Blog
Punki nie lubią Putina, Putin nie lubi punków
Czytelnik CIA, Nie, 2009-08-23 13:07 Świat | BlogNiegdyś Sex Pistols drwiło z brytyjskiej królowej, 30 lat później rosyjski punk rock zabrał się za Władimira Putina. Rosyjski premier został więc "dziwką" i "świnią", a muzycy zostali otoczeni "ochroną" milicji.
Jak donosi France24, w zeszłym miesiącu niektórzy miłośnicy punk rocka zostali dodani do rządowej listy ekstremistów i poddani policyjnej obserwacji. Kreml nie lubi alternatywnych, niekontrolowanych prądów, nawet jeśli skupiają zaledwie garstkę obywateli.
Ale ta garstka władzom nie pozostaje dłużna. Na jej czele ostatnio wybija się zespół PTVP - w polskim tłumaczeniu Ostatnie Czołgi w Paryżu - który twardo krytykuje Putina, nie przebierając w środkach.
Muzycy zachęcają, by nie słuchać Putina, porównują go do świni tarzającej się w błocie, a nawet nazywają go dziwką FSB. To ostatnie porównanie jest oczywiście związane z historią Putina w KGB - Federalna Służba Bezpieczeństwa jest spadkobiercą Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego.
Nic dziwnego, że PTVP w mediach nie uświadczymy - w jakimkolwiek innym kraju raczej też by nie zabłysnęli - ale problem punk rocka spychanego do podziemi dotyczy nie tylko tego zespołu.
Jak zauważa France24, nawet najsłynniejszy rosyjski zespół tego gatunku Grażdanskaja Oborona nigdy nie zaistniał w powszechnej świadomości Rosjan. Oficjalne pompy i słodkie gwiazdki pop przechodzą gładko. Zresztą jest tak nie tylko w Rosji.
źródło: TVN
Co robić z ludzkimi odpadami?
Lewica Wolnosciowa, Śro, 2009-08-19 21:07 BlogWczorajsze Wiadomości TVP zamykał materiał Anny Morawskiej – nowej gwiazdy konserwatywno-liberalnej telewizji – mający charakter tzw. zapychacza, czyli innymi słowy materiału, który puszcza się, gdy nie ma innych “gorących” tudzież “sensacyjnych” kawałków (czyli że nikogo akurat nie rozerwało, nie spaliło, ani nie zmiażdżyło).
Pani Morawska stanęła jednak na wysokości zadania – skoro nie ma sensacji, to w międzyczasie utrwalimy konserwatywno-liberalny paradygmat. Nic straconego. Na warsztat wzięła więc problem zdobywających ostatnio popularność wśród władz samorządowych tak zwanych “osiedli kontenerowych”, które mają stanowić ostateczne rozwiązanie problemu braku mieszkań socjalnych. Okazja się trafiła, bo właśnie oddawane jest do użytku takie osiedle w Bydgoszczy.
Materiał miał charakter filmu instruktażowego dla klas średnich i wyższych - “co robić, jeśli pod domem budują slumsy”. To oczywiste – nikt nie chce mieć wysypiska śmieci pod domem, a ludzkich śmieci w szczególności – zwłaszcza że taki śmietnik obniża wartość nieruchomości (nawet o 20 proc., jak powiedzieli autorce eksperci), a to już jest zbrodnią porównywalną do tego, jakby ci ktoś odrąbał rękę. Autorka nie omieszkała porównać dzielnic kontenerowych do spalarni, masztów telekomunikacyjnych oraz elektrowni wiatrowych.
Tak więc Anna Morawska radzi – przed zakupem należy zapoznać się z planem zagospodarowania przestrzennego. Wtedy, jak mówi “ekspert ds. rynku nieruchomości” Aleksandra Szarek, zobaczymy czy w okolicy ma powstać “jakaś droga, czy budynek mieszkalny”. Autorka ostrzega – stawka jest wielka – bo zatwierdzonego przez gminę planu zagospodarowania przestrzennego – nie można już zmienić. Sprawę można oddać do sądu, ale “do wyroku długa droga” – ze smutkiem podsumowuje Anna Morawska. Żal aż się robi słuchając opowieści o tej niedoli, o tych stratach, jakie wywołać mogą Prawdziwym Ludziom, a może Nadludziom, zbędne przecież już odpadki ludzkie.
Oczywiście wszystko to jest podparte naukowo. W okienku telewizyjnym wyjaśnił całą sprawę socjolog, niejaki Krzysztof Łęcki – doktor z Uniwersytetu Śląskiego, oznajmiając: – Podział przestrzeni miejskiej na piękne, lepsze dzielnice i gorsze jest czymś naturalnym. Próba pokazania, że można wszystko ze sobą wymieszać miała w Polsce miejsce już w latach pięćdziesiątych. – przestrzega pan doktor.
Zgroza w człowieku wzbiera, przecież nikt nie chce powrotu stalinizmu. To by było straszne. Takie mieszanie materiału ludzkiego niechybnie prowadzi do gułagu, albo i jeszcze czego gorszego. Dobrze, że nas pan doktór ostrzegł, a jużeśmy myśleli, że może jakieś programy integracyjne, inkluzyjne, żeby system zmieniać, co by tych odpadów ludzkich nie produkował. Ale nie, cicho sza! Stalin czai się za rogiem.
Tak więc co doktór proponuje? Na chłopski rozum, najlepszym wyjściem byłoby te slumsy kontenerowe jakim płotem pod napięciem objąć, co by się to ludzkie robactwo po ulicach nie rozpełzało, jakieś wieżyczki ze strażnikami na rogach, strażników z psami… Doktór ma rację, sprawę trzeba załatwić naukowo, czysto i sprawnie. Że co? Że to obóz koncentracyjny przypomina? Ale my przecież nie będziemy tam wsadzać Żydów – gdzie, skąd, my nie rasiści, porządni obywatele jesteśmy – będziemy wsadzać tam te nędzne ludzkie robactwo, które się samo do tego stanu doprowadziło, samo sobie jest winne i niech siedzi za drutami. Nikt nie chce przecież powrotu Stalina…
Wrocławscy squatersi chcą przeprosin oraz ukarania winnych za policyjną akcję
Tomasso, Wto, 2009-08-18 22:36 Blog | falanster | konferencja | media | policja | prasa | przemoc | reja | relacje | skłot | skłotersi | strasburg | Wideo | wrocławPoniedziałek, słoneczne popołudnie. Kawiarnia “Falanster” na ul.Św.Antoniego we Wrocławiu. To tutaj o godzinie 10:30 odbyła się konferencja prasowa w sprawie pobicia oraz zniszczenie mienia skłotersów przy ul.Reja. 12 lat temu, w środku nocy, funkcjonariusze z Wrocławia z psami i przy użyciu pałek wyprowadzili z domu, pobili i wyzwali grupę studentów. Od 1997 roku szukali sprawiedliwości. [...]
O samorządności słów kilka
Lewica Wolnosciowa, Wto, 2009-08-18 21:07 BlogZygmunt Bauman w zbiorze esejów „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, szukając metafory mogącej opisać cechy „dziania się” kultury wybiera „spółdzielnię spożywców”. Podpierając swój pomysł odnosi się głównie do przykładu kooperatywy założonej w 1844 r. w angielskim mieście Rochdale (Bauman habilitował się z angielskiego ruchu robotniczego, więc wie co pisze).
Mniej tutaj interesuje mnie jego opis kultury (choć nie jest to tak zupełnie mało istotne - skoro jego zdaniem taki kształt przybiera kultura współczesna, to siłą niejako rzeczy musi prędzej czy później odcisnąć się to na instytucjach politycznych), jaki chciał dzięki temu pojęciu uzyskać, a bardziej, co przypadkiem mu chyba wyszło – dość dobre odzwierciedlenie istoty samorządności. Zbliża się ten opis bardzo do tego jak samorządność widzą anarchiści i inni pokrewni wolnościowi lewicowcy i jaką samorządnością (nie tylko w przypadku spółdzielni) chcieliby zastąpić obecną wersję demokracji liberalnej.
To, co dzieje się w spółdzielni spożywców, nie jest ani procesem żywiołowym, ani kierowanym; nieskoordynowane inicjatywy spotykają się tu i wiążą w różnych punktach układu, by się wciąż na nowo więzom wymykać. Żywioł nie tylko nie wyklucza, lecz wręcz domaga się zabiegów zorganizowanych i celowych, ale zabiegi te nie są obliczone na poskromienie spontaniczności, lecz na jej pobudzanie. Jak w Prygożynowskiej plazmie, rozproszone czynności zbiegają się i zagęszczają tu od czasu do czasu, tworząc lokalne „koncentracje” i „struktury”, ale po to tylko, by się na nowo rozproszyć, gdy kondensacja wyczerpała swą użyteczność. Nie jest działanie determinowane jednoznacznie ani przez cele, ani przez przyczyny; zachodzi raczej współgranie obu typów determinant – co zresztą podważa już sam sens pojęcia „determinanty” czy „determinowania”. Trudno w tych warunkach rozstrzygnąć, czy zajście było konieczne, czy przypadkowe. Mówić raczej wypada o przygodności zdarzeń; ten sposób mówienia wyraża właśnie nieprzydatność opozycji pojęciowej między koniecznością a przypadkiem.
Można też to spostrzeżenie wyrazić w inny sposób: „spółdzielczy” obszar społeczny, jak i obszar kultury, nie jest ani terenem monocentrycznie zarządzanym, ani terenem anarchii. Jest czymś trzecim: terenem samorządnym. Zauważmy, że także i pojęcie „samorządu”, jak i samo pojęcie „spółdzielni”, nieraz bywało użyte w sposób z ideą pierwotną niezgodny: aby mówić o „samorządności”, wystarcza często, by prawo- i rozkazodawcy byli wybierani przez ludzi im podległych, a nie mianowani przez władze zwierzchnie – nie zważając na to, jak rozległa i bezwzględna jest władza, która się w ich rękach skupia, ani na to, jak dalece rozrzut źródeł dyspozycji zbliża się do monocentrycznego modelu. Wypada więc zaznaczyć, że używamy tutaj pojęcia „samorządu” w mocniejszym znaczeniu. Idzie tutaj o rzeczywisty policentryzm władzy, a i o coś więcej jeszcze: o to, że źródła dyspozycji są nie tylko liczne i niezhierarchizowane, ale nadto jeszcze ruchome. Ich ilość się zmienia, zmienia się też ich lokalizacja. Podobnie jak działanie, tak i władza zachowuje się więc na Prygożynowską modłę; nie wlewa się ona i nie zastyga w formy piastowanych urzędów, lecz unosi się niejako, wzdłuż tras nie dających się z góry wytyczyć, na fali autorytetu, czyli takiego wpływu, który aby być wpływem, aby oddziaływać na zamiary i poczynania innych, musi być wciąż na nowo negocjowany. Właśnie owa niezależność autorytetów od aktualnego układu urzędów i rozproszenie szans okazywania wpływu są najistotniejszym znamieniem samorządności. W układzie samorządnym nie wiadomo z góry, w jakim miejscu układu wpływ się narodzi i z jaką mocą zadziała.
Już z tego, cośmy powiedzieli dotąd, wynika, że w spółdzielni spożywców, jak i na obszarze kultury, trudno odróżnić „autora” od „aktora”. Autorstwo i aktorstwo są aspektami tych samych czynności (aspektami obecnymi, choć w różnym nasileniu, w każdej czynności), a nie własnościami odrębnych kategorii ludzi. Wszyscy są tu aktorami i autorami naraz. Żaden z czynów nie jest po prostu naśladownictwem, kopią, graniem z góry napisanej, i to we wszystkich szczegółach roli (by użyć Derridiańskiej terminologii, każdy czyn jest iteracją, nie re-iteracją). W każdym czynie wzory odtwarzają się w sposób samoistny i do końca niepowtarzalny; każdy czyn jest „permutacją”, szczególnym wydaniem wzoru – nie można być aktorem nie będąc zarazem autorem... „Wzory” nie istnieją więc inaczej, niż w procesie nieustannego i nieustępliwego przekształcania się – ale przekształcenia są rozproszone, wyłaniają się (w miejscach z góry nieprzewidywalnych – „kłączowato”, jak powiedzieliby Deleuze i Guattari) z drobnych, trudnych nieraz do zauważenia innowacji nieuniknionych w każdym akcie odtwarzania. Ne ma w praktyce, w odróżnieniu od teorii, przedziału między „statyką” a „dynamiką”, ciągłością a zmianą.
Włochy: Nie stać ich na mieszkanie - śpią w magazynie
Czytelnik CIA, Wto, 2009-08-18 11:13 Świat | Blog | UbóstwoMagazyny Easybox - 12 metrów kwadratowych za 200 euro miesięcznie, jedyny wynajem na który może sobie pozwolić ten, kto został bez pracy - takimi słowami rozpoczyna się artykuł Sandro De Riccardis, opublikowany we włoskiej "Repubblice".
Z historii walk klasowych: Bunt tkaczy
Lewica Wolnosciowa, Czw, 2009-08-13 21:06 Blog
W ramach poznawania lokalnej historii walk klasowych, pozwolę sobie zacytować fragment aktu piątego słynnej sztuki Gerharta Hauptmanna Tkacze, opowiadającej o buncie tkaczy w Bielawie i Pieszycach na Śląsku. Cytat pochodzi z publikacji Legendy Gór Sowich wydanej przez Towarzystwo Przyjaciół Bielawy. Co prawda wydarzenia opisane przez Hauptmanna miały miejsce w rzeczywistości, nie są więc legendą sensu stricto, ale dobrze, że znalazły się w tym zbiorze. Dobrze, że lokalna społeczność pamięta nie tylko historię klas wyższych.
W 1892 r. Gerhart Hauptmann, trzydziestoletni wówczas dramaturg i powieściopisarz niemiecki, wydaje dramat w pięciu aktach pt. "Tkacze". Dramat ten pisał autor częściowo w Bielawie, chcąc lepiej wczuć się w atmosferę i sytuacje buntu tkaczy pieszyckich i bielawskich z czerwca 1844 r.
We wstępie do utworu w takich słowach maluje warunki życiowe ówczesnych tkaczy:
Większość tkaczy podobna jest do ludzi postawionych przed sądem, oczekujących w dręczącym napięciu na wyrok życia i śmierci. Twarze ich przygnębione jak U żebraków, którzy krocząc od upokorzenia do upokorzenia - czują, że są zaledwie tolerowani i dlatego kulą się, aby stać się o ile możliwości najmniejszymi. W rysach utrwaliły się ślady wielu rozpaczliwych myśli. Mężczyźni bardzo są do siebie podobni, na pół skarlali, w większości o płaskiej piersi, kaszlący i wynędzniali, o brudnoszarej barwie twarzy - ludzie krosien, którym kolana powykrzywiały się od siedzącego trybu życia. Żony tkaczy zniszczone, zaszczute, wycieńczone, w potarganych łachach, prezentują się gorzej od mężczyzn, którzy na zewnątrz przynajmniej mają w sobie jakąś żałosną godność...
Akcja dramatu rozgrywa się w Potoczku, w Górach Sowich, w Pieszycach i Bielawie. Poznajemy tam całą galerię wyraziście zarysowanych postaci: tkaczy, fabrykantów, urzędników fabrykanckich, ludzi młodych i starych, o różnych temperamentach i poglądach, wciągniętych w coraz bardziej potęgujący się wir zdarzeń. Ostatni akt dramatu - atak na fabrykę Dytrycha /Dieriga/: - krzyki i przekleństwa tłumu, dźwięki dzwonów kościelnych, pieśń "Krwawy sąd" śpiewana przez tkaczy, salwy karabinowe - wszystko to razem tworzy obraz o niezwykłej sile ekspresji.
Do dziś utwór G. Hauptmanna uchodzi za wzór nowoczesnego dramatu społecznego o niezwykłej sile wyrazu i sugestywności opisywanych scen.
xxxxx
/Z dala dochodzi dźwięk dzwonów/
Chirurg Schmidt: Słuchajcie - w Dzierżoniowie biją na alarm! Półtora tysiąca luda! Koniec świata! Niesłychane!
StaryHilse: Czy naprawdę idą wszyscy tu, do Bielawy?
Chirurg Schmidt: Ależ tak. oczywiście, przejeżdżałem przecież. Przez sam środek tego tłumu. Człapią jeden za drugim jak czarna rozpacz i śpiewają coś takiego, od czego dosłownie przewraca się w żołądku, niedobrze się robi! Nie chciałbym być w skórze fabrykanta...
/Z dala dochodzi śpiew/
Słuchajcie! Za pięć minut będą już tutaj. Nie róbcie głupstw. Za nimi maszeruje wojsko. Miejcie rozum! Ci z Pieszyc stracili go już zupełnie.
/Słychać bliskie bicie dzwonów/
O nieba, teraz i nasze dzwony zaczynają walić, chyba wszyscy już powariowali!
Gottiieb: Widziałem ich, widziałem ich! Zaraz tu będą! Już tu są, już tu są! Mają drągi, motyki, widły. Stanęli koło Dytrycha i wrzeszczą, że aż strach. Zdaje mi się, że wypłacą im pieniądze. O Jezu, co to się jeszcze zdarzy u nas? Tyle luda, tyle luda! Jak tak wszyscy wezmą rozbieg, jak się poderwą - źle będzie z fabrykantami!...
Głosy domowników: O Jezu, Jezu, idą! Całe mrowie! - Skąd się wzięło tylu tkaczy? - Spójrz na tę ogromną żerdź na przedzie! - Ach, ach, coraz więcej ich się sypie!
Homig /wchodzi/: Ale mamy teatr, co? Tego nie ogląda się codziennie. Idźcie do Dytrycha. Tam się spisali nie byle jak. Już on nie ma ani domu, ani fabryki, ani piwnicy z winami, po prostu nic! Z butelek trąbią... nie mają nawet czasu korków wyciągać! Raz, dwa obtłukują szyjki, czy sobie tam przy tym gębę kaleczą, czy nie. Niektórzy latają i krwawią jak wieprze. - Teraz zabiorą się do drugiego Dytrycha...
Głosy domowników: A to co? - Kamień wpadł przez okno. - Teraz to dopiero stary Dytrych się przeląkł. - Wywiesił tablicę! - Co tam jest napisane? - "Zadowolimy was wszystkich!" – zadowolimy was wszystkich!
Homig: Mógł sobie z tym dać spokój. Niewiele mu to już pomoże. Tkaczom chodzi o fabryki! Usunąć chcą warsztaty mechaniczne. Przez te maszyny upadło rzemiosło, każdy ślepy to widzi... Nie powstrzyma tkaczy żaden landrat, ani żaden komisarz - ani tym bardziej żadna tablica!
Głosy domowników: Ludzie, ludzie, tyle narodu! - Czego oni tutaj chcą? - Idą do nas! Idą do nas! - Wyciągaj ą tkaczy z domów!...
/Wpada do domu grupa powstańców brudnych, zakurzonych, o twarzach zaczerwienionych od wódki i wysiłku, dzikich, rozgorączkowanych, obdartych. Rozbiegają się po izbach. Do izby Starego Hilsego wchodzi Backer i kilku młodych tkaczy, uzbrojonych w drągi i pałki./
Backer: Ojcze Hilse, rzućcie to wszystko! Niech siedzi na ławie ten, kto ma ochotę. Wy nie potrzebujecie już harować na swoją krzywdę. My się o to postaramy. - Nie będziecie się już nigdy więcej kładli do łóżka z pustym żołądkiem. - Tkacz będzie miał znów porządny dach nad głową i koszulę na grzbiecie.
Stary Hilse: Gdzie to was diabeł prowadzi z drągami i siekierami?
Backer: Rozbijemy je na grzbiecie Dytrycha! Rozżarzymy je i wsadzimy fabrykantowi do gardła, żeby przynajmniej raz poczuł, jak pali głód! - Chodźcie z nami, ojcze Hilse, my nikomu nie darujemy! - Dla nas także nikt nie miał litości. Teraz sami sobie stworzymy prawa.
Stary Hilse: Zostaw mnie w spokoju...
Jager /Staje w drzwiach, uzbrojony w starą szablę kawaleryjską/; No, zrobiliśmy kilka pięknych ataków!
Backer: Nauczyliśmy się tego bardzo dobrze. Raz, dwa, trzy i już jesteśmy w domu Dytrycha. A potem jak w ogień! Wszystko grzmi i drży!
Młody tkacz: Pójdziemy do Dzierżoniowa i podpalimy domy bogaczy.
Jager: To by ci jeszcze podziękowali! Dostaliby kupę pieniędzy z ubezpieczenia.
Backer: Stąd ruszamy do Świebodzic, do fabryki Tromtera.
Jager: Trzeba się będzie dobrać do urzędników. Czytałem, że cale zło pochodzi od biurokratów.
Młody tkacz: Apotem zaraz pociągniemy do Wrocławia. Jest nas przecież coraz więcej!...
Jager: Chcemy żyć, nic poza tym! Dlatego musimy odciąć postronek, na którym wisimy.
Backer: Lepiej zginąć niż raz jeszcze zaczynać takie życie od nowa.
Głosy /przez okno/: Wojsko idzie! Uważajcie!
/Wszyscy milkną. Z dala słychać słabe werble i piszczałki/.
Jager: Kto tu się boi tych kilku lichych pikielhaub? Ja będę wami dowodził! Byłem przy wojsku. Znam się na tym.
Backer: Bądźcie zdrowi, ojcze Hilse. /Odchodzi z tkaczami/
Stary Baumert /do Hilsego/: Backer ma rację, jak się nawet skończy na kajdankach i powrozach - zawsze lepiej w więzieniu niż w domu. Tam przynajmniej człowiek ma zapewnione żarcie, nie przymiera głodem. Nie miałem ochoty iść z nimi. Ale widzisz - człowiek musi przynajmniej raz zaczerpnąć tchu. Bądź zdrów, idę z nimi. Gdyby się coś stało, pomódl się za mnie...
/Słychać salwę karabinową/
Matka Hilse: O Jezu Chryste, gdzieś zagrzmiało?
Stary Hilse: /modli się z ręką na piersi/: O Boże miłosierny w niebiosach, weź w swoją opiekę biednych tkaczy, weź w swą opiekę braci moich... /po chwili/: Teraz płynie krew...
Milcia: Dziadziu, dziadziu, strzelali z karabinów. Kilku upadło. Jeden to się ciągle kręcił w kółko, ciągle w kółko. A inny to robił tak jak wróbel, jak się mu urwie głowę. Ach, ach, a tyle się krwi polało.
Tkaczka: Kilku zabili na miejscu.
/Czterech mężczyzn niesie rannego. Słychać głos: - "No, ten się już doczekał fajerantu. Dostał w ucho." Na dworze odzywa się nagle głośne: "Hura, hurra!"/
Głosy w domu: Skąd oni biorą te kamienie? Ale tłuką! - To z szosy! - Mają żołnierze za swoje. -Kamienie lecąjak grad! - Znowu żołnierze nabijają broń! - Zaraz znów dadzą salwę! - Ojcze Hilse, odejdźcie od okna!
Stary Hilse: Nie odejdę! Choćby wszyscy poszaleli! Tutaj przy krośnie posadził mnie mój Ojciec niebieski. Tu zostaniemy i spełnimy naszą powinność, choćby się cały świat miał zawalić.
/Zaczyna tkać. Słychać huk salwy. Trafiony śmiertelnie kulą Stary Hilse prostuje się i pada na krosna. Bez przerwy rozbrzmiewa "Hurra!". Nagle do izby wpada zdyszana Milcia./
Milcia: Dziadziu, dziadziu, wyganiają żołnierzy ze wsi, wzięli pałac Dytrycha, zrobią z nim to samo co z Drajsygierem w Pieszycach! Dziadziu? /ogarniają nagły lęk, staje się uważna, zbliża palec do ust, zbliża się ostrożnie do zabitego/ Dziadziu!
Matka Hilse: No, stary, rusz się, powiedz jakieś słowo, przecież człowieka naprawdę strach oblatuje.
/Kurtyna spada. Słychać pieśń tkaczy./
Warto na koniec zaprezentować fragment wspomnianej pieśni tkaczy:
Pomyślcie sami, jaki los
Udziałem jest dziś tkaczy,
Czy z głodu trzeba umrzeć nam,
Czy umrzeć nam z rozpaczy?
Rzecznik Ratusza o wczorajszej akcji u Jakubiaka
Akai47, Czw, 2009-08-13 13:53 BlogRzecznik Ratusza, Tomasz Andryszczyk, dziś był gościem "Witaj Warszawo!" na TVN.
Rzecznik mówi o emerytach, których potrzebują pomocy, jednak nie mówi ani słowa o ludziach, którzy stracą prawo ubiegania się o lokal komunalny - a to dotyczy każdej osoby, która ma pracę na pełny etat, nawet jeśli zarabia tylko minimalne wynagrodzenie, ponieważ uchwała Rady Miasta wyklucza tych ludzi. Aby starać się o mieszkanie komunalne, trzeba zarabiać tylko 80% minimalnego wynagrodzenia.
A co ma zrobić osoba, która zarabia mało?
Ceny mieszkań w Warszawie są tak wysokie, że mało zarabiająca osoba jest skazana na wynajęcie mieszkania jeszcze z kilkoma współlokatorami. Na portalach nieruchomości takich, jak oferty.net, widać, że nie ma tanich mieszkań na rynku. W cenie poniżej 1400 zł. na oferty.net są 4 mieszkania. Średnia cena wynajmu za metr do 50 zł. Co znaczy, że oferty są średnio w cenie od 1700-2200 zł.
Osoba samotna, która zarabia ok. 2000 zł. / miesiąc (a przecież, mimo statystycznej średniej, nadal wielu mieszkańców Warszawy zarabia mniej) nie ma szans. Co najmniej jedna czwarta warszawiaków nadal ma stosunkowo niskie dochody, choć i tak są one zbyt wysokie względem kryterium dochodowego kwalifikującego do najmu lokalu komunalnego.
Ale po co Ratusz ma o tym myśleć? Dla nich, ludzie, którzy pracują, ale nie są bogaci, nie istnieją, a problemy społeczne, takie jak bieda, to tylko problem osobisty.
http://www.tvnwarszawa.pl/-1,1614501,0,,lokatorzy_wtargneli_do_wiceprezy...
Antykapitalistyczny trance
mateusz_, Śro, 2009-08-12 21:20 Świat | Blog | Gospodarka | Kultura | MilitaryzmPrzedstawiam swojej roboty zlepkę video do podkładu pewnego undergroundowego artysty sceny psy-trance. Komentarze mile widziane :)
Pracownicy dalej wykluczeni
oski, Sob, 2009-08-08 11:06 Blog | Kultura | Prawa pracownikaPowszechne mniemanie, że ludzie pracy zyskali dzięki praktyce socjaldemokratycznej możliwość uczestniczenia w kulturze mieszczańskiej, jest iluzją. I to iluzją, którą bardzo łatwo podważyć, bez konieczności dokonywania skomplikowanej refleksji teoretycznej.
Iluzja ma oczywiście swoje obrazy: wybory, powszechny dostęp do telewizji, radia i coraz szerszy dostęp do internetu, do tego powszechna edukacja, itd. Niemniej obrazy te skrywają pod pozorną partycypacją realne wykluczenie. Poczynając od anarchistycznej krytyki wyborów, jako zrzeczenia się wolności, a nie jej manifestacji, po krytykę szkolnictwa jako elementu nadzoru, hierarchizacji i wykluczenia właśnie, a nie włączenia. W przypadku telewizji, radia też jesteśmy biernymi uczestnikami, konsumentami taniej rozrywki i propagandy. Nasz wpływ i udział w kształtowaniu mediów, w treściach, jest ograniczony, marginalny, a w wielu przypadkach żaden - i to nawet wtedy gdy występujemy jako goście np. "Warto rozmawiać". Czy innego przedstawienia, którego nie warto oglądać.
Brak partycypacji w kulturze, przejawia się najjaskrawiej w wykluczeniu z debaty publicznej, przy czym wykluczenie to nie ma charaktery prawnego, ale odbywa się w szarej sferze ekonomii. Niemożliwość udziału,krytycznego spojrzenia i wypracowania sobie stanowiska wynika nie tyle z lenistwa, nie tyle z braku kompetencji, co z braku sił i czasu. Doskonale opisuje tą sytuację Chomsky. W wywiadzie udzielonym Domosławskiemu, stwierdza, że w polityce, w odniesieniu do kwestii społecznych, nie istnieje coś takiego jak ekspertyza. Są to kwestie, które jest w stanie ogarnąć każdy człowiek. To dlaczego nie ogarnia? Domosławski dopytuje się: "To znaczy, że ludzie nie chcą wiedzieć? Są leniwi?" Chomsky odpowiada:
"Ludzie, którzy pracują 50-60 godzin tygodniowo i walczą o przetrwanie za marny grosz, nie mają czasu ani siły".
W tej sytuacji ludziom pracy pozostaje słodki cycek kultury masowej, taniej rozrywki umilającej sen, podczas gdy elity układają nam świat, w którym przypada nam rola helotów.
Słodki cycek, albo walka o skrócenie czasu pacy, przy jednoczesnym wzroście płac i zatrudnienia. Obecny "konsensus" to wciąż panowanie uprzywilejowanych, przy postępującym (z braku oporu ze strony pracowników) wyzyskowi i marginalizacji.
Festiwal nazistowskich filmów
Akai47, Śro, 2009-08-05 22:56 Blog | Rasizm/NacjonalizmW Polsce odbędzie się festiwal nazistowskich filmów pod eufemistyczną nazwą "Kino pod okupacją". Festiwal odbędzie się w Zwierzyńcu od 7 do 16 sierpnia. Podczas festiwalu pokażą m.in. antysemicki film zrobiony na zamówienie Goebbelsa, Żyd Suss. W 1949 nawet był proces przeciw reżyserowi filmu za zbrodnię przeciw ludzkości choć obrońca reżysera skutecznie argumentował, że to Goebbels domagał się takiego i nie innego realizacji filmu. Film do dziś jest zakazana w kilku krajach Europy... ale można go zobaczyć w Polsce.
Do czasu wybuchu Powstania Warszawskiego, w Warszawie działało 17 kin, których repertuar byl podporządkowany Wydziałowi Propagandy Generalnej Guberni. W tych czasach, ludzie regularnie sabotowali pokazy tych filmów. Były akcje bezpośrednie: gazowanie sal kinowych, niszczenie kwasem garderoby widzów, piętnowanie chodzenia do kina w prasie konspiracyjnej, plakatowanie z hasłem "same świnie siedzą w kinie". Ciekawa jestem, czy ktoś podejmie takich akcji dziś , bo ci w kinie także będą świnie.
Sceny ataku na fabrykę Ssangyong 5 sierpnia 2009 r.
Yak, Śro, 2009-08-05 10:24 Świat | Blog | Prawa pracownika | ProtestyNa zdjęciach widoczny jest atak jednostek specjalnych koreańskiej policji na pozycje zajmowane na dachu fabryki przez zwolnionych pracowników Ssangyong.









Duch młodzieńczej rewolty nie dotarł do Kostrzyna – czyli Woodstock 2009
Tomasso, Nie, 2009-08-02 11:24 2009 | balcerowicz | Blog | bunt | festiwal | inne | kapitalizm | kostrzyn | Militaryzm | młodzież | owsiak | patriotyzm | rewolta | wałęsa | woodstockPochwała patriotyzmu, kapitalizmu, wartości chrześcijańskich oraz militaryzmu. Czy to piknik rodzinny w Wąchocku? Nie, to współczesny Woodstock.Woodstock? Obejrzyj film:- Ja wychodzę z założenia, że nie ma się przeciwko czemu buntować – mówi blondowłosy hipis na Woodstocku. - W pracy nie chodzę tak ubrany, mam uniform - wyjaśnia punk z irokezem na głowie i skórzaną kurtką [...]
Komu wolno uczcić Powstanie Warszawskie, czyli zapomniani bohaterowie
Lewica Wolnosciowa, Sob, 2009-08-01 21:06 BlogDzisiaj na krakowskim rynku zebrała się grupa osób, chcąca wziąć udział w obchodach 65 rocznicy powstania warszawskiego. Nagle wkroczyła policja i kazała “zwinąć te szmaty”. Całą historię można przeczytać tutaj.
Chodziło o czarno-czerwone sztandary, które miały te osoby rozwinięte, jakże odróżniające się od dominującej bieli i czerwieni. Sztandarów i opasek o czarno-czerwonych kolorach używali walczący w powstaniu anarchiści i syndykaliści (m.in. 104. Kompania syndykalistów, Syndykalistyczna Organizacja "Wolność"). Syndykaliści byli jednymi z ostatnich, którzy opuścili kanałami Starówkę. Więcej o 104 kompanii można przeczytać w artykule Syndykaliści w Powstaniu Warszawskim.
Okazało się, że władzy, która jednoznacznie “sformatowała” Powstanie jako część prawicowej polityki historycznej, nie pasowała taka oto wydawałoby się oczywista prawda, że w Powstaniu Warszawskim walczyli ludzie o bardzo różnych poglądach politycznych, czasem sprzecznych, o odmiennych wizjach na to co ma się dziać w kraju po wojnie. Także sam fakt rozkazu o powstaniu był wówczas i później oceniany bardzo różnie, ale w momencie gdy stanęły już barykady, trzeba było wybrać strony i syndykaliści oraz anarchiści wybrali walkę z faszyzmem i okupantem. Warto też wspomnieć, że nie walczyli z pustymi rękami – uzyskali stosunkowo dużą niezależność polityczną, prawo do własnych barw i stworzenia własnych oddziałów dzięki temu między innymi, że byli dobrze, jak na ówczesne warunki, przygotowani do walki pod względem sprzętu i morale. Nie dało się ich zignorować wówczas, więc postanowiono o nich zapomnieć później.
Sprawa powstania jest skomplikowana. Można przyznać, że wybuchło bez sensu, decyzja polityczna władz była błędna i skrajnie nieodpowiedzialna. Skazano miasto na zagładę, bo było oczywiste, że ani Niemcy, ani stalinowcy nie będą się cieszyć z wybuchu powstania. Znikąd nie można było liczyć na pomoc. Myślę, że Polacy powinni brać większy przykład z Czechów – też nie stali się przecież republiką ZSRR (prawica mówi, że powstanie było konieczne, bo inaczej zostalibyśmy wchłonięci przez Związek Radziecki), a jednocześnie nie dopuścili do obrócenia w ruinę Pragi w skutek nieprzemyślanej decyzji.
Nie odbiera to jednak zasług tym, którzy gdy już powstanie wybuchło stanęli do walki i ginęli tysiącami w walce z faszyzmem o lepszą przyszłość.
Przystanek Postmodernizm
Lewica Wolnosciowa, Pią, 2009-07-31 21:06 BlogDochodzą słuchy, że owsiakowa “Akademia Sztuk Przepięknych” stała się placem zabaw neoliberalizmu. W zeszłym roku makaron na uszy nawijał młodzieży niejaki Balcerowicz, pewien trzeciorzędny polski ekonomista, co nie przeszkadza mu robić za gwiazdę pop, nie tylko zresztą na Woodstocku, ale i w mediach “poważniejszych”, takich co to im “nie wszystko jedno”.
W tym roku zaś sam Owsiak dał wykład z ekonomii, wszak to przedsiębiorca i wie co mówi. Tak więc, jego zdaniem, należy sprywatyzować szpitale. Przez lata mieliśmy problem ze szpitalem w Kostrzynie, bo nie mieli pieniędzy. Od dwóch lat szpital jest prywatny. I świetnie sobie radzi, nawet nas sponsoruje – powiada czołowy filantrop III RP. Sądzę, że to dość interesujący eksperyment na skalę światową – szpitale po sprywatyzowaniu będą sponsorować fundację WOŚP, która po odpaleniu sobie oczywiście kosztów operacyjnych będzie im kupować sprzęt medyczny. Owsiak powinien zostać ministrem zdrowia, finansów i gospodarki jednocześnie. Przy okazji, dla wszystkich, którym się wydaje że WOŚP i filantropia może zastąpić publiczną służbę zdrowia polecam wyliczenia Łukasza Foltyna na ten temat.
Ale co się dziwić? Przystanek Woodstock stał się jednym z wielkich postmodernistycznych śmietników, jakich wiele, choć trzeba przyznać, że niektóre pomysły mogą nadal zaskakiwać. Hippisowska stylistyka z nieodłącznymi gigantycznymi pacyfami w połączeniu z pokazem sprzętu wojskowego plus reżimowa propaganda okraszona ostrą kuchnią wyznawców Kriszny plus piwo. A na koniec spowiedź na przystanku Jezus (po piwie).
Cudowne, prawie tak dobre jak legendarny wspólny występ Leningrad Cowboys z chórem Armii Czerwonej. Chociaż jednak tamto miało lepszy styl. Wszak to był szczyt rozwoju postmodernizmu, kiedy jeszcze ten ruch był ożywczy i dekonstruktywny.
Łezka się w oku kręci… Dziś Przystanek Woodstock, tak jak i cały postmodernizm już niczego nie dekonstruuje, raczej stoi na straży jedynie słusznego dyskursu. Tak czy owak, zawsze w końcu sprawdza się znana prawda, że nie miesza się ogórków z dżemem.
Powstało forum Dyskordian
Czytelnik CIA, Śro, 2009-07-29 13:26 BlogZapraszamy na nowo powstałe forum miłośników i wyznawców dyskordianizmu. Zapraszamy na dyskusje na temat (z)bawienia, (po)szczenia i takich tam. Pamiętaj, że żadnemu dyskordianowi nie wolno wierzyć w to co przeczyta!
Dyskordianizm to współczesna religia założona około roku 1958 przez amerykańskich anarchistów; Kerry'ego Thornleya i Grega Hilla, często opisywana jako "dowcip przebrany za religię" lub "religia udająca dowcip", nazwa pochodzi od rzymskiej bogini Dyskordii (grecka Eris). Nurt filozoficzny mający na celu podważenie samej istoty religijności, poprzez pozorowanie jednej z nich. Naśmiewanie się ze wszelkich założeń religijnych, łącznie z ich własnymi założeniami uznają za podstawową metodę osiągnięcia iluminacji.






