Publicystyka

Pismo pracowników Fiata w Tychach do włoskich kolegów

Publicystyka

Jak donosi PAP, na łamach komunistycznego włoskiego dziennika "Liberazione" ukazał się w sobotę list robotników z fabryki Fiata w Tychach do kolegów z zakładu pod Neapolem z apelem o "sabotaż" umowy z koncernem w sprawie przeniesienia produkcji pandy z Polski. List został przesłany przez pracownika Fiata do członka ZSP w celu rozesłania do kontaktów we Włoszech. Sprawa wróciła bumerangiem do Polski i została opublikowana przez PAP i przedrukowana przez polskie gazety.

Fiat igra z pracownikami. Najpierw, przenosi produkcję do Polski i każe swoim pracownikom ciężko pracować, być elastycznymi i przekraczać normy produkcyjne w celu zachowania swoich miejsc pracy. W Tychach praca jest wykonywana bardzo dobrze. Nie może być żadnych skarg ze strony kierownictwa (oprócz tego, że związki domagają się podwyżek i dodatków dla bardzo wydajnych pracowników i nie zgadzają się na pracę w weekendy). Fabryka w Tychach jest największą i najbardziej wydajną fabryką Fiata w Europie.

Pod koniec zeszłego roku, zaczęliśmy słyszeć pogłoski, że Fiat chce znów przenieść miejsca pracy do Włoch i od tego czasu pracownicy w Tychach boją się. Fiat Polska myśli teraz, że może z nami robić, co im się podoba. Wypłacili nam premie jedynie w wysokości 40% premii z zeszłego roku, pomimo, że pobiliśmy wszystkie rekordy wydajności.

Zarząd jest przekonany, że ludzie nie będą walczyć, z obawy o swoje miejsca pracy. Ale jesteśmy wściekli. Dzień protestu, planowany na 17 czerwca w Tychach, nie będzie tak grzeczny ja poprzedni. Co mamy do stracenia?

Pracownicy we Włoszech mają teraz zgodzić się na gorsze warunki pracy. Cały czas, Fiat mówi pracownikom, że jeśli się nie zgodzą na nowe warunki, to stracą pracę. Jeżeli nie zgodzą się na niewolnicze warunki pracy, zgodzi się ktoś inny. Wiemy, że ciężka praca naszych włoskich kolegów jest uznawana przez zarząd Fiata za minimum, za które nic się pracownikom nie należy. Tak jest też z naszą pracą w Polsce.

Mieliśmy nadzieję, że związki zawodowe we włoskim Fiacie podejmą walkę. Nie po to, byśmy mogli zachować nasze miejsca pracy w Tychach, ale po to, by pokazać opór wobec takich warunków pracy. Nasze związki zawodowe, nasi pracownicy byli słabi. Czuliśmy, że nie jesteśmy dość silni by walczyć, że jesteśmy zbyt biedni i że musimy błagać Fiata o pracę. Zawiedliśmy włoskich pracowników, których pracę przejęliśmy. Teraz, to samo dzieje się z nami.

To jasne, że ta sytuacja jest przegrana dla pracowników w każdym kraju. Nie możemy ciągnąć tego dłużej, konkurując ze sobą o pracę. Musimy połączyć się w międzynarodowej walce o nasze interesy.

Dla nas w Tychach nie pozostało nic innego, niż podnieść się z kolan i rozpocząć walkę. Zachęcamy naszych kolegów do aktów oporu i sabotażu przeciwko firmie, która przez lata wyzyskiwała nas do cna i teraz pozbywa się nas, jak śmieci.

Pracownicy, czas na zmianę!

Tychy, 13 czerwca 2010 r.

Deklaracja redakcji "Dalej!" przed wyborami prezydenckimi

Publicystyka | Wybory

Nie mamy wyboru

W nadchodzących wyborach prezydenckich, 20 czerwca 2010 r., jako lewica antykapitalistyczna – nie mamy swojego kandydata, nie mamy wyboru. Każdy wybór jest zły.

Głosowanie będzie miało charakter plebiscytarny. Z kolei to, że w praktyce jest tylko dwóch kandydatów na urząd prezydenta, jest zapowiedzią wdrożenia w Polsce systemu pozornie dwupartyjnego. Pozornie – bo polityczne różnice, dzielące obie główne partie, Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość, są z punktu widzenia lewicy społecznej tak drugorzędne, że realny układ sił politycznych w parlamencie wkrótce będziemy mogli uznać za monopartyjny. Znajdzie to wyraz w niepisanym porozumieniu pod nieformalnym szyldem POPiS – współczesną wersją niegdysiejszego Frontu Jedności Narodu – a więc liberalno-konserwatywnego amalgamatu ze znaczną domieszką klerykalizmu.

Dwaj główni kandydaci na urząd prezydenta – J. Kaczyński i B. Komorowski – niezależnie od wyniku wyborów, czują się skazani na sojusz. I tylko wymogi kampanii wyborczej nie pozwalają im całkiem otwarcie zadeklarować gotowości do jego zawarcia. Zaznaczają to w inny sposób.

Kaczyński już zrezygnował z fałszywych proroctw «Polski solidarnej» na rzecz społecznego solidaryzmu, odrzucił też karzący miecz IV RP, bo – jak ocenia – «jeśli w wyniku wyborów nie powstanie układ monopolistyczny» powinno być możliwe zawarcie kompromisów, «które pozwolą wyjść z różnych niemożliwości». Dopytywany, gdzie widzi pola, na których jest szansa na porozumienie się z rządem Donalda Tuska, Kaczyński odpowiada: «musimy wspólnie doprowadzić do tego, by państwo było w stanie podjąć wielkie wyzwania».

Komorowski zaś, uprzedzając zarzuty nieboszczki «Polski solidarnej» – gromko dystansuje się od terminu «prywatyzacja» na rzecz «komercjalizacji» – ma się rozumieć, w granicach prawa. A prawo będzie stosownie «modernizowane», by nie było już naginane. Co więcej, Komorowski oskarżył polityków PiS o to, że przyklejają mu «łatkę zwolenników prywatyzacji służby zdrowia». W taki to sposób wzrostowi emocji wyborczych towarzyszy upodobnienie się retoryki obu wiodących kandydatów. W odróżnieniu od słownych deklaracji, dla obu program polityczny, jak dowodzi tego praktyka, jest sprawą drugorzędną.

Kolejnym krokiem do nieformalnej politycznej wspólnoty pod znakiem POPiS będzie swoisty zamach na konstytucję, aby zrezygnować z zasady proporcjonalności w wyborach parlamentarnych, tym samym eliminując z gry sejmowe «przystawki» – Lewicę i PSL. W ten sposób Platforma wraz z PiS-em chce ostatecznie zawłaszczyć całą scenę polityczną, pod dyktando potrzeb wielkiego kapitału. Bo mechanizmy władzy w Polsce są już w takim stopniu kontrolowane przez dyktat rynku, a więc przez procesy od naszej rodzimej «demokratury» niezależne, że władza ta, obiecując coś – i tak nie jest w stanie tego spełnić.

Fakt odstąpienia "na pniu" amerykańskim koncernom nowo odkrytego bogactwa kraju – gazu łupkowego – jest symbolicznym przykładem zależności polityków od wielkiego biznesu. «Różnice polityczne nie mogą dłużej blokować budowy nowoczesnego kraju» – deklaruje Kaczyński, – pośrednio uznając, że kapitalistyczna modernizacja jest nierozłącznie związana z utratą gospodarczej i politycznej suwerenności.

Takie też właśnie potrzeby «nowoczesności» rozstrzygnęły o narzuconym charakterze wyborów, zamienionych przez media w infotainment, czyli informację przekształconą w rozrywkę – medialne zarządzanie emocjami, które tylko z pozoru mają charakter świadomie polityczny, wyborczy.

Część lewicowego elektoratu przeżywa rozterki, związane z ewentualnym głosowaniem na kandydata Sojuszu Lewicy Demokratycznej, G. Napieralskiego. SLD, odgrywająca na naszej scenie politycznej rolę socjaldemokracji, jest nadal partią PRL-owskiej nomenklatury, a więc w decydującej mierze bezideową pokoleniową wspólnotą politycznych rzeczników uwłaszczenia i wyprzedaży Polski.

Pojawienie się Napieralskiego na czele SLD stwarza nieco inną perspektywę. Napieralski jest dziś obiektywnie skazany na walkę z nomenklaturowym bagażem SLD, z tą częścią partii, która dotąd decydowała o politycznej naturze SLD. To pozwalałoby na postrzeganie go jako ewentualnego przywódcy socjaldemokracji bez nomenklaturowego garba, a więc jako lidera burżuazyjnej lewicy na modłę zachodnią. «Nie wrócimy do «planu Hausnera», który w rządach Leszka Millera i Marka Belki uprawiał neoliberalizm na rachunek SLD» – zapewnia Napieralski i deklaracja ta brzmi jak zapowiedź kolejnego etapu walki wewnątrzpartyjnej. Jeśli jednak konsekwentnie by ją podjął, przeciwko sobie będzie miał asy tej miary, jak Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, czy Włodzimierz Cimoszewicz, a co za tym idzie – perspektywę wchłonięcia większości SLD przez Platformę.

W gronie lewicowych wyborców nie obce jest przekonanie, że lepiej mieć do czynienia z socjaldemokratyczną centrolewicą, niż – z równie bezideową, lecz pamiętliwie wrogą wobec lewicy niekoncesjonowanej – post-stalinowszczyzną, mierzwą ciągnącą dziś ku PO. Obecny lider SLD nie wykazał dotąd determinacji do podjęcia wewnątrzpartyjnej walki, rozstrzygającej choćby o burżuazyjno-lewicowym charakterze tej formacji. Skrajny serwilizm SLD wobec imperializmu amerykańskiego (Irak, Afganistan), Kościoła (konkordat), skrajna uległość wobec dyktatu krajowych i międzynarodowych krwiopijców (wspomniany plan Hausnera, "reformy" finansowe Belki) – wszystko to dziś, w toku kampanii wyborczej, stało się kamieniem u szyi Napieralskiego. A on sam nie potrafi, bądź nie jest zdecydowany pozbyć się tego politycznego brzemienia, nie ma też niezbędnego politycznego zaplecza w SLD. Naszym zdaniem nie ma więc w praktyce szans na centrolewicową odnowę tej formacji.

Lewica antykapitalistyczna, lewica niekoncesjonowana przez kapitał – nie jest jeszcze w stanie stworzyć w Polsce alternatywy instytucjonalnej, a więc partii politycznej w pełnym tego słowa znaczeniu. Możemy jednak i musimy tworzyć alternatywę programową. A to wyklucza udzielenie nawet krytycznego poparcia kandydatowi SLD, przy obecnym, chwiejnym potencjale politycznym tej formacji i równie nieokreślonym jej przywódcy.

Bogusław Ziętek, pretendujący do miana kandydata lewicy z grona «kandydatów niszowych», lider Polskiej Partii Pracy, sam się z kolei dla wyborców określił, mówiąc: «ludzie, którzy mają społeczną wrażliwość, lewicowe poglądy mogą w tych wyborach głosować i na Bogusława Ziętka i na Grzegorza Napieralskiego, a także odwrotnie». Dodał, że zna poglądy szefa Sojuszu i wie, że więcej obu ich łączy niż dzieli.

Patriotyczno-narodowe frazesy odziane w radykalnie lewicową retorykę, dające PPP podstawę programową, w połączeniu z chaotycznym poszukiwaniem politycznej tożsamości między obozem patriotycznym a lewicą socjaldemokracji oraz wodzowskim charakterem PPP – nie mogą być dla lewicy społecznej argumentem na rzecz oddania głosu na Ziętka.
Jak słusznie zauważa Związek Syndykalistów Polski w «Liście otwartym do Noama Chomsky’ego», powstałym w kontekście wyłudzenia od niego podpisu pod deklaracją poparcia dla B. Ziętka, lidera Polskiej Partii Pracy:

«Sposoby finansowania tej partii są bardzo niejasne. Partia ta ma na sumieniu różne nieprawidłowości wyborcze, takie jak tworzenie fałszywych list kandydatów, czy umieszczanie na listach kandydatów o nazwiskach podobnych do nazwisk znanych polityków - w nadziei iż któryś wyborca się pomyli. Ilość afer z udziałem Bogusława Ziętka jest niepokojąca, tym bardziej że został uznany winnym przed Sądem Pracy za to iż sam naruszył prawa pracownicze zatrudnionych przez siebie osób».

Podzielając te zastrzeżenia nie widzimy możliwości udzielania poparcia liderowi autorytarnej korporacji wyborczej, występującej pod szyldem WZZ Sierpień 80 i Polska Partia Pracy.

Społeczna wrażliwość nakazuje wspomnieć o kandydacie jedynej do niedawna parlamentarnej partii politycznej, powstałej oddolnie, z ludowym poparciem – a więc o Andrzeju Lepperze. Niestety, jego uparte trwanie przy socjalliberalnych iluzjach nie rodzi nadziei na bardziej prospołeczną, lewicową odsłonę, jak też na radykalną odnową reprezentowanej przezeń "Samoobrony".

Nie mamy wyboru.

Redakcja «Dalej!»

www.pismodalej.pl

Oświadczenie "Grabieżców nagrabionego" - grupy ekspropriacyjnej z Salonik

Świat | Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Ubóstwo

14 czerwca 2010 zaatakowaliśmy supermarket sieci Masoutis na ulicy M.Kyriakou, biorąc zeń produkty podstawowej potrzeby (oliwa, makaron, mleko itp.) oraz niszcząc zabezpieczenia przed kradzieżą i kamery. Zabraliśmy również cały utarg, który spaliliśmy przed sklepem.

Przed akcją zdecydowaliśmy, że wywłaszczone dobra zostaną rozdystrybuowane pośród osób biorących udział w akcji, a nie w przestrzeni publicznej. Tą decyzją chcemy pokazać, że zarówno to działanie jaki i inne nie mają na celu ukazać nas jako zbawców społeczeństwa - chcemy raczej by to samo społeczeństwo zaznajomiło się z takimi praktykami i przejęło je nie czekając na "rewolucyjnych" filantropów/przyjaciół biednych. Szczególnie w takim okresie, jak ten, kiedy rozkład panującego systemu popycha je w stronę upadku. Nadanie terminu "Ronin Hoodzi" (a dokładnie z Greki Super-market Robins) uważamy za manipulację mass mediów mającą na celu zmienić znaczenie tego typu akcji, prezentując nas jako pewien rodzaj elity kradnącej dla biednych. W rezultacie, dystrybucja dóbr jest prezentowana jako rodzaj społecznej narkozy i pochwały pasywności wyrażającej się w myśleniu "ktoś będzie myślał-działał-weźmie nas w opiekę".

Nie wierzymy w społeczeństwo "niedorozwiniętych" ludzi, którzy muszą byc rządzeni, tak jak przedstawia to propaganda. Jesteśmy szczęśliwi, gdy ludzie kroczą z przekonaniem, że ich życie należy do nich, z dala od mediatorów i czczej gadaniny, kiedy organizują się na zasadach solidarności, antyautorytaryzmu i samoorganizacji; kierując się założeniami aktywnej negacji i ataku. Gdy nie wpadają w bład logiczny reżimu, który chce by "poprzez pomoc innym prześliznąć się przez kryzys". Jest również ważne, że gdy redystrybuujesz dobra nie masz możliwości sprawdzenia, czy odbiorcy rzeczywiście kierują się solidarnością, nawet jeśli nie są aktywni, czy może są jedynie hipokrytami dbającymi tylko o siebie, którzy byliby pierwsi, aby poinformować o wszystkim policję. Oczywiści doceniamy podobne akcje naszych towarzyszy, którzy dystrybuują wywłaszczone dobra - tak jak mówiliśmy wcześniej cele są te same.

Palenie pieniędzy jest symboliczną akcją mówiącą samą za siebie. Te małe kawałki papieru które obróciły się w popiół w ciągu kilku sekund są w stanie w jeszcze krótszym czasie zniszczyć życie, stosunki międzyludzki, przekształcić człowieka i jego pragnienia poprzez przeliczanie życia na wskaźniki, cyforwe uczucia i doświadczenia, upraszczając uczucia radości i smutku do dychotomii posiadania i nieposiadania pieniędzy.

Co do akcji - odbyła się ona dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy. Nasza ucieczka była spokojna i nienaznaczona żadnymi zdarzeniami. Użyliśmy kontenerów na śmieci, by zablokować ewentualne drogi dojazdu, wcześniej śledząc uważnie ruchy patroli policyjnych przed i podczas trwania akcji. Mówi się, że świnie z "Z force" (patrole na motocyklach) siedziały zdezorientowane przy fontannie na Egnatia Ave, czekając na posiłki i podjechały, gdy już nas nie było na miejscu.

Działamy świadomi w solidarności z każdą inną akcją sabotującą kapitalizm w środowisku miejskim, w którym działamy.

Grabieżcy nagrabionego

Ps. Ostrzeżenie dla "macho-Greków" którzy mogą chcieć zostać bohaterami: zostaną potraktowani tak, jak an to zasługują, dokładnie tak jak stało to się gdy jeden z nich został namierzony podczas dzwonienia na policję - był ścigany przez grupę która musiała interweniować. Ale jak mówi przysłowie "Matki szybkonogich nigdy nie muszą ich opłakiwać."

PPs. Możemy się tylko śmiać z dezinformacji medialnych mówiących o domniemanych starciach z siłami represji, wózkami wypełnionymi żywnością których tak naprawdę nigdy nie próbowaliśmy wyprowadzić itp.

PPPs. Oczywiście wspieramy ekspropriacje pieniędzy na potrzeby ruchu. Po prostu w tym przypadku chcieliśmy nadać odmienny kontekst tego typu akcji.

Tekst w j. angielskim: occupiedlondon.org
Tekst w oryginale: athens.indymedia.org
Wiadomość z CIA na temat akcji: Ekspropriacja w supermarkecie. Cały utarg spłonął.

Film z akcji:

List otwarty do Noama Chomsky’ego: Dlaczego bojkotujemy wybory

Publicystyka

W dniu 9 czerwca, Bogusław Ziętek, kandydat na prezydenta Polskiej Partii Pracy, opublikował na stronie swojej kampanii wyborczej listę sławnych ludzi popierających jego kandydaturę. Na czele listy znalazł się Noam Chomsky. Ta informacja została ogłoszona w postaci oświadczenia prasowego i różne media w Polsce opublikowały tę informację wślad za Polską Agencją Prasową, pod tytułem „Ken Loach i Noam Chomsky popierają Bogusława Ziętka”.

Informacja pojawiła się również w różnych językach na stronach ugrupowań lewicowych, gdzie można było się dowiedzieć, że Chomsky miał wesprzeć kampanię „antykapitalistycznej lewicy”.

Pewna osoba napisała do Pana list ze skargą, na który odpowiedział Pan: „Nie pamiętam, bym udzielał takiego poparcia, ani kto mógł je zainicjować, więc trudno mi cokolwiek powiedzieć w tej sprawie. Czy pamięta Pan może czy chodzi o jakąś petycję, którą mogłem podpisać?”

Związek Syndykalistów Polski od razu pomyślał o wystosowaniu do Pana listu na temat Bogusława Ziętka. Teraz jednak nie wiadomo, czy rzeczywiście podpisał się Pan pod poparciem dla jego kandydatury. Znane są nam jednak Pana potknięcia, polegające na popieraniu środowiska autorytarnej lewicy, dlatego też wystosowaliśmy ten list otwarty. Jego tematem nie jest sam kandydat, ale ogólne powody dla których jesteśmy zwolennikami bojkotu wyborów.

Nie dopuszczamy możliwości wprowadzenia odgórnych reform i władzy autorytarnej awangardy nad społeczeństwem. Zadanie polegające na utworzeniu wolnościowego społeczeństwa musi być dziełem oddolnym, które będzie efektem dążeń masowego ruchu pracowników, starających się odzyskać kontrolę społeczną nad środkami produkcji, mechanizmami dystrybucji i usługami. Nie potrzebujemy brać udziału w farsie wyborów. Całą energię należy skierować na budowanie oddolnych organizacji zdolnych obalić państwo i kapitalizm, ale opartych o zasady demokracji bezpośredniej. Budowa takich ruchów jest podstawowym zadaniem wszystkich odłamów wywodzących się z tradycji anarchizmu społecznego.

Wzywamy do bojkotu wyborów nie tylko z powodu naszej krytyki poszczególnych kandydatów, ale dlatego że obietnice systemu opartego na wyborach są fałszywe. Społeczeństwo, które uczestniczy w "życiu politycznym" tylko wrzucając głosy do urny, jest społeczeństwem wyalienowanym.

Ten punkt widzenia nie wymaga szerszego uzasadnienia, ponieważ znakomita większość poważnych organizacji anarchistycznych ma takie samo zdanie na ten temat.

Jako osoba identyfikująca się z pewną filozofią polityczną, jest Pan często traktowany jako „sławny anarchista”. Nie znaczy to jednak, iż Pana opinie są zawsze reprezentatywne dla ruchu anarchistycznego. Choć w tym ruchu można spotkać wiele różnych głosów i opinii, zawsze jednak opinie poważniejszych organizacji wydają nam się bardziej miarodajne, niż opinie indywidualnych celebrytów, nie uczestniczących w działaniach tych organizacji.

Apelujemy do Pana, by wziął Pan to pod uwagę następnym razem, gdy będzie Pan chwalił autorytarnych przywódców tak-zwanej lewicy, takich jak Hugo Chavez. Jeśli nadal chce Pan utożsamiać się z tradycją anarchistyczną, prosimy o więcej konsekwencji. Prosimy też o dokładniejsze wyjaśnienie sytuacji rzekomego poparcia dla Bogusława Ziętka w wyborach prezydenckich w Polsce.

Z bardzo różnych względów, członkowie ZSP wiele razy wyrażali się krytycznie o osobie Bogusława Ziętka. Przede wszystkim Ziętek utrzymywał i nadal utrzymuje kontakt ze środowiskiem skrajnej prawicy nacjonalistycznej w Polsce. Jego partia nie jest anty-kapitalistyczna, skoro na listach wyborczych figurują kapitaliści. Związek pod przewodnictwem Ziętka jest związkiem głównego nurtu, ze skrajnie autorytarną biurokracją, który jest całkowicie podporządkowany projektowi budowy partii politycznej.

Sposoby finansowania tej partii są bardzo niejasne. Partia ta ma na sumieniu różne nieprawidłowości wyborcze, takie jak tworzenie fałszywych list kandydatów, czy umieszczanie na listach kandydatów o nazwiskach podobnych do nazwisk znanych polityków - w nadziei iż któryś wyborca się pomyli. Ilość afer z udziałem Bogusława Ziętka jest niepokojąca, tym bardziej że został uznany winnym przed Sądem Pracy za to iż sam naruszył prawa pracownicze zatrudnionych przez siebie osób.

Odpowiednią dokumentację wysyłamy odrębnym listem.

ZSP wzywa do bojkotu nadchodzących wyborów prezydenckich w Polsce. Nasze sny nie zmieszczą się w urnach! Nie oddamy pola bez walki. Wzywamy do świadomego, masowego oporu wobec procesu wyborczego, przeciw ciałom przedstawicielskim z których składa się państwo. Ludzie intuicyjnie czują, że te organa nie reprezentują ich interesów, ale nie widzą możliwych alternatyw. Wzywamy do większej aktywności i do tworzenia prawdziwie masowego ruchu, który będzie w stanie zagrozić pozycji państwa.

Proszę się zastanowić! Zamiast wspierać jeszcze jednego autorytarnego przywódcę lewicy, niech Pan poprze bojkot wyborów!

Związek Syndykalistów Polski

www.wybory.zsp.net.pl

Oświadczenie CNT w sprawie cięć płac w sektorze budżetowym

Publicystyka

Pracownicy budżetowi, oraz pracownicy w ogóle są traktowani jak gdyby byli winni kryzysu i musieli za niego zapłacić. Mówi się nam, że logiczne jest, że pracownicy, a zwłaszcza pracownicy budżetowi, mają zapłacić koszty hipotetycznego kryzysu ekonomicznego, ponieważ wszystkie dane wskazują na ich winę. Oto kilka dowodów na nasz aktywny udział w spowodowaniu kryzysu:

  • Strauss-Kahn, szef MFW zachęcający do “reform prawa pracy eliminujących sztywność”, zarabia 420 tys. euro na rękę rocznie, czyli równowartość 25 lat pracy listonosza. Strauss-Kahn broni pomysłu podniesienia wieku emerytalnego i cięcia emerytur – chociaż sam otrzyma 210 tys. euro rocznie po zaledwie dwóch latach płacenia składek.
  • Trichet, szef Europejskiego Banku Centralnego, jest zwolennikiem podwyższania płac poniżej poziomu inflacji. Jego pensja wzrosła o 2,5% w 2009 r., chociaż w tym czasie inflacja wynosiła jedynie 0,9%.
  • Fernandez Ordonez, szef Banku Narodowego Hiszpanii, zwolennik podwyższenia wieku emerytalnego, reformy prawa pracy i zmniejszania wydatków na cele publiczne nie chce ujanić swoich dochodów. Pomimo, że otrzymuje wynagrodzenie z publicznych pieniędzy!
  • 2 miliardy euro wydane na kampanię w Afganistanie opłaciłyby pensje 62 tys. nauczycieli w szkołach publicznych.
  • W 2008 r., Francisco Gonzalez, szef Banku Bilbao Vizcaya Argentaria zarobił 5,340,000 euro – odpowiednik 250 lat pracy położnej w publicznym szpitalu.
  • Pięć największych banków w Hiszpanii zarobiło 17,590 miliardów euro. To odpowiednik rocznych zarobków półtora miliona sprzątaczy ulicznych lub prawie miliona lat pracy naukowca w Hiszpańskiej Radzie Badań Naukowych.
  • Zmniejszając pensje wszystkich pracowników sfery budżetowej w kraju (w tym pracowników na niestałe umowy) oszczędzicie 3 miliardy euro - czyli jedną szóstą zysków pięciu największych banków.
  • Pół miliona rodzin w Hiszpanii żyje poniżej poziomu biedy. Aby mogli zarabiać 85% najniższej pensji, potrzeba jedynie 2,265 milionów euro. Jednak zamiast tego, rząd wydał pieniądze na FROB (Fundusz Restrukturyzacji Banków) by ratować banki przed bankructwem, na co wydał 9,6 miliardów euro na sam początek.
  • Maria Dolores de Cospedal zarabia 230 tys. euro jako polityk – czyli pensję o wartości pensji 6 onkologów i kardiologów. Ale przecież jej praca jest „bardziej wartościowa”.
  • Raport agencji podatkowej Ministerstwa Gospodarki i Skarbu Państwa donosi, że w 2005 r. (ostatni rok dla którego dostępne są dane) 88,617 milionów euro zostało zdefraudowanych. Te pieniądze pozwoliłyby z łatwością zlikwidować deficyt w budżetach regionów na wydatki socjalne.
  • Według Agencji, pracodawcy oszukują urząd podatkowy zaniżając swoje dochody. Pracodawcy deklarują średnio 6346 euro dochodu, czyli mniej niż pracownicy. Hiszpania jest jedynym krajem, gdzie pracodawcy zarabiają mniej niż pracownicy. Firmy inwestycyjne płacą jedynie 1% podatku, a pracownik sektora publicznego płaci stawkę 15%.
  • Wysokość umorzonych podatków od nieruchomości (1,4 miliarda euro) równa się kosztom utrzymania autonomicznych gmin.
  • Hiszpania jest jednym z krajów należących do OECD (obok USA), które zwiększyły wydatki na policję i bezpieczeństwo. Kraje, które wydają mniej środków na policję i bezpieczeństwo mają też zazwyczaj mniejsze nierówności społeczne. Wraz ze wzrostem nierówności, zwiększają się wydatki na utrzymanie status quo. W Hiszpanii jest wiele bogactwa, które trzeba chronić.

Jak widać z powyższych danych, to my jesteśmy odpowiedzialni za kryzys i my powinniśmy zapłacić. Jesteśmy winni, bo pozostawaliśmy na zasiłku, w ten sposób rabując banki i zmuszając je do udzielania kredytów. Jesteśmy odpowiedzialni za naciskanie naszych reprezentatywnych związków zawodowych, by podpisywały umowy, które pogarszają nasze warunki pracy. Musimy płacić, bo nie inwestowaliśmy w bezwartościowe papiery wartościowe, musimy płacić, bo woleliśmy pracować dla nieudolnych biznesmenów i polityków. Musimy płacić, bo głosowaliśmy i dawaliśmy innym władzę i przez całe dekady pozwoliliśmy politykom rozwiązywać ich własne problemy zamiast naszych. W ten sposób powstał dług, który my pracownicy musimy spłacić.

Na szczęście, rynek finansowy (a nikt nie wie, kto za nim stoi) ma zawsze rację i karze tych, którzy są winni – czyli zwykłych ludzi.

Jak związki zawodowe odpowiadają na taką agresję? Promując brak jedności i podziały wśród pracowników, korporatyzm, ideologiczne niewolnictwo, pacyfizm i bezzębne apele.

Jak długo ten nonsens będzie trwać dalej?

PRACOWNICY CHCĄ ODZYSKAĆ KONTROLĘ NAD SWOIM ŻYCIEM.

CNT działa inaczej niż inne związki zawodowe. Stanowi ponad stuletnie narzędzie pracowników, które odznacza się m.in.:

  • Jest nie do skorumpowania, podejmuje decyzje oddolnie, nie ma przywódców i zawodowych związkowców - nikt nie jest zwolniony z pracy i nie otrzymuje dotacji.
  • Stosuje zasady samorządności, federalizmu, pomocy wzajemnej, działa w sposób zwiększający szanse wygranej: tak jak wygrana 8 godzinnego dnia pracy i odpoczynku w sobotę, płatny urlop, ubezpieczenie zdrowotne, emerytury i świadczenia dla bezrobotnych.
  • Głębokie przekształcenie społeczeństwa, kolektywizacja środków produkcji i usług, co pokazano w praktyce.
  • Taktyką CNT jest akcja bezpośrednia – co oznacza, że walka musi być prowadzona przez samych zainteresowanych, bez pośredników.

To podejście pozwala nam uczyć się jak reagować na to, co nas dotyka, brać za to odpowiedzialność i podejmować decyzje, zamiast pozostawiać decyzje innym.

Naszymi naturalnymi wrogami są kapitaliści i ich wysłannicy. To oni są zainteresowani tym, by zniknęły usługi publiczne i by ludzie godzili się na najniższą możliwą pensję. Nasze interesy nie są ich interesami. My chcemy pracować mniej i żyć lepiej, a to się kłóci z ich planami. Jednak nas jest więcej.

Pracownicy, organizujcie się w miejscach pracy!

Jedność, działanie, samorządność!

Pracownicy administracji publicznej zrzeszeni w CNT-AIT Madrid.

http://madrid.cnt.es/noticia/los-empleados-publicos-los-trabajadores-gen...

Wszystko w imię zysku – oświadczenie Zabalaza Anarchist Communist Front

Publicystyka

Oświadczenie w sprawie odbywających się Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w RPA.

Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej są oszustwem, które należy ujawnić. ZACF potępia bezczelność i hipokryzję rządu, który przedstawia mistrzostwa jako „jedyną w życiu” okazję, by polepszyć społeczny i ekonomiczny poziom życia Południowych Afrykańczyków oraz mieszkańców pozostałej części kontynentu. To jasne, że mistrzostwa stanowią „okazję” tylko dla globalnego i lokalnego kapitału i dla elity rządzącej w RPA. Wszystko wskazuje na to, że to wydarzenie przyniesie katastrofalne konsekwencje dla biednych i pracujących w RPA, co zresztą już ma miejsce.

Przygotowania do Mistrzostw pochłonęły 800 miliardów randów wydatków rządowych (757 miliardów na infrastrukturę i 30 miliardów na stadiony, które zostaną wypełnione jedynie raz). To potwarz dla tych, którzy żyją w warunkach skrajnego ubóstwa i z 40% poziomem bezrobocia. W ciągu ostatnich 5 lat, ubodzy pracownicy wyrażali swój sprzeciw wobec ogromnym niesprawiedliwościom społecznym w ponad 8 tys. protestów i strajków domagając się dostępu do zabezpieczeń socjalnych i mieszkań. Obrany model wydawania pieniędzy jest kolejnym dowodem na kompromitację neoliberalnego modelu kapitalizmu i polityki "skapywania w dół", które przyczyniły się jedynie do wzrostu nierówności i biedy na całym świecie. Pomimo wcześniejszych zapewnień, rząd ostatnio dokonał wolty i przyznał, że projekt "nigdy nie miał na celu przyniesienia zysku".

Południowa Afryka rozpaczliwie potrzebuje rozbudowy infrastruktury na szeroką skalę, zwłaszcza w dziedzinie transportu publicznego, który w niektórych miastach – nawet w Johannesburgu - jest niemal całkowicie nieobecny. Tzw. Gautrain, który został uruchomiony w czwartek 8 czerwca (w ostatniej chwili przed rozpoczęciem mistrzostw), jest chyba najbardziej ironicznym akcentem całego przedsięwzięcia. Większość ludności jest zmuszona do korzystania z niebezpiecznego transportu minibusami na długich dystansach. Natomiast Gautrain umożliwia szybką podróż w luksusowych warunkach dla turystów podróżujących pomiędzy Johannesburgiem, a Pretorią, jeśli są skłonni zapłacić porażającą cenę 100 randów.

To samo widać w innych dziedzinach: firma zarządzająca lotniskami Airports company of South Africa (ACSA) wydała 16 miliardów randów na ulepszanie lotnisk, a firma zarządzająca infrastrukturą drogową South African National Road Agency Ltd (SANRAL) wydała 23 miliardy randów na budowę sieci płatnych autostrad. Te projekty są obliczone na szybki zwrot zainwestowanych miliardów i w bardzo małym stopniu mogą się przydać biedocie w RPA. W całym kraju wdrożono programy „rewitalizacji”, które wiążą się z intensywną gentryfikacją. W ten sposób, władze próbują pospiesznie ukryć surowe warunki egzystencji w RPA.

Ponad 15 tys. bezdomnych i dzieci ulicy wyłapano na ulicach Johannesburga i umieszczono w przytułkach. W Kapsztadzie eksmitowano tysiące ludzi ze slumsów w ramach "porządków" przed mistrzostwami. Próbowano tam również (na szczęście bezskutecznie) eksmitować 10 tys. osób, by ukryć ich przed turystami jadącymi autostradą N2. W innych miejscach, biednych usuwa się, by zrobić miejsce dla stadionów, parkingów dla fanów, oraz stacji kolejowych. W Soweto upiększono drogi wzdłuż tras turystycznych, podczas gdy nieodległe budynki szkół walą się i mają powybijane okna.

Choć wielu Południowych Afrykanów nie jest przekonanych do mistrzostw, niektórzy dali się porwać nacjonalistycznej propagandzie, która ma na celu odwrócenie uwagi od cyrku Mistrzostw Świata. Każdy piątek został ochrzczony "piątkiem futbolowym" i "naród" zachęca się do zakładania koszulek "bafana bafana", a uczniowie szkół są do tego zmuszani. Samochody są przystrojone flagami, ludzie uczą się „diski-dance” i tańczą w każdej restauracji dla turystów i kupują maskotki Zakumi. Każdy, kto wyraża sceptycyzm dla tej grandy jest określany jako "niepatriotyczny". Najlepszym przykładem niech będą wezwania do pracowników związku South African Transport and Allied Workers Union (SATAWU), których proszono o to, by swoje żądania odsunęli na dalszy plan "w imieniu interesów narodowych". Jeśli pomyśleć, że w ciągu ostatniego roku ubyło około miliona miejsc pracy, twierdzenia rządu, że wielkim sukcesem było stworzenie 400 tys. miejsc pracy dzięki mistrzostwom, brzmią pusto i są obraźliwe. Miejsca pracy, które powstały są tymczasowe, a pracownicy nie są uzwiązkowieni i opłacani są o wiele poniżej płacy minimalnej.

Oprócz represji, jakie dotknęły związki zawodowe, wszelkie ruchy społeczne spotkały się z podobną wrogością ze strony państwa. Oficjalnie ogłoszono zakaz wszelkich protestów w czasie trwania Mistrzostw. Właściwie wiele wskazuje na to, że taki zakaz obowiązywał już od 1 marca. Przeprowadzona na gorąco w zeszłym tygodniu ankieta w miastach, w których odbywają się wydarzenia związane z Mistrzostwami Świata pokazała, że wprowadzono tam ogólny zakaz zgromadzeń. W miejscowości Rustenberg ogłoszono oficjalnie, że „zgromadzenia są zakazane w czasie Mistrzostw Świata". W mieście Mbombela również nie będzie zezwoleń na zgromadzenia w czasie Mistrzostw. Rada miasta Kapsztadu twierdzi, że nadal przyjmuje zgłoszenia demonstracji, ale przyznaje, że może wystąpić „problem” podczas mistrzostw. Wiadomo, że policja nie będzie zezwalać na zgromadzenia.

Choć jest jasne, że konstytucja, którą często się chwali za jej “postępowość” nie gwarantuje wolności i równości - wbrew twierdzeniom rządu, ale ta nowa postać represji jest w jawny sposób sprzeczna z konstytucyjnie gwarantowanym prawem do swobody wypowiedzi i swobodnego demonstrowania. Ruchy społeczne z Johannesburga, m.in. Forum Przeciwko Prywatyzacji i inne grupy nie poddały się tak łatwo i uzyskały zgodę na marsz w dniu otwarcia mistrzostw, dzięki pomocy Instytutu Wolności Słowa. Jednak marsz musiał się odbyć w odległości trzech kilometrów od stadionu, gdzie nie przyciągnie uwagi mediów, której tak obawia się rząd.

Władze surowo represjonują biednych i wszelkie protesty przeciw mistrzostwom w celu zachowania wizerunku kraju otwartego dla bogatych turystów podążających do wykwintnych hoteli i barów. Wszystko odbywa się pod kierownictwem gangu o nazwie FIFA (przezwanego THIEFA przez Forum Społeczne w Durbanie). FIFA spodziewa się zarobków rzędu 1,2 miliarda Euro. Już teraz wpłynął ponad 1 miliard Euro za prawa do transmisji.

Stadiony, oraz położone wokół nich strefy, zostały przekazane FIFA na czas mistrzostw, jako „strefy wolne od podatków”. W ten sposób utworzono obszar znajdujący się pod całkowitą kontrolą FIFA, gdzie nie obowiązują ani podatki, ani inne prawa państwowe. Wszystkie drogi do stadionów zostały oczyszczone ze sprzedawców, sprzedających towar nie usankcjonowany przez FIFA, oraz z mieszkańców koczujących wzdłuż dróg dojazdowych na lotniska. W ten sposób ci, którzy mogliby liczyć na przeżycie dzięki sprzedaży związanej z mistrzostwami zostali zostawieni na lodzie w systemie "skapywania bogactwa w dół".

FIFA jest jedynym właścicielem marki Mistrzostw Świata i wszystkich powiązanych z nimi produktów. W kraju porusza się około 100 prawników, szukając nieautoryzowanych produktów związanych z marką. Takie produkty są konfiskowane, a sprzedawcy aresztowani. Dzieje się tak pomimo iż większość mieszkańców RPA i całego kontynentu kupuje towary od handlarzy ulicznych, gdyż mało kogo stać na wydanie 400 randów na kupno oficjalnych koszulek i innych gadżetów. Dziennikarze posiadający akredytacje podpisali klauzulę, która uniemożliwia im podważanie autorytetu FIFA, co w jawny sposób ogranicza wolność prasy.

Największą ironią jest to, że piłka nożna była kiedyś grą klasy pracującej. Oglądanie meczy na stadionach było kiedyś tanią i dostępną rozrywką dla pracowników, którzy mogli na 90 minut zapomnieć o codziennym znoju i życiu pod butem szefów i państwa. Dziś, zawodowa piłka nożna i Mistrzostwa Świata dają niewyobrażalne zyski wąskim kręgom elit globalnych i krajowych (podczas gdy wydaje się niepotrzebnie miliardy w czasie globalnego kapitalistycznego kryzysu). Podczas każdego sezonu, widzowie muszą płacić tysiące randów, funtów, euro, itd. by oglądać nieprzyzwoicie hojnie opłacanych piłkarzy, którzy wykłócają się o prawo do swoich astronomicznych pensji. Gra, która w wielu aspektach zachowała swoje estetyczne piękno, straciła swoją duszę klasy pracującej i zamieniła się w jeszcze jeden towar, na którym można zarobić.

Bakunin powiedział kiedyś: “ludzie udają się do kościoła z tych samych powodów, dla których udają się do karczmy: chcą się ogłupić, zapomnieć o swojej nędzy, wyobrazić sobie choć na chwilę, że są wolni i szczęśliwi”. Całe to bezmyślne, nacjonalistyczne wymachiwanie flagami wskazuje na to, że sport jest kolejną metodą osiągnięcia tego samego stanu. Łatwiej jest zapomnieć, niż aktywnie brać udział w zwalczaniu niesprawiedliwości i nierówności. Wielu jednak nie dało się ogłupić. Organizacje biednych i pracujących nie są jednak tak łatwe do manipulowania jak wydawało się rządzącym. Przy stadionach powstają miasteczka namiotowe, pojawiają się masowe demonstracje, szykują się ogólnokrajowe strajki, legalne lub nie. Pomimo wyzwisk i oskarżeń o "brak patriotyzmu" i masowych ograniczeń wolności słowa, z pewnością damy o sobie usłyszeć i będziemy mówić o niesłychanej niesprawiedliwości globalnej gry, która odbywa się kosztem życia tych, którzy wybudowali imperia i którzy w ostatecznym rachunku zniszczą te imperia.

PRECZ Z MISTRZOSTWAMI ŚWIATA!
DOŚĆ REPRESJI PAŃSTWA I NACJONALISTYCZNYCH PODZIAŁÓW!
NIECH ŻYJE WALKA LUDU PRZECIW WYZYSKOWI!

Zabalaza Anarchist Communist Front

http://www.zabalaza.net/

Ekonomia opieki – kolejna ważna ścieżka krytyki kapitalizmu

Prawa kobiet/Feminizm | Publicystyka | Recenzje

Czy znaczenie podziału obowiązków domowych zmieniło się wraz z nastaniem globalnej hegemonii Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Dlaczego klasyczna, akademicka ekonomia na równi z ekonomią marksistowską nie potrafią opisać w pełni sytuacji (wyzysku) jakiej doświadczają ubogie matki? Otwierający serię „Biblioteka Think Tanku Feministycznego” zbiór tekstów „Gender i ekonomia opieki” wprowadza czytelniczkę czy czytelnika na tory myślenia o kapitalizmie w sposób niepopularny dotąd na lewicy radykalnej. Mocną stroną publikacji jest prezentacja tekstów badaczek i badaczy reprezentujących różne dyscypliny: ekonomię, socjologię, filozofię, którzy chętnie przełamują granicę między nimi i pozwalają nam poszukać odpowiedzi na zaskakujące niekiedy pytania.

Perspektywa kobieca otwiera nowe pola krytyki procesów globalizacji i rozwoju kapitalizmu, krytyki opartej w pełni na humanizmie rozumianym przede wszystkim jako szacunek wobec każdego człowieka. Możemy powiedzieć, że dyscyplina deficytu budżetowego i nacisk na politykę monetarną narzucane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy zwłaszcza biednym krajom świata (i tym, które przeszły społeczne, polityczne, bądź naturalne katastrofy) uruchamia łańcuch przyczyn i skutków, którego jednymi z kolejnych ogniw są uelastycznienie pracy mężczyzn i kobiet, zwiększenie obciążenia pracą opiekuńczą, wycofanie państwa z udziału w niej, a zatem kumulacja opresji i ucisku na kobietach, przy jednoczesnym zwiększeniu dystansów społecznych pomiędzy kobietami (bogate kupują bez trudu bezpieczeństwo reprodukcyjne i socjalne, którego inne są pozbawione).

Niedawno czytaliśmy na CIA o warsztatach Think Tanku Feministycznego, w którym uczestniczyły ubogie kobiety z Podgórza (dzielnicy Wałbrzycha) wraz z aktywistkami i aktywistami społecznej lewicy. Ich skutkiem było powstanie oddolnej inicjatywy Podgórzanek mającej na celu otworzenie społecznej, niekomercyjnej przestrzeni dla kobiet z dziećmi. Podgórzanki mówiły na warsztacie o błędnym kole, w którym konieczność opieki nad dziećmi pozbawia je pracy, a brak pracy skazuje na nędzę i uniemożliwia prawidłową opiekę nad dziećmi. Błędne koło kobiet z Wałbrzycha, w świetle perspektywy szkicowanej w „Gender i ekonomia opieki” to efekt dwóch zachodzących równolegle procesów: jednoczesnych przemian rynku pracy, który wymaga od pracownic i pracowników coraz większej elastyczności oraz wycofania państwa z opieki, a więc zamykania przedszkoli i żłobków, ograniczania opieki w służbie zdrowia, utrudniania dostępu do edukacji. Obie tendencje są efektem globalnego odwrotu od kompromisu klasowego w stronę niczym nie skrępowanego dążenia do maksymalizacji zysku.

Nasilenie wymogu elastyczności pracy uderza w kobiety podwójnie: same muszą być bardziej dyspozycyjne w pracy oraz muszą opiekować się pracującymi coraz więcej i w coraz bardziej nieludzkich porach członkami rodziny, opieka nad nimi staje się coraz bardziej czasochłonna, a godzenie elastycznych grafików coraz trudniejsze (por. Charkiewicz s. 126)*. Jednoczesna tendencja do wycofywania się państwa z pomocy w opiece (cięcia budżetowe w służbie zdrowia, przedszkolach, szkołach, świetlicach czy kółkach sportowych) sprawia, że obciążenia czasowe kobiet jeszcze bardziej rosną. Jeśli chory wychodzi dziś ze szpitala po 5 dniach choć 10 lat temu z tą samą przypadłością leczono by go tam 20 dni, oznacza to, że koszt finansowy i czasowy opieki nad nim przez kolejne doby ponosi jego gospodarstwo domowe, najczęściej kobiety w nim żyjące. Mniej państwowej opieki, a więcej dzikiego kapitalizmu to więcej chorych, poszkodowanych w wypadkach i inaczej skazanych na opiekę członków rodzin, mniej dzieci w przedszkolach a więcej w domach, więcej godzin harówki i niższe pensje, co wszystko razem powoduje zwielokrotnione obciążenie, często bardzo ciężką pracą.

Perspektywa ekonomii opieki pozwala nam nie tylko wskazać globalne przemiany jako źródło namacalnego wyzysku, ale także, przez zwrócenie uwagi na to jak ważną rolę pełni opiekuńcza praca dla społeczeństwa, zauważyć jak zgubne jeszcze one mogą mieć skutki. Co więcej nie tylko możemy dzięki niej powiedzieć, że na turbokapitalistycznych przemianach ostatnich dziesięcioleci więcej tracą kobiety. Możemy także stwierdzić, że następuje powiększenie dystansu (nie tylko ekonomicznego, można rzec, dystansu w „stopie wyzysku”, a na pewno dystansu w szansach życiowych) pomiędzy kobietami o niskich i wysokich dochodach (Charkiewicz, Zachorska-Mazurkiewicz 2009 s.12).

Jak z likwidacją żłobków i trudnym dostępem do przedszkoli poradziłyby sobie Wałbrzyszanki, gdyby dochody jakie oferują im pracodawcy był sześciokrotnie większe (czyli mniej więcej na poziomie profesjonalistek z Warszawy?) Odpowiedź jest prosta. Podjęłyby owe zajęcia zawodowe, wymagające nieskończonej elastyczności i dyspozycyjności zawsze gdy żąda tego przełożony, a do opieki nad dziećmi wynajęłyby do nielegalnej pracy imigrantki z Ukrainy. Owe imigrantki zostawiłyby za Bugiem własne dzieci, zazwyczaj pod opieką najstarszej córki, a więc niedobór opieki wynikający z globalnego przesunięcia w stronę elastycznej pracy i braku państwowej opieki zostałby przesunięty z Wałbrzycha do Stansiławowa czy Drohobyczy. Tak oto problemy społeczne związane z brakiem opieki kumulują się w najbiedniejszych rodzinach i najbiedniejszych regionach. Mamy więc do czynienia z wyzyskiem i opresją nawarstwiającą się na kobietach z biedniejszych rodzin biednych krajów, oraz na migrantkach oraz kobietach z rodzin migrantów, a zwłaszcza migrantek (por. zwłaszcza Young s.188-190). Jednak moment, w którym obciążenie pracą zarobkową i pracą opiekuńczą przekracza fizyczne możliwości kobiet (nawet jeśli dotyczy to tylko określonych grup społecznych) zagrożone jest w ogóle trwanie społeczeństwa, biologiczna, ale także społeczna i kulturowa jego reprodukcja. Deficyt pracy opiekuńczej to deficyt jednostek przygotowanych do życia w społeczeństwie.

Nasilenie migracji z krajów biedniejszych do bogatszych także jest wynikiem ostatnich przemian gospodarczych. Przesunięcie w stronę „gospodarki opartej na wiedzy” powoduje, że surowce naturalne (poza ropą) ustępują miejsca w handlu międzynarodowym taniej pracy. Tak jak nigdy rządom krajów biednych „opłaca się” utrzymywać u siebie niskie płace. To zaś sprzyja migracjom z tych krajów do krajów rozwiniętych (por. Peterson s.72-73). Oprócz kumulacji niedoboru opieki w krajach Południa pociąga to za sobą wszystkie inne problemy związane z migracjami, które także dotykają zwłaszcza kobiet i niebiałych.

Jak argumentuje Fineman „opieka jest zbiorowym, czy społecznym długiem” (Engster s. 41) – to popycha nas w stronę koncepcji zbiorowej odpowiedzialności za opiekę, współdzielenia kosztów z nią związanych. Odsłonięty w tomie łańcuch zależności pomiędzy pracą opiekuńczą, a globalnymi nierównościami nie pozwala nam przyjmować podziału na to co zamknięte wewnątrz gospodarstwa domowego i sprawy publiczne. Jak pisze Isaksen (s.108-109) lokalny deficyt opieki, który wymusza globalne migracje powstaje nie tylko wskutek nacisku przez pracodawców na uelastycznienie pracy. Drugim ważnym czynnikiem jest wciąż zbyt mały udział mężczyzn w opiece, czy mówiąc szerzej to, że w opiekę wciąż zaangażowane jest zbyt mało osób. Gdyby lokalny podział opieki był bardziej sprawiedliwy, mniej potrzebne byłyby migracje opiekunek oraz biurokratyczna machina państwowa. Oczywiście nie zmienia to faktu, że OPRÓCZ sprawiedliwego podziały obowiązków i korzyści w gospodarstwie domowym potrzebujemy również sprawiedliwego podziału obowiązków i korzyści w miejscu pracy i całej społeczności.

Opieka nad chorą bliską osobą jest równie ważna z perspektywy dobra społecznego co budowa drogi, czy udział w decyzjach politycznych. Nie można być socjalistą odrzucając wartość opieki, w tym tej wykonywanej w ramach najbardziej „prywatnych” ukrytych stosunków. Podobnie nie można „jechać na gapę” korzystając z globalnej pracy opiekuńczej i odrzucając konieczność udziału w niej (por. Engster s. 41-43).

Zbiór tekstów ma swoje wady. Tak jak w całej produkcji intelektualnej w dziedzinie nauk społecznych zdarzają się tu przypadki misternie splecionych pojęć po rozpracowaniu, których odnajdujemy banał lub pustkę, ale to zdaje się niezbywalna przypadłość akademii. Niewprawionym czytelniczkom czy czytelnikom ciężko może być przebić się przez co bardziej teoretyczne teksty, które dużo obiecują a przynoszą mało satysfakcji. To ostatnie odnosi się także do niektórych analiz empirycznych, które są raczej wstępem do analizy problemów, które stawiają, ale trudno się dziwić skoro to właściwie pierwsza publikacja prezentująca to ujęcie w Polsce, a na zachodzie regularnie mówi się o nim bodaj od 10 lat.

Generalnie tom zawiera sporą ilość ciekawie omówionych danych, zwłaszcza o niewidocznych z punktu widzenia makroekonomii efektach reform turbokapitalistycznych w Chile, Brazylii i Argentynie oraz odwrotu od nich, a także o analogicznych procesach na Dalekim Wschodzie. Na plus wyróżnia się także tekst Julii Kubisy prezentujący przebieg i osiągnięcia protestów polskich pielęgniarek. Moim osobistym zdaniem poszukując najpełniejszego wywodu z dziedziny ekonomii opieki w skróconej formie najlepiej sięgnąć do zawartego w tomie tekstu Rachel Kurian (równeż na stronie Think Tanku).

*- wszystkie przypisy dotyczą tekstów zamieszczonych w tomie.

Gender i ekonomia opieki pod redakcją Ewy Charkiewicz i Anny Zachorowskiej-Mazurkiewicz Warszawa 2009

O pewnej ekspedycji, w celu Polski ratowania obmyślonej, na którą w ostatniej chwili załapał się Michał Bakunin

Publicystyka

W drugiej połowie wieku dziewiętnastego teoria ruchów emancypacyjnych nierozerwalnie splata się z praktyką, zaś proces ten nigdzie nie jawi się z równą intensywnością i jasnością jak w przypadku Bakunina. Oto relacja z wydarzeń, które bardziej pasują do scenariusza filmu z gatunku ”płaszcza i szpady” niż do historii życia kogoś, w kim chcielibyśmy widzieć, a wielu widzi, myśliciela o niezwykłej wprost przenikliwości oraz twórcę ważnego dla rozwoju myśli polityczno-społecznej wieku dziewiętnastego.

W liście do Ogariowa i Hercena, wysłanym 31 marca 1863 roku z Halsingborga, Bakunin zdaje relacje z nieudanej wyprawy morskiej, mającej na celu wspomóc polskich powstańców w walce o niepodległość, a skierowanej przeciw germańsko-tatarskiemu, bo przecież nie rosyjskiemu, carowi. Dopiero dwa lata wcześniej udało mu się wydostać z syberyjskiego zesłania, na którym przebywał w latach 1857-1861, i powrócić, przez Japonię, San Francisco i Nowy Jork, do Europy. Nie byłby jednak sobą, gdyby na wieść o szykującym się działaniu, które choćby tylko z pozoru przypominało akt rewolucyjny, bez wahania i zbędnego roztrząsania sprawy się do niego nie przyłączył.

Bakunin, przebywający wówczas w Sztokholmie, otrzymał depeszę od Josepha Carda (pseudonimem tym posługiwał się Józef Ćwierczakiewicz, agent Centralnego Komitetu Narodowego w Anglii), w istocie pochodzącej od Hercena (albo tak się tylko Bakuninowi zdawało), w której ten informuje go o wyprawie i namawia do uczestnictwa, 22 marca o trzeciej po południu, a zatem już po wypłynięciu statku z Londynu. W tej sytuacji Bakunin rozpoczyna wyścig z czasem. Jedynym sposobem na przedostanie się ze Sztokholmu do Halsingborga jest podróż przez Goteborg. Trudność polegała na tym, że połączenie kolejowe pomiędzy Sztokholmem a Goteborgiem obsługiwał tylko jeden pociąg, co gorsza odchodzący każdego dnia rano. Dlatego też Bakunin stracił całą noc i do pociąg wsiadł dopiero 23 marca o ósmej rano. Podróż koleją do Goteborga zajęła mu jedenaście godzin – na miejscu znalazł się o 9 wieczorem. Tutaj natknął się na kolejne utrudnienie – jedynym środkiem lokomocji, mogącym zabrać go do Halsinborga, był dyliżans, na który musiał czekać cały następny dzień, w związku z czym na miejsce dotarł dopiero 26 marca wieczorem, a zatem na trzeci dzień od otrzymania depeszy. Na miejscu czekali już na niego, od ponad doby, jego nowi towarzysze na pokładzie angielskiego parostatku Ward Jackson.

Sposób, w jaki został powiadomiony o wyprawie, nie przypadł, rzecz jasna, Bakuninowi do gustu. Skarży się Ogariowowi i Hercenowi, do których list jest adresowany, że potraktowali go niepoważnie: postąpiliście ze mną jak z dzieckiem, uprzedziwszy mnie w ostatniej dopiero chwili – i jak sami widzicie, zbyt późno – krótką depeszą, że mam się udać tam a tam. Tymczasem ekspedycja przygotowywana była od miesiąca z górą i mieliście dość czasu, żeby szczegółowo i jasno powiadomić mnie o wszystkim, a nie robiąc tego, przynieśliście dużą szkodę samej ekspedycji[1]. Zżyma się na brak zaufania, jaki mu okazano, a także brak szacunku ze strony starych przyjaciół. Dosyć ostro wyraża swe niezadowolenie i zawiedzione zaufanie, z czego wycofuje się później w liście z 9 kwietnia, w którym, w sposób dość niefortunny, tłumaczy się z ostrości niektórych swych zarzutów (chodzi przede wszystkim o sugestię, że to on, Michał Bakunin, gotów jest poświęcić więcej dla sprawy rewolucji, niż Ogariow i Hercen, co najwyraźniej mocno ich dotknęło i zabolało): Uwierzcie mi przyjaciele, bo to prawda. Zresztą bylem rozdrażniony nie otrzymawszy od żony ani słowa, było mi smutno i ciężko, wstałem z łóżka i napisałem głupio, wybaczcie[2].

Wróćmy jednak do historii. Miejsce spotkania zostało wybrane niefortunnie nie tylko z uwagi na trudności komunikacyjne, z którymi zmierzyć się musiał Bakunin. O wiele groźniejszym dla powodzenia misji okazał się fakt, że Halsinborg znajdował się, zdaniem Bakunina, w samym centrum rosyjskiej siatki szpiegowskiej, w związku z czym ekspedycja niejako sama prosiła się o demaskację (jak się później okaże, rosyjscy szpiedzy dowiedzieli się o niej, śledzili ją i kontrolowali już w samym Londynie). Co więcej, szalejąca w owym czasie burza zmusiła statek i ekspedycję do pozostania w porcie jeszcze kolejne dwie doby.

Ekspedycja pod przywództwem Teofila Łapińskiego, wojskowego dowódcy ochotników, oraz Józefa Błażeja Dementowicza, komisarza rządu powstańczego, rozpoczęła się wraz z wezwaniem z Paryża polskich emigrantów w dniu 14 marca. Bakunin skarży się w swym liście, że wyprawa była od samego początku źle zorganizowana: ochotnicy pojawili się zanim udało się wynająć jakikolwiek statek, tak więc musieli czekać na wypłynięcie cały tydzień, do 21 marca, co sprawiło z kolei, że wszelkie zabiegi mające na celu zachowanie tajności misji oraz utrzymanie konspiracji spełzły na niczym (jak określa to sam Bakunin, z misji uczyniono “publiczną tajemnicę”). Na domiar złego z niewiadomych przyczyn szef wyprawy, Demontowicz, pozbawiony był kopii umowy i wykazu ładunku, tj. broni i amunicji wysłanej parostatkiem[3], co czyniło go absolutnie bezbronnym nie tylko w przypadku kontroli morskiej lub portowej, ale również jakiejkolwiek różnicy zdań z kapitanem statku, o którym parę słów jeszcze powiemy. W tym miejscu warto nadmienić, co znajdowało się w ładowniach rzeczonego parostatku. Pod pokładem ukryte zostało około sześciuset beczek prochu oraz tysiąc dwieście sztuk amunicji – arsenał ten przeznaczony był dla walczących powstańców, bowiem liczba ochotników biorących udział w misji była zdecydowanie mniejsza – ekspedycja liczyła sobie około dwieście osób.

Kilka słów o głównych bohaterach wydarzeń. Bakunin żywił sympatię jedynie wobec Dementewicza, którego określił jako szlachetnego, ale niestety złamanego nieszczęściem i dolegliwościami[4]. Jego choroba musiała być w istocie poważna, bowiem Bakunin pisze, że ledwo był się on w stanie poruszać i mówić. Wydaje się, że tak przychylny stosunek anarchisty do komisarza rządu powstańczego mógł wynikać z pozytywnego podejścia tegoż do sprawy Rewolucji Socjalnej. O drugim z polskich przywódców, Łapińskim, Bakunin zdanie miał zdecydowanie gorsze. Nie odmawiał mu dzielności ani zręczności zawodowego żołnierza, jednak odrzucała go “elastyczność” jego sumienia, a przede wszystkim jego “patriotyzm” w tym sensie, że żywi [on] bezlitosną i niezwalczoną nienawiść do Rosjan, jako wojskowy zaś zawodowo nienawidzi każdego, nawet swojego własnego narodu i pogardza nim[5]. Relacje pomiędzy dwoma polskimi przywódcami jawią się, jak wynika z listu Bakunina, jako bardzo napięte. Łapiński zazdrościł i nienawidził Dementewicza do tego stopnia, że Bakunin utrzymuje, że skorzysta z pierwszej lepszej sposobności, pierwszego lepszego powodzenia, by go zniszczyć[6]. Dementewicz zdawał sobie z tego sprawę, unikał więc jakiegokolwiek kontaktu ze swym współtowarzyszem tak bardzo, że nie brał nawet, w obawie przed otruciem, żadnego posiłku z jego ręki. Bakunin: Ładna ekspedycja, gdzie dwaj główni przywódcy, od których zgodności postępowania zależy powodzenie, są w takich stosunkach![7] Inni członkowie ekspedycji również kłócili się pomiędzy sobą, nawzajem szpiegowali i obmawiali za plecami, tworzyli wzajemnie zwalczające się koterie.

Od samego początku swego pierwszego listu Bakunin określa ekspedycję jako “świetnie pomyślaną, ale nieprawdopodobnie źle wykonaną” (w dalszych częściach listu zradykalizuje swą ocenę twierdząc, że ekspedycja zorganizowana została ze zbrodniczą lekkomyślnością i niedbalstwem[8]), a przede wszystkim opóźnioną. Opóźnienia te były zabójcze dla powodzenia misji, każdy kolejny dzień czynił jej powodzenie coraz bardziej wątpliwym (wraz z topnieniem lodów coraz większa liczba rosyjskich krążowników patrolowała Morze Bałtyckie). Pierwsze opóźnienie spowodowane było niemożnością wynajęcia statku (a zatem logiką rynku), drugie – długotrwałą i potężną burzą (prawami przyrody). Jednak wszystkie kolejne opóźnienia Bakunin kładzie na karb stałych działań sabotażowych, prowadzonych przez kapitana statku. Jak podkreśla, całe powodzenie misji zależne było przede wszystkim od wyboru dobrego i śmiałego kapitana, którego zdecydowanie miało odegrać kluczową rolę. Niestety, wybrano powszechnie znanego tchórza i nicponia, grzebiąc w ten sposób wszystkie szanse powodzenia wyprawy[9]. Co więcej, zaufano mu bezgranicznie, a co za tym idzie nie wymagano odeń dopełnienia wszelkich oficjalnych czynności, ze spisaniem umowy oraz rejestru załadunku na czele. To właśnie te nieodpowiedzialne działania zaowocowały, zdaniem Bakunina, fiaskiem wyprawy, a także stanowiły przyczynę wszystkich mających nadejść perypetii.

Kapitan ów, którego perfidia dorównywała jedynie podstępności, do momentu wpłynięcia do portu w Halsingborgu zachowywał się jakoby wzorowo, a także wyrażał najgorętsze poparcie dla sprawy bojowników, których przewoził. Piszę “jakoby”, bowiem, jak pamiętamy, Bakunin właśnie dopiero w Halsingborgu dołączył do ekspedycji, a zatem jego świadectwo musiało pochodzić z tego, co sam zasłyszał, lub co opowiadali mu ci, którzy wypłynęli z Londynu. Oddajmy głos Bakuninowi piszącemu o kapitanie:

W Halsingborgu raptem zmienił się. Tutaj po raz pierwszy oświadczył, że naraża się na wielkie niebezpieczeństwo ze strony rosyjskich krążowników, z którymi może się spotkać, bo nie chcąc opóźniać ekspedycji jeszcze o kilka dni, nie wziął wymaganych dokumentów ani na ładunek, ani na dowództwo. Przedtem nikomu o tym nie mówił, ale przypomniał sobie o tym dopiero w Halsingborgu – z początku mówiąc o karze wysokości 500 funtów szterlingów, na którą może się na razić skutkiem takiego niedbalstwa – ale kiedy mu odpowiedziano, że Polacy zwrócą mu ten koszt, jeżeli ekspedycja się uda, wtedy dopiero zaczął mówić o szubienicy i Syberii; pod różnymi pozorami zatrzymał nas przy tym w Halsingborgu 26-go i 27-go i dopiero 28-go o pierwszej po południu zdołaliśmy skłonić go do zabrania nas na statek[10].

Kontrrewolucyjna działalność kapitana parostatku nie ograniczała się do stawiania biernego oporu, opóźniania wyprawy oraz sabotowania jej strony oficjalnej (brak dokumentów). Będąc doświadczonym już, a co za tym idzie, wytrawnym rewolucjonistą, Bakunin bez trudu odkrył inne, o wiele groźniejsze dla powodzenia wyprawy, machinacje kapitana. Dzięki pomocy kelnera miejscowego hotelu Bakunin odkrywa, że kapitan skontaktował się z owego hotelu właścicielem, ten zaś z konsulem rosyjskim, którego był starym przyjacielem. Wspólnie, to jest właściciel hotelu oraz konsul, zaraz po rozmowie z kapitanem telegrafowali w niewiadomym celu do poselstwa rosyjskiego w Sztokholmie. Wszystkie te wiadomości uzyskał Bakunin od dzielnego, acz anonimowego kelnera, który tym samym dołożył maleńką cegiełkę do wielkiej sprawy wyzwolenia Polski oraz obalenia rosyjskiego, choć w istocie germańsko-tatarskiego cara. Wystarczyły one, by stwierdzić, że opóźnienie wyjścia z portu jest intencjonalnym działaniem kapitana, mającym na celu zapewnienie czasu ambasadzie rosyjskiej w Sztokhomie na przygotowanie zasadzki.

To jednak nie wszystko. Zdradliwy kapitan nie ograniczał się już do biernego szkodzenia ekspedycji – rozpoczął podburzanie swej własnej załogi przeciw powstańcom. Człowiek ów był, jeśli wierzyć relacji Bakunina, całkowicie pozbawiony honoru: gdy mówiliśmy z nim zarzucając mu dwulicowość, odpowiedział nam ze łzami w oczach, zapewniając o swej wierności dla sprawy.[11] W takiej sytuacji trzeba było coś zmienić, zrobić coś, co wywiodłoby w pole rosyjskie służby, a także obróciło w niwecz kapitańskie machinacje. Bakunin wraz ze swymi towarzyszami broni opracował błyskotliwy plan: Postanowiliśmy namówić kapitana, aby zawiózł nas na Gotland. W razie opuszczenia Sundu mieliśmy zamiar mówić z kapitanem z rewolwerem w ręku i oświadczyć mu, że w imię własnego ocalenia musi wypełnić swe zobowiązania. Gdy przybyliśmy do Gotlandu, chcieliśmy wysłać na rekonesans dwie łódki rybackie z naszymi ludźmi, jedną na brzeg rosyjski, między Połagą a Libawą, drugą – na pruski brzeg, między Połagą a Kłajpedą, wejść w styczność z naszymi przyjaciółmi, którzy bez wątpienia nas oczekiwali, i przy ich pomocy za wszelką cenę wykonać to, co było zamierzone[12]. W przypadku, gdyby doszło na morzu do spotkania z jakimś rosyjskim statkiem, spiskowcy planowali następujący przebieg zdarzeń: z początku spróbujemy walki wręcz, a w razie przegranej wysadzimy się wraz z nimi w powietrze[13]. Plan wyglądał zatem następująco: sterroryzować kapitana, zmusić go do popłynięcia w żądanym kierunku, a wreszcie podzieliwszy się na dwie grupy wylądować gdzieś w dawnej Polsce i mieć nadzieję, że ktoś przyjaźnie nastawiony ich tam znajdzie. A potem zrobić swoje. Co dokładnie – nie wiadomo. Gdyby nie fakt, że tego typu rozpaczliwe i na pierwszy rzut oka idiotyczne pomysły kończyły się powodzeniem zarówno w niedalekiej przeszłości (Garibaldi i “Wyprawa Tysiąca” na Sycylię w roku 1860), jak i udadzą się w przyszłości (bracia Castro na Kubie w grudniu 1956 roku), można by wątpić nie tylko w inteligencję członków ekspedycji, ale w ich zdrowy rozsądek.

Wróćmy jednak do wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości (a ta odbiegała od nakreślonego powyżej scenariusza). Plan Bakunina oraz Polaków, którym towarzyszył, spalił na panewce, bowiem demoniczny kapitan, albo z własnej nieprzymuszonej woli, albo z rozkazu swych rosyjskich mocodawców, nie zawinął do Gotlandu, ale do Kopenhagi, jakoby w celu uzupełnienia zapasów słodkiej wody. Powód musi się nam wydać nieprawdopodobnym, w czym zgodzimy się z Bakuninem, bowiem nic nie stało na przeszkodzie, by zapas ów uzupełnić podczas czterodniowego postoju w Halsingborgu. Tuż po zacumowaniu kapitan udał się do miasta pod nieznanym nam, niestety, pretekstem i już nie wrócił. Następnego dnia Bakunin dowiedział się, że w rzeczywistości kapitan udał się do posła angielskiego w Kopenhadze, Sir Pageta, gdzie, jak wspomina Bakunin, starał się oczerniać nas w jego oczach. Kapitan zapewniał posła, że jesteśmy barbarzyńcy, zbóje, którzy brutalnością i gwałtem wywołali szlachetne oburzenie u brytyjskich marynarzy, wobec czego zbuntowali się przeciw jemu samemu i stanowczo nie zgadzają się płynąć dalej i teraz on, kapitan, mimo najlepszych chęci nie jest w stanie wykonywać warunków umowy[14]. Na szczęście Sir Paget nie uwierzył w ani jedno słowo kapitana. Panowie różnili się jedynie co do oceny jego motywów. Sir Paget odrzucał przekonanie Bakunina, zgodnie z którym kapitan bez żadnych wątpliwości był rosyjskim agentem, i przypisywał jego działania podłemu tchórzostwu, którym ów miał się charakteryzować.

Niezależnie od oceny motywów, które kierowały kapitanem, ekspedycja w praktyce zakończyła się wraz z przybiciem do portu w Kopenhadze. Na statku, prócz powstańców, pozostało jedynie dwóch marynarzy (starszy maszynista oraz duński pilot) – inni uciekli, w czym maczał palce, według Bakunina, zdradziecki kapitan. W związku z niebezpieczeństwem zatrzymania całego ładunku, a zatem amunicji i broni, a także samych członków ekspedycji przez podległe politycznie Rosji władze duńskie, spiskowcy zdecydowali się wypłynąć do szwedzkiego portu Malmo. Tam dobiegła końca owa groteskowa w swej istocie inicjatywa.

Historia owej wyprawy nie kończy się jednak wraz z jej porażką. Rozpoczyna się jej oczywisty epilog: szukanie winnych. Bakunin zostaje jedynym z oskarżonych o fatalny koniec tego fantazyjnego przedsięwzięcia. Tym, który go obwinia jest Ćwierczakiewicz, ten sam, który pod pseudonimem Jospeh Cord poinformował go o całej akcji. Zarzuca on Bakuninowi przyczynienie się do niepomyślnego zakończenia ekspedycji na dwa sposoby: po pierwsze, poprzez sprowadzenie niejakiego pana Kalinki do Halsingborga, po drugie zaś, poprzez niezgodne ze sobą i niebezpieczne rady, których, nie proszony o nie, udzielał[15]. Na owe zarzuty Bakunin odpowiedział “Zaświadczeniem”, jakie wydali mu panowie Józef Demontowicz oraz pułkownik Łapiński w Sztokholmie, dnia 20 kwietnia roku 1863. W piśmie tym stwierdza się, że obecność pana Kalinki, wysłannika Litwy negocjującego ze Szwecją, nie mogła mieć żadnego wpływu na powodzenie ekspedycji. Co więcej, przywódcy wyprawy deklarują, że p. Bakunin nigdy nie brał udziału w naszych naradach, ponieważ go nie zapraszaliśmy, rady zaś jego dalekie były od tego, by nam szkodzić, wręcz przeciwnie, miały na celu powodzenie naszego przedsięwzięcia. Fiasko wyprawy zrzucają na karb opóźnień, a także braku odpowiedniej dyskrecji podczas londyńskich przygotowań.

Sam Bakunin również ma swoje podejrzenia, dotyczące prawdziwych przyczyn porażki. Jego zdaniem wszystkiemu winien jest Ćwierczakiewicz. To nie kto inny, ale właśnie on zapomniał, czy też nie chciał, jak mówią, dać Dementowiczowi kopii umowy [zawartej z kapitanem statku] ani nawet rejestru ładunku, by mógł wykazać się prawem własności. Tak, nasz Ćwierczakiewicz wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, daj Boże, żeby łatwo było mu się z tego wytłumaczyć[16]. Niedostarczenie powyższych dokumentów oznaczało narażenie całej misji na wielkie niebezpieczeństwo, było skrajną nieodpowiedzialnością, o ile nie sabotażem. Nieodpowiedzialność przeradza się w zadziwiającą głupotę, która skłaniać musi do opowiedzenia się za hipotezą o sabotażu w świetle następujących faktów: otóż Kopenhaska firma Hansen et Co jest agenturą angielskiej kompanii, z którą Ćwierczakiewicz podpisał umowę na wynajem parostatku wraz z załogą i kapitanem, ale nie tylko. Jest ona również agenturą rosyjskiej floty wojennej, zajmującą się przede wszystkim dostarczaniem jej węgla. Czysty zbieg okoliczności? Bakunin zdaje się sugerować coś innego.

Wydaje się, że jego zdaniem Ćwierczakiewicz grał rolę podwójnego agenta, dążącego do sabotowania wyprawy. To on wynajął podstępnego kapitana w kompanii, którą łączą niejasne związki z rosyjską marynarką wojskową. Praktycznie od samego początku kapitan działa przeciw ekspedycji, starając się jednocześnie zachować wszelkie pozory lojalności. Jednakże po to, by jeszcze bardziej opóźnić rejs, Ćwierczakiewicz nadaje depeszę do Bakunina, wzywając go do przyłączenia się, a jednocześnie wyznacza tak odległe i niewygodne w dotarciu miejsce spotkania, że statek zmuszony jest na Bakunina czekać. Być może to również on, jako organizator, stoi za doborem kompanii, która cierpi na brak jasnego i zdecydowanego przywództwa, a także, poza najmłodszymi jej uczestnikami, jest ewidentnie zdemoralizowana. Wszystko zatem wskazuje przeciw niemu. I jeszcze te śmieszne zarzuty, jakoby jego rady były niezgodne ze sobą i niebezpieczne.

To właśnie ze względu na owe zarzuty historia ta wydaje mi się tak ciekawa. Wabi ona oczywiście urokiem romantycznej przygody, komediowością niektórych epizodów, nierealnością zamierzeń powstańców, cudownym rysem Polaków – emigrantów, powielających wszelkie dotyczące nas stereotypy. Jednak to ów zarzut, jaki Ćwierczakiewicz stawia Bakuninowi, a dotyczący sposobu jego myślenia (bo przecież rady, jakich ktoś udziela, są niczym innym, jak wyrazem sposobu, w jaki postrzega ona świat, a co za tym idzie, również myśli) sprawia, że owa historia staje się czymś na kształt średniowiecznego exemplum, w którym, niczym w soczewce, skupia się istota postaci, jaką był Bakunin. Wewnętrzna sprzeczność i niebezpieczeństwo, wiążące się z destrukcyjnym oddziaływaniem, oto obraz myśli Bakunina, a wręcz jego samego. Zapewne to nie on odpowiedzialny był za fiasko ekspedycji, to jednak właśnie ekspedycja ta stanowić może parabolę bakuninowego myślenia, miotającego się po odmętach sensu, bez ustanku zmieniającego swój kierunek, wpadającego w tworzone przez siebie wiry, z których łatwiej jest się na moment wynurzyć, niż ostatecznie się im wymknąć.

Genialnym intuicjom towarzyszą koncepcje sugerujące absolutny brak zdrowego rozsądku autora. Ten hierofanta i prorok, jak nazywa go Marks, gotów jest w jednym zdaniu ogłosić wielką czerwoną rewolucję geologiczną, by w następnym z niezwykłą przenikliwością przewidywać w niedalekiej przyszłością wzrost znaczenia transportu powietrznego. Czasem wydaje się, że jego myśl nie robi sobie nic z wymogów klasycznej logiki – na przykład wtedy, gdy przekonująco przedstawia koncepcję zależności pomiędzy potęgą państwa a jego dostępem do morza i na tej podstawie tłumaczy nagły wzrost potęgi Prus takowego dostępu długotrwałym brakiem. Niekiedy wreszcie skłonny jest wierzyć, że zrozumiał ostatecznie rzeczywistość go otaczającą i odkrył, że rządzi się ona właściwie tylko jednym prawem – prawem negacji: coś, co na początku jest A, na końcu musi stać się nie-A. I tak Grecy rozpoczynający od praktycznego myślenia o otaczającym ich świecie, kończą na stworzeniu państwa idealnego. Natomiast Niemcy, wychodzący od idealistycznej metafizyki, kończą na materialnym wyzysku i brutalnej represji.

Powierzchnia morza, szczególnie zaś wzburzonego zimowymi podmuchami Bałtyku, nie skłania do przeglądania się w nim, na pewno zaś nie jest przejrzyste. Ale właśnie dlatego jego obraz tak dobrze odzwierciedla wnętrze umysłu Bakunina. Niewiele w nim widać, choć siejąc na plażach bursztyny, niejeden obiecuje skarb, z pewnością też niejeden ukrywa. Mimo to najczęściej ofiarowuje dzielnemu poszukiwaczowi skarbów starą plastikową butelkę lub gorszą połowę jakiejś chińskiej zabawki. Przy ujściu Wisły woda miesza się z mułem tak, że trudno jest jedno od drugiego odróżnić, substancje nie są tylko sobą samymi, ale stają się jednocześnie samymi nie-sobą. Aż trudno uwierzyć, że Bakunin był potomkiem bojarów, nie zaś córką rybaka.

[1] Bakunin, Dzieła wybrane, Tom 2, red. H. Tempkinowa, Warszawa 1965, str. 387.

[2] tamże, str. 389.

[3] tamże, str. 381.

[4] Tamże, Tom 2, str. 390.

[5] Tamże.

[6] Tamże.

[7] Tamże.

[8] Tamże, str. 386.

[9] Tamże, str. 381.

[10] Bakunin, Tom 2, str. 382-383.

[11] Tamże, str. 383.

[12] Tamże, str. 384.

[13] Tamże, str. 386.

[14] Tamże, str. 384.

[15] Tamże, str. 392.

[16] Tamże, str. 386.

Autor: Krzysztof Wolański
Źródło: orgiamysli.pl

O perspektywie "ogólnoludzkiej" z perspektywy nieludzkiej

Prawa kobiet/Feminizm | Publicystyka | Ruch anarchistyczny

Perspektywa ogólnoludzka – czym ona właściwie jest? Jeśli ogólnoludzka perspektywa jest tą perspektywą, która bierze pod uwagę perspektywy ludzi w całej swej rozciągłości płci, orientacji seksualnej, pochodzenia kulturowego, itd., to oddzielanie „perspektywy kobiecej” lub „feministycznej” od niej byłoby aktem wykluczającym z jakiegoś powodu jednej z perspektyw na podstawie przekonania o jednej idei, która łączy całą ludzkość, a jest nią wyzbyty innych perspektyw, niż „męski”, „racjonalny” humanizm lekceważący różnorodność postaw, opcji, pochodzenia, tożsamości jednostek i grup ludzi. To, o czym się często zapomina to fakt, że myśl feministyczna jest tak samo rozległa i wszechobejmująca wiele dziedzin ludzkiego doświadczenia jak anarchizm.

Przemoc nie jest dla ruchu anarchistycznego rzeczą obcą. To, co jednak najczęściej ma się przez „przemoc” na myśli to przemoc policyjna, państwa, instytucji mających na celu kontrolę i urabianie jednostki do swoich celów, przemoc pracodawców wobec pracowników. Te zjawiska są rzecz jasna ważne i nikt nie kwestionuje ich istnienia.

Inna sprawa, że przemoc wobec mężczyzn nie była do tej pory statystycznie ujmowana w sposób rzetelny i choć nie można jej bez wyrzutów sumienia zaprzeczyć, ma ona indywidualny charakter – tak samo jak przemoc wobec kobiet – i jako taka powinna być ujmowana – miast z perspektywy antyfeministycznej, jak to często bywa w środowiskach broniących praw ojców (feminizm jest przedstawiany w tych „analizach” jako karykatura, archaiczna wizja kobiety nienawidzącej mężczyzn, propagowany jest esencjonalizm). Ów fakt często wykorzystują antyfeminiści w dyskusjach, choć od razu rzuca się w oczy absurd oskarżeń o „niezajmowanie się prawami mężczyzn”. Problem ten był, i owszem, podejmowany przez feministki i pewnie wciąż będzie, trudno także znaleźć wśród feministek przejawy oporu wobec walki o prawa ojców do równego traktowania w sądzie rodzinnym, dlatego łatwo dojść do wniosku, że w samej swej istocie nie jest to problem feministek (choć powinny go brać pod uwagę), lecz raczej samych ojców i ruchów maskulinistycznych, albo też profeministycznych ruchów męskich, których członkowie rozłożą na czynniki pierwsze powody, dla których tak się dzieje.

Istotne są skłonności przedstawicieli nadanej płci do konkretnych rodzajów przemocy i tu ujawnia się płeć. Nie wszyscy reagują na stres w taki sam sposób. Oblicza przemocy są różne, jednak można zidentyfikować kilka z nich jako najbardziej wszechobecnych i cóż, niestety wychodzi na to, że najczęściej mężczyźni dopuszczają się przemocy na kobietach i to one są bardzo często po takich aktach hospitalizowane. To mężczyźni najczęściej dokonują zgwałceń. I nie chodzi o to, że trzeba sobie znaleźć chłopca do bicia, czego niektórzy z was nie potrafią zrozumieć. Chodzi o konkretne rozwiązania, do których nie dojdzie się przecząc ich źródłu. Owszem, pobicie może być skutkiem stresu, ale nie można sprowadzać problemu do wyniku stosunku „posiadających” do „klasy pracującej” i kapitalistycznego wyzysku. Musimy zrozumieć, że nie należy identyfikować „ofiar” i „oprawców” wśród poszczególnych ludzi (którzy i tak najczęściej nie przyjmą tej tożsamości jako zbyt stygmatyzującej), lecz zidentyfikować wiele innych potworów (które mogą być mocno związane z kapitalizmem będąc od nich w jakiś sposób niezależne) i skopać im tyłek.

Acha – i jeszcze jedno – nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa przemoc” i „małe akty przemocy”. Mówiąc o „małych aktach przemocy” nie miałam na myśli ich nieszkodliwości. Małe akty przemocy to przemoc symboliczna lub też niefizyczna. Małe akty przemocy to przemoc werbalna, przemoc gestu, przemoc społecznego odtrącenia, przemoc prawa. Są one „małe” bo potrafią zebrać się ziarnko-do-ziarnka i doprowadzić do tego, że życie stanie się równie niemożliwe, co w przypadku doświadczenia przemocy fizycznej lub terroru psychicznego. Jeśli ktoś będzie nas kłuł od czasu do czasu szpilką – mniejszą lub większą – w najwrażliwsze miejsca, niczym to nie będzie się różnić w perspektywie czasu od wbicia ich wszystkich na raz. Prawdziwą przemocą jest zarówno wymuszenie lub szantaż dotyczący aktu o charakterze seksualnym, jak i uderzenie kogoś w twarz. Prawdziwą przemocą jest zarówno drapanie, jak i pobicie skutkujące hospitalizacją lub śmiercią. Prawdziwą przemocą jest wreszcie uniemożliwienie członkowi społeczeństwa życia poprzez odrzucenie przez rynek pracy lub zaangażowanie weń na zasadzie zbliżonej do niewolnictwa.

A propos pracy. Doprawdy śmieszne jest ocenianie rynku pracy po ilości ogłoszeń zamieszczanych na gównianych portalach, gdzie szukają naiwniaków – głównie kobiet i studentów, by zaoferować im głodową stawkę i pracę na umowę śmieciową za wykonywanie bezsensownych czynności (lub nic nie zaoferować, tylko bezczelnie omamić i oszukać). Faktycznie to bardzo młodzi ludzie i kobiety w każdym wieku (a czasem też imigranci) są najczęstszymi adresatami tych ogłoszeń i nie powinno to nikogo należącego do którejś z tych grup (lub dwóch-trzech na raz) cieszyć. Ludzie z lepszym startem (wykształcenie, znajomości) wolą szukać pracy bardziej bezpośrednio i nawet na owe portale ogłoszeniowe nie zaglądają. Owszem – czy kobieta, czy mężczyzna, czy student, czy osoba starsza – każdy ma mocno przejebane w tych warunkach, jednakże nie można zatrzymywać się na stwierdzeniu „wszyscy mamy przejebane”, bo wówczas ignorujemy właśnie te kategorie, które niektórzy z komentatorów chcą ignorować mówiąc o prymacie kategorii klasy nad innymi (gdzie świat bez hierarchii, nawet na tym poziomie, mógłby być nieco ciekawszy, ponieważ nie wysuwa na pierwsze miejsce podziału, który może być w różny sposób istotny dla różnych osób i doświadczać ich w zupełnie odmienny sposób). Ignorując te kategorie pokazujemy, że wolimy właśnie pozostać tym białym, heteroseksualnym panem anarchistą, który pada na kolana przed wizją usmolonego robotnika. Kolorowe kobiety zwracały uwagę na białą perspektywę feministek, działaczki LGBTQ zwracały uwagę na heteronormatywną perspektywę feministek, a na samym początku feministki anarchistyczne odrzucały etykietkę „feminizmu” jako myśl burżuazyjną i ignorującą… zgadnijcie co, a jak nie zgadniecie, odsyłam do jakiejś miłej lektury, bo ileż można was zaganiać do biblioteki, wy krnąbrne anarchisty! Anarchizm przeżył podobne przemiany, choć fakt faktem – wydaje się, że w Polsce jakakolwiek myśl krytyczna w środowisku anarchistycznym nie istnieje, pozostaje niedostępna dla ubogiej pracownicy z prowincji (z jako takim wykształceniem, jednak zniweczonym przez sprzedawanie gąbek i tuszów do rzęs lub ścieranie wymiocin w knajpie) a feministyczna myśl anarchistyczna jest jakimś szatanem z zachodu, zrodzonym w krajach dobrobytu i propagowanym przez jakąś niedowartościowaną histeryczkę, której jeszcze najwyraźniej nie udało się dobić jak karalucha.

W Palestynie solidarność społeczna nadal istnieje. Wywiad z Ewą Jasiewicz

Publicystyka

Wywiad z Ewą Jasiewicz, działaczką ruchu wolnościowego i międzynarodowej solidarności z Palestyną, która znajdowała się na jednym ze statków z pomocą humanitarną zaatakowanych wczoraj przez izraelskich komandosów. Ewa Jasiewicz w maju 2009 r. gościła również na Rozbracie, opowiadała wówczas o masakrze, jakiej dokonały wojska izraelskie podczas operacji Płynny Ołów. Ewa Jasiewicz była jej naocznym świadkiem, przebywała wówczas na terytoriach okupowanych w ramach akcji Międzynarodowego Ruchu Solidarności. Rozmawiał Andrzej Kliś

Minął już ponad rok od izraelskiej operacji Płynny Ołów a świat jakby zapomniał o tym, co wydarzyło się na przełomie lat 2008/2009 w Strefie Gazy. Głośno za to mówi się o jakichś śmiesznych odszkodowaniach, płaconych przez Izrael oraz aferze z bronią fosforową, w której jak wiadomo, jeśli ktoś poniesie za to odpowiedzialność, to z pewnością jakaś płotka. Izrael próbuje więc się wybielać, robić pozytywny PR. Płynny Ołów nie był jednak pierwszą krwawą operacją militarną Izraela. Czy było coś szczególnego w tej operacji? Coś co ją wyróżniało spośród wielu wcześniejszych? Widziałaś ją od środka...

Poprzednie ataki izraelskie na Strefę Gazy były również tak intensywne. Wcześniejsza akcja, Letnie Deszcze (2006 r.), była bardzo podobna do Płynnego Ołowiu. Zniszczono wtedy w dużym stopniu infrastrukturę strefy: jedyną czynną elektrownię, wodociągi, pola uprawne, dużo drzew. Było również bardzo dużo ofiar, około 256 Palestyńczyków, w tym około potowa z nich to cywile. Jednak poprzednie ataki nie były aż tak długie i nieustanne, nie używano w nich np. białego fosforu i nie zginęło w nich aż tyle osób. Wcześniejsze ataki ograniczyły się przeważnie do tygodnia. Trzeba jednak pamiętać o tym, że ich skutki były odczuwalne przez cywilów przez cały czas, aż do Płynnego Ołowiu. W czasie tej akcji militarnej zniszczono szpitale i magazyny z lekami, atakowano również karetki pogotowia, zniszczono ich w sumie ponad 30. Atakowano też inne obiekty cywilne, takie jak choćby szkoły. Zniszczenia były duże, dużo większe niż po poprzednich operacjach. Niszczono wszystko - od szpitali, szkół, uniwersytetów, po domy cywilów i gospodarstwa rolnicze. W sumie w czasie tej operacji zginęło 1417 osób, w tym prawie 400 dzieci. Palestinian Centre for Human Rights twierdzi, że 80% ofiar to byli cywile.

Myślę, że Strefę Gazy można już śmiało nazwać gettem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z jednej strony izraelska strefa buforowa, zabierająca coraz więcej palestyńskich terenów, z drugiej coraz szczelniejsza granica z Egiptem i budowa nowego muru na tej granicy. Jak więc wygląda codzienne życie w getcie? Czy poza taką żmudną „walką o przetrwanie" można mówić jeszcze o międzyludzkiej solidarności i pomocy wzajemnej pośród mieszkańców Gazy?

Solidarność między zwykłymi ludźmi jak najbardziej nadal istnieje. Istnieje podział między Fatah a Hamas ale nawet w tych grupach są ludzie, który nadal są solidarni wewnątrz społeczeństwa. Znam rodzinę, gdzie każdy syn jest działaczem innej organizacji, Fatah, Hamas, Jihad... Solidarność społeczna jednak funkcjonuje i nie została złamana. Tym niemniej plany izraelskie pod nazwą „ekonomiczny pokój", są bardzo niebezpieczne dla Zachodniego Brzegu, gdzie zamiast bomb próbuje rozbijać się społeczeństwo za pomocą przymusu ekonomicznego - jakim są miejsca pracy. W Gazie Izrael próbuje podzielić społeczeństwo przy pomocy bomb, na Zachodnim Brzegu zaś przez rzekomą pomoc dla gospodarki. Ale plan „ekonomicznego pokoju", któremu tak bardzo kibicuje Netanyahu jak i np. też Tony Blair, to ekonomiczna pacyfikacja a nie pokój, bo prawdziwy pokój musi być budowany na zasadzie sprawiedliwości. Izrael chce stworzyć strefy wolnego handlu, w których poprzez nacisk ekonomiczny można będzie zniszczyć solidarność Palestyńczyków. Tak, by ludzie nie mieli już czasu na wojowanie, a tylko na pracę. Jest to próba przekupywania ludzi, oferuje się im w tej chwili np. darmowy lub tani dostęp do elektryczności, równocześnie niszcząc infrastrukturę w Strefie Gazy.

Odnoszę wrażenie, że Izraelowi bardzo na rękę jest ekonomiczna blokada Strefy Gazy. Blokując pomoc humanitarną z zagranicy jednocześnie pozbywają się nadwyżek własnej żywności, grając przy tym „dobrego wujka", niosącego pomoc biednym Palestyńczykom. Wiadomo, że taka pomoc jest potrzebna, jednocześnie uzależnianie mieszkańców Gazy od pomocy z zewnątrz doprowadza do tego, iż ludzie ci popadają w swego rodzaju apatię, czekając tylko na pomoc od innych. Czy istnieją w Strefie Gazy jakieś programy społeczne, aktywizujące społeczność do własnej czy wspólnotowej inicjatywy. By mogli w przyszłości sami sobie radzić i decydować o swoim życiu?

Społeczeństwo palestyńskie jest bardzo uspołecznione. Bojkot Izraela (nie chodzi tylko o bojkot produktów, ale też bojkot kulturowy i akademicki, wycofywanie inwestycji i sankcje) podpisało i popiera już ponad 180 palestyńskich organizacji pozarządowych a one zawsze były bardzo silne i miały poparcie w społeczeństwie. Działają tam również związki zawodowe, reprezentujące też bezrobotnych. Palestyńczycy są bardziej uspołecznieni niż np. społeczeństwo polskie. Jest takie powiedzenie: „Z jakiego domu pochodzisz, z jakiej rodziny?" I to ma znaczenie dla ludzi, bo odpowiadając na to pytanie ludzie mogą się rozpoznawać, z jakiego klanu pochodzisz, z jakiej dzielnicy jesteś. Można powiedzieć, że społeczeństwo palestyńskie w Palestynie to jedna wielka rodzina. W Polsce tego nie zobaczymy. I to jest klucz do zrozumienia tamtego społeczeństwa, ono jest jak jedna duża rodzina. Izrael próbuje złamać te więzy rodzinne i robi to w sposób otwarty właśnie w Gazie.

Chciałam jeszcze dodać, że międzynarodowe organizacje pozarządowe, które nie mają jasnego stanowiska w sprawie zbrodni wojennych Izraela i nic nie robią, by przełamać blokadę Izraela, bo moim zdaniem powinny kupować statki i próbować bezpośrednio złamać tą blokadę, i te organizacje pozarządowe zachowują się jak koleżanki codziennie bitej przez męża kobiety. Izrael tu jest mężem, Palestyna żoną, a społeczność międzynarodowa to te koleżanki. Społeczność międzynarodowa nie chce, by owa żona - Palestyna - została wyrzucona z domu, martwi się o nią, ale nic nie robi. Co powinno zrobić społeczeństwo międzynarodowe? Powinno skutecznie powstrzymać męża, zneutralizować go, bo w pewnym momencie mąż jednak zabije żonę. Tymczasem owe bierne i „neutralne" organizacje pozarządowe boją się, że nie będą miały dostępu do Zachodniego Brzegu, że nie będą mogły realizować swoich projektów i zostanąodcięte od grantów.

Przeciwko budowie Muru Apartheidu w Zachodnim Brzegu zaangażowanych jest wielu żydowskich działaczy społecznych. Mamy choćby Anarchistów Przeciwko Murowi, którzy są bardzo aktywni. Natomiast ludzie spoza Bliskiego Wschodu niewiele wiedzą na temat solidarności ze strony Izraelczyków wobec Strefy Gazy. Czyżby takowa nie istniała w ogóle?

Jest bardzo dużo organizacji, które przełamują ideologię syjonizmu. Anarchiści Przeciwko Murowi to organizacja zazwyczaj młodych ludzi, która słusznie i logicznie niszczy Mur Apartheidu, który Izrael zbudował. Robią to wspólnie z Palestyńczykami. Nie boją się rzucać kamieniami w żołnierzy, ale czasem odnosząz tego powodu rany. Co tydzień organizują demonstracje i próbują jak najbliżej zbliżyć się do palestyńskiego społeczeństwa. Oczywiście państwo izraelskie nie stosuje wobec nich takich represji, jak wobec Palestyńczyków.

Jest też organizacja Alternative Information Center. Działają w niej zarówno Izraelczycy jak i Palestyńczycy. Zajmują się prowadzeniem dochodzeń i śledztw w sprawach zbrodni Izraela. Ale krytykują również politykę ekonomiczną Izraela. Wspólnota międzynarodowa bardzo popiera Izrael, bo z własnych środków odbudowuje to, co Izrael zniszczył w czasie swych operacji. Ato okupant powinien odbudować, bo to on jest odpowiedzialny za straty. Jeśli więc wspólnota międzynarodowa robi to za Izrael, to wtedy Tel-Aviv może za pieniądze przeznaczone na odbudowę budować nowe nielegalne osiedla i wydawać więcej pieniędzy na zbrojenia.

Kolejną grupą jest Przełamać Milczenie. Mają bardzo dobrych prawników, którzy bronią w sądach tak izraelskich, jak i międzynarodowych działaczy. Jest wśród nich prawnik o nazwisku Michael Sfard, któremu udało się ruszyć mur. Reprezentował palestyńskich rolników i doprowadził do zrobienia małego uszczerbku w murze, otaczającym ich pola uprawne. Jest to może mały kroczek, ale ma on bardzo głośną wymowę. Przełamać Milczenie dokumentują również wypowiedzi izraelskich żołnierzy, którzy opowiadają o zbrodniach, których byli świadkami, a nawet o tych, jakie sami popełnili. Zaczęli właściwie mówić w miesiąc po operacji Płynny Ołów. I to jest bardzo ważne. Przy wcześniejszych operacjach Izraela usłyszeć można było tylko wypowiedzi żołnierzy, którzy twierdzili, iż robili same dobre rzeczy. Na przykład kiedy w 2002 roku zmasakrowano Jennin, jeden z żołnierzy, który prowadził buldożer, powiedział: „Co? Przecież zrobiliśmy im boisko w środku obozu dla uchodźców". A takie działania, ujawnianie prawdy, łamią autorytet wojska izraelskiego, bo tak naprawdę, jest to instytucja, która rządzi Izraelem.

Są też dziennikarze Amira Hass i Gedeon Levy, jacy próbują mówić prawdę. Są środowiska, które wspierają bojkot produktów izraelskich wewnątrz samego Izraela. My natomiast musimy wspierać takich ludzi. Wtedy więcej będzie tych, którzy będą mieć odwagę działać przeciwko polityce Izraela w samym sercu tego państwa. Możemy im pomóc, np. zapraszając ich do Polski razem z Palestyńczykami, bo to jest grupa, z którą się solidaryzujemy i która też jest pokrzywdzona, żyje pod butem Izraela. Trzeba wśród tych ludzi budzić nadzieję, bo ona istnieje! Największą nadzieją Palestyńczyków jest międzynarodowa solidarność, bo Izrael będzie chyba ostatnim społeczeństwem, jakie zmieni swe stanowisko wobec Palestyny.

Ale czy ta pomoc jest znacząca, daje jakieś efekty?

Konkretna pomoc to jest niszczenie muru, podpalanie buldożerów i tak robią izraelscy działacze z ekipy Anarchiści Przeciwko Murowi. Niektórzy ograniczają się do oporu przeciwko niszczeniu sadów z drzewkami oliwnymi oraz niszczeniu domów w Jerozolimie. Jest taka organizacji o nazwie Komitet Przeciwko Niszczeniu Domów. Jeszcze przed powstaniem państwa Izrael, brytyjscy okupanci ustanowili takie prawo i dziś Izraelczycy wykorzystują je przeciwko Palestyńczykom. Zazwyczaj odbywa się to w taki sposób, że pod dom we wschodniej czy zachodniej Jerozolimie przyjeżdża stu żołnierzy, by wysiedlić całe rodziny. Izraelscy działacze tworzą wtedy strefę buforową, rozstawiając namioty wokół domu i mieszkają w nich do czasu rozwiązania sytuacji. Ale zazwyczaj ich też się wyrzuca.

Oprócz działaczy niszczących mur najważniejsi są jednak ci, którzy odmawiają służby wojskowej. W tej chwili jest około 2600 obdżektorów. Są też tacy, którzy dobrowolnie wyjeżdżają z Izraela, ale Michael Sfard, prawnik który też to zrobił, zrozumiał, że musi tam być, w środku, by działać skuteczniej. I są efekty tych działań, ale musimy je cały czas nagłaśniać, bo oni żyją i działają pod butem izraelskiego państwa, zwalczającego ich wszelkimi sposobami. Próbują zamrażać im środki finansowe, demonizują ich i przedstawiają w jak najgorszym świetle a nawet zamykają w więzieniach.

Działając na rzecz wolnej Palestyny łatwo narazić się na zarzut antysemityzmu. Antysemityzm jest więc „nową bronią" w rękach Izraela, którą można stosować dowoli. Jak wg Ciebie pro-palestyńscy aktywiści winni bronić się przed takimi atakami? Jakich używać argumentów?

Antysemityzm oznacza wrogość wobec Żydów a Izrael nie jest państwem wszystkich Żydów, nie reprezentuje wszystkich Żydów na świecie. Reprezentuje mniejszość Żydów. W dodatku jest państwem ufundowanym na ideologii syjonistycznej, która jest kontestowana przez wiele środowisk żydowskich, także w samym Izraelu, ale przede wszystkim poza Izraelem, bo nie utożsamiająsię oni z tym państwem. Wielu z nich się utożsamia, ale większość jednak nie. Syjoniści zazwyczaj nazywają ich, tych Żydów odrzucających państwo Izrael, „samo-nienawidzącymi się Żydami" (selfhating Jews). I te oskarżenia to jest to samo, jakby oskarżać białych przeciwników apartheidu w Południowej Afryce o rasizm i nienawiść do siebie samych. Nasze argumenty w walce o wolną Palestynę są demokratyczne i antyrasistowskie, bo jesteśmy przeciwko apartheidowi, jaki stosuje państwo Izrael. To są argumenty natury politycznej, a nie rasowej czy narodowo tożsamościowej.

Stosunkowo niedawno wywiad z Tobą ukazał się na łamach Wysokich Obcasów, dodatku do Gazety Wyborczej. Gdy rozpoczęła się druga wojna iracka, polscy anarchiści otwarcie nazwali tą gazetę Gazetą Wojenną. Również w sprawie palestyńskiej nie jest ona zbyt obiektywna. Czy nie czujesz w związku z tym pewnego dyskomfortu? Antywojenna i propalestyńska aktywistka na łamach pisma, nawołującego do wojny i izraelskiego apartheidu...

Mój kolega z Ligi Muzułmańskiej w Gdańsku nazywa ją „haram" - to znaczy coś wstydliwego, nie-koszernego, niedopuszczalnego. Stwierdził też, że sporo muzułmanów w Polsce bojkotuje tą gazetę. Mam dyskomfort z tego powodu, ale może lepiej, iż w taki sposób się w pewnym sensie skompromitowałam, może łatwiej mi było, że nie mieszkam w tym kraju (śmiech!). Ale poniekąd było to pewne zwycięstwo bo wiem, iż była potem ogromna awantura, że jak to mogło się ukazać. Ale spowodowało to też to, iż zarówno czytelnicy Gazety, jak i dziennikarze w niej pracujący mogli na nowo spojrzeć na sytuację w Palestynie.

Były naciski na tego dziennikarza?

Słyszałam, że były, tak, także na redaktorki Wysokich Obcasów też. Ale efekt też był duży. Miałam dzięki temu godzinną audycję w radiu TOK FM, gdzie mówiłam bez przerwy o BDS - Bojkocie, Wycofaniu Inwestycji i Sankcjach. To miało naprawdę duży zasięg, legitymizowało ostre bezpośrednie działanie w takim bardzo nie-radykalnym, konformistycznym środowisku. To jest istotne. Lobby państwa Izrael obawia się, że takie działanie stanie się czymś normalnym. Byłam też w Twoim Stylu, dzięki temu dla takich osób jak np. moja mama, te działania stają się wiarygodne. Wcześniej nie były zrozumiałe. Przez przeciętnych ludzi, jak np. moje byłe nauczycielki, te działania są teraz odbierane w taki sposób, że mają sens, są dobre, pozytywne. Chodzi o to, by ludzie zrozumieli, iż działania są możliwe i mają znaczenie. To działanie nie jest teraz dla nich dziwne. Może właśnie powinniśmy więcej takich rzeczy robić.(...)

Wcześniej zajmowałaś się pomocą przy organizowaniu związków zawodowych w irackim przemyśle naftowym. Możesz powiedzieć coś więcej o tych związkach. Czy nadal są aktywne w okupowanym Iraku, jak radzą sobie zarówno z okupantem jak i nowymi władzami?

Co jest ważne, to fakt, że związki zawodowe przez ostatnie pięć lat stały się bardziej powszechne. Zaczęło się w 2003 roku, związek zawodowy, który wtedy powstał bardzo się rozrósł, powstały lokalne filie i lokalne związki w poszczególnych regionach. Razem tworzą coś na kształt konfederacji związków zawodowych. Nie mogę teraz przedstawić, jak wyglądają lokalne struktury i władze w tych poszczególnych filiach, ale związki te są nadal oddolnymi inicjatywami. To nie są związki, które są kompromisowe i nadal są nielegalnymi organizacjami. Nie są uznawane przez irackie państwo. Są nieustannie atakowane przez Ministerstwo Ropy Naftowej. Obawiają się najbliższych wyborów, ponieważ Maleki (Nouri Al Maliki - premier iracki) na początku nie miał twardego podejścia do związków zawodowych, ale ostatni okres pokazuje, że polityka antyzwiązkowa rządu jest coraz bardziej zdecydowana. Robotnicy zrzeszeni w tych związkach są nieustannie przesłuchiwani przez policję, wytacza się im procesy sądowe, wyrzuca z pracy. Ministerstwo Ropy Naftowej daje wolną rękę filiom kompanii naftowych, by niszczyły związki zawodowe i represjonowały ich liderów. Ministerstwo naciska, by wyrzucać związkowców z biur, które znajdują się na terenie fabryk. Dotyczy to przede wszystkim związku, jaki powstał w mieście Basra, gdzie narodził się ruch związkowy. Nie mam teraz bezpośredniego kontaktu, więc trudno mi o tym mówić. Możliwe, że pozbyto się już biur związkowych w Basrze, jednak przypuszczam, że i tak ludzie będą działać i znajdą nowy lokal.

Mówisz o represjach przeciwko związkom zawodowym ze strony rządu irackiego. Jak wygląda stosunek okupanta do tych robotniczych inicjatyw?

Owszem, mieli i mają problemy ze strony okupanta, bo trzeba to otwarcie powiedzieć, że obecny rząd iracki jest rządem marionetkowym. Pracuje po dyktando wojsk okupacyjnych. Około trzech lat temu wybuchł strajk w przemyśle naftowym. Do stłumienia buntu zostały wezwane amerykańskie helikoptery wojskowe, które patrolowały pola ropy naftowej. Strajkujący robotnicy byli zastraszani przez wojsko okupacyjne. W tłumieniu strajku i zastraszaniu brała udział także formacja milicji irackiej, szkolonej i kontrolowanej przez amerykańskie wojsko. Obecnie Amerykanie posługują się służbami porządkowymi irackiego rządu. Nie biorą bezpośredniego udziału w represjach, w nalotach na domy czy zastraszaniu. Ograniczają się do sterowania aparatem represji irackiej policji, irackiego wojska itd. Trudno powiedzieć, gdzie okupacja się zaczyna a gdzie kończy.(...)

Ruch Free Gaza - czy możesz szerzej przybliżyć czym on jest i kim są jego działcze?

Free Gaza została założona przez ludzi, działających już wcześniej w Międzynarodowym Ruchu Solidarnościowym, który powstał w 2001 roku. To jest ruch palestyńsko-izraelski. Tworzą go największe palestyńskie organizacje oraz wielu działaczy Izraelskich, także z USA. Wielu z nich to osoby wyrzucone z Palestyny. Gdy rozpoczęło się oblężenie, chcieli przełamać blokadę i dostać się do Gazy. Jedną drogą jest droga morska, wszystkie inne są niemożliwe do przebicia. Jeśli uda się przełamać blokadę morską, oblężenie załamie się. Ruch Free Gaza powstał w 2007 roku. Biorą w nim udział ludzie z Libanu, Palestyny, Australii, Kanady, USA i z wielu innych krajów. Nikt się nie znał na morzu, na pływaniu statkami, ale się nauczyli, znalazły się też osoby, które pomogły. To jest przykład, że jeśli ma się idee, jakiś cel, to można go osiągnąć. Free Gazie udało się pięć razy przebić statkami do Strefy Gazy z pomocą humanitarną. Robimy to jako bezpośrednią konfrontację z Izraelem. Jest to akt polityczny. Ostatnie dwie próby przebicia się zostały zahamowane przez izraelską marynarkę wojenną. Jeden z naszych statków prawie utonął, bo był bombardowany w trakcie ataku Płynny Ołów. Drugim razem, jakieś oddziały specjalne weszły na nas statek i aresztowały całą załogę. Ale płyniemy znowu. Będzie 7-10 statków, czyli cała flotylla. Chyba wszystkich nie zdołają zatrzymać. Robimy to razem z turecką organizacją Insani Yardim Vakafi, European Campaign to End the Siege, Greek Ship to Gaza Campaign, Swedish Ship to Gaza Campaign i grupami pokojowymi z Malezji. Rząd turecki bardzo się zmienił, a co za tym idzie zmieniło się także jego stanowisko wobec Izraela.

Ze względu na zmianę terminu najbliższej akcji, nie popłyną z nami m.in. artyści z Polski, ale chcemy by na tych statkach było więcej znanych ludzi oraz Palestyńczyków. Niestety wielu Palestyńczyków boi się płynąc, może boją się odwetu Izraela, boją się zatrzymania i więzienia, boją się o reakcje polskiego rządu i problemy z pracą w Polsce. Jest to ważne, żeby był choć symboliczny powrót do domu - Al Awda. Taktyka i strategia ruchu Free Gaza - wysyłanie statków, aby przełamać blokadę Gazy od strony morza - jest droga i trochę elitarna, płynie mało osób, gdyż mało jest statków. Wtedy wybieramy ludzi, którzy mają wysokie stanowiska, politycy, posłowie, nobliści... mamy też duże wsparcia od ONZ. Więc jeśli ktoś ma 100 000 euro - może kupić statek i płynąć z nami....

Czy będą na statkach Izraelczycy?

Niestety nie. Nasi partnerzy z Gazy uważają, że było by to w tej chwili bardzo trudne, gdyż ludzie stali się bardziej spolaryzowani względem Izraelczyków i może to być niebezpieczne. To nie jest odpowiedzialny czas. Tak też było z apartheidem w RPA. Biali w pewnym momencie musieli działać na innych polach, w innej dziedzinie...

Dziękujemy za wywiad...

Wywiad został przeprowadzony 13. lutego 2010 r. Pełna treść wywiadu opublikowana jest w najnowszym numerze kwartalnika anarchistycznego Inny Świat 2(32)/2010.

Przestrzeń dla kobiet a biali, heteroseksualni panowie anarchiści

Prawa kobiet/Feminizm | Publicystyka | Ruch anarchistyczny

Jestem jedną z czterech dziewczyn zaangażowanych w lokalną sekcję organizacji anarchistycznej. Jestem jedną z czterech-pięciu, a obecnie jedyną aktywnie uczestniczącą w większości działań, przez co mogę czuć się – wbrew pozorom – niemarginalizowana, ważna i szanowana przez innych towarzyszy. Podnoszenie kwestii płci w tym towarzystwie, jak pokazuje doświadczenie, może zakończyć się jedynie na ogólnikach, ponieważ trudno represjonować tę jedną jedyną, która i tak nie boi się mówić. Warto się jednak zastanowić, dlaczego jestem jedyna i dlaczego mimo woli sprzeciwienia się separatyzmowi feministycznemu, wciąż takie aktywistki jak ja muszą robić za „głos feminizmu” w grupie i jakie są moje obawy z tym związane.

Dlaczego jestem jedyna? Nie wiem. Właśnie złapałam się na tym, że do tej pory w ogóle o tym nie myślałam. Przyjmowałam perspektywę bezpłciową, choć trudno powiedzieć, dlaczego z tych wszystkich poprzednio zaangażowanych dziewczyn jestem tą jedną, która pozostała w pogotowiu. To trudne pytanie. Może wciąż organizacja, w której jestem, z jakiegoś znaczącego powodu nie przyciąga kobiet, a nawet je odstręcza? Może sama przewaga męskich towarzyszy – nierzadko wykształconych i wygadanych – jest tym czynnikiem? Ale przecież kobiety zawsze angażowały się w męskie struktury przyciągnięte ich własną chęcią działania w dziedzinach, na których owe struktury się skupiały. Ze strony anarchofeministek dochodziły jednak głosy mówiące o wykluczeniu kwestii kobiet z dyskursu i traktowania go zbyt „przedmiotowo”, jakby tematu, który należy przerobić w ramach programu, ale bez emocjonalnego zaangażowania i wkładu. Może warto wysłuchać tych głosów? W sposób empatyczny, bez racjonalizowania. Problem w tym, że zawsze brakuje na to czasu, problemy wewnątrz grup i poglądy ich członków są niejasne, wyrażane przez nich zbyt ogólne, a utworzenie struktury typowo kobiecej mogłoby doprowadzić do rozminięcia się obu dróg i utkwienia w martwym punkcie wzajemnej niechęci (nie musiałoby, ale nazbyt często się tak działo w przeszłości, więc można wyciągnąć już pewne wnioski). Z drugiej strony kobiety pragną się zrzeszać we własnym gronie, ale krytyka członków zdominowanej przez mężczyzn grupy (i poczucie rozkładu na dwie niezależne grupy) może łatwo przerodzić się w krytykę samej grupy bez podjęcia pracy wewnątrz koedukacyjnej grupy i jej „rozgałęzień”, które stanowią np. sporadycznie angażujących się aktywistów.

Powodem takiego stanu rzeczy może być także podejrzenie fetyszyzacji usmolonego robola przez członków grupy. Albo fetyszyzacji agresywnego bohatera, który kopie w krzakach nazistów (zamiast zrównania z bohaterami pracy u podstaw). Przeintelektualizowany, choć w sposób agresywny emocjonalny język, także może pozostawać bez wpływu na siłę przyciągania grupy.

Niestety, wiara w uzdrawiającą moc rewolucji, która zabije wszelki ucisk, łącznie z mizoginią, seksizmem, homofobią i transfobią, pokazuje jedynie stopień marginalizacji tych problemów, uznawanie ich za niezwiązane ze środowiskami wolnościowymi, gdy doświadczenia różnych środowisk stawiają tę wiarę pod znakiem zapytania. Na zagranicznych forach dyskusyjnych można przeczytać o problemach z mizoginami, agresywnymi psycholami bijącymi swoich partnerów obu płci oraz inne osoby, gwałcącymi swoje partnerki, zarażających świadomie chorobami przenoszonymi drogą płciową, itd. Częstokroć dochodzi do żarliwych dyskusji, które nie zawsze kończą się na rozwiązaniu konfliktu w skuteczny sposób. Mówienie o sprawcach przemocy doprowadza co najwyżej do zepchnięcia go poza margines społeczeństwa wolnościowego, co może być karą dotkliwą, jednak nadal tylko karą, która nie zawsze prowokuje do działań zapobiegawczych. Kobiety tak często doświadczają przemocy, także seksualnej, że są niemal obojętne na jej mało ekstremalne objawy. Wśród anarchistów rzadko podejmuje się temat nienaruszania czyichś osobistych granic – mówi się tylko o poszerzaniu własnych.

Mój głos jako „specjalistki od spraw feminizmu” (czasem przejmowanego przez wykształconych anarchistów, czego oczywiście nie mam za złe) jest głosem dziwnie brzmiącym, wprowadzającym pewien niepokój wśród osób, które z feminizmem stykają się praktycznie po raz pierwszy, czując się zagrożonymi moim oskarżycielskim tonem, który podnosi tematy aktów, których oni sami się dopuszczają nie raz. Nie wiem właściwie, czy oni naprawdę zastanawiają się chociaż trochę nad kwestią kobiecą – nie tylko sprowadzając ją do statystyki, która mówi o podwójnej opresji kobiet na rynku pracy. Praca nad „wyleczeniem” seksizmu toczy się najczęściej w domu – i tam najczęściej pozostaje jako „sprawa prywatna”. Sprawą prywatną jest wszystko, co dotyczy spraw męsko-damskich (w heteroseksualnym, białym środowisku). Wszelkie akty przemocy, których doświadczają kobiety poza miejscem pracy – czyli często w swoim drugim miejscu pracy zwanym gospodarstwem domowym. I nie mówię tu tylko o ekstremach, co jeszcze raz podkreślam. Nie mówię tylko o biciu, molestowaniu seksualnym wynikającym z niezrozumienia (feministycznych) zasad konsensusu w życiu intymnym, które wydają się mężczyznom nierzadko zbyt daleko posunięte. Mówię o tych „małych aktach przemocy”, którymi jest nasycone życie kobiety.

Może cały czas mylę się, nie zauważam, że obracam się w środowisku wyzbytym seksizmu. Jednak czemu przeczuwam wciąż, że coś jest nie tak, gdy mój towarzysz używa homofobicznego języka, a cała reszta się z tego śmieje. Czemu nie reaguję od razu bojąc się odrzucenia mojego „braku poczucia humoru”? Czemu nie wiem jak się zachować, gdy członek mojej grupy bije moją koleżankę za krzywdy moralne i zranione ego? Czemu NIKT nie wie jak się w takiej sytuacji zachować? Czemu wszyscy uważają te sprawy za zbyt prywatne, toczące się POZA i czemu nie mamy żadnych sposobów, narzędzi, by wykluczyć wszystkie podobne czyny w przyszłości? Bo jesteśmy na to zbyt feministyczni? Bo nie odczuwamy tkwiącej w nas nienawiści i chęci posiadania czyjegoś ciała jak przedmiotu, ponieważ wiemy, że to jest złe? Chyba tak. Moje doświadczenia z samoświadomością własnej mizoginii, którą mi wpojono, są takie, że nieprędko zauważyłam, że w zasadzie nienawidzę kobiet. Nie okazuję tego, potrafię je bardzo lubić, uwielbiać, ale jednocześnie je nienawidzę. Odrzucam je tak często czując, że z mężczyznami mogę nawiązać lepszy kontakt, co jest jedynie złudzeniem, ponieważ… one zostały nauczone tej samej nienawiści do siebie nawzajem, co ja. Potrafimy się o siebie troszczyć, przebywać ze sobą – wiele kobiet tego potrzebuje. Ale tak często łapię się na chęci skomentowania kobiety z patriarchalnego punktu widzenia – jako obiektu pożądania. Przez głowę przechodzi mi wiele myśli niezgodnych z moimi poglądami – myślę o tym, że dana kobieta jest gruba, a nie o tym, że coś mi chce właśnie przekazać. Widzę kobietę ubraną uwodzicielsko i myślę w głębi duszy – co za zdzira. Nie pomyślę nawet przez chwilę o tym, co ma w głowie, tylko gapię się na jej fajne cycki i robię dokładnie to, co jakiś towarzysz – ślinię się. Chętnie uznałabym ją za prostytutkę/nimfomankę udając, że nie potępiam podświadomie pracownic przemysłu erotycznego. Mimo całego swojego wkładu w krytykę podobnych zachowań, które zostały zwerbalizowane.

I w tym punkcie podkreślę potrójną pracę osób świadomych feministycznie, które podejmują się walki z objawami mizoginii, seksizmu, itp. - nie tylko tymi widocznymi, ale też tymi, które są trudniejsze do zdiagnozowania, organizacji kampanii, a także codziennej pracy nad utrzymaniem demokracji, konsensusu i dobrej komunikacji w grupie. Nie każdy podejmuje się pracy pozatechnicznej związanej z organizacją kampanii. Doświadczenia ruchów uświadamiają nam jednak, że jeśli nie docenimy tej pracy i nie podejmiemy się jej wspólnie, na każdym z tych pól może pojawić się w końcu nierozwiązany problem, który może doprowadzić do rozpadu grupy.

Dziewczyny, ja wiem, że wy jesteście zmęczone tym wszystkim i najchętniej zamurowałybyście się w jakiejś wieży – byle tylko nie rozmawiać z tymi trudnymi, acz powszechnymi przypadkami o tym, co was boli. Narażać się na śmieszność i zarzut niezrozumienia „głównego celu naszej walki”. Błagam was! Nie róbcie tego! Angażujcie się w te grupy, które podejmują bliskie wam tematy na takich zasadach, jakie wam odpowiadają (niehierarchicznych i nie mających wśród członków konserwatywno-seksistowskiej loży szyderców, która może was zbyt łatwo zdominować, choć i to się da pewnie pokonać) i nie rezygnujcie z nich tylko dlatego, że istnieje w nich przewaga mężczyzn. Przeciwwagą dla męskiego klubu nie jest kobiecy klub, tylko koedukacyjna grupa, która nie obawia się podejmować takich tematów, jakie wcześniej wymieniłam, która jest otwarta na tyle, że może przyjąć kogoś, kto jeszcze nie podjął nawet pracy nad swoim seksizmem – któremu towarzyszki i towarzysze z chęcią pomogą, a wręcz poprzez nacisk na pozbycie się pewnych nawyków, zmuszą do przedefiniowania swoich poglądów na płeć, orientację seksualną, itp.

Wierzę, że poprzez wymianę doświadczeń i otwarcie oczu i uszu na niefajne zagrywki, tworzenie i rozwijanie mechanizmów reakcji na nie, wszyscy wygramy naszą rewolucję – nie tylko heteroseksualni, biali, panowie anarchiści.

Oświadczenie prasowe w sprawie legalności marszu przeciw przemocy policji z 24 maja

Publicystyka

Jak podają media, policja zamierza ukarać uczestników spontanicznej demonstracji, która odbyła się 24 maja, dzień po brutalnym zabójstwie nieuzbrojonego mężczyzny przez funkcjonariusza policji na warszawskim Stadionie. Policja twierdzi, że demonstracja przeciwników przemocy policyjnej była nielegalna, gdyż nie została zarejestrowana.

Sprawa miała trafić do referatu zajmującego się wykroczeniami i jest analizowana. Decyzje nie zapadły - mówi mł. asp. Joanna Węgrzyniak z południowopraskiej komendy. Policja rozważa ukaranie uczestników za spowodowanie zagrożenia ruchu drogowego (stali na jezdni). Grozi za to kara grzywny.

Jednak według wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 10 lipca 2008 r. sygn. akt P 15/08, organizatorzy zgromadzenia spontanicznego nie mogą podlegać karze. Zgromadzenia są legalne, jeśli nie było czasu na powiadomienie gminy. Przepis kodeksu wykroczeń o sankcjach jest zgodny z konstytucją. Prawo odbywania zgromadzeń zasługuje na poszanowanie i konstytucyjną ochronę - podkreśliła w uzasadnieniu wyroku sędzia sprawozdawca Ewa Łętowska.

Zgromadzenia spontaniczne, odbywające się bez uprzedniej zgody organu gminy, o ile uzyskanie takiej zgody w konkretnych okolicznościach nie było możliwe na czas, nie mogą być automatycznie uznane za nielegalne.

- Zgromadzenie jest nie tylko demonstracją poglądów osób biorących w nim udział, ale jest także ważnym głosem w dyskursie publicznym i z tej przyczyny prawo odbywania zgromadzeń zasługuje na poszanowanie i konstytucyjną ochronę - podkreśliła w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia sprawozdawca Ewa Łętowska.

Zdaniem TK zgromadzenia spontaniczne, organizowane na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób, wymagają uprzedniego zawiadomienia organu gminy ze względu na bezpieczeństwo organizatorów, uczestników i osób, które znajdą się w miejscu demonstracji. Trybunał uznał, że brak zawiadomienia lub złożenie go bez zachowania przewidzianych terminów nie może prowadzić automatycznie, w oparciu o art. 8 prawa zgromadzeń, do zakazu zgromadzenia i uznania go za nielegalne.

- Niezgłoszenie zgromadzenia do organów administracji samorządowej jest wyłącznie naruszeniem przepisów porządkowych. Nie powinno powodować uznania, że samo odbycie się takiego zgromadzenia uzasadniało zakaz jego odbycia czy traktowanie zgromadzenia jako nielegalnego - tłumaczyła Ewa Łętowska sędzia sprawozdawca.

- Trybunał wychodzi z założenia, że każde pokojowe zgromadzenie podlega ochronie w demokratycznym państwie prawa. I nie ma powodów do automatycznego ścigania organizatorów zgromadzeń spontanicznych.

W tym przypadku – uczestnicy demonstracji zareagowali spontanicznie na wieść o zabójstwie, którego nie dało się w żaden sposób przewidzieć. Sytuacja wymagała natychmiastowego protestu ze względu na fakt, iż do mediów przedostawały się nieprawdziwe informacje dotyczące morderstwa, przekazywane przez policję.

Oświadczenie ZSP Warszawa w sprawie zabójstwa na Stadionie

Publicystyka

Potępiamy morderstwo, które miało miejsce w Warszawie na Stadionie w dniu 23 maja. Według świadków, doszło do brutalnego morderstwa handlarza, ojca trojga dzieci, podczas gdy policja przeprowadzała brutalne aresztowanie innej osoby. Mężczyzna, który padł ofiarą policji, 36-letni Nigeryjczyk, próbował dowiedzieć się, dlaczego jego kolega jest tak brutalnie traktowany. Został postrzelony w brzuch, chociaż nie stanowił żadnego zagrożenia dla policjanta i zmarł na miejscu w wyniku odniesionych ran.

Ten człowiek, jak wielu niskoopłacanych pracowników, dorabiał w weekendy na Stadionie, by utrzymać swoją rodzinę. Jak wiele innych osób w jego sytuacji, nie miał wielu innych możliwości znalezienia pracy. Wiadomo, jak trudno jest cudzoziemcom znaleźć pracę w Polsce. Dodatkowo, handlarze są często celem akcji policyjnych i padają ofiarą represji władz miasta, Straży Granicznej i innych organów państwowych.

Akcje policji i Straży Granicznej na Stadionie mają na celu ochronę własności intelektualnej wielkich koncernów. Nie ma to nic wspólnego z ochroną dobra społecznego i służy jedynie nielicznym uprzywilejowanym. Znane są również przypadki prześladowania imigrantów oraz wymuszania na nich haraczu. Policja często nie przestrzega nawet obowiązującego prawa, które przecież przyznaje tak wiele uprawnień funkcjonariuszom i tak słabo chroni ludzi. Jednym z wielu przykładów jest niestety tragedia z 23 maja.

Warto podkreślić, że policyjna wersja wydarzenia, m.in., że funkcjonariusze zostali zaatakowani, okazała się kłamstwem, które nie zostało potwierdzone przez świadków. Jednak władzom to nie przeszkadza. Cudzoziemcy i handlarze, to ludzie, którzy są na wstępie wykluczeni i ich głos nie jest brany pod uwagę. Policjanci solidarnie zeznają na korzyść swojego kolegi-mordercy, a prokuratura będzie skłonna umorzyć postępowanie. Nie pozwólmy na to, by morderca wrócił do służby w policji!

Nikt nie pomaga ludziom w potrzebie znaleźć w Polsce godnej pracy. Wręcz przeciwnie, pracodawcy zastępują stałe umowy o pracę - pracą tymczasową, zatrudniając pracowników w niebezpiecznych i nielegalnych warunkach. Nie mając innej możliwości znalezienia pracy, cierpią oni nie tylko z powodu ciężkich i niebezpiecznych (np. na budowie Stadionu) warunków pracy, ale też z powodu nieustannych represji ze strony policji.

Imigranci są potrzebni, by wspomóc gospodarkę. Muszą jednak otrzymać prawo legalnego pobytu i pracy, gdyż inaczej będą dyskryminowani i narażeni na szykany ze strony władz, a ich płace będą sztucznie zaniżane. Nie ma konfliktu interesów między pracownikami imigrantami, a pracownikami polskimi - powinni oni stanąć ramię w ramię, by solidarnie dążyć do poprawy warunków pracy i wyższych płac, oraz do stałego i legalnego zatrudnienia, zamiast pracy tymczasowej i nielegalnej, którą się im oferuje. Przykładem niech będzie solidarność okazana Polakom w Irlandii i Wielkiej Brytanii przez tamtejsze związki zawodowe broniące praw pracowników, niezależnie od ich narodowości.

Potępiamy policyjne działania wymierzone w osoby próbujące znaleźć sposób na przeżycie w obecnym systemie ekonomicznym. Wzywamy ludzi do organizowania się i wspólnej obrony przeciw policyjnemu terrorowi.

Związek Syndykalistów Polski - sekcja warszawska

Wstęp do odczytania Debordowskiego spektaklu

Kultura | Publicystyka

Nowoczesność zrodziła nową jakość życia, przedstawiającą się w całości jako jego mizerność, nijakość i udawana projekcja. Wszędzie tam gdzie panuje nowoczesność, rozumiana jako nowoczesne środki produkcji, panują nibyformy konformistycznego zakłamania nazwane spektaklem lub dokładniej wielością spektakli. Guy Debord celowo dla przetłumaczenia jakości społecznych i politycznych użył słowa zaczerpniętego ze świata sztuki. Bo sztuka jest zawsze tylko imitacją życia. Spektakl jest tylko próbą odegrania rzeczywistości nigdy nie ogarniającym całości i nie trawiących istoty rzeczy w ich bogactwie i złożoności. Dla Deborda jakości dotąd bezpośrednio przeżywane i odczuwane dzięki rozwojowi nowoczesnych form kapitalistycznych, stały się tylko opartym na fałszu i sztucznej grze przedstawieniem. Życie rozumiane dotąd jako całość i prawdziwa jedność przeszło do historii. Wraz z rozdzieleniem życia na pracę i czas wolny współczesny Debordowi człowiek jest skazany na pseudoświat, fragmentaryczny, bo złożony z wielu spektakli, które można kontemplować, bądź odgrywać. Jesteś albo odbiorcą reklamy albo jej twórcą, w obu przypadkach chęć na reklamowany batonik jest tylko chwilowa i wymuszona.

Spektakl jest totalny, więc wszędobylski. Spektakl jest synonimem nowoczesnego (lub ponowoczesnego, bo tezy Deborda są żywe także teraz) społeczeństwa. Jest on narzędziem cynicznie zespalającym bezrozumną masę w całość. Ponieważ jest on oparty na fikcji, nigdy nie będzie to całość żywa, trwała i rzeczywista. Będzie to społeczeństwo nie jako wspólnota, lecz jako odpowiednik i iluzja wspólnoty. Jest to spektakl interesujący jak seans filmowy, skupiający uwagę i świadomość. To wypełniacz czasu wolnego, to rozmowa na temat sejmowych debat, to praca w fabryce i sezonowe wakacje wypełniane zawsze zgodnie z konwencją tej czy innej zmyślonej bajki. Spektakl to nie tylko obrazy w galerii, ale także każde stosunki miedzy ludźmi uwikłanymi w ten paradoks. To jest model i styl życia bardziej lub mniej popularny. Wybór miedzy poszczególnymi modelami stanowi dla jednostek tylko iluzję wolności niezwykle potrzebną dla trwania totalnego panowania spektaklu. Masz sto kanałów w telewizji. Wybierz to, co obejrzysz. Jesteś wolny. Oglądaj świnio i jedz fistaszki. Spektakl nie jest tylko jednym ze środków masowego przekazu. Spektakl widziany przez Deborda jest wszędzie. Owe przedstawienie jest celem i sensem, czy inaczej wytłumaczeniem takiego a nie innego porządku ekonomicznego, społecznego czy filozoficznego i politycznego. To afirmacja kłamstwa jako status quo. Jest to usystematyzowana produkcja iluzji: obrazów i przedmiotów, jako cele same w sobie, które się rozwijają i tylko taki cel jest przewidywany w logice spektaklu. Zdegradowano "być" na rzecz "mieć", po to by owe "mieć" zastąpić całkowicie sztucznym "wyglądać".

Spektakl ów jest niezależny od odbiorcy i nigdy nie stwarza szans na rzeczywisty dialog. Owe przedstawienie jest projekcją wyłączającą twórcze współistnienie jego aktorów oraz widzów. Rola została napisana, by być odegrana, zaś fabuła w swej istocie nie stwarza możliwości na refleksję i odbiór świadomy. Spektakl jest odpowiednikiem i zastępcą religii. Religię, jako czynnik alienujący, zastąpił spektakl.

Brak więc dialogu wymusza monolog, to stosunek połowiczny w którym brak dopełnienia do całości. Ów monolog jest monologiem hierarchii i władzy zapewniającym trwanie systemu, ów monolog jest samochwalczym dyskursem pozoru. Jak pisze Debord "...to autoportret władzy w epoce jej totalitarnego zarządzania warunkami bytowymi". Owa władza jest daleko od społeczeństwa, co sprawia, że owo rozdzielenie jest kluczem do rozumienia zjawiska spektaklu. Rozdzielenie to stała wyrażająca każdorazową jakość spektaklu i ma ono miejsce w każdej sferze życia społeczeństw.

Aby spektakl mógł trwać potrzebna jest fragmentaryczność życia codziennego. Pracujący w fabryce robotnik nie ma nigdy całkowitej kontroli nad własnymi działaniami, gdyż jest oddzielony od owoców swojej pracy. Tak rodzi się proletaryzacja świata. Świata ludzi produkujących, nigdy zaś rzeczywiście tworzących. Tak powstaje zatracenie odpowiedzialności za efekty pracy i negacja wszelkiego rzeczywistego działania. Wszelkie działanie jest zawłaszczone przez pracę i coś co cynicznie nazywane jest czasem wolnym. W logice spektaklu czas wolny nigdy nie jest enklawą wolności. Także tu nie ma miejsca na rzeczywiste działania. Jest to natomiast kontynuacja i zwieńczenie produkcji. Rezultaty systemu produkcji mają być przetrawiane w czasie wolnym. W systemie takim celem jest jednostka po to, by owoce pracy stały się dobrami wyselekcjonowanymi, powiększającymi aurę ciągłego odosobnienia. Kapitalizm jest pseudo zindywidualizowaną, kolistą produkcją odosobnienia. Tak rodzi się obcość. Obcość widza wobec kontemplowanego spektaklu.

U źródeł machiny spektaklu leżą potrzeby i pragnienia. Potrzeby są sztucznie tworzone i dzięki totalnej opresji spektaklu maja sprawić, by stały się prawdziwe, czyli rzeczywiście pożądane i osiągane. Tak odbywa się codzienne od nowa stwarzanie jednostek jako niewolników sztucznego stylu życia, polegającego na ciągłym dążeniu do natychmiastowego zaspokojenia.

Wewnętrzny i niezwykle cenny dla kondycji psychicznej jednostek świat zmysłów jest w myśl zasady fetyszyzacji towarów zastępowany przez wybór obrazów jako towarów. Towar nabiera w spektaklu znaczenia i sensu tak, by uzasadnić swoje powstanie i potrzebę istnienia. Towar jest kontemplowany i przetrawiany przez konsumenta, który nieświadomie i każdego dnia bierze udział w niekończącym się przedstawieniu. Spektakl jest widoczny i namacalny, jego realnym odpowiednikiem i kluczem do rozumienia jest towar. Towar jest wszechobecny, gdyż zawładnął on wszystkie sfery życia. Wszystko, co jest przeżywane, jest bezpośrednio związane z towarem. Nawet tak abstrakcyjne byty jak emocje, uczucia, marzenia są ukazywane przez towar lub w towarzystwie towaru.

Jakość została zastąpiona przez ilość. Próg obfitości został dawno przekroczony, co sprawia, że nie sposób użyć i skonsumować wszystkiego. Rozwój produkcji poszerzając we wszystkich aspektach coś, co kiedyś nazywano skromnie warunkami przetrwania, jest dziś bazą ekonomiczną wszystkich przedsięwzięć ludzkich. Debord zauważył więc coś, co nazwał nadmiarem przetrwania jako ciągłego i sztucznie utrzymywanego poszerzania warunków przetrwania. Ów nadmiar rozpoczął się wraz z przejściem do lamusa produkcji rzemieślniczej zastąpionej przez wielki globalny rynek i nagromadzenie kapitału. Odtąd cała ekonomia została sprowadzona do procesu rozrostu i powiększenia ilości. Tak władzę nad społeczeństwami objął fetyszyzujący i ciągle gromadzony towar.

Aby władzę nad życiem objąć mógł towar, potrzeba było takiej fazy rozwoju kapitalizmu, w której do głosu dochodzi po raz kolejny przywoływany spektakl. W spektaklu właśnie świat jest światem towaru. Mityczny i ubóstwiany dotąd pieniądz jest detronizowany na rzecz ostatniego ogniwa łańcucha procesu wymiany. Towar staje się synonimem wszystkich dóbr i jest to konsekwencja fetyszyzacji towarowej generowanej przez spektakl. Dzięki okrutnej logice spektaklu towar jako totalność jest w formie fragmentarycznej przyporządkowany każdej jednostce. Aby mogło do tego dojść należy sprawić, by owa jednostka czuła się doceniona. Minęły więc czasy pierwotnego kapitalizmu, kiedy w robotniku widziano tylko proletariusza dostającego niezbędne minimum po to, by był zdolny tylko do pracy. Teraz nie chodzi już o pracę, ale także o czas wolny, kiedy robotnik ma stać się konsumentem. Tak wolny czas i ludzkie potrzeby są brane pod opiekę przez pozorny humanizm towaru. Ów humanizm jest zwróceniem się w stronę człowieka, jednak nie po to, by go uszczęśliwić, lecz po to, by go wyposażyć.

Towar to nie tylko owoce pracy. Towarem w nowoczesnych społeczeństwach jest także praca. Z powodu postępu technicznego i idącej za nim automatyzacji doszło do następującej sprzeczności: z jednej strony obiektywnie eliminuje się pracę dzięki modernizacji, z drugiej strony utrzymuje się pracę jako towar niezbędny do trwania łańcucha wymiany. Coś trzeba robić, by gra toczyła się dalej. Tak doszedł do głosu sektor trzeci czyli usługi, będący luką wypełnianą dla potrzeby nowych miejsc zatrudnienia. Produkcja nie wymaga już tylu proletariuszy, co na początku wieku dwudziestego. Proletariusze ci to dziś klasa średnia wypełniająca zadania sektora usług, sektora będącego fabryką sztucznie wytwarzanych niby potrzeb.

jank.

Powódź, czyli nigdy nie wierz władzom

Publicystyka

Woda wdziera się na wrocławski Kozanów. Tak samo jak w 1997 roku, gdy zalała tę dzielnicę. Ludzie wraz z garstką strażaków próbowali własnymi rękami i za pomocą niewielkiej ilości worków załatać powstałą w wale wyrwę. Nie udało się.

Kanał XML