tym mieszkaniowych pojawił się już w oświadczeniu opublikowanym przez kolektyw Przychodnia 26 marca, gdy policja otoczyła budynek skłotu. Był on następnie powtarzany na każdym kolejnym spotkaniu z przedstawicielami władz miasta i stanowił przedmiot sporny podczas tych spotkań. Kompletny zapis wideo postulatów zgłoszonych już na pierwszej rozmowie z Prezydentem tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=KmCj9QH48t8 Na ostatnim spotkaniu przedłożona została propozycja gotowego projektu zarządzenia Prezydent ws. powołania Okrągłego Stołu Mieszkaniowego, który leży "zamrożony" w szufladzie pani Prezydent od zgoła dwóch lat.
Prezydent oraz dyrektorzy CKS postulat na rzecz zmiany polityki starali się wykluczyć z rozmów, jako nie dotyczący problemu okupacji i protestu mającego miejsce w Przychodni, pragnąc tym samym rozdzielić kontekst polityki mieszkaniowej miasta od aktu zajmowania pustostanów. Powołując się na brak kompetencji w tej dziedzinie jednocześnie nie zaakceptowali postulatu udziału od początku w negocjacjach reprezentanta ratusza odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Warszawy. Podczas dzisiejszego spotkania ustalono, że rozmowy na ten temat będą kontynuowane z udziałem Michała Olszewskiego, Zastępcy Prezydenta m.st. Warszawy. Celem tych rozmów będzie wypracowanie formuły wyżej wymienionego dialogu społecznego. Kolektyw Przychodnia zgodził się rozpocząć w międzyczasie poszukiwania pustostanu, do którego przeniesiona mogłaby być działalność skłotu. Po spotkaniu sporządzono notatkę roboczą. Przedstawiciele kolektywu nieustannie podkreślają zarazem, że zajęcie przez nich budynku miejskiego, który od dłuższego czasu pozostaje pusty, jest aktem sprzeciwu wobec braku dostatecznego udziału mieszkańców i mieszkanek miasta w podejmowaniu decyzji, które ich dotyczą oraz wobec bezczynności władz publicznych w rozwiązywaniu dramatycznych problemów mieszkaniowych. Dlatego też warunkiem przeniesienia skłotu jest osiągnięcie porozumienia dotyczącego formy dialogu organizacji i grup społecznych z władzami miasta mającego na celu rozwiązanie tych problemów. W świetle ostatnich działań rzecznika wprowadzających opinię publiczną w błąd, do naszych postulatów dołączamy apel, by wobec istotnej kwestii społecznej zachować dziennikarską zasadę bezstronności, która wymaga uzyskiwania informacji od wszystkich zainteresowanych stron.
Zaproszenie na "No Border Camp" 2012 w Sztokholmie
Jaromir, Pon, 2012-04-16 18:58 Świat | Dyskryminacja | Publicystyka | Ruch anarchistyczny
Na świecie jest obecnie ponad 12 mln uchodźców; 236 tys. ludzi wystąpiło w 2010r. o azyl w granicach UE, lecz tylko nieliczni go otrzymali; Tylko w 2011r. przeszło 2,000 ludzi zginęło na Morzu Śródziemnym próbując dotrzeć do UE w ucieczce z Libii i Tunezji.
Czym jest Obóz Antygraniczny?
Rok rocznie, począwszy od 1990r. spotkania i obozy odbywają się pod hasłem „Bez Granic”, mając zwrócić uwagę na problem sztywnych granic oddzielających ludzi od siebie. Od lat bez względu na to, czy wydźwięk obozów był skupiony przeciwko granicom wytyczanym przez rządy, czy przez kapitalistów i establishment, obozy stanowiły strefy wolnościowe, wolnocłowe- tworzone przez ludzi, aby zwrócić uwagę na spektrum problemów uchodźców i ukazać szerokie pole działania przeciwko sztucznym granicom i restrykcyjnej polityce migracyjnej, powstające w celu wymiany wiedzy i doświadczeń oraz podejmowania wspólnych akcji bezpośrednich przeciwko społeczeństwom autorytarnym, których granice są najdobitniejszym dowodem ich istnienia.
„Bez Granic” nie jest organizacją lecz koncepcją walki, jest pewną ideą, pomysłem. Motywem przewodnim jest walka o świat bez granic, bez sztucznych podziałów, gdzie każdy bez względu na pochodzenie ma równe szanse i nikt nie jest pozbawiony możliwości swobodnego przemieszczania się po całym świecie, bez choćby groźby bycia nazwanym „nielegalnym”.
Dlaczego Sztokholm?
Granice dotyczą nas wszystkich, jednak dotykają nas w różnoraki sposób, zależnie od płci, pochodzenia, rasy czy klasy społecznej. Przemoc i kontrola państwa wobec niechcianych „intruzów” nie występują wyłącznie w strefach przygranicznych, ale także na lotniskach, w portach, szpitalach, szkołach, miejscach pracy, na ulicach i placach. Dyskryminacyjne i szowinistyczne traktowanie rozprzestrzenia się jak trujący gaz w powietrzu, którym przyszło nam oddychać i staje się to coraz częściej elementem naszego codziennego życia. Ciągle urządzane polowania na imigrantów spoza Europy legitymizują jednocześnie prześladowanie przez władzę wszystkich tych, którzy nie mieszczą się w jej wyobrażeniu o składzie i ramach społeczeństwa. Istnienie granic kreuje rasizm i dyskryminację.
Polityka graniczna jest spoiwem wewnątrz Unii Europejskiej i Szwecja odgrywa aktywną rolę w jej tworzeniu. Na terenie Unii Europejskiej, osoby spoza Europy są notorycznie kryminalizowane i prześladowane, zamykane w więzieniach, brutalnie i bezwzględnie deportowane. Politycy straszą społeczeństwo, przedstawiając migrację jako zagrożenie obecnych czasów. W Szwecji wytworzono niezwykle sprawne mechanizmy prawne oraz instytucje ułatwiające i przyśpieszające deportowanie niechcianych elementów ze szwedzkiego społeczeństwa. Wyłapywanie imigrantów jest tu sprawniejsze m.in. dzięki specjalnie wyszkolonym, działającym po cywilu jednostkom służb specjalnych, które wespół z np. urzędami skarbowymi wykonują niezapowiedziane naloty na miejsca pracy, mają przywileje podejmowania szybszych decyzji odnośnie zatrzymanych imigrantów (z zarządzaniem deportacji włącznie). Ponadto służby ds. deportacyjnych w Szwecji koordynują swoje działania i organizują wspólne masowe deportacje z organizacją Frontex. W tym roku liczba deportacji wzrosła już o 40%.
Ludzie, którzy z powodu agresywnej polityki deportacyjnej są niepewni o swoje jutro, na co dzień wykorzystywani są przez lokalny kapitalizm. Ich sytuacja i położenie generuje powstawanie dla państwa i prywatnych przedsiębiorców taniej, niewymagającej, pozbawionej niemal wszystkich praw siły roboczej. Jednocześnie ci sami wykorzystywani na co dzień pracownicy używani są przez władze do podminowywania społeczeństwa wizją spadku wynagrodzeń i osłabienia ich bezpieczeństwa socjalnego. Współczesna polityka graniczna w Szwecji umożliwia prywatnym firmom i korporacjom zarabianie potężnych pieniędzy, służąc państwu jako jego maszyny deportacyjne, jako służby kontroli, identyfikacji i nadzoru. Wszystko powodowane koniecznością spełnienia wymagań postawionych przez państwo w ramach polityki antyimigranckiej.
Procedury związane ze szczegółami deportacji okryte są milczeniem. W aresztach przejściowych, ludzie czekający na samolot deportacyjny przetrzymywani są w ciasnych celach, często w założonych kajdankach, pieluchach, faszerowani środkami uspakajającymi. Ośrodki deportacyjne i areszty dla imigrantów lokowane są na obrzeżach miast, ukryte na terenach poprzemysłowych, na uboczu i z dala od oczu społeczeństwa. Korporacje działające w tym „sektorze” mogą bez problemu i żadnej odpowiedzialności za swoje czyny zarabiać ogromne pieniądze okupione cierpieniem i ludzkimi dramatami.
Takie postępowanie jest zjawiskiem, na które nie możemy się godzić i przyzwalać na jego dalsze istnienie. Granice państwowe stale są rozmywane dzięki tysiącom ludzi przekraczającym je bez wymaganych dokumentów. System obywatelski wciąż kwestionowany jest przez tych, którzy chcieliby funkcjonować w wolnej przestrzeni bez przypinanych metek obywatelstwa. Mury pokonywane są przez tych, którzy się na nie wspięli i przedostali na drugą stronę, pomimo niebezpieczeństwa. Wzywamy wszystkich ludzi, aby zgromadzili w sobie gniew i dali mu upust na ulicach Sztokholmu, przeciwko granicom! Przeciwko nieludzkiemu traktowaniu uchodźców i imigrantów! Aby przerwali milczenie w związku z karygodną polityką graniczną! Wzywamy do podjęcia tygodnia akcji bezpośrednich przeciwko granicom i tzw. „polityce bezpieczeństwa”! Przybądź do Sztokholmu i zamanifestuj swój opór i niezgodę przeciwko rasizmowi, dyskryminacji! Przekaż innym swoje umiłowanie dla świata wolnego od sztucznych granic, dokumentów, podziałów i odgórnej kontroli. Przyjedź, pomóż zniszczyć nam to, co nas ogranicza i pomóż w tworzeniu alternatywy!
Jakie są cele obozu i planowane akcje?
- Podkreślenie roli i działanie przeciwko korporacjom oraz interesom kapitału, które wspierają i finansują politykę deportacyjną, a jednocześnie niejednokrotnie z tych mechanizmów prawnych czerpią korzyści;
- Podzielenie się swoimi doświadczeniami i pomysłami. Wspólnie budować sieć kontaktów, strategie działania i przeprowadzania kampanii solidarnościowych, omawiać plany walki z systemem państw narodowych i prowadzoną przez nie polityką imigracyjną.
- Aby w debacie publicznej popychać naprzód temat deportacji, dyskutując o lepszym świecie, bez deportacji, bez istnienia podziałów na ludzi gorszych i lepszych.
Kiedy?
- Budowa obozu rozpocznie się w drugim tygodniu czerwca.
- Obóz rozpocznie się 17-go czerwca i potrwa aż do 24-go czerwca
- 18-go czerwca odbędzie się akcja solidarnościowa z więzionymi w obozie w Märsta
- W trakcie trwania obozu planowane są również akcje i protesty pod siedzibami firm wspierających proceder deportacji, korporacjami wykorzystującymi imigranckich robotników i siedzibami służb bezpieczeństwa.
Zasady funkcjonowania obozu:
- Filozofia obozu opiera się na samoorganizacji, decentralizacji i autonomii. Obóz wyraźnie odrzuca kapitalizm, który karmi się wojną i prowadzi do nędzy milionów ludzi, a opiera się na fundamentach państwa narodowego i jego granicach;
- Po wszystkich uczestnikach obozu spodziewamy się przestrzegania zasady tolerancyjności wobec różnych opcji „politycznych” wśród innych obozowiczów (nie wliczając tych z góry wykluczonych). Jesteśmy solidarni z każdym uczestnikiem obozu i nie będziemy stawać po niczyjej stronie w sporach, z których ktoś miałby czerpać personalną korzyć. Szanujemy i dyskutujemy wszelkie proponowane taktyki i strategie działań;
- Od wszystkich uczestników obozu oczekujemy, że w przypadku ewentualnych represji będą brali czynny udział w akcjach solidarnościowych. Solidarność naszą bronią!
- Seksistowskie, rasistowskie, homofobiczne oraz wszelkie inne formy uprzedzeń są na obozie niemile widziane i zdecydowanie nie będą tolerowane;
- Cały obóz stoi w konfrontacji z wszelkimi strukturami autorytarnymi i chce, poprzez zdecydowane akcje i działania bezpośrednie, stanowić dla nich alternatywę;
- Represje są zjawiskiem dotykającym nas wszystkich. Sprzeciw przeciwko granicom stanowi część tej samej walki, w której zawiera się także antyfaszyzm, walka klas, boje o prawa zwierząt i w obronie środowiska naturalnego. Zachęcamy wobec tego wszelkie tej maści kolektywy, grupy i organizacje oraz osoby indywidualne, do przeprowadzania zdecentralizowanych akcji bezpośrednich przeciwko polityce migracyjnej podczas całego tygodnia trwania obozu „No Border”, tu na miejscu w Sztokholmie, ale i w innych miejscach w Europie i na świecie!
Jak możesz pomóc w organizacji obozu?
- Samoorganizowany obóz nie będzie niczym więcej poza tym, co my sami zbudujemy. Każdy jest w stanie wnieść cząstkę siebie w powstawanie obozu i odnaleźć swoje miejsce w jego tworzeniu!
- Możesz skutecznie przyczynić się do powstawania obozu poprzez czynne uczestnictwo w jednej z wielu grup roboczych (logistyka, mobilizacja, media, program i prowadzenie warsztatów, organizacja masowej demonstracji 17-go czerwca, pomoc medyczna, budowa i obsługa strony internetowej, grupa wsparcia prawnego, grafiki i reklamy itd.);
- Możesz zaprezentować nam swoje warsztaty, pokazy filmowe, prowadzić tematyczne wykłady i prezentacje związane z tematyką obozu. Główne motywy przewodnie powinny być powiązane z polityką migracyjną i deportacjami;
- Możesz mobilizować potencjalnych uczestników do wzięcia udziału w obozie, oczywiście także pojawić się samemu, blokować deportacje, organizować pikiety solidarnościowe, odwiedzać więzionych w centrach deportacyjnych ludzi czy zająć się czymkolwiek twórczym, co w jakiś sposób uderzy w machinę deportacyjną;
- Możesz zorganizować imprezy wspierające obóz u siebie na miejscu, koncerty benefitowe na powstanie obozu itp.;
- Możesz pomóc nam w znalezieniu dokładnej lokalizacji obozu i sugerować płaszczyzny do działania dla innych aktywistów;
- Możesz nas wesprzeć finansowo, swoim doświadczeniem w organizowaniu wielkich imprez lub materiałami ;
- Możesz pożyczyć nam bardzo potrzebne z logistycznego punktu widzenia- wielkie namioty, vany transportowe, konstrukcje montażowe, materiały budowlane. Każda pomoc jest mile widziana!
Strona "No Border Camp Stockholm": www.noborderstockholm.org
Kontakt: info@noborderstockholm.org
No Border Camp Stockholm
Tłum. Jaromir
Jak zarobić na trupach?
Czytelnik CIA, Pon, 2012-04-16 15:40 PublicystykaKatastrofa „Titanica” z nocy 14 na 15 kwietnia 1912 roku, była jedną z najbardziej spektakularnych tragedii morskich XX wieku. Uważa się ją, za początek końca epoki blichtru, rządów Wielkiej Brytanii na morzach oraz oceanach. Niektórzy wręcz uważają, że zatonięcie luksusowego liniowca, było znakiem nadchodzącej katastrofy, jaką był wybuch I wojny światowej ponad dwa lata później. Tak czy owak z tą katastrofą wiążę się wiele nie przyjemnych prawd, niż romantycznych uniesień. „Titanic” wznosił się przez dwa lata, w stoczni Harlanda i Wolffa w Belfaście, rękami zwykłych ludzi, tylko dla kaprysu bogatych. To nie miał być zwykły statek, to miał być pływający hotel, spełnienie marzeń konstruktorów, o coraz większych, luksusowych liniowcach łączących stary kontynent z bogacącym się Nowym Światem. Nowa amerykańska „arystokracja” powoli zaczęła decydować o porządku na świecie. Dla ich marzeń powstał owy cud techniki i w imię zadufania swoich twórców, a także armatora White Star Line poszedł na dno, a wraz z nim wiele niewinnych istnień ludzkich, głównie pasażerów 3 klasy, którzy nie mogli być uratowani, ze względu na małą ilość szalup ratunkowych, chaos panujący podczas akcji i przede wszystkim dla tego, że ratowano w pierwszej kolejności kobiety oraz dzieci z górnej części pokładu. Zastosowanie segregacji ze względu na pochodzenie klasowym, było wówczas normą. Z dolnych pokładów przeżyło tylko 44 osoby. To mało porównując ile mniej majętnych pasażerów płynęło tym kolosem. Smutną pamiątką tamtych zdarzeń są dobrze zachowane męskie trzewiki należące do 35-letniego rzemieślnika Williama Henry’ego Allena. Ich właściciel nie przeżył. Ironią losu jest fakt, że „Titanic” stał się wspólnym grobem dla biednych oraz bogatych.
Katastrofa „Titanica” niczego i nikogo nie nauczyła. Na pewno nie pokory dla majestatu śmierci tych 1500 osób, którzy spoczęli z wrakiem statku na dnie Oceanu Atlantyckiego. Od momentu, gdy cały świat dowiedział się o katastrofie, ludzie byli rządni informacji, kto płynął, kto przeżył lub kto zginął. Interesowali ich pasażerowie z 1 klasy, nikt inny. To kim byli, co więźli było ważniejsze, niż smutna prawda o zaniedbaniach podczas budowy, rejsu i samej katastrofy „Titanica”. Dziś biznes robiony na samym statku oraz katastrofie przewyższa wartość wszystkiego, co przewoził liniowiec. Sam film Jamesa Camerona z 1997 roku zarobił na siebie ponad 1 mld dolarów amerykańskich. Na pamiątkach wyciągniętych lub ponoć pochodzących z wraku, ich sprzedawcy zarabiają krocie, bez jakichkolwiek zahamowań, znajdując na to pobyt wśród popranej, bogatej klienteli na całym świecie. Na książkach, filmach, gadżetach zrobiono również niezły biznes. Często odbywa się to poza jakąkolwiek międzynarodową kontrolą, a także protestami Roberta Ballarda, który wraz z Janem – Louisem Michlem odnaleźli wrak „Titanica” w 1985 roku. Już 2002 roku odbyło się kilka ekspedycji penetracyjnych do wraku, celem odnalezienia drogocennych przedmiotów należących do bogatych pasażerów. Nie wykluczone, że i takie odbędą się w tym roku, robione w wielkiej tajemnicy. Szczytem jednak wszystkiego jest to, że z okazji stulecia katastrofy firma Miles Morgan Travel wpadła kilka temu na pomysł wycieczki luksusowym promem „Balmoral” śladami „Titanica”. Bilety na ten rejs wykupiono już w 2010 roku. O tym wydarzeniu, zachwytem i wręcz fascynacją w głosie, mówiła w swoim programie, w Radiu „Zet”, znana celebrytka Beata Pawlikowska.
Katastrofa „Titanica” była w swej istocie wielkim dramatem pasażerów, ich rodzin, a teraz zamiast w ciszy, skupieniu, bez rozgłosu uczcić to smutne wydarzenie, robi się z tego jarmarczną rozrywkę, dosłownie i w przenośni. W mieście Cobh – Queenstown (ostatniego portu, do którego przybił „Titanic”) odbył się miejski festyn. To właśnie tam wsiedli Irlandzcy emigranci, udający się do USA, kraju „wielkich molowości”. Większość z nich nigdy nie zobaczyła Statuy Wolności oraz Nowego Jorku. Szkoda, że w imię uczenia rocznicy i chęci zarobienia większej kasy, nie zrobiono perwersyjnej zabawy. O to część pasażerów przebrać za bogatych, a resztę za biednych, umieścić ich w dolnych pokładach w warunkach przybliżonych do tych z 3 klasy, a w okolicach Nowej Funlandii, gdzie zatonął „Titanic” zafundować im niemal taką samą katastrofę, pobudkę w rocznicową noc, potem chaotyczną ewakuację i zostawić ich na koniec przez obsługę na pastwę losu. Co to by były za wrażenia!
Mówiąc poważnie, przez media przejdzie od czasu do czasu nie przyjemna prawda. Nawet w kiczowatym filmie Jamesa Camerona z 1997 roku, widzimy jak traktowano ludzi z dolnej części pokładu. Oni mieli być ratowani później, jak zostaną jeszcze szalupy ratunkowe, potem mogli jedynie ratować się już na własną rękę. Potem było już za dla nich za późno. To miejscem, gdzie spoczęły ich ciała, będzie płynąć prom „Balmoral”, z bawiącym się na jego pokładzie bogatymi pasażerami, którzy poza ekscytacją o tamtej nocy, nie przeżyją żadnej poważnej refleksji nad losem „Titanica” i jego pasażerów.
RobertHist
Gdy anarchiści walczyli z prawdziwą "komuną", gdzie był wówczas ONR?
XaViER, Nie, 2012-04-15 10:37 Kraj | Historia | Publicystyka | Rasizm/Nacjonalizm | Ruch anarchistyczny Na porządku dziennym pojawiają się we współczesnej Polsce różnego rodzaju grupy, nazwijmy je "rekonstrukcyjne", które rzekomo wciąż walczą z "komuną".
ONR i MW, dwie sojusznicze organizacje, są tutaj szczególnie "waleczne" i stoją w pierwszym szeregu walki. "Komuną" dziś dla nich nie są jedynie popłuczyny po PZPR, ale także PO, PZPN, PSL, Palikot, geje, generalnie wszyscy poza nimi samymi... No i oczywiście anarchiści.
To ostatnie jest szczególnie interesujące z punktu widzenia historycznego. Poniżej zamieszczam film z manifestacji z 20 kwietnia 1989 r. (jeszcze przed wyborami 4 czerwca, PRL wciąż istniał). Marsz antyrządowy pod hasłem "Wolne szkoły - wolne uczelnie" ruszył spod Uniwersytetu Warszawskiego i zakończył się pod Pałacem Kultury i Nauki. Obok różnorodnych organizacji opozycyjnych na czele manifestacji idą anarchiści krzycząc, uwaga, "Precz z komuną"*.
Oświadczenie antyfaszystów po demonstracji w Katowicach
Czytelnik CIA, Nie, 2012-04-15 08:54 Kraj | Antyfaszyzm | Publicystyka14 kwietnia w Katowicach antyfaszyści planowali zatrzymać nacjonalistyczny marsz ONR-u. Prowokacyjny pochód obrażał nie tylko Ślązaków, ale też dużą część mieszkańców tego kraju. Szerzył hasła i symbole rasistowskie, ksenofobiczne i homofobiczne, a także, jak pokazały wcześniejsze dokonania narodowych radykałów, stanowił też zagrożenie dla bezpieczeństwa mieszkańców miasta.
Polska krwi i dyshonoru
Akai47, Sob, 2012-04-14 23:08 Antyfaszyzm | PublicystykaNie wolno nie reagować na kolejne incydenty nazistowskiego terroru w naszym kraju. Organizacja nazywająca się „Krew i honor” to naprawdę jedna z największych hańb w Polsce. Ta organizacja bezpośrednio powołuje się na nazizm, ideologię, która jest odpowiedzialna za okrutną śmierć milionów ludzi, m.in. milionów Polaków, uznawanych za przedstawicieli „gorszej rasy”, godnej tylko, by żyć na służbie wobec „aryjskiej rasy panów”.
Te oczywiste fakty nie są chyba ważne dla tej organizacji, która uważa za swoją misję walkę o „aryjską kulturę”. Ich ideologia jest zlepkiem idiotyzmów inspirowanych nienawiścią na podłożu rasistowskim. Jest to ideologia terroru i ludobójstwa, hierarchii rasowej – primitywna, nie oparta na jakichkolwiek logicznych przesłankach. To ideologia tworzenia elit wokoł przypadkowych czynników, takich jak rasa. W międzyczasie, istnieją realne elity… bankierzy, politycy, bogacze, którzy rządzą światem, pozostawiając miliony ludzi w nędzy i niewoli ekonomicznej. Organizacje takie jak Krew i Honor i inne im podobne, są zupełnymi impotentami wobec tych prawdziwych elit. Jeśli w ogóle odnoszą się do nich, to zwykle przez przymat nacjonalistyczny – dla nich to nie bankierzy z którymi trzeba walczyć, tylko sztuczne podkategorie, takie jak „żydowscy bankierzy” itd. To pokazuje, że tak naprawdę, nie zależy im na zniesieniu elit, ale na ich wymianie, tak by elitą stała się wymarzona „aryjska rasa”. Są chyba przekonani, że będąc w awangardzie ideologii nazistowskiej, kiedyś sami znajdą się w elicie. Wygląda to jak próba ucieczki od rzeczywistości: większość z nich jest gówno warta w oczach obecnej elity, są jedynie bezmózgą tanią siłą roboczą, której trzeba się szybko pozbyć, gdy się zestarzeje.
W walce z tą idiotyczną nazistowską ideologią, potrzebujemy czegoś więcej niż antyrasizm. Oczywiście warto obnażać rasistowską ideologię, lecz konieczna jest również analiza klasowa, gdyż rasistowską ideologię często podchwytują ludzie ubodzy, którym łatwiej jest przyjąć, że wyzyskuje ich ktoś obcy. Niełatwo jest przyznać, że wróg może być „swój” i być obojętny w kwestii tego, kogo wyzyskuje. A wyzyskiwani będą wszsycy ci, którzy nie potrafią się zorganizować i zjednoczyć we wspólnej walce. Gdy ludzie zostaną podzieleni według ras, narodowości i krajów, łatwiej jest wykorzystywać jednych przeciw drugim i w ten sposób ich pokonać.
Gdy widzę takie problemy socjalne, nie chcę zostawać w domu i mówić sobie, że nic nie da się zrobić. Zmiany są możliwe, nawet jeśli horyzonty działania nie są w Polsce zbyt ciekawe. Musimy budować zdolność oporu. Dlatego ja i wielu moich kolegów z ZSP w Warszawie będziemy aktywnie wspierać akcje takie jak demonstracja 15 kwietnia w Białymstoku. Nie wolno nam milczeć w takich sprawach, nie wolno nie reagować na coraz liczniejsze incydenty przemocy oparte na ideologii nienawiści, rasizmu i nacjonalizmu, ideologii elit, której nie możemy zaakceptować.
Ale także muszę dodać, że walka z rasizmem i nacjonalizmem, to tylko część walki o stworzenie egalitarnego społeczeństwa, jak najbardziej popieram inicjatywy, takie jak antyrządowa i antykapitalistyczna demonstracja 1 majowa, która odbędzie się tym roku w Warszawie. My także będziemy tam i mamy nadzieję, że ludzie nie będą obojętni i pokażą swój sprzeciw. W tym roku, bezmózgowcy nacjonaliści-autonomiści także wyjdą na ulice, więc uczestnictwo w 1 majowej demonstracji, to także jest akt oporu przeciw ich próbie terroryzowania ludzi o równościowych poglądach.
Dzisiejszą Polskę możemy określić jako kraj hańby w wielu aspektach. Niech nie stanie się tak, że kolejną hańbą będzie brak aktywnej opozycji równościowej, oraz brak oddolnych inicjatyw i organizacji na 1 maja.
Oświadczenie w sprawie przemocy białostockiej skrajnej prawicy
Yak, Sob, 2012-04-14 20:24 Antyfaszyzm | PublicystykaZwiązek Syndykalistów Polski - Warszawa z oburzeniem przyjął wieści o przestępstwach i faszystowskim terrorze mających miejsce w Białymstoku. Niestety ostatnie doniesienia medialne, to tylko wierzchołek góry lodowej. Na Podlasiu regularnie dochodzi do przestępstw na tle rasistowskim, ksenofobicznym i nie tylko. Sprzeciwiamy się nacjonalizmowi oraz wszelkim formom dyskryminacji, które są ideami głoszonymi przez sprawców zbrodni, jakie miały miejsce w całej Europie podczas II wojny światowej i sprawców incydentów w Białymstoku.
Co więcej, sprzeciwiamy się aparatowi państwowemu, który wspomaga białostockie grupy neonazistowskie, poprzez represjonowanie lokalnych grup samoobrony i tym samym uniemożliwianie reakcji na terror, którego sprawcy są znani. Potępiamy wszystkich stronników morderców oraz władze miasta, które przez lata pozwalały miejscowemu środowisku neonazistowskiemu rosnąć w siłę.
Nasz sprzeciw nie ogranicza się jedynie do ugrupowań deklarujących się jako nazistowskie, ale także innych środowisk odpowiedzialnych za pozbawianie życia, takie jak Polski Front Narodowy (obecnie Liga Obrony Suwerenności), którego członkowie w 1995 roku w Legionowie ciężko pobili 30 bezdomnych, a zamordowali dwóch, Obozu Narodowo-Radykalnego, którego sosnowiecki działacz w 2005 roku dźgnął nożem mieszkającego na lokalnym squacie chłopaka, Narodowego Odrodzenia Polski, którego łódzcy działacze usiłowali w 1996 zabić 15-latka i innym, niezrzeszonym w partiach politycznych i masowych organizacjach prawicowych siepaczy próbujących siać terror w Polsce.
15 kwietnia trzeba być właśnie w Białymstoku, na demonstracji antyfaszystowskiej. Skrajnej prawicy trzeba powiedzieć: STOP!
Związek Syndykalistów Polski - Warszawa
Anarchosyndykalizm w Ameryce Południowej do połowy XX wieku
drabina, Sob, 2012-04-14 13:48 Historia | Publicystyka | Ruch anarchistycznyNiezwykle rzadko historycy przyznają, iż ruch anarchosyndykalistyczny w końcu XIX i początku XX wieku był w wielu krajach Ameryki Łacińskiej nie tylko ruchem masowym, ale także ruchem dominującym. Tak było w Argentynie, Brazylii, Meksyku oraz w Urugwaju[1]. Naturalnie, w dużej mierze stanowiło to efekt ogromnej migracji Europejczyków do Nowego Świata, wśród których znajdowali się również anarchiści przywożący ze sobą nowe idee. Z kolei idee anarchistyczne a następnie anarchosyndykalistyczne niezwykle łatwo się adaptowały w tym regionie, bowiem, jak przyznawał J. Morris, warunki pracy i życia były zbliżone do europejskich[2]. Ponadto wzmożona industrializacja, która nastąpiła w kolejnych latach, imigracja, wolny handel oraz niehamowany niczym kapitalizm spowodowały drastyczny wzrost różnic społecznych, co z kolei doprowadziło do tego, iż Ameryka Łacińska stała się niezwykle istotnym miejscem dla konfliktów klasowych[3] oraz bardzo podatnym obszarem na koncepcje anarchosyndykalistyczne i anarchistyczne w ogóle.









