Prawa pracownika
Uwaga na firmę „Wektor”!!!
Czytelnik CIA, Wto, 2013-04-09 09:31 Blog | Prawa pracownikaMoja historia niech będzie przestrogą dla innych. Pod koniec listopada zatrudniłem się w firmie „Wektor” mieszczącą się na ulicy Postępu 12 w Warszawie. Firma ta oferuje pracę w zakresie roznoszenia listów dla firmy „Speedmail” oraz roznoszenie ulotek dla innych podmiotów gospodarczych. Obie formy pracy nie mogły się krzyżować z tej prostej przyczyny ponieważ „Speedmail” nie zajmuje się dostarczaniem druków bezadresowych, co ewidentnie wynika ze strony internetowej tego operatora pocztowego:
Usługi pocztowe
Nasza oferta skierowana jest do klientów biznesowych i instytucjonalnych.
Koncentrujemy się na realizacji usługi pocztowej w zakresie listów zwykłych oraz przesyłek marketingowych adresowych
Przyjmujemy i dostarczamy przesyłki bez zadeklarowanej wartości wg niżej określonych kryteriów:
Waga przesyłki: do 2000 g
Wymiary maksymalne przesyłki: długość 325 mm, szerokość 230 mm, grubość 20 mm
Wymiary minimalne są ograniczone wielkością pola adresowego tj.: długość 140 mm,
szerokość 90 mmDeklarowany termin doręczenia przesyłek:
do 3 dni roboczych po dniu nadania w przypadku przesyłek listowych
do 4 dni roboczych po dniu nadania w przypadku przesyłek reklamowychPrzesyłki doręczane są za pośrednictwem oddawczych skrzynek pocztowych
Oferujemy szeroki pakiet usług dodatkowych, m.in.:
kompleksową obsługę zwrotów
przeadresowanie
systemy raportowania
rejestrowanie przesyłek na całej drodze jej przebiegu
odbiór przesyłek z miejsca wskazanego przez klientaDzięki specjalizacji jesteśmy w stanie zaoferować klientom wysoką skuteczność i efektywność doręczeń nadanych przesyłek.
Niestety mój przełożony chyba nie za bardzo się tym przejął i kazał mi wykonywać prace listonosza oraz doręczyciela ulotek. Problem w tym, że owe ulotki (być może nawet „Speedmail” nie ma o tym pojęcia) traktował jak listy, za które mam 0.24 grosze od sztuki. Wynikało zatem, że za 1052 sztuki mam 252 złote i 48 groszy. O nie! Nie ma tak dobrze. Stawka jak za ulotki 70 złotych i tyle. Zatem podziękowałem. I już tu nie pracuje – jak powiedział już mój były szef. Życzę mu powodzenia w kombinowaniu. Uda mu się na pewno. Polska to w końcu raj dla pracodawców – naciągaczy.
RobertHist
Moja przygoda z Roche
Czytelnik CIA, Pią, 2013-04-05 11:42 Prawa pracownika | PublicystykaZ Jakubem Żaczkiem, aktywistą, byłym pracownikiem firmy Roche, który walczy sądownie o uznanie stosunku pracy, rozmawia Agata Czarnacka, redaktorka serwisu Lewica24.pl
AC: Ile czasu trwała twoja przygoda z Roche? Pracę znalazłeś z polecenia, z konkursu, z ogłoszenia?
JŻ: W Roche pracowałem około 2 lat. O pracy w Roche dowiedziałem się z ogłoszenia naboru programistów web frontend. Ofertę przesłał mi znajomy. Oferta dotyczyła pracy w biurze firmy Roche. Po rozpoczęciu pracy okazało się, że formalnie będę musiał podpisywać faktury z firmą trzecią za świadczenie usług. Później zrozumiałem, że ta firma trzecia jest tylko figurantem, jednak nie było możliwości pominięcia tego pośrednika.
AC: Dlaczego mówisz o figurancie? Co rozumiesz przez to słowo?
JŻ: Z sytuacji wynikało jasno, że rola pośrednika ogranicza się do podpisywania papierów. Polecenia otrzymywałem wyłącznie od firmy Roche, z którą byłem w relacji faktycznego stosunku pracy. Pomimo iż formalnie ta firma trzecia miała zlecać mi pracę dla swojego klienta, Roche, podwykonawca nie miał pojęcia o mojej codziennej pracy i zresztą w ogóle się nią nie interesował.
Faktycznie pracowałem w biurze Roche, w czasie wyznaczonym przez Roche, na sprzęcie należącym do firmy Roche i wykonywałem polecenia pracowników firmy Roche. Tego typu relacja, zgodnie z Kodeksem Pracy, nazywa się stosunkiem pracy.
AC: Ilu osób dotyczyły tego typu układy?
JŻ: Przez ta samą firmę zatrudnionych było kilkanaście osób, a przez inne, podobnie funkcjonujące firmy około kilkuset osób.
AC: Wszystkie w Warszawie?
JŻ: W Warszawie to mogło być około 200 osób, choć dokładnej liczby nie znam. Druga grupa zatrudnionych w ten dziwny sposób osób pracowała w Poznaniu.
AC: Jak się o nich dowiedziałeś?
JŻ: Pracowałem z częścią z nich w jednym zespole, spotykałem ich na zebraniach w czasie pracy. O tym się mówiło.
AC: I jakie prace wykonywaliście dla Roche?
JŻ: Moja praca polegała na tworzeniu i naprawianiu stron internetowych opisujących produkty firmy Roche. Jako programista frontend tworzyłem kod javascript i css.
AC: A co robili inni tak zatrudnieni pracownicy?
JŻ: Inni zajmowali się programowaniem i utrzymywaniem dziesiątek różnych aplikacji wewnętrznych i zewnętrznych na potrzeby Roche. Polska jest czymś w rodzaju centrum wykonawczego w dziedzinie informatyki dla tej globalnej korporacji.
AC: Mówimy o latach sprzed "ustawy antykryzysowej", która zniosła obowiązek zatrudnienia pracownika na stałe po trzeciej umowie czasowej, tak?
JŻ: Mówimy o latach 2009-2011. Jednak przez cały czas trwania stosunku pracy z pracownikami zatrudnianymi przez firmy-figurantów, Roche nie przyznaje się do tego, że ludzie wykonujący pracę w ich biurach, pracując pod bezpośrednim kierownictwem firmy, to w rzeczywistości ich pracownicy. Prawnicy firmy doradzili pracodawcy, jak starać się obejść istniejące przepisy, niezależnie od okresu obowiązywania ustawy antykryzysowej.
AC: Jak myślisz, ile Roche "oszczędzało" na jednym takim pracowniku?
JŻ: Z pewnością były w ten sposób przerzucane na pracowników koszty zatrudnienia, takie jak składki ubezpieczeniowe, wynagrodzenia za urlop i zwolnienie chorobowe, wynagrodzenia na okresie wypowiedzenia, itp. Mówimy więc o znaczących kwotach. Ale tak naprawdę powinna to zbadać jakaś inspekcja zewnętrzna, bo przecież pracownicy nie mają dostępu do takich informacji.
AC: Dla Ciebie uporządkowanie kwestii zatrudnienia było ważne. Dlaczego jednak inni tak rzadko zgłaszają takie sprawy?
JŻ: Wielu innych pracowników czuło się zagrożonych brakiem stabilności zatrudnienia, co negatywnie wpływało na ich zdrowie i relacje w zespole. Jednak nie czuli, że mogą coś z tym zrobić, mając świadomość, że mogą w dowolnej chwili zostać zwolnieni, zależnie od kaprysu działu HR. Wielu pracowników też zupełnie się nie orientuje, jakie im przysługują prawa. Gdy rozpoczynałem swoją sprawę w sądzie, wszyscy mówili mi: "nic się nie da zrobić, oni są zbyt silni, zbyt dobrze to przemyśleli". A okazuje się, że nie. Że wielka kancelaria adwokacka (Raczkowski), specjalizująca się w prawie pracy, dwoi się i troi, by odeprzeć zarzuty stawiane w pozwie i muszą się odwoływać do mało przekonujących wybiegów.
AC: Czy kontaktowaliście się z Państwową Inspekcją Pracy?
JŻ: Państwowa Inspekcja Pracy nie analizuje przypadków, w których pracownicy nie są objęci umową o pracę. Tak więc zwrócenie się do PIP będzie możliwe dopiero po udowodnieniu istnienia stosunku pracy, do czego dążę w moim pozwie.
AC: Założyłeś firmie Roche proces o uznanie stosunku pracy i Roche zaproponowało Ci ugodę na względnie korzystnych, jak rozumiem, warunkach. Dlaczego jej nie przyjąłeś? Przecież taka ugoda była czymś w rodzaju przyznania się do winy...?
JŻ: Owszem, gdyby firma czuła że pozew jest nieuzasadniony, nie oferowałaby ugody. Uznałem jednak, że firma nie może wykupić się tak nieznaczącą dla siebie kwotą, bo wtedy nie miałaby żadnej motywacji, by zmienić swoje postępowanie wobec pozostałych pracowników. Nie wykluczam ugody, jednak zależy mi też by wpłynąć na funkcjonujące w Polsce orzecznictwo w sprawach o uznanie stosunku pracy. Nie słyszałem, żeby ktoś wcześniej starał się o ustalenie stosunku pracy, gdy w rachubę wchodziła firma-figurant pośrednicząca w zatrudnieniu. Wnoszę przecież o ustalenie stosunku pracy z firmą Roche, a nie z pośrednikiem. To ważne również z tego względu, że inni pracownicy mogą dzięki temu uwierzyć, że to jest możliwe i pójść moim śladem.
AC: W tej chwili ciąg dalszy procesu. Jak polskie sądy pracy sobie radzą z takimi procesami?
JŻ: Proces trwa bardzo długo, już rok. Na pewno nie pomoże reorganizacja sądów. Jednak muszę przyznać, że sędziowie w Sądzie Pracy są bardzo kompetentni i dobrze rozumieją sytuację pracowników.
AC: Czy myślisz, że możliwość zrzeszania się pracowników kontraktowych w organizacjach pracowniczych pomogłaby osobom w podobnej sytuacji?
JŻ: Pracownicy tymczasowi w świetle prawa mają prawo do zakładania związków zawodowych. Objęcie założycieli komisji ochroną przed zwolnieniem jest bardziej skomplikowane, bo w przypadku pracowników tymczasowych z natury rzeczy łatwo jest pracodawcy powiedzieć, że okres zatrudnienia nie zostanie przedłużony. Chodzi więc o skuteczność obrony swoich praw przed sądem, co jest bardziej skomplikowane. Jednak warto pamiętać, że również pracownicy zatrudnieni na stałe umowy, będący członkami komisji założycielskich związków, mogą zostać bezprawnie zwolnieni i tak się bardzo często dzieje. Wiem coś o tym, bo spotkało to też mnie, u poprzedniego pracodawcy, korporacji Lionbridge. Wtedy musiałem wytoczyć proces za nielegalne zwolnienie, niemniej struktura związkowa została rozbita.
Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by organizować się oddolnie, również w nieformalne struktury solidarnościowe. Staramy się w ten sposób działać w ramach Związku Syndykalistów Polski. Wspieramy pracowników, którzy są w zdawałoby się beznadziejnej z punktu widzenia prawnego sytuacji. Ale przy dobrze przeprowadzonej międzynarodowej kampanii wsparcia, można bardzo wiele osiągnąć. Międzynarodowe korporacje są bardzo wrażliwe na tego typu działania.
AC: Jak myślisz, jaka jest skala tego rodzaju procederu w całym kraju? To tylko Roche czy znacznie więcej firm?
JŻ: Polska jest europejskim liderem w dziedzinie umów śmieciowych. Nie ma nawet wiarygodnych statystyk dotyczących tego tematu, a zazwyczaj nie uwzględnia się też pracowników pracujących na fikcyjnym samozatrudnieniu. Są bardzo różne oceny tego zjawiska. Ostatnio o jego skali z Rzeczpospolitą polemizowała Gazeta Wyborcza.
AC: W tej chwili rząd stara się wpisać trwale rozwiązania ustawy antykryzysowej do kodeksu pracy. Jak to oceniasz?
JŻ: Rząd wykonuje nieustanne ukłony w stronę pracodawców, nie rekompensując w żaden sposób pracownikom ograniczenia ich praw. To droga donikąd, bo pracownicy nie mający stałego zatrudnienia na godziwym poziomie nie są w stanie planować swoich wydatków, ograniczają je do minimum, co powoduje lawinową reakcję w całej gospodarce. Jest to więc polityka samobójcza i szalenie krótkowzroczna.
Musimy dążyć do zapewnienia godziwych warunków zarobkowych i stabilności zatrudnienia dla klasy pracującej. Kapitaliści o to nie zadbają, bo to sprzeczne z ich krótkowzrocznym interesem. A bez godziwych zarobków nie ma mowy o wyjściu ze śmiertelnej spirali wyniszczającej gospodarkę.
Za: http://lewica24.pl/wywiady/2950-zaczek-moja-przygoda-z-roche.html
Dąbrowa Górnicza: Pikieta przed ArcelorMittal Poland
Yak, Czw, 2013-04-04 20:26 Kraj | Prawa pracownika | Protesty
Przed siedzibą dyrekcji ArcelorMittal Poland w Dąbrowie Górniczej (obok bramy głównej) odbyła się pikieta przeciwko likwidacji miejsc pracy i zamykaniu linii produkcyjnych w zakładach koncernu. W akcji wzięli udział pracownicy wszystkich zakładów ArcelorMittal działających na terenie Polski.
- Domagamy się zaprzestania nieprawidłowego naliczania wynagrodzeń oraz wprowadzenia polityki mającej na celu utrzymanie i rozwój kapitału ludzkiego poprzez opracowanie planów rekrutacji i szkoleń - mówi Stanisław Szrek, wiceprzewodniczący Solidarności w dąbrowskim oddziale AMP. Sytuacja w zakładach wchodzących w skład ArcelorMittal jest coraz trudniejsza. Tylko w 2012 roku w Polsce odeszło z nich blisko 1,5 tys. pracowników.
Brazylia: Prawa pracownicze dla pomocy domowych
Yak, Śro, 2013-04-03 13:35 Świat | Prawa kobiet/Feminizm | Prawa pracownikaPonad 7 mln brazylijskich pomocy domowych dostało od parlamentu prawa pracownicze. Należy im się m.in. ośmiogodzinny dzień pracy, możliwość korzystania ze zwolnienia lekarskiego, urlop macierzyński i wypoczynkowy.
Nowe prawo weszło w życie we wtorek 2 kwietnia. Pomoce domowe i opiekunki do dzieci, w realiach brazylijskich de facto służące, zostały zrównane w prawach z innymi pracownikami. Media nazwały ustawę "drugą abolicją niewolników". Legalne zatrudnienie pozwoli im też uzyskać prawo do emerytury.
Liczba pomocy domowych sięga w Brazylii 7 mln. To ponad dwa razy więcej niż pracuje ich we wszystkich krajach rozwiniętych - wynika ze statystyk Światowej Organizacji Pracy. W ciągu ostatnich sześciu lat przeciętne wynagrodzenie pomocy domowej wzrosło dwukrotnie. (wyborcza.pl)
Gorzów Wlkp: Demonstracja Przeciwko prywatyzacji usług publicznych!
gosposia_samosia, Wto, 2013-04-02 12:11 Prawa pracownika12 kwietnia w Gorzowie - Przeciwko prywatyzacji usług publicznych!
Apel Komisji Krajowej OZZ Inicjatywa Pracownicza o uczestnictwo w ogólnopolskiej manifestacji w Gorzowie Wielkopolskim przeciwko prywatyzacji usług publicznych.
Usługi publiczne takie jak żłobki, przedszkola, szkoły, szpitale, przychodnie, mieszkalnictwo komunalne czy instytucje kultury są naszym dobrem wspólnym. Przez lata walczył o nie ruch pracowniczy. Umożliwiają nam one godne życie, rozkładają ciężar pracy opiekuńczej, leczą, edukują i wychowują. Jednak w wyniku postępującej komercjalizacji i prywatyzacji usług publicznych dobra te są nam krok po kroku odbierane. Wraz z kurczącymi się pensjami i coraz bardziej śmieciowymi warunkami zatrudnienia, ograniczanie dostępu do usług publicznych powoduje, że jesteśmy coraz bardziej obciążeni/obciążone pracą, a nasze zdrowie coraz bardziej się pogarsza. W takiej rzeczywistości pozostaje nam po raz kolejny stanąć do walki i pokazać, że usługi publiczne nie są towarem na rynku, a my nie jesteśmy klientami!
Nasz gniew i sprzeciw będziemy demonstrować w Gorzowie Wielkopolskim 12 kwietnia.Miejsce to wybraliśmy ze względu na skandaliczną prywatyzację szpitala w Kostrzynie nad Odrą, do której doprowadziło zarządzające nim gorzowskie starostwo powiatowe.
W 2007 r. radni powiatowi zagłosowali za postawieniem szpitala w stan likwidacji, a następnie oddali go pod zarządzanie prywatnej spółce Know How, która przejęła kontrakt na usługi medyczne. Chociaż kontrakt z NFZ nie uległ żadnym zmianom, to spółka zatrudniła tylko część załogi szpitala, obniżyła pensje wszystkim pracownikom i pracownicom oraz zaczęła zatrudniać personel na podstawie kontraktów zamiast umów o pracę. Z dnia na dzień 120 osób straciło pracę – bez odpraw oraz ze skróconym okres wypowiedzenia. Jeszcze przed prywatyzacją przez 4 miesiące wszyscy pracownice i pracownicy nie dostawali wypłat, a jedynie zaliczkę (500zł co miesiąc), na przetrwanie i „zachętę” do pracy w szpitalu-bankrucie.
Obecnie proces likwidacji przedłużono do 2017r., tylko po to, by długi szpitala nie przeszły na urząd starostwa. Dziś dług szpitala wynosi 110mln.zł. i rośnie dziennie o 21 tys. zł. Zyski z usług medycznych zostały sprywatyzowane i płyną do spółki Know How, jednak długi zostaną (prędzej czy później) upaństwowione. W wyniku przedłużającego się procesu likwidacji, pracownicy Szpitala w Kostrzynie już 6 lat czekają na swoje zaległe pensje. 380 osób (salowe, pielęgniarki, pomoc medyczna i lekarze) zostało okradzione z należnych im wynagrodzeń. Pomimo prawomocnych wyroków, które nakazujących wypłatę wynagrodzeń, starostwo jak do tej pory nie przeznaczyło na ten cel ani złotówki, zasłaniając się trwającym procesem likwidacji i brakiem środków. Restrukturyzacja szpitala dokonała się zatem kosztem pracowników i pracownic oraz społeczności lokalnej.
Los byłych i obecnych pracowników i pracownic szpitala w Kostrzynie nie zainteresował władz na żadnym szczeblu – pomimo licznych apeli, rozmów i publicznie składanych obietnic (tak ze strony władz powiatowych, jak i wojewódzkich czy wreszcie także senatorów z województwa lubuskiego). Stąd
Sytuacja szpitala w Kostrzynie może niedługo stać się normą nie tylko w województwie lubuskim, gdzie planuje się m.in. prywatyzacje szpitala w Gorzowie, ale i w całym kraju. W chwili obecnej wiele placówek medycznych w całej Polsce przekształcane jest w spółki prawa handlowego, personel medyczny zatrudnia się na umowy śmieciowe (kontrakty), a sprawująca rządy Platforma Obywatelska co jakiś czas zapowiada wprowadzenie opłat za usługi medyczne.
Apelujemy do wszystkich komisji OZZ Inicjatywa Pracownicza, osób sympatyzujących z naszym związkiem oraz zaprzyjaźnionych związków zawodowych i organizacji społecznych: wesprzyjcie demonstrację w Gorzowie 12 kwietnia, okażcie solidarność z walczącymi pracownikami i pracownicami szpitala w Kostrzynie i wspólnie z nami walczcie przeciwko prywatyzacji usług publicznych!
Już dziś wiele z nas boleśnie odczuwa tragiczne skutki odbierania nam godnej pracy oraz usług publicznych. Musimy walczyć razem, by odzyskać to, co wspólne!
Komisja Krajowa OZZ Inicjatywa Pracownicza
Informacje o demonstracji:
Początek o godz. 13:30 ul. Dziewięciu Muz 10 (Filharmonia w Gorzowie Wielkopolskim).
Zbiórka przed demonstracją o 13:00.
Przemarsz zatrzyma się przed biurami PO i PIS, a zakończy pod Urzędem Wojewódzkim.
OZZ Inicjatywa Pracownicza organizuje transport z Warszawy oraz Poznania
Kontakt : Lubuska Komisja Międzyzakładowa OZZ IP jrosoo@gmail.com tel. 511 799 275
Film zapraszający na demonstrację w Gorzowie
Jeśli nie możesz przyjechać na demonstrację, to wyślij w dniu 12.04.2013 list protestacyjny do polityków z województwa lubuskiego. Poniżej propozycja listu wraz z adresami, na jakie można go wysyłać.
Wzór listu:
„Wyrażam swój protest wobec skandalicznego procesu prywatyzacji Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Kostrzynie nad Odrą, w wyniku którego 120 pracownic pracowników straciło pracę, 380 osób do tej pory nie otrzymało zaległego, należnego im wynagrodzenia, mimo prawomocnych wyroków sądu pracy. Dodatkowo, w wyniku tego procederu, standardy opieki medycznej w szpitalu zostały pogorszone dla wszystkich mieszkańców powiatu gorzowskiego. Sprawa ta ciągnie się już prawie 6 lat, długi wobec pracowników to prawie 7 mln zł. Jesteście odpowiedzialni za ten ludzki dramat, żądam jak najszybszego wypłacenia pieniędzy tym ludziom, oni nie mogą już dłużej czekać.”
Adresy i maile, pod które można wysyłać protesty.
Starostwo Powiatowe w Gorzowie Wlkp.
ul. Pankiewicza 5-7
66-470 Gorzów Wlkp.
e-mail powiatgorzowski@pro.onet.pl
Lubuski Urząd Wojewódzki
ul. Jagiellończyka 8
66-400 Gorzów Wlkp.
e-mail urzadwojewodzki@lubuskie.uw.gov.pl
Zarząd Wojewódzki PSL
ul. Niepodległości 27
65-042 Zielona Góra
e-mail biuro.zielonagora@psl.org.pl
Zarząd Powiatowy Ziemski PSL prezes starosta gorzowski Józef Kruczkowski
u. Warszawska 6/103
66-470 Gorzów Wlkp.
e-mail biuro.gorzow@psl.org.pl
Zarząd Wojewódzki PO
ul. Kościelna 2 65-064 Zielona Góra
e-mail lubuskie@platforma.org
Biuro senator Heleny Hatki odpowiedzialnej za prywatyzacje służby zdrowia w Lubuskim
ul. Krasińskiego8/1 66-470 Gorzów Wlkp.
e-mail senatorhatka@wp.pl
Zwolnienia w NC+ za brak lojalności na Facebooku
Yak, Sob, 2013-03-30 12:51 Kraj | Prawa pracownika | Represje29-letni Michał pracował w call center. Zajmował się sprzedażą telewizyjnej platformy n. Gdy po połączeniu n-ki z Cyfrą+ abonenci zaczęli się buntować i pojawiły się krytyczne teksty w mediach, Michał jeden z nich wrzucił na swój profil na Facebooku i skomentował: "Lubię to". Dwa dni później musiał odejść z pracy, bo uznano, że "działa na szkodę firmy".
29-letni Michał zajmował się telefoniczną sprzedażą telewizyjnej platformy N w call center od czterech lat. Nowa oferta NC+ nie spotkała się z przychylnością klientów, głównie ze względu na zwyżkę cen. Sprawa stała się głośna w mediach.
Pracodawcy RP chcą zmienić prawo dot. legalności strajków
Yak, Śro, 2013-03-27 19:36 Kraj | Prawa pracownika | StrajkPrezydent Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Malinowski uważa, że istnieją przesłanki, by zwrócić się do właściwych organów państwa z wnioskiem o zbadanie formalnych podstaw przeprowadzonego we wtorek strajku generalnego na Śląsku.
"Niestety, obowiązujące przepisy nie stwarzają pracodawcom możliwości wystąpienia do sądu, by ten orzekł o legalności, bądź nielegalności, strajku. Powoduje to, że w świetle polskiego prawa objęci akcją strajkową pracodawcy w obliczu destrukcyjnych działań są faktycznie bezradni" - powiedział cytowany w komunikacie przesłanym PAP Malinowski. "Polscy pracodawcy powinni mieć prawo, by na ich wniosek sądy orzekały o legalności akcji strajkowych podejmowanych przez ich organizatorów. Dlatego wnioskuję o pilną zmianę obowiązujących w tym zakresie przepisów" - zaznaczył.
Luksusowy obóz pracy
Yak, Śro, 2013-03-27 11:33 Prawa pracownika | Publicystyka
Z Barbarą Pokryszką, polską pokojówką, która jako pierwsza stanęła do walki o prawa pracownicze sprzątaczek londyńskich hoteli sieci Hilton, rozmawia Magdalena Ostrowska.
Magdalena Ostrowska: Zapłaciłaś bardzo wysoką cenę za walkę o prawa pracownicze pokojówek jednego z londyńskich hoteli. Czy było warto?
Barbara Pokryszka: Jeszcze nie skończyłam swojej walki, choć faktycznie, poniosłam poważne konsekwencje, których skutki odczuwam do dzisiaj. Najpierw, tuż przed wakacjami, zostałam zawieszona w pracy, włącznie z oficjalnym zakazem przychodzenia do pracy i kontaktowania się z innymi pracownikami. Podejrzewam, że właśnie o ten utrudniony kontakt z innymi chodziło, bo zaczęłam, w konspiracji, dostawać coraz więcej zgłoszeń do związku zawodowego, w którym działałam. Pretekstem zawieszenia było oskarżenie mnie o ujawnienie tajemnicy firmy, a dokładniej – planów drastycznego podniesienia pokojówkom norm pokoi do posprzątania przy zachowaniu dotychczasowych zarobków. Informację tę ujawniły wówczas media, ale nie pochodziła ona ode mnie. Byłam jednak łatwym celem, ponieważ od kilku miesięcy media zarówno brytyjskie, jak i polonijne, a także polskie, nagłaśniały problem ciężkich warunków pracy w londyńskich hotelach, a ja byłam jedynym pracownikiem, który mówił o tym dziennikarzom pod swoim nazwiskiem.
Dlaczego po prostu nie zwolniono cię z pracy?
Wbrew pozorom, w Wielkiej Brytanii nie tak łatwo zwolnić legalnie zatrudnionego pracownika, jeśli nie ma realnego powodu. W moim przypadku nie było – zawsze byłam bardzo chwalona i lubiana przez klientów, nie mieli żadnych zastrzeżeń do mojej pracy. Gdyby nie to, że jako jedna z nielicznych, o ile nie jedyna, postawiłam się pracodawcy i zaczęłam głośno domagać się przestrzegania naszych praw i godności, nie byłoby żadnych represji. Przed wakacjami zostałam zawieszona i rozpoczęło się postępowanie wyjaśniające, mające udowodnić, że to ja ujawniłam mediom wspomnianą informację. Tak naprawdę, to żądano ode mnie, abym to ja udowodniła, że tego nie zrobiłam, co samo w sobie było jakimś kuriozum. Zostałam odsunięta od pracy i od czasu do czasu bywałam wzywana na tzw. meetingi, które przypominały jakieś ubeckie przesłuchania, na których różnymi sposobami, m.in. szantażując, krzycząc, zastraszając, próbowano zmusić mnie do przyznania się do czegoś, czego nie zrobiłam. Brakowało tylko lampki świecącej prosto w oczy. Przez cały ten czas nie mogłam się doprosić np. o zapewnienie mi tłumacza, co każdy obcokrajowiec ma formalnie zapewnione. Normalnie takie postępowania nie trwają dłużej niż miesiąc, moje ciągnęło się wiele miesięcy, spotkania były odwoływane w ostatniej chwili, przesuwane. Mimo że formalnie postawionym mi zarzutem było ujawnienie rzekomej tajemnicy, podczas tych przesłuchań żądano ode mnie tłumaczenia się z wielu innych spraw, związanych z moją walką o prawa pracownicze, w tym działalnością w związku zawodowym. To było niezgodne z prawem. Nie byli w stanie niczego mi udowodnić, zwłaszcza że dysponowałam i dysponuję porządną dokumentacją ostatnich lat pracy.
Do pracy jednak nie wróciłaś.
Postępowanie dyscyplinarne spowodowało drastyczne pogorszenie się mojego stanu zdrowia, już wcześniej nienajlepszego. Przez kilka lat byłam poddawana mobbingowi, zastraszana, podobnie jak wiele innych pracownic, szczególnie imigrantek. To był taki sposób na zwiększenie wydajności i uciszenie niepokornych. Wielu pracowników nie wytrzymuje długo w takich warunkach, sami odchodzą, ale to niczego nie zmienia, bo w innych miejscach pracy nierzadko spotykają się z podobnym traktowaniem. Od kilku miesięcy jestem na zwolnieniu lekarskim. Nie ja jedna płacę cenę zdrowia na skutek takich warunków pracy. Gdy byłam zawieszona, z pracy odeszło wiele pokojówek, jedna z Polek próbowała popełnić samobójstwo. Mimo nagłośnienia problemu przez media, jest on zamiatany pod dywan. Ludzie wciąż są traktowani jak niewolnicy, półdarmowa siła robocza, którą łatwo zastraszyć i napuścić przeciwko sobie, czemu doskonale służy hasło „kryzys”. Dziwny to kryzys, bo okazuje się, że dotyczy wyłącznie biednych, pracowników i bezrobotnych, bo ci najbogatsi, mimo kryzysu, nieźle się obłowili…
Podobno koleżanki i koledzy w pracy, w jednym z londyńskich hoteli sieci Hilton, zaczęli mówić do ciebie per „Walesa”?
- Tak, to prawda. Oni nie mogli się nadziwić, że w istocie sama stanęłam do walki z tak potężną firmą, jaką jest Hilton. Początkowo to mnie zaskoczyło, nie wiedziałam, jak mam na to reagować – walka o godność i sprawiedliwość jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Potem się zreflektowałam, że są między nami różnice kulturowe, że np. Brytyjczycy nigdy w historii nie musieli walczyć ani kombinować, tak jak musieli Polacy. Mamy inną mentalność, bo mamy inną historię. Oni nazwisko Wałęsa wymawiają z podziwem jako symbol zwycięskiego buntownika. Coś, co Polacy odbierają jako normę, takim Brytyjczykom wydaje się szaleństwem, ryzykiem, brawurą… Mój reprezentant związkowy z Unite the Union, Hugh, często mówi ludziom na spotkaniach o walce „Solidarności”, o Lechu Wałęsie… Pewnie stąd i to zainteresowanie mediów brytyjskich moją walką.
Czy wiesz, że brytyjskie media okrzyknęły cię rzecznikiem pracowników hoteli w Londynie?
- Zaskoczył mnie szum medialny wokół mnie, choć moim celem oraz wspierających mnie organizacji, takich jak London Citizens (Obywatele Londynu) i mój związek, Unite the Union, było nagłośnienie problemu złych warunków pracy i płacy pracowników m.in. Hotelu Hilton. W dzisiejszych czasach zainteresowanie mediów bywa niezbędne, żeby zaalarmować innych ludzi o różnych problemach, z których oni mogą sobie nie zdawać sprawy, choć często one ich również dotyczą. Nie chcę, żeby media skupiały się na mnie, lecz na problemie, o którym mówię, a który dotyczy też innych pracowników. A nie było łatwo. Być może mi łatwiej jest mówić o tym głośno, bo nie mam zbyt wiele do stracenia – nie mam dzieci na utrzymaniu, nie wiążę swojej przyszłości z branżą hotelową, bo z wykształcenia jestem artystą plastykiem. Jednocześnie rozumiem obawy wielu moich koleżanek, które muszą dbać przede wszystkim o swoje rodziny, przez co łatwo je zastraszyć czy szantażować np. groźbą zwolnienia z pracy. Mam jednak nadzieję, że swoją walką ośmielę innych pracowników do upomnienia się o godne warunki pracy i płacy, nie tylko w Wielkiej Brytanii, bo problem dotyczy w ogóle pracowników na całym świecie.
Co skłoniło cię do podjęcia walki o zmianę warunków pracy i lepsze płace?
- Zaczęło się od tego, że narzucone nam nieludzkie wręcz tempo pracy coraz bardziej odbijało się na moim zdrowiu. Zaczęłam mieć problemy z żołądkiem, sercem, miałam skoki ciśnienia, byłam po prostu wrakiem człowieka. Lekarz zabronił mi pracować, słusznie stwierdzając, że do pogorszenia mojego stanu zdrowia przyczyniły się warunki pracy, i przedłużał mi zwolnienia lekarskie. Wiedziałam jednak, że będę musiała wrócić do pracy, ale że dłużej tak pracować się nie da, jeśli nie chcę tego przypłacić jeszcze poważniejszym problemami ze zdrowiem. Po powrocie do pracy zdałam sobie sprawę, że przecież nie ja jedna muszę pracować w tak szalonym tempie, w dodatku za tak niską płacę, która potem nie daje możliwości ewentualnego leczenia, bo mnie samej nie było stać na wiele lekarstw. Po wielu miesiącach poczucia bezsilności, załamania, zaczął narastać we mnie gniew – na warunki pracy, jak i na bezsilność, moją i wielu moich koleżanek. Pomagał mi związek zawodowy, Unite the Union, do którego należałam od początku pracy, a później trafiłam na organizację London Citizens, która od dawna walczy o podniesienie płacy minimalnej pracownikom londyńskich hoteli.
Na czym polegają największe problemy pracowników hoteli w Londynie, jak to wyglądało w przypadku twojej pracy?
- Takich problemów było i jest wiele, i nie od początku z nich wszystkich zdawałam sobie sprawę. Pierwsze wątpliwości wzbudziła we mnie rozbieżność między treścią mojej umowy o pracę a praktycznymi warunkami pracy, wymuszanymi na mnie i moich koleżankach przez hotel, w którym pracujemy. W umowie o pracę jest zapisane, że mamy mieć płaconą stawkę godzinową i jest to dopuszczalna prawnie stawka minimalna, która wynosi 6,08 £ brutto za godzinę pracy. Formalnie pracujemy od godz. 8:00 do godz. 16:00, pięć dni w tygodniu. Praktyka wygląda jednak inaczej. Dość szybko managerowie hotelu narzucili nam inne zasady pracy i jest to, jak się okazało, praca na akord. Wymaganą od nas normą jest posprzątanie minimum 15 pokoi w czasie jednego dnia roboczego, czyli formalnie przez te 8 godzin. Tuż przed wakacjami zwiększono normy do 17 pokoi dziennie, jednak bez zmiany umów i stawek. Formalnie to 7,5 godziny, ponieważ przysługuje nam półgodzinna przerwa na lunch, ale nie mamy za ten czas płacone. W praktyce często nie mamy czasu skorzystać z tej przerwy i te nieopłacone pół godziny i tak przeznaczamy na pracę. Muszę dodać, że każdy z tych pokoi ma łazienkę, a więc oznacza to posprzątanie w sumie 30 pomieszczeń, czyli na pokój i łazienkę, co nietrudno policzyć, mamy nie więcej niż 30 minut. Nawet gdybyśmy miały umiejętność teleportacji między piętrami tego ogromnego hotelu, wykonanie tej normy w wyznaczonym czasie często bywa niewykonalne fizycznie.
A więc wypadają wam nadgodziny?
(Śmiech). Nie ma żadnych nadgodzin! To znaczy – one są przez nas realizowane fizycznie, ale często nie mamy za to żadnych dodatkowych pieniędzy. Nawet mamy to wyraźnie zaznaczone w naszych umowach o pracę zawartych z bezpośrednim pracodawcą, agencją pracy WGC. Agencja zabezpieczyła się więc w umowach przed płaceniem za nadgodziny, chociaż, według prawa brytyjskiego, pracodawca płacący swemu pracownikowi minimalna stawkę krajowa jest zobowiązany do płacenia również za nadgodziny. Większość pokojówek w londyńskich hotelach nie zdaje sobie sprawy z obowiązującego prawa pracy, wiele z nich nie zna angielskiego, i godzą się na wszystko, co zaproponuje bądź narzuci im pracodawca. To również chciałabym zmienić, choć może porywam się z motyką na Słońce…
Ktoś mógłby zarzucić, że ci ludzie są sami sobie winni, że nie znają prawa, języka, że nie potrafią się zorganizować…
Obawiam się, że nawet gdyby znali prawo, czuliby się bezsilni, ponieważ to jest cały system oszukiwania i wyzyskiwania ludzi, niejasnych reguł itd. W naszym przypadku, bezpośrednim pracodawcą jest agencja pracy – to z nią podpisujemy umowy o pracę, w których opisane są nasze obowiązki, warunki pracy i płacy. Takie agencje podpisują umowy w dużymi firmami i po prostu wynajmują ludzi do pracy. W rzeczywistości bezpośrednim organizatorem naszej pracy jest hotel, to on dyktuje nam codzienne warunki pracy, wyznacza normy, stawia wymagania. W razie jakichkolwiek problemów to jednak nie hotel ponosi odpowiedzialność i nie jest w ogóle formalną stroną ewentualnych sporów, bo to nie hotel nas bezpośrednio zatrudnia. W takich sytuacjach bardzo trudno walczyć o swoje, odpowiedzialność jest rozmyta, bywamy odsyłani od managera do agencji i z powrotem. Kiedyś skojarzyło mi się to z obozem pracy, w którym bezpośredni nadzór nad więźniami sprawują strażnicy, choć decyzje zapadają gdzieś daleko w centrali. W razie czego, strażnicy mogą twierdzić, że tylko wykonywali rozkazy, zaś centrala – że o niczym nie wiedziała.
Jak płacenie od godziny a płacenie od pokoju wpływa na waszą codzienną pracę?
Jak wspomniałam, formalnie mamy płacone od liczby godzin poświęconych na pracę i zakłada się, że będzie to 8 godzin dziennie. W praktyce jednak hotel rozlicza nas z liczby posprzątanych pokoi, przy czym tutaj obowiązuje inna stawka – 3,04 £ brutto od pokoju, czyli połowa minimalnej stawki godzinowej. Stąd owe 30 minut na „obrobienie” pokoju i łazienki. Jest to praktyka, z której jesteśmy skrupulatnie rozliczane. Ja sama miałam jedno postępowanie dyscyplinarne, gdy nie wyrobiłam danego dnia normy 15 pokoi w 8 godzin. Mimo że udowodniliśmy agencji, że mieszanie akordu ze stawką godzinową jest niezgodne z brytyjskim prawem, agencja i hotel nic sobie z tego nie robili – nadal byłam zmuszana do pracy na akord mimo innej treści umowy o pracę. Nie ja jedna nie wyrabiam się w tej pracy. Bardzo często, żeby spełnić standardy hotelu, na posprzątanie „jednego” pomieszczenia musimy poświęcić i półtorej godziny. Nasza praca jest sprawdzana przez managerów i zdarza się, że gdy są niezadowoleni z jej efektów, bywamy zawracane i dany pokój musimy sprzątać od nowa. W ten sposób dochodzą nam kolejne godziny „w plecy”. Nierzadko normę 15 pokoi wyrabiamy o godz. 20., a więc cztery godziny ponad nasz czas pracy. I o żadnych płatnych nadgodzinach nie ma mowy. Jest to po prostu praca, za której wykonanie nam się nie płaci. W tym roku podniesiono minimalną stawkę godzinową do 6,19 £, ale przy takiej polityce hotelu ta podwyżka nie będzie się przekładała na podniesienie zarobków, zaś normy wciąż są podnoszone.
Może hotel po prostu zatrudnia za mało pracowników?
Oczywiście, że hotel, jak większość hoteli i nie tylko, zatrudnia za mało pracowników! Są ściśle określone obowiązki do wykonania każdego dnia, określona liczba pokoi do posprzątania oraz czas, w którym należy te obowiązki wykonać. Nie trzeba być specjalistą od ekonomii czy geniuszem matematycznym, żeby sobie obliczyć, jak trudno wypełnić te standardy przy obecnym poziomie zatrudnienia. Zwiększenie zatrudnienia oznaczałoby jednak dla hotelu zwiększenie kosztów, a ten woli – żeby zwiększyć swoje zyski – obciążać dodatkowymi obowiązkami już zatrudnionych pracowników i to tak, aby w żadnym przypadku nie płacić im ani za dodatkowe obowiązki ani za nadgodziny. Różne sposoby zastraszania, wymuszania dodatkowej pracy, praktyka płacenia za pracę na akord zamiast za czas pracy itp., to metoda na przerzucanie części kosztów funkcjonowania hotelu bezpośrednio na pracowników. Skutek jest taki, że właściciele pławią się w luksusach, a pracownicy nie mają za co przeżyć kolejnego miesiąca.
Organizacja London Citizens, z którą współpracowałaś, zabiega o podniesienie minimalnej stawki godzinowej w Londynie z 6 do ponad 8 £ za godzinę i wiele wskazuje na to, że coraz więcej firm w Londynie przyjmie tę zasadę. Opowiada się za tym obecny burmistrz Londynu, Boris Johnson. Czy ta zmiana poprawi wasze zarobki?
- Samo podniesienie stawki godzinowej niewiele zmieni, jeśli firmy pozostaną przy praktyce rozliczania pracowników nie z czasu pracy, ale z nieformalnego systemu pracy na akord. Wspomniałam o rozbieżnościach między zapisami w mojej umowie o pracę z zatrudniającą mnie agencją a praktyką, wymuszaną przez managerów hotelu. Można, oczywiście, formalnie podnieść minimalną stawkę godzinową, ale obawiam się, że wtedy pracodawcy zmniejszą swoje stawki płacenia „od sztuki” w ramach tego samego formalnego czasu pracy i np. w moim hotelu podniosą dziewczynom normę do minimum 17 pokoi dziennie, nadal za co najwyżej połowę nawet tej podniesionej stawki minimalnej, czyli, powiedzmy, 3,6 £ od pokoju. Formalnie będziemy wtedy zarabiać 64 £ dziennie, w praktyce ok. 62 £, a tak naprawdę nasze zarobki wciąż będą zależeć od dziennej normy posprzątanych pokoi, której już dziś nie jesteśmy w stanie wykonać. A więc znacznie mniej.
Dlaczego mniej?
Wystarczy policzyć sobie różnice w płacach między płacą za godziny, a pracą na akord. Według naszych umów, za czas pracy, powinniśmy zarabiać miesięcznie jakieś 912 £ brutto. Podaję zarobki w skali miesiąca, choć w Wielkiej Brytanii pensje wypłacane są co dwa tygodnie. Jak wspomniałam, w praktyce płacą nam „od pokoju” – po 3,04 £. Większość z nas jednak fizycznie wyrabia tylko posprzątanie najwyżej 10 pokoi dziennie, co oznacza na koniec miesiąca wypłatę w wysokości co najwyżej 608 £. Żeby wyrobić minimalną płacę, jesteśmy więc zmuszone zostawać w pracy dłużej.
Różne firmy w Londynie zaczynają się ostatnio uginać i podnoszą płacę minimalną.
Bardzo mnie to cieszy, ale samo podniesienie stawki minimalnej nie rozwiąże problemu. Szczególnie, że wielu londyńskich pracodawców broni się przed tą podwyżką twierdząc, że będą musieli z tego powodu zwolnić część pracowników. Zwolnienie części pracowników oznacza obciążenie innych, za tę samą bądź minimalnie podniesioną płacę, dodatkowymi obowiązkami, tymi, które dotąd wykonywali ci zwolnieni. I wracamy do punktu wyjścia dla pracowników. Dla pracodawców też, bo oni zawsze dbają o swoje zyski.
Czy twoje koleżanki i koledzy z pracy zdają sobie z tego sprawę?
- Nie bardzo. Oni nawet boją się głośno mówić o tym minimum, o podniesieniu stawek minimalnych, za które w większości pracują, nie mówiąc już o innych mechanizmach. Więcej, oni boją się mówić o tym między sobą prywatnie, tak bardzo są zastraszeni. Niedawno zgłosiło się do mnie – bo moją osobę nagłośniły media – kilka osób z innych działów hotelu, zainteresowanych założeniem związków zawodowych, których tutaj prawie nie ma. I to się odbywało w takiej konspiracji, jak w Polsce w czasach zaborów czy okupacji hitlerowskiej działalność Państwa Podziemnego czy tajnych kompletów. Gorzej nawet! Za okupacji Polacy mieli poczucie jakiejś solidarności, poczucie wspólnoty, a tutaj nie ma nic z tego! Ludzie są totalnie zatomizowani, nastawieni na rywalizację między sobą, skłóceni, to jest bezwzględny wyścig szczurów o zwykłe przetrwanie, jak w jakimś „Mad Maxie” czy innych antyutopiach. Zwykli ludzie boją się o swoje przetrwanie z dnia na dzień, o podstawowy byt, są sprowadzeni do roli gladiatorów walczących na śmierć i życie ku uciesze możnych i ich kaprysów. Londyn to jest specyficzne miasto. Piękne i błyszczące dla garstki wybranych, okrutne dla większości tzw. zwykłych ludzi. Ta mieszanka etniczna, wielu imigrantów, nadaje kulturowy koloryt temu miastu. Ale jak pod tym kątem spojrzymy na warunki pracy i wysokość płac, to jest to piekło, w którym koncerny wykorzystują to zróżnicowanie etniczne i narodowe przeciwko pracownikom.
W jaki sposób?
- To są bardzo proste metody. Po nagłośnieniu mojej walki przez media, dostaję wiele sygnałów na ten temat, wiele maili, w których ludzie opisują swoje historie, nie tylko z Londynu czy Wielkiej Brytanii. I ten wątek się przewija regularnie. Szczuje się ludzi przeciwko sobie, skłóca się pracowników tej samej branży czy nawet tego samego działu w firmie na podstawie różnic narodowych, rasowych, jakichś zaszłości historycznych, o których ci ludzie normalnie w ogóle by nie myśleli.
Jak to wygląda w praktyce?
Np. ogólnie branża usług w Londynie to jest szczucie przez pracodawców przeciwko sobie m.i.n. Polaków i Litwinów, czyli dwóch znaczących grup imigrantów zarobkowych w tym mieście. Nie wiem, na ile pracodawcy robią to świadomie, czy nie zdają sobie sprawy, że przez wiele lat Polska i Litwa miały wspólnych władców i były jednym państwem, będąc wspólnie potęgą na skalę Europy i świata? Znam historię i dla mnie moje koleżanki Litwinki są jak siostry, może kuzynki, ale rodzina. Kiedy czytam, jak pracodawcy w tzw. Starej Europie skłócają między sobą nie tylko Polaków i Litwinów, ale też innych imigrantów z tzw. państw Nowej UE, to zastanawiam się nad sensem tych szumnych deklaracji o solidarności Narodów Europy. O to też walczę. O równe traktowanie pracowników i po prostu ludzi. W praktyce, a nie tylko w teorii.
Walczysz więc o sprawę, która wykracza poza twój indywidualny problem?
- Teraz już tak. Jestem bardzo wdzięczna London Citizens oraz mojemu związkowi zawodowemu, United, za okazaną mi pomoc i wsparcie. W pojedynkę nie dałabym sobie rady, zwłaszcza że moja walka o przestrzeganie moich praw pracowniczych i godność trwa od kilku lat. Żaden pracownik w pojedynkę nie ma szans w starciu z pracodawcą, który zawsze jest stroną silniejszą, stroną, od której jesteśmy zależni ekonomicznie, przez co wiele osób się boi i czuje bezsilność. Dlatego tak ważne jest, żeby więcej osób odważyło się upomnieć o swoje prawa i sprawiedliwe traktowanie. Tylko działając razem będziemy silni i skuteczni. Uważam, że poprawa warunków pracy jednego pracownika nie rozwiązuje ogólnego problemu, kiedy źle traktowana jest większość pracowników. Dlatego nie walczę już tylko o siebie, często już nawet nie myślę o sobie. Nowe zasady, o które walczymy, muszą dotyczyć wszystkich pracowników, i to nie tylko z mojego hotelu a nawet całej branży, ale w ogóle wszystkich pracowników.
Czy to się uda na większą skalę?
- Nie wiem, ale bardzo mi na tym zależy. Przez to, że jesteśmy źle traktowani i źle opłacani zwykle zapominamy, jak bardzo nasza praca jest potrzebna innym ludziom, że jest potrzebna społeczeństwu, i że bez niej innym ludziom po prostu trudno byłoby funkcjonować na co dzień. Ktoś musi wykonywać tę pracę, bo ona jest innym potrzebna i nieprzypadkowo nosi nazwę „usługi”. Dlatego chcę mówić nie tylko o sobie, ale w ogóle o tysiącach pracowników usług, których praca jest tak potrzebna, a jednocześnie jest tak źle opłacana. Mam nadzieję, że mój przykład, moja walka, ośmieli też innych pracowników do upomnienia się o godne warunki pracy i pracy. Kiedy w Polsce w 1980 r. powstawała „Solidarność” też mało kto wierzył, że związek zawodowy będzie miał taką siłę, by skutecznie przeciwstawić się autorytarnej władzy. „Solidarność” odniosła sukces, bo do garstki odważnych dołączyły miliony. Bo największą i najskuteczniejszą bronią pracowników zawsze było poczucie solidarności, wspólne działanie, zjednoczenie się we wspólnej walce. Siłą pracodawców są pieniądze, przewaga ekonomiczna oraz często też prawna. My, pracownicy, mamy siebie, swoją solidarność. Niby to niewiele, ale bardzo dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Za: http://socjalizmteraz.pl/archives/1183
Obrazy autorstwa Barbary Pokryszki można oglądać również na stronie – Barbara Pokryszka Art
Łódź: Solidarność pracownicza ponad podziałami
Hiszpan, Śro, 2013-03-27 08:36 Kraj | Prawa pracownika | ProtestyPonad 2000 związkowców, reprezentujących wszystkie najważniejsze organizacje pracownicze z regionu, w tym OPZZ i NSZZ Solidarność protestowało dziś przed łódzkim Urzędem Wojewódzkim przeciwko antyspołecznej polityce obecnego rządu i propozycjom 'uelastycznienia' czasu pracy. Dzisiejsza manifestacja w naszym mieście była elementem ogólnopolskiego dnia protestów pracowniczych, których kulminacją był poranny strajk generalny na Śląsku. W łódzkiej manifestacji, która rozpoczęła się o godzinie 15, wzięła udział około trzydziestoosobowa reprezentacja środowisk lewicowych i anarchistycznych, jak również przedstawiciele powstającej właśnie inicjatywy Łódzka Akcja Miasto Otwarte z własnym transparentem.
Przedstawiciele łodzkiej, radykalnej lewicy, wśród nich aktywiści ŁAMO (Łódź Akcja Miasto Otwarte), anarchiści z Czarnego Sztandaru, przedstawiciele Młodych Socjalistów, Krytyki Politycznej i Stowarzyszenia 'Obywatele - Obywatelom' stawili się na przed gmachem Urzędu Wojewódzkiego na wezwanie NSZZ Solidarność, która zaapelowała o jak najszersze wsparcie protestów pracowniczych, organizowanych w dniu 26 marca.
Solid security - pracodawca, od którego lepiej trzymać się z daleka
Czytelnik CIA, Wto, 2013-03-26 20:48 Kraj | Prawa pracownikaPoniżej, prezentujemy tekst nadesłany przez czytelnika, byłego pracownika firmy Solid Security.
Chciałbym opisać wam moją sytuacje oraz próbę odzyskania swoich zarobionych pieniędzy które zalega mi firma Solid Security Sp. z o. o. Na początku lutego 2013 roku znalazłem ofertę pracy w firmie ochroniarskiej Solid Security oddział regionalny Zielona Góra. Już na samym początku ta firma zachowała się nieodpowiedzialnie. Podpisując 2 umowy o prace nie dostałem oryginału ani kopii tejże umowy. Wówczas kierownikiem dla ochroniarzy czyli dla mnie był Jacek S.
Pracowałem w tej firmie od początku lutego do początku marca. Problem z firmą zaczął się w chwili kiedy odszedłem z tej pracy. Wypłata miała być 21 dnia każdego miesiąca co już wydawało się podejrzane. 22 marca 2013 roku zadzwoniłem do kierownika Mieczysława C. (Pod koniec lutego nastąpiła zmiana kierowników) z zapytaniem w sprawie mojej wypłaty. Pan Mieczysław był arogancki wobec mnie i powiedział mi, że z powodu nie oddania koszulki i polaru firmowego zawiesił mi wypłatę.
Jaki kraj taki strajk
XaViER, Wto, 2013-03-26 18:45 Kraj | Prawa pracownika | Protesty | Publicystyka | StrajkDziś miał miejsce pierwszy od lat strajk, który objął zakłady całego regionu. Bez wątpienia istotne wydarzenie, ale nie ma powodu, żeby nazywać go generalnym, bardziej adekwatną nazwą byłby strajk pracowników budżetówki i zakładów państwowych.
Niestety to, co się rzuca w oczy najbardziej, to właśnie fakt, że strajk objął tylko te firmy, w których jeszcze istnieją związki zawodowe, czyli w zakładach państwowych. Praktycznie nieobecne w strajku były zakłady całkowicie prywatne. To jest obraz naszych czasów w kraju nad Wisłą. Ruch pracowniczy istnieje na małych wysepkach w morzu niezorganizowanego świata pracy. Obecne biurokratyczne związki zawodowe nie potrafią, mimo pewnych prób, wyjść poza ten zamknięty obszar działania.
Wynika to między innymi z niedostosowania sztywnych i biurokratycznych struktur obecnych związków zawodowych do rozproszonego świata obecnej formy jaką, przyjął kapitalizm. Zamiast organizowania sieciowego, horyzontalnego i niescentralizowanego, mamy wielkie molochy, które w zasadzie zadowalają już tylko samych biurokratów.
Dodatkowo część związków zawodowych współuczestniczyło w rozmontowywaniu ruchu pracowniczego - stosunkowo silnego jeszcze na początku lat 90. Zamiast aktywnie budować sprzeciw wobec antyspołecznej polityki władz, ochraniały ją parasolem, co doprowadziło do demoralizacji i upadku ruchu związkowego w naszym kraju. Obecnie w związkach zawodowych zrzeszonych jest zaledwie kilkanaście procent pracowników. To jest obraz nędzy i rozpaczy, do którego doprowadziły dominujące od lat organizacje.
Strajk na Górnym Śląsku i Zagłębiu
XaViER, Wto, 2013-03-26 16:53 Kraj | Prawa pracownika | Protesty | Strajk
Rano zakończył się strajk w zakładach Górnego Śląska i Zagłębia. Wzięło w nim udział ok. 65 tysięcy pracowników, głównie sektora komunalnego i zakładów państwowych.
Komentarze: Jaki kraj taki strajk | Bardziej wystraszeni niż premier
Pierwsi rozpoczęli strajk pracownicy komunikacji miejskiej, którzy nad ranem pomiędzy godziną 3.15 a 4.15 zatrzymali 120 autobusów i 65 tramwajów. O 8.00 strajk rozpoczęli pracownicy kolei - stanęło 105 pociągów, a w niektórych miejscach regionu kolejarze wyszli na tory. Strajk na kolei zakończył się po dwóch godzinach. Do strajku przyłączyli się także górnicy w większości kopalni. Związkowcy zapewniali jednak, że strajk został tak przygotowany, że "nie spowoduje znaczących strat" dla spółek węglowych, jak podkreślał wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce Wacław Czerkawski.
Do strajku przyłączyło się również 160 placówek oświatowych (na 350 w których w referendach pracownicy opowiedzieli się za strajkiem). W niektórych szpitalach prowadzono strajk włoski. Wszystkie akcje strajkowe zakończyły się o 10 rano i trwały maksymalnie 2 godziny. W sumie strajk objął około 400 zakładów pracy. W części zakładów ograniczono się do wywieszenia flag.
Pod Urzędem Wojewódzkim w Katowicach dobyła się kilkusetosobowa manifestacja związkowców. Podobne pikiety solidarnościowe miały miejsce także w innych miastach w kraju pod urzędami wojewódzkimi.
“En la brecha” (Przecierając szlak), 1937
Czytelnik CIA, Nie, 2013-03-24 08:59 Blog | Prawa pracownika | Ruch anarchistyczny“En la brecha” - Fabularyzowana kronika ukazujący jeden dzień z działalności katalońskiej fabryki włókienniczej zarządzanej przez anarchistycznych robotników podczas wojny domowej i rewolucji społecznej w Hiszpanii.
Reżyseria: Ramón Quadreny
Rok produkcji: 1937
Czas: 17:00 min.
Inny tytuł: Aspectos de nuestra revolución proletaria (Aspekty naszej proletariackiej rewolucji)
Produkcja: Sindicato de la Industria del Espectáculo (SIE)
Język: Hiszpański
Tłumaczenie: Radykalny Kinematograf
Niewolnicze umowy w supermarkecie - niskie zarobki i wysokie kary
Yak, Pią, 2013-03-22 12:29 Kraj | Gospodarka | Prawa pracownikaNowy jeleniogórski supermarket sieci Real korzysta z pracy kasjerów zatrudnionych na postawie niewolniczych umów. Pracownicy są skazani na niskie zarobki i szeroki wachlarz kar: 15 zł za niewłaściwy ubiór, 150 zł za niezgłoszoną dwa dni wcześniej nieobecność w pracy lub 2 tys. zł za ujawnienie poufnych informacji dotyczących zleceniodawcy, np. treści umowy.
Pracowników do sklepu Reala przysyła krakowska agencja pracy tymczasowej Biuro Promo. Oferuje im 6,78 zł brutto za godzinę pracy. Dodatkowo kasjerzy dostają 60-groszową premię, jeśli utrzymają średnie tempo skanowania 24 produktów na minutę (jeden co 2,5 sekundy).
Przy takich stawkach trudno osiągnąć poziom ustawowej płacy minimalnej (1600 zł brutto). Zakładając, że kasjer będzie pracował przez 40 godzin w tygodniu, zarobi jedynie 1180 zł brutto. Po potrąceniu podatku, składki na ZUS i ubezpieczenie zdrowotne pozostaje mu jedynie 858 zł, o ile nie zostanie za nic ukarany.
Katowice: Nalot policji na siedzibę Sierpnia’80
Renegade, Czw, 2013-03-21 11:43 Kraj | Prawa pracownika | Represje | Tacy są politycy20 marca policja weszła do siedziby Wolnego Związku Zawodowego "Sierpień 80" w KWK "Wujek". Zdaniem związkowców akcja ta była częścią podejmowanych przez organy państwa działań wobec organizatorów zapowiedzianego na 26 marca strajku generalnego na Śląsku.
W oświadczeniu wydanym przez przewodniczącego WZZ w w Katowickim Holdingu Węglowym Szczepana Kasińskiego i rzecznika prasowego Komisji Krajowej WZZ Patryka Koselę czytamy m.in.:
"Pretekstem do tej akcji był realizowany przez związek program, który wcześniej był wielokrotnie kontrolowany i sprawdzany, a wobec realizacji którego nie zgłaszano żadnych zastrzeżeń. Podstawą do podjętych wobec związku działań stanowi donos. To pokazuje, że cała ta akcja, jest tylko pretekstem do rozbijania związków zawodowych, które zdecydowały się na realne i rzeczywiste działania wymierzone w rząd Donalda Tuska i jego antyspołeczną politykę(…) Pogłoski o wydaniu polecenia podjęcia działań operacyjnych, wobec organizatorów pierwszego od 32 lat strajku na Śląsku, okazują się prawdą.






