Publicystyka
"Czarni burowie" i inne rewolucyjne pieśni
Kurka nioska, Sob, 2010-04-10 08:02 PublicystykaW sytuacji gdy ANC (The African National Congress - Afrykański Kongres Narodowy) zmienia się w agresywną kleptokrację i staje w obliczu zrewoltowanych biednych społeczności, Chris Rodrigues wydaje się być głosem rozsądku w dyskusji na temat zjawiska powracania do pieśni przeciwko apartheidowi nawołujących do strzelania do białych...
Chylę czoła przed Mphutlane wa Bofelo za wskazanie podtekstu ANC do piosenki "zastrzelić bura!".Czyż nie jest tak, jak wa Bofelo twierdzi, że starając się ustalić status dziedzictwa piosenki, lokalizujemy walkę w przeszłości? A co z nowymi piosenkami, które biedni śpiewają dzisiaj? Utwory takie jak "amabhunu amnyama asenzela i -worry" - "czarni Burowie przysparzają nam zmartwień". Czy ta burza w szklance wody Juliusa Malemy nie odwraca czasem uwagi od tej rzeczywistości?
Część problemu polega na tym, że media z reguły rozpowszechniają takie informacje, które wydają się oślepiająco oczywiste - w tym przypadku codzienne wypowiedzi rządzących. Ciało polityczne potrafi jednak przybierać różne formy. Przykładem jest Uniwersytet Abahlali baseMjondolo - Uniwersytet Mieszkańców Slumsów (the University of the Shack Dwellers).Uniwersytet? Mieszkańcy slumsów? Cóż to za rodzaj polityki, który nie dąży do własnej reprezentacji w parlamencie? Nadal niewybaczalnym jest fakt, że w kraju, gdzie protesty występują z taką częstotliwością, jak dotąd nikt nie chwycił za pióro, by dokonać analizy współczesnych idiomów.
Jak twierdzi urugwajski pisarz Eduardo Galeano, hymny często są pełne "gróźb, zniewag, samochwalstwa, słów chwalących wojnę i stwierdzających, ze zabijanie i bycie zabitym jest chwalebnym obowiązkiem". Archetypowa Marsylianka na przykład ostrzega, że rewolucja "napoi ziemię nieczystą krwią" najeźdźców. Straszne rzeczy, ale - jak panowie Malema i Motlanthe argumentują - te piosenki śmierci i zwycięstwa są oswojone i nabierają wartości sentymentalnej, gdy stają się zinstytucjonalizowane. Już nie są śpiewane przed Bastylią, ale na Stadionie Francji. W przypadku ANC - możemy odróżnić śpiew pod Casspirem od śpiewu w pobliżu parkingów pełnych samochodów klasy SUV.
Jest to raczej adaptacja utworu lub też pieśń śpiewana przez wykluczonych jako - jak stwierdza Slavoj Zizek w First as Tragedy, Then as Farce - prawdziwie rewolucyjny hymn. Pracując z założeniem, że "uniwersalna ludzkość jest widoczna na krawędziach" - wyrażenie zapożycza on od Susan Buck-Morss - opisuje jak nowo wyzwoleni czarni niewolnicy z Haiti zmieszali francuskich żołnierzy wysłanych tam, by zmiażdżyć ich republikę, śpiewając Marsyliankę. Jak sugeruje Žižek w tamtej chwili twierdzili oni, że: "W tej walce, jesteśmy bardziej francuscy, niż wy - reprezentujemy najdalej idące skutki waszej rewolucyjnej ideologii, skutki, których nie byliście w stanie przyjąć."
Czyż nie można powiedzieć tego samego o piosence "czarni burowie przysparzają nam zmartwień"? Biedni nie tylko potwierdzają tym swój brak rasizmu (czarna osoba także może być burem - metafora ciemiężcy), ale jednocześnie radykalizują się poprzez wskazywanie różnicy pomiędzy klasą a rasą, co teoretycy ANC nazwaliby narodową demokratyczną rewolucją.
To musi trochę niepokoić ANC (jak Francuzów z przykładu Zizka), który swego czasu podjęły rewolucyjną inicjatywą, a teraz docierają do nich nowe analizy walki - jak poniżej w Abahlali:
"To ruchy tworzone przez zorganizowane społeczności i biednych ludzi, którzy protestują w całym kraju i którzy wierni są duchowi walki z apartheidem. Politycy, którzy pragną stłoczyć ludzi na stadionach, by powiedzieć im, że politycy w ich własnym gronie są prawdziwymi spadkobiercami tego ducha walki, stali się przez to naszymi wrogami."
Przez to wszystko wydaje się, że ANC może powiedzieć, że kiedyś śpiewaliśmy podżegającą do nienawiści piosenkę i wymaga się teraz - jak to pokazuje nasz system - posłuszeństwa wobec tego bohaterskiego dziedzictwa. Niestety orzeczenie sądowe tchnęło nowe życie w to, co jest anachroniczną farsą, gdyż, jak Karol Marks mógłby powiedzieć, ANC "tylko wyobraża sobie, że wierzy w siebie i zwraca się do świata, by podzieliło tę fantazję".
Szesnaście lat neoliberalnej ekonomii w lewicowych ciuszkach oznaczają, że nowe pokolenie znowu śpiewa prawdziwe pieśni. Te stare-nowe pieśni wolności są systematycznie ostrzeliwane gumowymi pociskami. Podkreśla to jeden z punktów wa Bofelo - ludzie zawsze wiedzieli, że "nie chodzi tylko o to, że białoskóry ustanowił lub podtrzymuje system oparty na nierównym podziale władzy i niesprawiedliwym podziale dóbr i zasobów".
Tu jednak wchodzimy na jeszcze bardziej dający do myślenia teren i Zizek ponownie staje się przydatny. Odwraca on starą marksowską definicję farsy podkreślając, że "współczesny cynizm" w odniesieniu do ideologii (lub, jak kto woli, postmodernizmu), wyobraża sobie, że "my nie "wierzymy naprawdę" w naszą ideologię [gdyż] mimo tego wyimaginowanego dystansu, wciąż ją praktykujemy".
Innymi słowy, czyż skupianie uwagi na Malemie i na jakiejś starej pieśni, czyż cała ta iluzoryczna walka, którą czarna i biała burżuazja wolałaby od prawdziwej, nie jest jakąś postacią komunizmu? Czyż nie jest tak, że burżuazja tak bardzo wierzy w kapitalizm, że woli raczej dwulicową operę mydlaną (z całym swym pustym pozerstwem i histerycznym potępieniem), niż stawić czoła ideologicznemu wyzwaniu artykułowanemu przez nowe antykapitalistyczne ruchy? Czyż nie jest tak, że książę jest bardziej błaznem, niż prawdziwym komunistą (nawet dla Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej)?
Kilka lat temu w Financial Mail napisano coś szczególnie istotnego w odniesieniu do ówczesnego przyszłego prezydenta. Było to wydanie zatytułowane "Bójcie się". "Gdy inwestorzy i południowoafrykańscy biznesmeni myślą o Zumie, nie obchodzą ich zarzuty korupcji i gwałtu", powiedział scenarzysta Carol Patton, "obchodzi ich sam fakt, że ma on o wiele bardziej radykalne wsparcie niż Mbeki".
Radykalność - nie mówiąc już o samej klasie - jest widmem prześladującym południowoafrykańskie elity. Pieśń "zastrzel bura!" stanowi wówczas freudowski objaw powrotu stłumionego strachu.
"A co z atakowaniem farm / zabójstwami", ktoś mógłby zapytać? Czy nie są one, jak twierdzą AfriForum i Femocratic Alliance, dosłownym wprowadzeniem tej piosenki w życie?
To pytanie również maskuje swoją ideologię. Trzeba najpierw zapytać, czym jest atakowanie farm/ zabójstwa? Oba zwroty zawierają również atakowanie/zabijanie pracowników gospodarstw rolnych przez właścicieli tych gospodarstw, powinniśmy zapytać, co motywuje właścicieli farm do atakowania/zabijania pracowników? Odpowiedź na to pytanie jest bez wątpliwości wykroczeniem pierwotnego dochodzenia poza trzy słowa piosenki.
Istnieje oczywiście bardziej niejasne pytanie - to, które udowodni, że ślepi prowadzą ślepych - czy zabójstwo obelżywego zwolennika supremacji białych jak Eugene Terre'Blanche, wynika z "mowy nienawiści" innych?
Nie zmieniajmy tematu. Republika Południowej Afryki została nazwana "światową stolicą protestów". Ostatnie ataki na Kennedy Road, podczas których zginęły dwie osoby, a działacze Abahlali kryli się w bezpiecznych domach, są zapowiedzią intensyfikacji walki klas. Jak jeden z ich uczestników powiedział: "To ANC, nie inne oficjalne partie politycznej, uważa (Abahlali) za swoją prawdziwą opozycję, bo jesteśmy bliżej bólu na ziemi."
Chris Rodrigues
libcom.org
Wolne Kobiety (Mujeres Libres)
XaViER, Czw, 2010-04-08 18:48 Prawa kobiet/Feminizm | Publicystyka | Ruch anarchistycznyMujeres Libres (Wolne Kobiety), była to grupa kobiet-anarchistek, które zorganizowały się i walczyły jednocześnie o wyzwolenie kobiet i w obronie rewolucji w czasie hiszpańskiej wojny domowej 1936-39. Praca jaką wówczas wykonały jest niezwykle inspirująca. Ich przykład pokazuje, że walka przeciwko uciskowi kobiet i przeciwko kapitalizmowi może zostać połączona w jeden bój o wolność.

Jako anarchistki odrzucały jakiekolwiek przejawy odsuwania kobiet na drugorzędne pozycje w ramach ruchu wolnościowego. W latach 30. feminizm miał węższe znaczenie niż obecnie, więc był odrzucany przez nie jako teoria, która walczyła o „równość kobiet w ramach obecnego systemu przywilejów”. Przekonywały wówczas: „nie jesteśmy i nie byłyśmy feministkami. Nie walczyłyśmy przeciwko mężczyznom. Nie dążyłyśmy do zmiany męskiej dominacji na kobiecą. Wspólna praca i walka są rzeczami niezbędnymi. W przeciwnym wypadku rewolucja społeczna będzie niemożliwa. Jednakże potrzebujemy własnej organizacji, aby walczyć we własnym imieniu”.
Pisały także: „Jesteśmy świadome precedensów ustanowionych przez zarówno organizacje feministyczne, jaki partie polityczne. Nie możemy podążyć żadną z tych ścieżek. Nie wolno nam oddzielać spraw kobiet od problemów społecznych. Nie możemy jednocześnie zaprzeczyć doniosłości spraw kobiet, przekształcając je w prosty instrument jakiejkolwiek organizacji. Nawet naszej własnej wolnościowej organizacji.
Intencja, jaka przyświeca naszym działaniom jest znacznie szersza: służyć doktrynie, a nie partii. Wzmacniać kobiety, czyniąc z nie jednostki zdolne do współtworzenia struktury przyszłego społeczeństwa, jednostki, które nauczyły się samodzielności, a nie podążania ślepo za wskazaniami jakiejkolwiek organizacji”.
Mujeres Libres wypracowały dwie strategie działania: capacitacion (szkolenie) oraz captacion (włączanie, partycypacja). Tak więc, ich wczesne działania były połączeniem podnoszenia świadomości z praktykowaniem akcji bezpośrednich.
W celu wzmocnienia pomocy wzajemnej, tworzyły sieci kobiet-anarchistek. Brały udział we wspólnych spotkaniach, gdzie informowały się o przypadkach zachowań seksistowskich i wypracowały metody radzenia sobie z tym problemem. Tworzyły także centra opieki dziennej nad dziećmi, aby umożliwić kobietom aktywniejsze włączenie się w działalność związku zawodowego CNT.
Publikowały własne pismo, dystrybuowane i ogłaszane za pomocą istniejących sieci anarchistycznych. Informowały w nich o swoich działaniach. Podnoszenie świadomości było bardzo istotną kwestią. W każdym numerze publikowały artykuł o jakiejś wyjątkowej kobiecie. Zamieszczały także w teksty w innych pismach anarchistycznych. Poza tym w piśmie pojawiały się artykuły na tematy kulturalne, o edukacji, recenzje filmowe, na temat sportu. Wreszcie były także artykuły, które można było spotkać w każdym innym piśmie kobiecym – na temat opieki nad dziećmi, czy o modzie. W późniejszym okresie rozszerzyły działalność wydawniczą o książki i broszurki.
Praca propagandowa wykonywana była także za pośrednictwem audycji radiowych, obwoźnych bibliotek czy propagandowych tournee. Jedna z członkiń, Pepita, opisywała swoje doświadczenia z takich wypraw propagandowych: „Gromadziłyśmy kobiety razem i wyjaśniałyśmy im, że istnieje jasna zdefiniowana rola kobiety, która polega na tym, że kobieta nie może stracić swojej niezależności. Nie ma też żadnej sprzeczności w byciu matką i aktywistką jednocześnie. Młoda kobieta podeszła do mnie i mówi: „To bardzo interesujące, co mówicie. Nigdy niczego podobnego nie słyszałyśmy. A przecież to wszystko czułyśmy w głębi serca, ale nie uświadamiałyśmy sobie”. Które idee trafiały do nich najbardziej? Te dotyczące władzy mężczyzn nad kobietami. Zwykle wywoływało wielką wrzawę, gdy mówiłyśmy: „Nie możemy pozwolić mężczyznom sądzić, że są lepsi od kobiet, że mogą nimi rządzić”. Sądzę, że hiszpańskie kobiety czekały na to wezwanie”.
W ówczesnej Hiszpanii wiele robotnic i chłopskich kobiet nie potrafiło czytać i pisać. W odpowiedzi na ten fakt, Mujeres Libres sporządziły program nauki pisania, a także klasy techniczne oraz w zakresie humanistyki. W grudniu 1938 roku 600-800 kobiet uczęszczało na te zajęcia. We współpracy z anarchistycznymi związkami wprowadzono praktyki zawodowe dla kobiet.
Równolegle z robotą propagandową, wykonywały codzienną niezbędną pracę w celu zwycięstwa nad faszyzmem. Dostarczały pożywienie milicjom, tworzyły wspólnotowe jadłodajnie. Organizowały także pomoc dla kobiet walczących w milicjach na froncie, przeprowadzając szkolenia w zakresie posługiwania się bronią palną. Stworzyły także szkołę pielęgniarską oraz klinikę medyczną, która zajmowała się rannymi w walce
Teresina, mimo braku doświadczenia w kwestiach medycznych, została administratorką. Opowiada z dumą: „Pamiętam, że ile razy nasi ojcowie przychodzili do mnie w klinice, aby o coś poprosić, mówiłam: „Proszę, wszyscy jesteśmy tutaj równi”, a oni odpowiadali: „Rzeczywiście dokonałyście rewolucji”. Miałam niezwykłą satysfakcję z tego. Administrowałam tym wszystkim mimo braków w wykształceniu. To w co wierzyłam, robiłam w praktyce i właśnie dlatego mogę wam dziś opowiedzieć co konkretnego zrobiłam dla rewolucji”.
Rewolucja to było coś więcej niż pokonanie faszyzmu. Rewolucja to budowa nowego społeczeństwa, które troszczy się o potrzeby wszystkich. Podróżując przez Katalonię i Aragonię, członkinie Mujeres Libres pomagały tworzyć kolektywy wiejskie. Wiele kobiet, jako reprezentantki związku zawodowego CNT i federacji anarchistycznej FAI, przemawiało do chłopów namawiając ich do przyłączenia się do rewolucji.
W Barcelonie kobiety z ML prowadziły szpital położniczy, a także zorganizwoały zajęcia z opieki nad dziećmi, antykoncepcji oraz seksualności. W lutym 1938 roku w tym mieście ustanowiono Instytut Matki i Dziecka, który został nazwany imieniem słynnej francuskiej anarchistki Louise Michel.
Mujeres Libres zrealizowały w praktyce wiele istotnych aspektów anarchistycznej teorii. Po pierwsze, zdały sobie sprawę, że kolektyw jest tak mocny, jak mocne są jednostki go tworzące. W celu budowy silnego ruchu anarchistycznego, dodawały odwagi i wspierały kobiety w realizacji ich pełnego potencjału. Warto zaznaczyć, że w momencie wybuchu rewolucji, wiele członkiń Mujeres Libres miało zaledwie 13 – 14 lat. Mimo to, podobnie jak wspomniana powyżej Teresina, odkryły, że mają zdolność wzięcia na siebie wyzwania budowy nowego świata.
Po drugie, Mujeres Libres zrozumiały wagę akcji bezpośredniej i samodzielnej aktywności, zarówno w zakresie tworzenia rewolucjonistów, jak i tworzenia rewolucji. Nigdy nie czyniły sztucznego rozgraniczenia pomiędzy propagandą i organizowaniem się, pomiędzy ideą a praktyką. Ich idee tworzone były przez ich doświadczenia „w terenie”.
I wreszcie Mujeres Libres pokazały, że idee nigdy nie są wykute w kamieniu, czekające tylko na odpowiedni moment realizacji. Ich idee rozwijały się, zmieniały się i uzyskiwały szeroki wpływ.
Rewolucja to niełatwe przedsięwzięcie. W celu fundamentalnej zmiany społeczeństwa, dawne wyobrażenia na temat tego co jest naturalne i normalne muszą zostać przekroczone. Nowe rewolucjonistki i nowe rewolucyjne społeczeństwo będą rezultatem sporów i debat prowadzonych przez wielu różnych ludzi w wielu różnych miejscach: w domu, w sklepie, w knajpie.
Mujeres Libres uważały, że rewolucja to coś znacznie większego niż jednodniowe wydarzenie. To także proces, zmieniający się nieustannie, pod wpływem nowych sporów, które następnie są rozwiązywane.
Aileen O'Carroll
Tłum. XaViER
Katyń? A kto przeprosi za Irak?
Lewica Wolnosciowa, Śro, 2010-04-07 10:53 PublicystykaPrzedwczoraj ujawniono wstrząsające nagranie filmowe dokumentujące zamordowanie cywili oraz dziennikarzy w 2007 roku przez amerykańskich żołdaków.
Wczoraj generał polskiej armii tłumaczył nieudolnie i haniebnie zbrodnię wojenną swoich towarzyszy broni z US Army. Nie dziwota, że bronił. W końcu latają razem z nimi po świecie, walczą ramię w ramię w Iraku, czy Afganistanie i mają ze sobą więcej wspólnego niż ze społeczeństwem z którego pochodzą i które ich wyprawy łupieskie finansuje. Polskie żołdactwo kontynuuje tutaj “chlubne tradycje” polskiego wojska, które znane jest z wysługiwania się imperiom. Legioniści polscy robili za mięso armatnie Napoleona na Haiti walcząc ze zrewoltowanymi niewolnikami. W 1968 roku polscy najemnicy najechali “braci Czechów i Słowaków” razem z ZSRR (choć inny jego satelita - Rumunia odmówiła udziału w tej hańbie). Warto przypomnieć że w 1938 roku już raz Czechów najechaliśmy, tyle że wówczas ramię w ramię z Hitlerem. Nieco wcześniej wódz polskiej armii Rydz-Śmigły groził wojną Litwie, jeśli się nie podda jego woli i “słusznym żądaniom Najjaśniejszej Rzeczpospolitej”.
Polscy politycy i większość historyków uwielbia patrzeć na swój kraj, jak na wieczną ofiarę. Taka też “prawda” sprzedawana jest młodzieży w szkołach. Poza jednak naszym zaściankiem kraj ten wygląda, jak nielubiany przez nikogo średniej wielkości “mięśniak” szkolny, który boi się silniejszych i im się wysługuje, ale skorzysta z każdej okazji żeby dowalić słabszym, gdy tylko się odsłonią.
Dziś Wojsko Polskie czerpie pełnymi garściami z doświadczeń przodków. Tym razem w Iraku i Afganistanie pod przewodnictwem USA. Co ciekawe Napoleon, ZSRR, czy USA zawsze miały na celu określone korzyści materialne cynicznie do ich zdobycia dążąc pod przykrywką tej czy innej ideologii. Tymczasem polskie wojsko bierze udział w tych zbrodniach nawet nie z wyrachowania, ale najczęściej z czystej głupoty, ewentualnie radości znęcania się nad leżącym, powalonym wcześniej przez silniejszego sojusznika.
W tym kontekście należy odczytywać rocznicę Katynia i popularność tego tematu – jako utrwalanie tego martyrologicznego mitu. To że wielu tych samych wojskowych wcześniej wydawało rozkazy w czasie pacyfikacji wsi ukraińskich i paleniu cerkwi na wschodzie polski. Że spora część tych “oficerów bez skazy”, brała udział także w brutalnej pacyfikacji opozycji politycznej, w tym także nie tylko anarchistów, socjalistów, czy komunistów, ale nawet liberalnych demokratów. Że wojsko polskie w latach 30. utrzymywało autorytarny system polityczny rządzony silną łapą przez wojskowych z których wielu zginęło w Katyniu, odpowiedzialnych za strzelanie do chłopów i robotników podczas manifestacji i strajków. O tym się nie mówi. W państwowej propagandzie wszyscy oficerowie są zbiorową, bezbronną i niewinną ofiarą innego zbrodniarza jakim był Stalin. Wszak Polak może być wyłącznie bezbronną i niewinną ofiarą. Sam katem być nie może. To się nie mieści w polskiej wizji historii. I wszyscy powinni nas wiecznie przepraszać, a najlepiej płacić odszkodowania.
A kiedy polskie władze i polska armia przeprosi za Irak? Za współudział w spowodowaniu śmierci niemal miliona Irakijczyków? W doszczętnym zrujnowaniu kraju i cofnięciu go w rozwoju o dziesiątki lat “w imię demokracji i dobrobytu”? W ograbieniu go przez żołdactwo, najemników i koncerny z zabytków i bogactw naturalnych? Dopiero wtedy polskie władze będą miały moralne prawo domagania się zadośćuczynienia i przeprosin od innych.
Ostatnio powstała komedia o wkroczeniu polskiego wojska do Czechosłowacji w 1968 roku. Zrobili ją Polacy, ale wzięli w niej udział też i Czesi. Ponoć śmieszna i wielu chwali Czechów za dystans do swojej historii. Ja też ich za to chwalę. Choć przebywając wśród czeskich robotników jakiś czas wiem, że zwłaszcza w starszym pokoleniu jest zadra i żal do Polaków za tamten cios w plecy “od braci”. Nawet jeśli podchodzą do tego z czeskim spokojem, to moim zdaniem dla nich, na ich czeski sposób, jest to nadal głęboka, choć zrośnięta rana.
Tak więc dopóki nie powstanie polska komedia o Katyniu, ja się na Operację Dunaj nie wybiorę. Choćby polskie i czeskie elity sądziły, że “nie ma sprawy”, to ja uważam, że to poważny problem dopóki sami nie uporamy się ze swoją hańbą. Pewnie niedługo powstanie komedia o okupacji Iraku zrobiona w koprodukcji z obecnym reżimem irackim i to będzie wykorzystywane w polskiej propagandzie jako dowód na to, że “Irakijczycy nie mają już do nas żalu za 2003 rok”. Za to nasi władcy i nasi historycy mają żal wiecznotrwały do wszystkich i za wszystko. Nasza pamięć ofiary sięga daleko. Potrafimy co święta rozpamiętywać średniowieczne zbrodnie Krzyżaków oglądając film oparty na znanym czytadle drugorzędnego pisarza. Własne zbrodnie zaś wybaczamy szybko, albo wręcz w ogóle uważamy, że “nie ma sprawy”. Najlepiej traktując je z przymrużeniem oka.
W sumie przecież Czesi nieźle się bawili jak ich najeżdżaliśmy. Lepiej jak my okupujemy niż ci wstrętni sowieci. No i ponoć, jak mówili w TVP, Irakijczycy w tzw. “polskiej strefie” też byli zadowoleni że to Polacy ich okupują, a nie ci wstrętni Jankesi. Wiadomo – Polacy, numer jeden wśród okupantów, każdy by chciał być przez nich okupowany. No ale nie mamy tylu środków w budżecie, żeby uszczęśliwić “wolnością naszą i waszą” wszystkich chętnych. Muszą poczekać na swoją kolej, gdy tylko nasi silniejsi kumple wskażą kogo teraz będziemy lać po mordach i “wprowadzać demokrację”.
Doktoranci – pracownicy bez zatrudnienia
oski, Wto, 2010-04-06 22:37 Edukacja/Prawa dziecka | Gospodarka | Prawa pracownika | Publicystyka | UbóstwoDeregularyzacja świata pracy pod szyldem neoliberalizmu dotyka grupy zawodowej dotychczas uprzywilejowanej w kapitalizmie. Jednym z takich przejawów jest zmiana statusu młodych pracowników naukowych – przemiana asystenta w doktoranta, którego status na uczelni wciąż jest nie do końca jasny (ni student, ni pracownik). W kontekście zatrudnienia zmiana ta ma kolosalne skutki – i jako taka wpisuje się w ogólną walkę klasową prowadzoną przez elity finansowe przeciwko ludziom pracy.
Osoba podejmująca studia doktoranckie zostaje zobowiązana do wykowania z jednej strony pracy naukowej poprzez pisanie tekstów, udział w konferencjach, z drugiej pracy dydaktycznej. Obie prace wykonuje nieodpłatnie, czy też opłatą za jego działanie ma być dyplom, pozwalający następnie ubiegać się o niepewne zatrudnienie czy to w Akademii czy na Uniwersytecie. Odbywa więc niejako praktyki. Czteroletnie praktyki, bez składek, chociaż z ubezpieczeniem zdrowotnym, aby dostać dostęp do pewnych prac wymagających formalnego poświadczenia. Tym samym umożliwia to przeniesienie kosztów pracy na samego pracownika – pracodawca nie reprodukuje jego siły roboczej poprzez płace.
Capitalism: Love Story – najnowszy film Michael’a Moore’a
Tomasso, Wto, 2010-04-06 13:59 capitalism love story | film | kapitalizm | kino | michael moore | napisy | Publicystyka | recenzja | recenzje filmów | wolny rynek
Niedawno opublikowane zostały w internecie polskie napisy do filmu Michael’a Moore’a „Capitalism: Love Story”. Skorzystałem z tej okazji i obejrzałem najnowsze dzieło znienawidzonego przez neoliberalne środowiska reżysera. Film opiszę z podziałem na poszczególne kwestie, co będzie łatwiejsze w odbiorze.
Preambuła
Dwugodzinny film ukazuje historie mieszkańców USA, którzy zostali wyruchani przez tzw.„wolny rynek” i postanawiają walczyć o prawo do godnego życia.
Bezdomność dla zysku
Mamy tych, którzy popadli w spiralę wysokooprocentowanych kredytów (tzw. lichwa) i teraz banki przejmują ich posiadłości mieszkaniowe (zrujnowanie życia całym rodzinom staje się zyskiem). Korzystają na tym także cwaniaki kupujące od banków domy za grosze i sprzedając je dalej z ogromną przebitką cenową.
Śmierć dla zysku
Są przedstawione również przypadki osób nagle zmarłych (m.in. menadżer średniego szczebla, który umarł na raka), a pracodawca (bank) zawłaszczył pieniądze, poprzez zawarcie sekretnej polisy ubezpieczeniowej (śmierć stała się zyskiem).
Co ciekawe, korporacje stosują tą praktykę na codzień, kiedy wskazują siebie jako beneficjentów m.in. Ameby Bank zgarnął 1,5 mln dolarów. Takie firmy jak American Greetings, RR Donnelly & Sons, Procter & Gamble – wszystkie mają problem ze śmiertelnością! We wszystkich tych przypadkach śmiertelność wynosi 50% zakładanej.
Brokerzy z chciwości narzekają, że za mało pracowników umiera, w związku z czym zyski są mniejsze od spodziewanych. Korporacje, które stosują te praktyki to m.in. Bank of America, CitiBank, Wal-Mart, Winn-Dixie, Procter & Gamble, McDonnell Douglas, Hershey, Nestle, AT&T, Southwestern Bell, Ameritech, American Express… Tego rodzaju polisy dotyczą lub dotyczyły kilku milionów Amerykanów.
Aby dowiedzieć się, ile jesteś dla swojego szefa wart martwy, wejdź na stronę:
http://www.deadpeasants.biz
Piloci samolotów
Mamy także pilotów prywatnych korporacji lotniczych, którzy zarabiają nędzne grosze, żyjąc z kartek żywnościowych i pomocy społecznej. Często dorabiają na boku, czy też zapożyczają się w bankach, a niekiedy oddają swoje osocza z krwi, aby móc związać koniec z końcem. Oczywiście przekłada się to na obciążenie psychiczne oraz fizyczne, co wpływa na zwiększone ryzyko katastrofy lotniczej. Korporacje w dobie „wolnego rynku” tną koszty, oszczędzając na bezpieczeństwie pilotów i pasażerów, przerzucając koszty na barki osób dojeżdżających, oraz pozbywając się związków zawodowych.
Zysk ponad ludzi
Michael Moore przedstawia sytuację mieszkańców miasteczka Flint, w którym się urodził i wychował. To tam, korporacja General Motors, raportując zyski rzędu 4 mld dolarów, w tym samym czasie eliminowała dziesiątki tysięcy miejsc pracy. Podobne sytuacje miały miejsce tuż przed Świętami Bożego Narodzenia w 2008 roku w firmie Republic Windows & Doors w Chicago i Illinois, gdzie nagle zwolniono całą załogę należącą do związków zawodowych (ponad 250 osób). Dano im tylko trzy dni wypowiedzenia. Bank of America nie chciał dłużej kredytować spółki, więc pracownikom nie były wypłacane należne im pieniądze.
Jeden z pracowników mówi – „Nie zasługujemy na to, jak nas traktują. To naprawdę boli, bo jak powiedziałem to jest moja druga rodzina. To naprawdę boli, naprawdę. […] Sądzę, że nikt na tej planecie nie zasługuje na takie traktowanie.”
Tego typu sceny rozgrywały się na terenie całego kraju, ale nikt nie zwracał na to uwagi.
Demagodzy „wolnego rynku”, używają często argumentu, że w kapitalizmie „każdy ma wybór”, czego nie potwierdza brutalna rzeczywistość. Poznajemy beznadziejną sytuację zwolnionych pracowników, którzy nie mogą znaleźć pracy, pozostają w stanie egzystencjalnej bezczynności. Rynek okazuje się w szczególności okrutny dla osób starszych, które nie są dla rynku „elastyczne”.
Niegrzeczna młodzież procentującym kapitałem
Kapitalizm potrafi również robić porządki z niegrzeczną młodzieżą. Zamknięto państwowy dom dla młodzieży, a na jego miejsce zbudowano prywatny ośrodek „PA Child Care” za 8 milionów dolarów, po czym wydzierżawiono go za 58 mln dolarów hrabstwu. Wszyscy „winni” stawali przed sędzią Markiem Ciavarellą, który udzielał lekcję amerykańskiego kapitalizmu: „czas to pieniądz, a w zasadzie mnóstwo pieniędzy”.
Młodzi ludzie w fikcyjnych procesach, z góry byli skazywani na pobyt w prywatnym ośrodku „PA Child Care”. Kapitalizm zdeptał demokrację. Robert Powell, jeden z właścicieli ośrodka, ubił interes z sędziami Conahanem i Ciavarellą. Wskutek tego, zwiększył się wskaźnik zamknięć. Młodzież była wysyłana do nastawionej na zysk placówki. Za swoje kłopoty sędziowie otrzymali ponad 2,6 milionów dolarów łapówki, podczas gdy właściciele „PA Child Care” otrzymali dziesiątki milionów dolarów od podatników z terenu hrabstwa.
6,500 dzieci zostało niesprawiedliwie skazanych. Niektóre skazywano, nawet wobec sprzeciwu ich kuratorów. Nie dość, że PA Child Care” opłacało sędziów, aby wypełniali swoje cele, to ich pracownicy byli tymi, którzy decydowali kiedy dziecko ma dość rehabilitacji. Kiedy państwo powierzyło swoje obowiązki prywatnej firmie, młodzież w tym przypadku stała się narzędziem do zarabiania pieniędzy.
Neoliberalizm zwycięża
Michael Moore skupia się także na historycznym przełomie, a w zasadzie na Ronaldzie Reaganie, który wraz z Margaret Thatcher, byli symbolami triumfującej ideologii neoliberalizmu. Był to historyczny moment, ponieważ korporacje oraz Wall-Street zaczęły sprawować niemal całkowitą władzę.
Poznajemy Dona Regana, prezesa Merrill Lynch, (najbogatszej i największej instytucji finansowej na świecie), który objął kluczową pozycję Ministra Skarbu, a później został szefem sztabu Białego Domu. Od tego momentu wprowadzono ogromne obniżki podatków dla bogatych. Kraj wg. Moora zaczął być zarządzany jak korporacja, m.in. hurtowy demontaż infrastruktury przemysłowej. Nie miało to na celu oszczędzania pieniędzy, czy też pozostania konkurencyjnym, ponieważ przedsiębiorstwa raportowały wówczas dochody idące w miliardy. Zrobiono to dla krótkoterminowych zysków [zyski/zwolnienia] i aby zniszczyć związki zawodowe.
General Motors
Zyski = 24,1 mld dolarów
Zwolnienia = 100,000 +
AT&T
Zyski = 9,6 mld dolarów
Zwolnienia = 40,000 +
General Electric
Zyski = 20,4 mld dolarów
Zwolnienia = 100,000 +
Miliony wyrzucono z pracy, a pozostałym pracownikom kazano pracować dwa razy ciężej [wydajność pracy +45%/stawki zostały zamrożone].
Najwyższa stawka podatkowa dla najbogatszych została zmniejszona dwukrotnie. Zamiast otrzymywać godną pensję, ludzie byli zachęcani do życia na kredyt, aż zadłużenie gospodarstw domowych osiągnęło prawie 100% PKB.
Doszło do eksplozji osobistych bankructw.
Uznaliśmy za konieczne zamknięcie milionów naszych obywateli.
Sprzedaż antydepresantów wystrzeliła, podczas gdy chciwość ubezpieczalni
i firm farmaceutycznych pchała koszt opieki zdrowotnej wyżej i wyżej.
Były to oczywiście świetne wiadomości dla giełdy i amerykańskich prezesów [stosunek płacy prezesa do robotnika]
Demokracja zagrożeniem dla bogaczy
W 2005 i 2006 roku, korporacja CitiGroup napisała trzy poufne notatki dla swoich najbogatszych inwestorów, o tym jak się mają sprawy. Doszli do wniosku, że USA to już nie demokracja, a plutonomia. Plutonomia to stan, gdzie społeczeństwo jest kontrolowane przez i dla najbogatszej 1% populacji, który posiada więcej dóbr, niż pozostałe 95% ludzi na świecie. Notatka rozpływa się nad rosnącą przepaścią między bogatymi, a biednymi, nad tym jak tworzą nową arystokrację. I że właściwie nic nie może im zagrozić.
Był jeden jednak problem. CitiGroup przewidywało, że najpoważniejszym kłopotem będą społeczeństwa domagające się bardziej zrównoważonego podziału dóbr. Innymi słowy, „wieśniacy” (termin używany przez ludzi korporacyjnej władzy w stosunku do swoich pracowników), mogą się zbuntować. Ponadto ubolewali, że biedniejsi mogą nie mieć takiej siły gospodarczej, ale mają takie samo prawo głosu jak bogaci.
JEDNA OSOBA = JEDEN GŁOS. I to ich naprawdę przeraża – że nadal możemy głosować. Właściwie to mamy 99% głosów, a oni tylko 1%. Więc dlaczego 99% się na to zgadza? CitiGroup twierdzi, że to dlatego że większość wierzy, że pewnego dnia sami staną się bogaci, o ile tylko będą się starać wystarczająco mocno. Bogaci byli zadowoleni, że tylu ludzi dało się nabrać na „Amerykański sen”, podczas gdy oni nie mieli najmniejszego zamiaru się dzielić.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych
Moore sprawdza Konstytucję Stanów Zjednoczonych, w której rzekomo są krajem kapitalistycznym. Co ciekawe, nigdzie w Konstytucji nie ma słowa o „wolnym rynku”, „swobodzie działalności”, czy „kapitalizmie”. W gruncie rzeczy wszędzie jest napisane „My, ludzie”, coś o „doskonałym związku” oraz „promowaniu ogólnego dobrobytu”.
Samorządność pracownicza
Bardzo ciekawy jest temat samorządności pracowniczej. Tutaj Michael Moore pokazuje przykład Isthmus Engineering w Wisconsin. Jest to firma, gdzie konstruuje się i buduje roboty przemysłowe. Biznes wart 15 mln rocznie, lecz w tym biznesie każdy pracownik jest właścicielem firmy. Nie chodzi o gówniane akcje, lecz prawdziwą samorządność, kolektywizm i sprawiedliwe zarządzanie. W firmie panuje demokracja bezpośrednia, gdzie każdy ma prawo głosu. Nie liczą się tylko pieniądze.
Miłość z amerykańskiej demokracji pracownicy przenoszą do pracy. W firmie nie zwalnia się ludzi, tylko po to, aby podnieść wartość akcji. Nie daje podwyżek menagerom, a obcina pensje szeregowym pracownikom.
Jeden z pracowników mówi: – „Nie robimy tu takich rzeczy. Nawet nie możemy, bo od razu wszyscy by się na ciebie gapili i pytali: co on taki chciwy do cholery? To zbyt oczywiste. W końcu jest tu mnóstwo ludzi, którzy codziennie zakasują rękawy i pracują. I jeśli ktoś na górze dostawałby za ich pracę nienależne pieniądze, to byłoby to po prostu nieuczciwe”.
W Kalifornii jest również samorządnie zorganizowana fabryka chleba, w której pracownicy codziennie wypiekają tysiące bochenków chleba. Im więcej pracownicy włożą pracy, tym więcej mają udziałów w zyskach. Żadnych wielkich „ja” i małych „ty”. Wszyscy są równi. Prezes dostaje taki sam udział jak każdy inny. Pracownik liniowy zarabia ponad 65,000 dolarów rocznie, czyli trzy razy więcej niż nowy pilot w American Eagle. Tego rodzaju fabryka chleba i setki innych, podobnie zorganizowanych firm są dowodem, że ludzie nie zawsze kierują się zyskiem.
Doktor Jonas Salk
Wynalazł lek na polio i oddał go światy za darmo. Mógł wielokrotnie się wzbogacić, sprzedając swoją szczepionkę firmom farmaceutycznym, ale doszedł do wniosku, że jego talent powinien zostać użyty dla większego dobra. A przyzwoita pensja doktora i wynalazcy wystarczała mu, by wieść komfortowe życie. Na pytanie „Kto posiada patent na tą szczepionkę?”, odpowiedział „Cóż, powiedziałbym, że ludzie. Nie ma patentu. Któż patentowałby słońce?”.
Dziś natomiast najwybitniejsze umysły są wykorzystywane do czegoś innego – sektora finansowego. Nie przysługują się nauce, tylko Wall-Street. Studenci, którzy kończą prywatne studia z długiem na poziomie 100 tysięcy dolarów i więcej, stają się niewolnikami sektora finansowego, przez następne 20 lat. Zamiast przysłużyć się ogółowi, służą prywatnym korporacjom. Młodzi ludzie zmuszani są więc przez rynek do tworzenia rzeczy nie twórczych, lecz niszczących.
Derywaty
Liberalny system gospodarczy ma coś takiego jak „derywaty”, czyli skomplikowane zasady, które wymyślono specjalnie, aby ekonomiści mogli się wywinąć od odpowiedzialności.
Jak mówi Marcus Haupt, który spędził na Wall-Street 15 lat – „Powiedzmy, że jesteś rządowym prawnikiem i przychodzisz, aby ocenić, czy te rzeczy łamią prawo podatkowe, czy nie. Jeśli rozumiesz, co oni robią to najpewniej zaoferują ci pracę”.
Wall-Street stało się kasynem szaleńców, gdzie zakładają się o wszystko, nawet o nasze domy.
Countrywide
Innym przykładem jest Bob Feinberg, który pracował dla największej w kraju korporacja hipotecznej Countrywide. Mimo, że firma specjalizuje się w skandalicznie wysoko oprocentowanych kredytach udzielanym ludziom o niskich dochodach, zadaniem Boba było obsługiwanie politycznej elity.
Istniał specjalny wydział do korumpowania znajomych polityków szefa Countrywide m.in. poprzez udzielanie zniżek, rezygnacji z opłat i papierkowej roboty. Korumpowano wpływowe osoby takie jak ambasador Richard Holbrooke, Donna Shalala, ludzi z Kapitolu, regulatorów rynków finansowych, Jim Johnson (Fannie Mae), Alphonso Jackson (sekretarz Wydziału Planowania Przestrzennego), senator Conrad z Komitetu Finansów. Senacki komitet do spraw banków i mieszkalnictwa powinien obserwować rynek hipoteczny, lecz senator Dodd był przez 28 lat przewodniczącym, lecz też był przyjacielem Angela – szefa Countrywide. Otrzymał ponad milion dolarów w zniżkach od korporacji.
Bill Black
Moore żywi nadzieję, że powinniśmy mieć uczciwych regulatorów, takich jak Bill Black, który ujawnił skandal pożyczkowo-kredytowy w latach 80. Jeden z głównych bohaterów afery, Charles Keating wysłał notkę z odpowiednimi instrukcjami [dorwać i zabić Blacka].
Kryzys ekonomiczny
FBI ostrzegało, że podejrzane hipoteki stają się plagą, ale po 11 września, administracja Busha zabrała 500 białych kołnierzyków z FBI z wydziałów ścigania przestępczości, mimo że nadciągała największa fala przestępczości finansowych w historii narodu i świata. FBI twierdzi, że nawet 80% strat z lewych hipotek jest powodowany przez personel ich udzielający. Znaczy to, że to nie pożyczkobiorca przychodzący z ulicy próbuje zdefraudować oszczędności i kredyt, lecz robi to ktoś, kto kontroluje organizację np. prezes.
W filmie możemy usłyszeć o nieuniknionym kryzysie ekonomicznym, na którym wzbogacili się prezesi i dyrektorzy największych banków (m.in. Vikram Pandit z CitiGroup, Lloyd Blankfein z Goldman Sachs, Ken Lewis z Bank of America).
Pożyczka Sachsa
Henry Paulson jako Sekretarz Stanu, (kiedyś był szefem korporacji Golden Sachs), był ręką Wall Street. Wykorzystano pieniądze podatników (700 miliardów dolarów), aby ratować Goldmana i inne faworyzowane korporacje.
Pierwsze głosowanie za pożyczką zakończyło się fiaskiem (dzięki mobilizacji społecznej i wpłynięciu na polityków), ale Paulson i spółka wrócili na Kapitol i ubili z Demokratami zakulisowy interes. W parę dni Kongres zmienił poglądy o 180 stopni i dał bankom 700 miliardów, które chciały (za 263 głosy, przeciw 171).
Na co korporacje przeznaczyły pieniądze podatników? Do końca niewiadomo, ponieważ nikt z rządu nie „zatroszczył” się o kontrolę. Wiadomo że m.in. Citigroup lekką ręką wydał 50 milionów na luksusowy odrzutowiec, Goldman Sachs przeznaczył 6,8 miliona dolarów na bonusy, w AIG 73 osoby dały sobie po milionie dolarów.
Michael Moore postanowił przejechać się bankową furgonetką po bankach i odzyskać pieniądze podatników. Bez skutku ;)
Barack Obama
Obama podczas wyborów stał się głosem większości ludzi, więc stał się zagrożeniem dla stylu życia bogatych. Korporacje postanowiły go więc kupić. Zaczęli w niego rzucać pieniędzmi. Goldman Sachs stał się jego sponsorem numer jeden z datkami na kwotę niemal miliona dolarów. Przetoczyła się też kampania strachu, ostrzegająca, że Obama jest „socjalistą” (mitologiczne skojarzenia z ZSRR, dyktaturą, brakiem wolności), co jednak nie przyniosło oczekiwanych skutków.
Odzyskiwanie domów
Widzimy również sytuację, gdzie ludzie się organizują i przejmują swoje domy, z których zostali wcześniej wyrzuceni. Solidarność okazuje się najsilniejszą bronią, która powstrzymuje komornika banku oraz policję przed interwencją.
Strajk robotników we Flint – przejęcie fabryki
Sytuacja miała miejsce w 1936 roku, kiedy setki kobiet i mężczyzn przejęło fabryki General Motors we Flint na 44 dni. Byli pierwszym związkiem, który pobił przemysłową korporację. To w efekcie ich działań, powstała klasa średnia. Ale w tamtych czasach, policja oraz korporacyjne zbiry nie przyglądały się bezczynnie. Pewnego popołudnia, po krwawych walkach, gubernator Michigan, przy wsparciu prezydenta USA Franklina Roosvelta, wysłał Gwardię Narodową. Ale lufy ich karabinów nie były wycelowane w stronę robotników, lecz w stronę policji i wynajętych osiłków, ostrzegając aby zostawili pracowników w spokoju. Bo – jak twierdzi Moore – Roosvelt wierzył, że ludzie mieli prawo do wynagrodzenia ich krzywd.
Franklin Roosevelt
Prezydent – według Michaela Moore’a – powziął „radykalny” krok i zaproponował dodanie drugiej Karty Praw do konstytucji, czyli:
- bezpieczeństwo i dobrobyt wszystkim, bez względu na rasę, czy wyznanie.
- prawo do użytecznej i popłatnej pracy.
- prawo do zarobków wystarczających na jedzenie, ubrania i rekreację.
- prawo dla każdego farmera do uprawy i sprzedaży produktów za cenę zapewniającą godziwe życie.
- prawo dla każdego przedsiębiorcy, dużego i małego, do handlu w atmosferze, braku nieuczciwej konkurencji i dominacji monopoli krajowych i zagranicznych.
- prawo do przyzwoitego domu dla każdej rodziny.
- prawo do adekwatnej opieki medycznej i możliwość osiągnięcia i cieszenia się dobrym zdrowiem.
- prawo do odpowiedniej ochrony finansowej w wieku podeszłym w chorobie, po wypadku i podczas bezrobocia.
- prawo do dobrego wykształcenia.
„Wszystkie te prawa zapewnią obywatelom bezpieczeństwo. Dlatego po wygraniu wojny musimy dążyć do wdrożenia ich w życie, w celu zapewnienia obywatelom szczęścia i dostatku. Bo dopóki ludzie nie czują się bezpiecznie w domu, dopóki nie będzie pokoju na świecie.” – powiedział Franklin Roosevelt.
Roosevelt umarł rok później. Nie zobaczył końca wojny. Nie wprowadzono też jego nowej Karty Praw. Gdyby mu się to udało – uważa Moore – każdy Amerykanin, bez względu na rasę, miałby prawo do przyzwoitej pracy, pozwalającej na przeżycie pensji, powszechnej opieki medycznej, dobrego wykształcenia, niedrogiego domu, płatnego urlopu i godnej emerytury. Jednak żaden Amerykanin nie dostał takich gwarancji.
Rachunek sumienia?
„Żyjemy w najbogatszych kraju na świecie. Wszyscy zasługujemy na przyzwoitą pracę, opiekę zdrowotną, dobrą edukację i dom, który możemy nazwać własnym. Wszyscy zasługujemy na marzenia Roosevelta i zbrodnią jest to, że go nie mamy. I mieć nie będziemy tak długo, jak długo będziemy mieli system wzbogacający kilku kosztem wielu. Kapitalizm jest złem, a zła nie da się uregulować. Trzeba je wyeliminować i zastąpić czymś, co jest dobre dla wszystkich. A tym czymś jest demokracja.” – twierdzi Michael Moore.
Cytaty
„Naprawdę uważam, że środowiska bankowe są bardziej niebezpieczne, niż stojące wojska” – Thomas Jefferson, 1816.
„Dobro zmonopolizowane lub w posiadaniu niewielu to przekleństwo ludzkości” – John Adams, 1765
„Żaden człowiek nie powinien posiadać więcej niż potrzebne do życia; reszta powinna należeć do państwa” – Benjamin Franklin.
„To jest wojna klas i moja klasa wygrywa, choć nie powinna” – Warren Buffett, najbogatszy człowiek świata roku 2007.
Czas na trochę krytyki wobec filmu…
Oczywiście, w filmie „Capitalism: Love Story” można znaleźć sprzeczności takie jak:
• krytykowanie kapitalizmu, a zarazem zachowywanie wiary w to, że system ekonomiczny funkcjonowałby lepiej np. gdyby banki udzielały pożyczek odpowiednim ludziom.
• przedstawianie samorządności, demokracji bezpośredniej, ale jednocześnie zachowanie utopijnej wiary w świat polityków, którzy mogą realizować socjalne cele. Można odnieść wrażenie, że potencjał zorganizowanej siły społecznej, powinien być wykorzystany do celów politycznych.
• brak krytyki funkcjonowania samorządnych fabryk na ramach kapitalistycznych zasad.
Moore również nie zauważa, że po II Wojnie Światowej, nastały „złote czasy”, czyli konsensus między światem biznesu, a światem pracy, co przyczyniło się do poszanowania wielu wspomnianych przez Roosevelta praw. Jednak od lat 70 były one systematycznie rozmontowywane, dzięki zdobywającej coraz większą popularność ideologii neoliberalnej Miltona Friedmana.
Moore także idealizuje, jeśli chodzi o Europę i Japonię. Tak jak z filmie „Sicko”, gdzie bezkrytycznie podszedł do służby zdrowia w Wielkiej Brytanii, Kubie czy Kanadzie, tak i tutaj idealizuje „konstytucję”, która z praktyką ma niewiele wspólnego. Wspomina m.in. o włoskiej konstytucji, która gwarantuje kobietom równe prawa – tylko, że mówi o tym, że owe gwarancje są ładnym sloganem tylko na papierze, co ukazuje w latach 60 proces walk kobiet o równouprawnienie i wolność (m.in. przedstawione jest to w filmie „My też chcemy róż”, który można pobrać na AlterKino.org).
Reżyser zachwyca się także tym, że niemiecka konstytucja stwierdzała, że rząd ma prawo przejąć prywatną własność i moce produkcyjne dla wspólnego dobra. Ale co z tego, że stwierdzała? Jest to jedynie pusty zapis, tak jak każda konstytucja krajów tzw. ”demokracji kapitalistycznych”, gdzie oficjalnie obywatele mają prawo do godnego życia, bezpłatnej edukacji i służby zdrowia – ale w brutalnej rzeczywistości gospodarek nastawionych na rywalizację i zysk, prawa te nie są w żaden sposób respektowane.
Moore również powinien zdać sobie sprawę, że w latach powojennych ruch robotniczy jak i polityczna lewica, były bardzo silne, więc przyznawanie pewnych praw przez elity polityczne i biznesowe, nie było czymś dobrowolnym, lecz polityczną taktyką, której celem było złagodzenie radykalizmu ruchu pracowniczego. Moore mógłby sobie więc darować melodramatyzowanie, w kontekście „marzeń” Roosevelta, czy też szlachetnych konstytucji innych narodów, którym niby zależało na dobru ogółu. No, ale czego wymagać od zwolennika socjaldemokracji (w tym sympatyka Baracka Obamy), który posunie się do pewnych nadinterpretacji?
Nawet taki państwowy socjalista jak Michael Moore’a, mówiąc o takich kwestiach jak prawo do godnego życia, redystrybucja dochodów, dla wielu liberałów jest „radykalnym lewakiem”! Nie wspominając o tym, że ten tzw. ”radykalny lewak” to również milioner z ich paczki, który zarobił w chuj kasy na swoich filmach i pławi się teraz w luksusach. Czy i on chociażby zastosował wobec siebie „redystrybucję dochodów”?
Chcesz obejrzeć film?
Dokument “Capitalism: Love Story” wraz z polskimi napisami jest do ściągnięcia ze strony AlterKino.org:
http://alterkino.org/capitalism-a-love-story
Wpis: Capitalism: Love Story – najnowszy film Michael’a Moore’a pochodzi ze strony: Tomasso.pl
20 rocznica bitwy o Trafalgar Square
XaViER, Czw, 2010-04-01 20:16 PublicystykaWczoraj Londyn wspominał wydarzenia sprzed 20 lat na Trafalgar Square. Doszło wówczas do największych zamieszek w tym mieście od dziesięcioleci.
200 tysięcy ludzi protestowało przeciwko barbarzyńskiemu podatkowi pogłównemu, forsowanemu wówczas przez heroinę agresywnego neoliberalizmu Margaret Thatcher. Pogłówne zmieniało sposób opodatkowania na rzecz samorządów lokalnych. Dotychczas wysokość podatku lokalnego uzależniona była od wartości zamieszkiwanego domu, co naturalnie uderzało w bogatych. Thatcher ze swoim gangiem, postanowiła ulżyć ciężkiej doli bogaczy i uzależnić wysokość podatku od liczby osób zamieszkujących dom, co było atakiem na biednych i średnio zamożnych Brytyjczyków. Ci podjęli rękawicę i stawili się 31 marca 1990 roku na w centrum Londynu, by stawić temu opór.
Poniżej zamieszczam dokument, który relacjonując wydarzenia minuta po minucie ujawnia rolę policji w wywołaniu zamieszek. Policja prowokowała maszerujących od samego początku. W pewnym momencie policjanci odcięli część demonstrantów od reszty w pobliżu Downing Street, gdzie mieści się rezydencja premiera. Wywołało to wzburzenie ludzi oddzielonych od siebie. Policjanci zaczęli atakować coraz bardziej agresywnie. “Wozy policyjne jeździły w tłumie niczym łodzie po morzu” – wspomina w filmie jeden ze świadków. Wreszcie policyjny oddział konny zaczął szarżować w tłum, tratując ludzi. Szarża ta nie miała żadnych podstaw i łamała nawet wewnętrzne regulacje policji, które ściśle określają w jakim przypadku może zostać użyta konnica.
Wydarzenia te dowodzą, że jeśli policja chce, może rozbić każdy, nawet najbardziej pokojowy i “kolorowy” protest. Wszystko zależy od zapotrzebowania politycznego aktualnego rządu. Władze postanowiły sprowokować zamieszki, więc policja zadanie wykonała.
Doświadczenie pokazuje, że im bardziej pokojowo nastawieni są ludzie, tym policja jest agresywniejsza i zuchwała w ataku. Jeśli tłum jest taktycznie przygotowany do walk ulicznych, politycy oraz policja wolą często nie prowokować, ponieważ ewentualne straty polityczne i finansowe mogą przerosnąć zyski. Nawet jeśli w tym przypadku dojdzie do zamieszek, wtedy, jeśli tłum jest przygotowany do odparcia ataku, walki są prowadzone w większym stopniu pod kontrolą demonstrantów, a ci nie są wówczas zdani na łaskę i dobry humor policji. Stąd rozwinęła się taktyka czarnego bloku w drugiej połowie lat 90. i później. Czarny blok nie tyle miał wywoływać zamieszki, co dawać jasny sygnał policji – z nami nie będzie już tak łatwo, więc lepiej zastanówcie się czy wam się to opłaca.
Podczas jednej z demonstracji przeciwko G8 w pierwszej połowie obecnego dziesięciolecia, wydarzyła się historia świadcząca o niezbędności własnych oddziałów obronnych. Gdy pokojowi demonstranci rozchodzili się, także z dziećmi oraz starsi ludzie, policja ni stąd ni z owąd zaatakowała ich gazem łzawiącym. Wtedy pojawiła się niewielka grupa czarnego bloku, która wyskoczyła z uliczki obok i odcięła policję od pokojowych demonstrantów i wzięła atak na siebie dając przy tym ostro popalić gliniarzom, tak aby “pokojowi” mogli spokojnie się w tym czasie wycofać. Świadczyło to o wielkim poczuciu odpowiedzialności za innych oraz taktycznym zmyśle tych ludzi. Pamiętne są także słynne wyczyny Włochów z grupy YaBasta, zawsze dla odmiany ubranych na biało i zawsze znakomicie i pomysłowo przygotowanych do walki. Obecność nawet niewielkiej grupy tych ludzi musiał śnić się w koszmarach każdego policyjnego dowódcy.
Tłum musi być inteligentny i przygotowany do walki. Co nie znaczy że musi zawsze używać siły. Chodzi o to, żeby używać siły na naszych warunkach, kiedy my tego chcemy, a nie kiedy jest to na rękę policji i rządzącym.
A teraz zapraszam do oglądania i wyciągania własnych wniosków.
Nikt nie jest zapominany! Berlin-demostracja upamiętniająca 10. rocznicę śmierci Dietera Eicha
Czytelnik CIA, Śro, 2010-03-31 20:14 PublicystykaNikt nie jest zapominany!
Maj 2010 – akcje upamietniające śmierć Dietera Eicha w dziesiątą rocznicę jego zabójstwa w Berlinie.
Twarze i imiona zamiast białych plam
Według oficjamnych danych od momentu zjednoczenia Berlina 12 osób zmarło w wyniku neonazistowskich ataków. Wspomnienie o zamordowanych przez neonazistów blednie z czasem i jednocześnie zanika pamięć o tych wydarzeniach. W związku z tym naszym zadaniem jest przypominieć imiona i twarze tych ludzi, aby oni, ich mordercy i wymiar ideologii narodowosocjalistycznej nie został zapominany. W tym celu organizowane są w Berlinie od początku lat 90'tych demonstracje ku pamięci Silvio Meiera, jak również te od 2005 w Dortmundzie upamiętniające Thomasa Schulza. Rodzaj akcji upamietniających jest dla nas sprawą drugorzędną, najważniejsze, żeby się odbywały.
Od 3 lat organizowane są w Berlinie akcje ku pamięci Dietera Eicha. Na 25. maja 2010 przypada dziesiąta rocznica jego smierci. Z tej okazji chcemy naświetlić okoliczności i tło społeczne tego wydarzenia.
Eich żył z zasiłku i mieszkał w bloku z wielkiej płyty na jednym z osiedli na północno-wschodnich przedmieściach Berlina w dzielnicy Buch. W nocy z 24. na 25 mają grupa pijanych neonazistów, którzy mieszkali w tym samym bloku, postanowiła 'oklepać tego aspołecznego typa'. Wtargnęli do mieszkania Dietera Eicha, brutalnie go pobili, po czym uciekli. Za jakiś czas wrócili i zadali mu kilka śmiertelnych ciosów nożem. Zabili go, żeby nie mógł złożyć doniesienia na policji. Dieter Eich zmarł w swoim mieszkaniu w wyniku wykrwawienia.
Tło ideologiczne
Dieter Eich zginął poniewż w oczch jego zabójców był 'pasożytem społecznym'. Motywem tym mordercy Eicha nawiązuja do tradycji masowych zabójstw żebraków, bezrobotnych i tułaczy w czasch narodowego socjalizmu. W kwietniu i czerwcu 1938 roku, podczas kampanii "Arbeitsscheu Reich", ponad 10.000 ludzi zostało wywiezionych do obozów koncentracyjnych jako 'jednostki aspołeczne', które nie chcialy pracować. Ciągłośc pomiędzy tamtymi czasami, a dniem dzisiejszym, jest oczywista. Hasło „Kto nie pracuje, jest bezwartościowy” jest używane przez prawie wszystkie wladze dzisiejszego społeczenstwa. Pod tym względem mordercy dietera Eicha nie różnia się zbytnio od politycznego mainstream'u. Różnica pomiędzy porządnymi obywatelami, państwem, gospodarką i mediami a neonazistami jest tylko taka, że w tych pierwszych kręgach nie wypada dźgać nożem 'pasożyta społecznego.'*
Nawet ta garstka ludzi, którzy są zadowoleni z warunków, w których pracują, przedkłada urlop ponad nadgodziny. Nie zmienia to jednak faktu, że pogardzają oni ludźmi, którzy nie mogą, bądź nie chcą pracować. Czy można to zrozumieć inaczej niż uległe podziękowanie za służalczą pracę, za codzienną harówkę? Podziękowanie za te marne warunki, w których żyjemy!
Dyskryminacja ludzi, którzy nie pracują, nie wynika tylko z międzyludzkiej zawiści, lecz jest również sankcjonowana odgórnie przez władze. Państwo ustanawia prawa, które mają na celu zmuszenie obywateli do większej wydajności oraz podżegają konflikt między ludźmi pracującymi, a bezrobotnymi.Podtrzymywanie tego konfliktu jest dla państwa szczególnie ważne, gdyż w przeciwnym wypadku mogłoby dojsć do zjednoczenia tych dwóch grup przeciwko władzy.
W kwestii pracy tak społeczeństwo, jak i władze, wykazują się pewną dwulicowością, która zezwala na wyśmiewanie bezrobotnych, a z drugiej strony gotowa jest okazać współczucie, gdy kolejny 'pasożyt społeczny' padnie ofiarą ataku. Oby udusili się swoimi kłamstwami!
Ten, kto stwarza podstawy społeczeństwa, w którym wartość człowieka mierzona jest tylko jego pracą, nie pownien się dziwić kiedy prawicowe bojówki czują , że ich czyny są w pełni usprawiedliwione.
Maj 2010 – Nie odwracaj wzroku! Działaj!
10 lat po zabójstwie Dietera Eicha chcemy upamiętnić to tragiczne wydarzenie różnymi akcjami oraz wyraźnie nakreślić tło społeczne takich zdarzeń. Poza tym chcemy się skoncentrować na berlińskiej dzielnicy Buch i zaznaczyć tam naszą obecność. Ciągła obecność oraz aktywność prawicowych idei w tej dzielnicy stwarza potrzebę połączenia wspomnień o ofiarach prawicowej przemocy z codzienną, aktywną walką z neonazistami.
23 maj 2010 | Demonstracja | Berlin-Buch
Przyjdź na demonstrację antyfaszystowską! Organizuj akcje!
North East Antifascists [NEA] Berlin
Więcej informacji:
web:
http://www.niemand-ist-vergessen.de/
http://www.nea.antifa.de/
mail:
nea@riseup.net
__
* W Niemczech istnieje system zabezpieczenia socjalnego, który zapewnia osobom bezrobotnym zasiłek, tzw. Harzt IV, pokrywający ich koszty utrzymania. Z reguły pokrywa on koszty czynszu i opłat licznikowych (prąd, gaz, woda) małego mieszkania oraz gwarantuje dodatkowo małą sumę, która wystarcza akurat „aby przeżyć”. W celu uzyskania tego zasiłku trzeba złożyc specjalny wniosek i spełniać określone warunki np. jeśli osoba otrzymująca pomoc nie szuka nowej pracy, suma zasiłku zostaje zmniejszona. Aktywni zawodowo obywatele przeważnie pogaradzają ludźmi korzystającymi z pomocy socjalnej określając ich jako pasożytów społecznych lub nawet jawnie ich dyskryminując. Poza tym osoby żyjące z zasiłku są znacząco wykluczone z życia kulturalnego, jak również ich możliwości kształcenia się są ograniczone, gdyż nie stać ich na dodatkowe koszty jak kino, książki, podręczniki.
Dlaczego w Wenezueli trwa walka ludu?
czerwony dres, Śro, 2010-03-31 01:55 Świat | Publicystyka | Tacy są politycy
Tłumaczenie z angielskiego za libcom.org, tekst ukazał się po kastylijsku na stronie El libertario
Dla tych, którzy dziwią się generalnemu pogorszeniu warunków w Wenezueli i wzrostowi nasilenia walki klas ludowych (2893 demonstracji ulicznych od października 2008 do września 2009, w porównaniu z 1763 w tym samym okresie w latach 2007-2008), zarówno jeśli są nieświadomi sytuacji tutaj będąc za granicą, jak i jeśli zawsze akceptują oficjalną wersję wydarzeń – objaśniamy poniżej niektóre czynniki, które powodują tutejsze konflikty społeczne.
Większość statystyk może być zweryfikowana w Informe Provea 2008-09 (roczny raport wenezuelskiego NGO-su – ten i inne przypisy w tekście głównym pochodzą od tłumacza z kastylijskiego na angielski), gdzie podane są oryginalne źródła. Reszta danych pochodzi z prasy lokalnej i jest łatwa do sprawdzenia w sieci.
I.
Spadek upraw żywności jest widoczny we wzroście wartości importu sektora rolno-spożywczego, z 1,6 mld USD w 1999 r. do 7,4 mld dolarów w 2008 roku. W ubiegłym roku, rząd był zmuszony do zakupu za granicą około 57,9 proc. środków spożywczych niezbędnych do jego programów pomocowych. Koszt importowanej żywności na jednego mieszkańca rocznie wzrósł z 75 w 1990 do 267 dolarów obecnie.
Jednak chodzi o coś więcej, niż wyłącznie to, że nasze wyżywienie stało się zależne od zagranicy. Cierpimy z powodu stałej inflacji cen jedzenia: 46,7 proc. w 2008 r. i ponad 36 proc. w 2009 roku. Ta gwałtowny wzrost cen nie jest rekompensowany, ani przez zwiększenie nominalnej płacy minimalnej, ani przez dystrybucję dotowanej żywności przez państwową sieć sklepów Mercal, która obecnie znajduje się w stanie agonii ze względu niedofinansowanie i korupcję.
Biorąc powyższe pod uwagę, ostatnia dewaluacja waluty wpłynie na naszą codzienną dietę w sposób natychmiastowy i przykry. Rządowy plan opierał się na poleganiu na zdolności państwa jako nabywcy, zamiast na rozwoju produkcji – to norma stosowana od kiedy Wenezuela jest państwem klientelizmu naftowego. Walczmy o to, żeby osoby na dole drabiny społecznej nie ponosiły kosztów błędów, krótkowzroczności i korupcji osób u władzy!
II.
Mimo że, od momentu gdy obecny rząd doszedł do władzy, więcej pieniędzy wpłynęło do kraju niż w jakimkolwiek innym momencie jego historii, trwające ubóstwo i wykluczenie dużych kategorii społeczeństwa wenezuelskiego doprowadziło do gwałtownego wzrostu miejskiej przemocy. W 1998 r. było około 4550 zabójstw, w 2008 r. 14 568. Patrząc z innej strony, populacja wzrosła o 19,1 proc. w tym okresie, natomiast liczba zabójstw o 320,1 proc.
Jest powszechnie wiadome, że zarówno Bolibourgeoisie* i grube ryby z rządu i partii PSUV mogą liczyć na dowolną liczbę ochroniarzy (opłacanych przez państwo), aby się czuć się bezpiecznie, podczas gdy reszta z nas musi barykadować się w domach, by nie stać się kolejną ofiarą przestępców lub policji. W odniesieniu do tej ostatniej, oto kilka złowrogich liczb: w 2008 r. było 205 zabójstw, które można przypisać państwowym służbom (2/3 poprzez egzekucje), podczas gdy marna wymówka "opierania się władzy" została przypisana 1820 zgonom.
III.
Ci, którzy rządzą Wenezuelą od 11 lat przebili się nie tylko dzięki pieniądzom, ale także dzięki biegunce słownej, zwłaszcza mówiąc o swej miłości do ludu. Jednak byli całkowicie egocentryczni, gdy przyszło zatroszczyć się o podstawowy problem społeczny jakim jest mieszkalnictwo. Od 1999-2008, zaledwie 300 939 domów zostało zbudowanych w sektorze publicznym i prywatnym. To jest zupełnie niewystarczająca liczba, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że nawet według państwowych danych, deficyt mieszkań wynosi ok. 3 mln mieszkań, co - w tym samym okresie - wymagałoby budowy tych 300 000 mieszkań każdego roku.
To, o co troszczyli się szefowie „pięknej rewolucji”, to własna potrzeba modnego mieszkalnictwa. Prawda jest rzuca się w oczy - mieszkają oni teraz w luksusowych kamienicach i penthouse'ach, ciesząc się wszystkimi zaletami przedmieść wenezuelskich metropolii. Taki przykład ze strony zwierzchników sprawia, że nie jest niczym dziwnym tak duży odsetek skarg o korupcję dotyczących biurokratów średniego i niższego szczebla, odpowiedzialnych za zaspokajanie ludu w jego potrzebie posiadania własnego, godnego schronienia.
Ten stan rzeczy przyczynił się do wzrostu skali protestów: od października 2007 do września 2008 wokół kwestii mieszkaniowych odbyło się 457 demonstracji, wzrastając do 588 w okresie od października 2008 r. do września 2009 roku. Rzekomo „ludowy, rewolucyjny rząd” odpowiedział kryminalizacją tych akcji, nawet uciekając się do kar więzienia ze zwolnieniami warunkowymi (58 osób zostało uwięzionych w tym czasie, w tym 23 wciąż są zobligowane do pojawiania się na posterunkach policji w regularnych odstępach czasu), a nawet gorszych represji zbrojnych (68 osób zostało rannych i 1 zabita przez władzę).
IV.
Karuzela nowych szefów obraca się na naszych oczach – z każdym kolejnym obiecującym góry zasobów i wspaniałych projektów – a jednak nasza służba zdrowia kontynuuje jak najbardziej realny upadek.
Wyraźnie to widać w każdej półprzyzwoitej analizie tego sektora, pomimo wysiłków różnych podmiotów publicznych, by zaprzeczyć i zaciemnić informacje, które zobowiązane są one podawać, jak również prób dyskredytowania tych, którzy odchodzą od linii wypluwanej przez oficjalną propagandę.
Jednak prawda jest uporczywa, tak jak rząd grożący - słowami ministra Tareka El Aissami 16 grudnia 2008 - "umieszczeniem buta w twarzach tych kłamców", którzy opublikowali raport dokumentujący poważny kryzys w słynnej Misión Barrio Adentro [program społeczny stawiania przychodni w biednych obszarach miejskich – tłum.]. Później musiał on uznać - za pośrednictwem samego prezydenta 20 września 2009 – że na łączną liczbę 3478 klinik, około 2000 nie ma personelu medycznego. Nie wspominając nawet o jakichkolwiek innych poważnych problemach, takich jak ten, że tylko 4 proc. z pieniędzy zainwestowanych w celu zakupu nowego sprzętu dla lecznic może być udokumentowane rachunkami.
Pomimo to rządowe rozwiązania tej żałosnej sytuacji są chyba nawet bardziej alarmujące. Dla przykładu monopol na ubezpieczenia medyczne dla pracownic i pracowników sektora publicznego ma być przekazany firmie prowadzonej przez nikogo innego, lecz przez pożałowania godną osobę - Orlando Castro (niegdyś kubański castrysta, później, w trakcie kryzysu w latach 80 w Wenezueli, nieuczciwy bankier i cwaniak – tłum.) Wobec takiego rozwoju wypadków wybór jest jasny: albo się zbuntujemy albo nas zniszczą!
V.
Jeśli jakikolwiek problem odsłania farsę 11 lat samozwańczej rewolucji, to ogromna liczba problemów, które rozpalają klasę pracującą. Dane są zaciemniane i stosuje się zwodnicze sztuczki związane z zatrudnieniem czasowym (jak w Misiones, spółdzielniach i „socjalistycznych przedsiębiorstwach”), ale najbardziej wiarygodni ekonomiści wskazują, że właściwa stopa bezrobocia wyniosła 12 proc. pod koniec 2009 roku, (oficjalne dane mówią o 8 proc.). Pośród pracujących natomiast 44.9 proc. jest w szarej strefie, z wszystkimi wadami jakie to ze sobą niesie.
Dodatkowo od 2009 dochody były niższe niż poziom niezbędny do przeżycia, nie pokrywając nawet zasadniczych elementów zawartych w Canasta Básica („koszyk podstawowy” - państwowy rachunek kosztów kluczowych produktów żywnościowych na gospodarstwo domowe – tłum.) Taki rozwój wypadków, którego doświadczamy w naszym codziennym życiu jest teraz nawet potwierdzany w oficjalnych statystkach. Te uciążliwości stały się nawet jeszcze bardziej bolesne przez makrodewaluację w styczniu 2009, która zaowocowała obaleniem mitu, że mamy najwyższe płace minimalne w Ameryce Łacińskiej.
Te kwestie - i wiele więcej - spowodowały bezprecedensowy wybuch niezadowolenia wymierzonego w rząd w ruchu robotniczym. W okresie od października 2008 do września 2009 r. odnotowano 983 aktów protestu pracowników, w około 80 proc. będących dziełem pracowników państwowych. Rząd zareagował oszczerstwami i kryminalizacją ruchu, używając przemocy wobec 43 protestów i powodując obrażenia u ponad 100 osób i śmierć jednego pracownika - w stanie Anzoátegui 20 stycznia 2009. I nie zapominajmy, oczywiście, że 33 pracowników i pracownic było przedmiotem postępowań sądowych w sprawie ich udziału w tych akcjach.
VI.
Według danych dostarczonych przez Venezolano Observatorio de Prisione w 2009 roku w więzieniach krajowych było 366 ofiar śmiertelnych i 635 rannych. Podczas 11 lat chavizmu odnotowano 4030 zgonów w więzieniach i 12036 rannych, w większości spowodowanych przez broń palną. Liczby te dają więzieniom Rewolucji Boliwariańskiej pozycję wśród najkrwawszych na świecie
Brutalne zabójstwa są ułatwiane w dużym stopniu przez handel bronią, który pośród innych "towarów", prowadzony jest wewnątrz więzień przez mafie, pod przewodnictwem żołnierzy z Gwardii Narodowej, a także funkcjonariuszy Narodowej Dyrekcji Służby Więziennej w Ministerstwie Władzy Ludowej ds. Wewnętrznych i Sprawiedliwości. Ten brudny przemysł rozwijał się dzięki obojętności, niezdolności i / lub współdziałaniu 17 różnych dyrektorów, którzy zajmowali stanowiska od 1999 roku.
Przykład tego szczególnego rodzaju biurokratów możemy znaleźć w obecnej dyrektor, która po masakrze w więzieniu La Planta w Caracas w styczniu 2010 r. - jej żniwo to 10 więźniów zabitych i 19 rannych - cynicznie i bezczelnie powiązała tę przemoc z podobieństwem więzienia i rodziny. W więzieniu, jak stwierdziła, tak jak w rodzinie, istnieją problemy między jej członkami, co może powodować konflikty. Co gorsza, następnie obwiniła o przemyt broni bliskich krewnych więźniów i ich gości. (…)
* gra słów oznaczająca „Boliwariańską Burżuazję”. Odnosi się ona do faktu, że reżim Chaveza wszystko co uważa za dobre nazywa boliwariańskim, od nazwiska Simóna José Antonio de la Santísima Trinidad Bolívar y Palaciosa, bohatera walk o wyzwolenie Ameryki spod panowania hiszpańskiego.
Kronika histerii (Der Spiegel)
atmosfera_techniczna, Pon, 2010-03-29 18:02 Świat | Publicystyka | TechnikaŚwińska grypa sprawiła, że świat niemal na cały rok wstrzymał oddech
Gigantyczna kampania zachęcająca do szczepień miała zagrodzić jej wstęp. Potem zaś okazało się, że śmiercionośne rzekomo wirusy były tylko dość niewinnymi zarazkami. Jak mogło dojść do tak przesadnej reakcji?
Z początku widoki dla Edgara nie były pomyślne. Pięciolatek był rozpalony gorączką, nie mógł nic jeść, paliło go w gardle, bolało całe ciało. Mieszkańcy meksykańskiej wioski La Gloria bardzo szybko zaczęli podejrzewać, że wszystkiemu winne są świnie. To przekleństwo, o tym byli od dawna przekonani. W samym tylko pobliskim miasteczku Perote hodowano pół miliona tych zwierząt. Wiatr stale niósł stamtąd odór do leżących w okolicy wiosek. Nic dziwnego, że Edgar Hernández dostał gorączki.
Ale potem, po zaledwie czterech dniach, malec zwalczył chorobę – zniknęła ona tak samo nagle, jak się pojawiła. Musiała być to grypa, nic innego. Wkrótce w La Gloria nikt już o tym nie mówił.
Dopiero wiele tygodni później laboratorium w Kanadzie zbadało wymaz śluzówki chłopca, a wynik sprawił, że mały Meksykanin stał się sławny na całym świecie. Okazało się, że nie chorował na zwykłą grypę, lecz zaraził się nieznanym dotychczas wirusem świńskiej grypy. Przeszedł do historii jako "nino cero", pierwszy człowiek, który padł ofiarą nowej zarazy.
Infekcja meksykańskiego chłopca nie pozostawiła większych szkód w jego organizmie – podobnie jak u większości z milionów ludzi na całym świecie, jacy zarazili się nią w kolejnych miesiącach. Na nowego wirusa nikt więc nie zwróciłby zapewne większej uwagi, gdyby nie istniała nowoczesna medycyna molekularna z jej analizami genetycznymi, testami na przeciwciała i laboratoriami referencyjnymi. Świńska grypa opanowałaby świat, choć nie zauważyłby tego żaden z lekarzy.
Stało się jednak inaczej. Bo jest już ona – medycyna high tech i jest przemysł szczepionek. Ebola, SARS, ptasia grypa – epidemiolodzy, media, lekarze i lobby farmaceutyczne regularnie obwieszczają swoje katastroficzne scenariusze, przygotowując ludzi na niebezpieczeństwo pojawienia się całkiem nowych chorób zakaźnych.
A żadnej z nich nie poświęcono jak dotąd więcej uwagi niż właśnie grypie. W ponad 130 laboratoriach w 102 krajach świata badacze tropią nowe zarazki wywołujące to schorzenie. Zależą od tego ich kariery, przyszłość wielu instytucji oraz ogromne sumy pieniędzy. – Czasami wydaje mi się, że wszyscy niemal tęsknią za nową pandemią – konstatuje specjalista od grypy Tom Jefferson z międzynarodowej organizacji non-profit Cochrane Collaboration. – Wszystko, czego potrzeba obecnie, by uruchomić taki proces, to jeden mały zmutowany wirus.
No i wreszcie się pojawił i cała maszyneria została wprawiona w ruch. Naukowcy zabrali się do rozszyfrowywania tajników jego budowy molekularnej, a przemysł farmaceutyczny zaczął kombinować nad szczepionką. Władze zaś snuły katastroficzne prognozy. Jedną tylko rzecz zignorowali wszyscy: fakt, że nowy wirus był tak naprawdę dość łagodny. Jak więc mogło się zdarzyć to wszystko, co miało miejsce potem?
24 kwietnia 2009, centrala WHO w Genewie. Krótko po północy Keiji Fukuda, specjalista od grypy ze Światowej Organizacji Zdrowia odebrał telefon, który stał się impulsem uruchamiającym skomplikowaną maszynerię. Dzwoniła Nancy Cox z Atlanty, główna ekspertka od grypy z amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom CDC. Oboje dobrze się znali, wspólnie walczyli niegdyś z azjatycką ptasią grypą. Doskonale pamiętali pojawienie się w Hongkongu tamtego agresywnego wirusa, gdy umierała co trzecia zarażona nim osoba. Strach, że taki wirus mógłby na stałe stać się zagrożeniem dla człowieka, do dziś jeszcze powoduje u Fukudy mrowienie w kościach.
Dlatego właśnie było dla niego całkowicie jasne, co może oznaczać ów telefon: początek nowej, pustoszącej świat pandemii. Umrzeć może od 2 do 7,4 miliona ludzi – brzmiała prognoza WHO – zakładając stosunkowo łagodny przebieg choroby. Gdyby jednak nowy wirus okazał się równie agresywny jak ten, który w 1918 roku wywołał słynną hiszpankę, ofiarą mogłoby paść nawet kilkadziesiąt milionów.
– Pierwszą moją myślą było: teraz musimy szybko działać – wspomina Fukuda. Natychmiast zadzwonił do dyrektor generalnej WHO Margaret Chan, również weteranki walk na froncie ptasiej grypy. (…)
Aby uzyskać najbardziej miarodajną ocenę zagrożenia, szefowa WHO zwołała Emergency Committee, grupę piętnastu starannie dobranych ekspertów z całego świata, na pierwszą telekonferencję. – Na tym wczesnym etapie mieliśmy jeszcze zbyt mało informacji – opowiada Australijczyk John Mackenzie, przewodniczący komitetu. – Ale to, co już wiedzieliśmy, brzmiało alarmująco.
Czy to znaczy, że możliwość, iż pandemia będzie miała bardzo łagodny przebieg, nie była w ogóle brana pod uwagę? W każdym razie bagatelizowanie problemu nie było wskazane. WHO, podejmując decyzje, za punkt wyjścia obiera najgorszy scenariusz. – Woleliśmy raczej przecenić zagrożenie, niż go nie doceniać – mówi Fukuda. (…)
To jednak przede wszystkim przerażający obraz ptasiej grypy zniekształcił spojrzenie badaczy. W ich głowach utrwaliła się wizja wysoce agresywnego wirusa, który gdy już zacznie się rozprzestrzeniać, nieuchronnie prowadzi do katastrofy. Do podsycania lęku przyczyniały się również media. (…)
Przemysł farmaceutyczny zaś umiejętnie podtrzymywał owe obawy. Specjalnie w tym celu producenci środków przeciwgrypowych i szczepionek stworzyli własne stowarzyszenie naukowe European Scientific Working Group on Influenza, które organizowało regularnie kongresy i spotkania z ekspertami. Na czele tego lobby stoi Albert Osterhaus z Erasmus Medical Center w Rotterdamie, który jest jednocześnie jednym z najbardziej wpływowych doradców w dziedzinie szczepionek przeciwko grypie w Światowej Organizacji Zdrowia. (…)
27 kwietnia 2009 WHO ogłasza czwarty stopień zagrożenia pandemią. Oznacza to, że co najmniej w jednym kraju wirus przechodzi z człowieka na człowieka. Dwa dni później WHO podnosi stopień zagrożenia do piątego – szósty, ostatni, to już pandemia. Badacze grypy są w euforii.. – Dla nas wirusologów pandemia to jak dla astronomów zaćmienie Słońca, które można obserwować we własnym kraju – stwierdza Markus Eickmann, szef laboratorium o najwyższym stopniu bezpieczeństwa biologicznego BSL-4 w Marburgu.
W Egipcie rozpoczyna się ubój całej hodowanej w tym kraju trzody chlewnej. Brigitte Bardot na próżno prosi prezydenta Hosni Mubaraka, by zatrzymał tę rzeź. W Meksyku rozgrywki piłkarskie czterech czołowych lig odbywają się bez udziału publiczności. W parlamencie Kraju Saary wprowadzony zostaje zakaz witania się pocałunkiem.
10 czerwca 2009 do WHO zgłoszono 141 przypadków świńskiej grypy. Większość z nich dotyczy osób, które już w przeszłości przechodziły poważne choroby. Zwykle jednak przebieg nowej odmiany grypy jest łagodny.
Emergency Committee znów zbiera się na telekonferencji. Tym razem chodzi o najważniejsze, przesądzające o wszystkim pytanie: czy WHO powinna ogłosić szósty, najwyższy stopień zagrożenia? Czy mamy już do czynienia z pandemią? Piętnastu ekspertów z całego globu obraduje przez wiele godzin. Wreszcie dyrektor Margaret Chan zwraca się do prasy. Wirus jest nieobliczalny i nie daje się go powstrzymać – oświadcza. Jest to pandemia grypy, pierwsza od 41 lat.
– Myślę, że zrobiliśmy wszystko dobrze – mówi dziś przewodniczący Mackenzie. Rzeczywiście, pod względem formalnym tak właśnie było. Zasady są takie, że szósty stopień alarmowy wchodzi w życie, gdy nowy wirus w niekontrolowany sposób zaczyna rozprzestrzeniać się w wielu regionach świata – nie ma natomiast warunku, że choroba musi mieć ciężki przebieg.
Przeważająca większość epidemiologów pojęcie pandemii łączy jednak z wyjątkowo agresywnymi wirusami. Na stronie internetowej WHO w odpowiedzi na pytanie "co to jest pandemia?" mowa jest o "olbrzymiej liczbie przypadków śmiertelnych". Tak było w każdym razie do 4 maja 2009, zanim reporter CNN nie zwrócił uwagi na tę sprzeczność: w przypadku świńskiej grypy choroba ma wszakże przebieg raczej łagodny. Wówczas fragment ów został natychmiast usunięty.(…)
Krytycy pytali szyderczo, czy następnym razem nowa odmiana kataru również uznana zostanie za pandemię. – Czasami zastanawiamy się, czy WHO nie powinna nazywać się Światową Organizacją Histerii – zauważył Richard Schabas, były szef ds. zdrowia kanadyjskiej prowincji Ontario.
Gdy Chan podjęła decyzję, wiedziała, że wiele państw, w tym Wielka Brytania, Chiny i Japonia, nalegało, by stanu pandemii nie ogłaszać zbyt pochopnie. (…) Potem ostrzeżenia te jednak umilkły. Dlaczego? Bo przepisów, skoro już je wprowadzono, należy przestrzegać? Bo lepiej dmuchać na zimne? Pewne jest jedno: istniało lobby mające dobre koneksje w Genewie i ogromny interes w tym, by szósty stopień zagrożenia ogłoszony został jak najszybciej. Był to przemysł farmaceutyczny.
– Branża ta nie wpłynęła na żadną z naszych decyzji – twierdzi Fukuda. Jednak w połowie maja, trzy tygodnie przed obwieszczeniem pandemii, w centrali WHO trzydziestu wysokich rangą przedstawicieli koncernów farmaceutycznych spotkało się z szefową Chan i sekretarzem generalnym ONZ Ban Ki-moonem. Oficjalnie chodziło o kwestię zapewnienia szczepionek krajom rozwijającym się, tak naprawdę jednak branża ta miała wówczas na głowie rzecz znacznie ważniejszą: skłonienie WHO do ogłoszenia pandemii.
Chodziło ni mniej ni więcej tylko o zaopatrzenie olbrzymiej części ludności świata w szczepionki przeciwko grypie. Wszystko zależało więc od tej jednej decyzji. Stopień zagrożenia numer sześć działa jak włącznik uruchamiający bez jakiegokolwiek ryzyka branżowe kasy. (…)
4 lipca 2009 poinformowano, że na świńską grypę zapadł Rupert Grint. – Najpierw myślałem, że już chyba umrę – wyznaje aktor, znany z filmów o Harrym Potterze, gdzie wcielił się w postać Rona Weasleya. – Ale skończyło się na bólu gardła.
14 lipca 2009 w Niemczech było oficjalnie 127 zarażonych osób. Ani jedna z nich nie zmarła.
Siepień 2009: w Australii dobiegł końca sezon grypowy. Chociaż nie było jeszcze szczepionki, zmarło jedynie 190 chorych, znacznie mniej niż podczas zwyczajnej grypy.
29 sierpnia 2000: ankieta przeprowadzona przez tygodnik "Der Spiegel" wykazuje, że zaledwie 13 procent Niemców chce zaszczepić się przeciwko świńskiej grypie.
7 września 2009: w Berlinie trwa szczyt nadzwyczajny z udziałem ministrów zdrowia ze wszystkich landów. Mają zastanowić się, czy należy zamówić jeszcze więcej szczepionek. Wszyscy przybyli są świadomi, że toczy się właśnie walka wyborcza. Ulla Schmidt (niemiecka minister zdrowia – przyp. Onet) w sposób niebudzący najmniejszych wątpliwości oświadcza: "Chciałabym, żeby każdy, kto chce się zaszczepić, mógł to rzeczywiście zrobić". I dodaje: "Oczekuję, że landy będą poczuwały się do odpowiedzialności". Pani minister w żadnym wypadku nie chciałaby wywołać wrażenia, że skąpi czegokolwiek społeczeństwu.(…)
21 października 2009 zjadliwie żółty nagłówek na stronie tytułowej dziennika "Bild" obwieszcza: "Profesor- specjalista od świńskiej grypy obawia się, ze w Niemczech może umrzeć 35 tysięcy ludzi!". Ów profesor nazywa się Adolf Windorfer i przyparty do muru przyznaje, że wziął pieniądze między innymi od takich koncernów farmaceutycznych, jak GlaxoSmithKline i Novartis.
28 listopada 2009: epidemia w Niemczech wygasa. Mało kto chce jeszcze się szczepić.
8 grudnia 2009: na pokrytych lodem ulicach Anglii zaczyna brakować środków do posypywania. Paul Flynn, poseł Partii Pracy, proponuje, by użyć do tego celu państwowych zapasów leku tamiflu. Badania przeprowadzone przez Cochrane Collaboration wykazały, że działanie owych środków przeciwgrypowych jest tak czy owak bardzo niewielkie.
7 stycznia 2009 : Jörg Hacker, szef Instytutu Roberta Kocha ostrzega przed nową falą grypy. "Szczepionka była i nadal pozostaje niezbędna, wirus jest przecież wciąż wśród nas".
26 stycznia 2010: niemiecki parlamentarzysta Wolfgang Włodarg wyraża krytykę na forum Rady Europejskiej, że na całym świecie "miliony ludzi szczepi się bez żadnego powodu". Ogłoszenie pandemii przez WHO przyniosło koncernom farmaceutycznym 18 miliardów dolarów dodatkowego zysku. Roczne przychody ze sprzedaży jednego tylko leku przeciwgrypowego tamiflu wzrosły o 435 procent, osiągając wartość 2,2 miliarda euro.
5 marca 2010: niemieckie landy chcą sprzedać do Pakistanu dziesięć milionów zbędnych już dawek szczepionki przeciwko świńskiej grypie o nazwie pandemrix.
Początek marca 2010, centrala WHO w Genewie. Centrum strategicznych operacji od dawna służy już innym celom, na przykład koordynowaniu pomocy dla Haiti. Często jednak stoi po prostu puste. Atmosfera jest juz znacznie luźniejsza, dział prasowy przestał być non stop oblegany, z parkingu zniknął namiot dla dziennikarzy. Specjalista z branży IT Jered Markoff może spokojnie się wyspać. A ekspert od grypy Keiji Fukuda cieszy się, że znów ma czas na swoje hobby: grę na wiolonczeli.
Czym więc była owa pandemia? Stanowiła jedynie "dobre ćwiczenie na wypadek prawdziwego niebezpieczeństwa", jak sformułował to doradca WHO i lobbysta przemysłowy Osterhaus? Czy władze zrobiły wszystko właściwie, jak uważa epidemiolog John Mackenzie?
Z całą pewnością nie. Nikt w Światowej Organizacji Zdrowia, Instytucie Roberta Kocha czy Instytucie Paula Ehrlicha nie może być dzisiaj z siebie dumny. Organizacje te utraciły coś bardzo cennego: wiarygodność i zaufanie. Któż bowiem przy następnej pandemii uwierzy ich ocenom i prognozom?
Być może wszyscy oni powinni wziąć przykład z Ewy Kopacz, polskiej minister zdrowia. "Moim naczelnym obowiązkiem jako lekarza jest nikomu nie zaszkodzić" – powiedziała. Dlatego Polska, inaczej niż cała reszta Europy, nie kupiła szczepionki przeciwko świńskiej grypie.
Przedstawiciele narodu szemrali, ale minister pozostała nieugięta. Czy moim obowiązkiem jest podpisywanie umów, które leżą w interesie Polski, czy tych, jakie powstały dla korzyści koncernów farmaceutycznych? – pytała retorycznie.
W tej chwili Europa zazdrości jej tamtej niezłomności. W Polsce na świńską grypę zmarło 170 osób, znacznie mniej niż umiera corocznie na zwykłą sezonowa grypę.
W meksykańskiej wiosce La Gloria na głównym placu postawiono wykonaną z brązu figurę o 1,30 metra wysokości i ważącą 70 kilogramów. Przedstawia ona Edgara Hernándeza, cudownego chłopca, który jako pierwszy człowiek na świecie zwyciężył świńską grypę.
Absurdalność kapitalizmu
XaViER, Nie, 2010-03-28 11:00 Gospodarka | PublicystykaNa portalu Centrum Informacji Anarchistycznej pojawił się ciekawy tekst dotyczący faktu wykorzystywania tłumaczy do tworzenia narzędzi, które będą pozbawiać ich samych pracy. W dodatku są zmuszani do wnoszenia opłat za dostęp do tego narzędzia. Czyli można powiedzieć, że płacą za własne przyszłe bezrobocie.
List otwarty pracowników Telekomunikacji Polskiej S.A.
Akai47, Sob, 2010-03-27 10:01 Prawa pracownika | PublicystykaPo próbie samobójstwa w Poznaniu 08.03.2010 doszło do kolejnej próby samobójczej tym razem w Szczecinie w dniu 24.03.2010 roku. Tylko dzięki błyskotliwości umysłu współpracownic udało się uniknąć kolejnej tragedii.
Pani ta została przewieziona do Szpitala w kompletnej zapaści psychicznej.
To co dzieje się od dłuższego czasu w TP S.A. nie dotyczy tylko Call Center, mobbing i zwolnienia obejmują całą firmę od lat. Natomiast w ostanim czasie doszło do eskalacji w takim postępowaniu.
Pracownicy nie wytrzymują już wywieranej od wielu lat na nich presji psychicznej.
W ogólnie rozumianych mediach panuje zmowa milczenia, brak informacji o tragicznych wypadkach i sytuacji w TP S.A. daje do zrozumienia jak potężne siły stoją za GrupąTP/Orange skoro informacje o katowanych zwierzętach ukazują się w czołówkach mediów a o katowanych psychicznie ludziach panuje milczenie!
To co nam fundują pracodawcy nie może być tłumaczone kryzysem, to jest owczy pęd do władzy i zysku za wszelką cenę ponieważ pieniądz przysłania im zobaczenie człowieka w drugim człowieku. Poniżej zamieszczamy w całości „List otwarty”:
Warszawa, dnia 08.03.2010
Pracownicy Telekomunikacji Polskiej S.A.
L I S T O T W A R T Y
Jako pracownicy Telekomunikacji Polskiej S.A. zwracamy się w formie Listu Otwartego do Pana Prezydenta RP, do Pana Prezesa TP S.A., do Organizacji Związkowych a także do innych Organizacji w Rzeczypospolitej Polskiej z prośbą o zwrócenie uwagi na fakt, że będąc pracownikami Telekomunikacji Polskiej S.A. jesteśmy także Obywatelami Polski i Unii Europejskiej.
Protestujemy przeciwko traktowaniu przez pracodawcę zatrudnionych pracowników jak przedmiotu, a nie podmiotu.
Protestujemy przeciwko traktowaniu pracownika jak niewolnika i narzędzia do przynoszenia zysku za wszelką cenę w zamian za niską płacę w porównaniu do zarobków prezesów, managerów i dyrektorów Grupy TP.
Pomimo wprowadzenia w Telekomunikacji Polskiej Kodeksu Etyki, Kodeksu Dobrych Praktyk, Umowy Społecznej a także zawarcia Porozumienia z Urzędem Komunikacji Elektronicznej i wielu innych regulacji, codziennością jest mobbing oraz łamanie Kodeksu Pracy.
Pracownicy zmuszani są do realizacji bardzo wygórowanych celi sprzedażowych oraz standardów pracy, których wykonanie jest niemożliwe w ciągu obowiązującego 8-godzinnego czasu pracy, z czego Panie i Panowie Prezesi planujący tak pracę swoim podwładnym doskonale zdają sobie sprawę.
Aby zrealizować cele sprzedażowe na poziomie określonym przez przełożonych, pracownicy pracują ponad 10 godzin dziennie, a za przepracowane nadgodziny nie otrzymują ekwiwalentu od wielu lat.
Pracownicy są zastraszani przez dyrektorów i kierownictwo zwolnieniami oraz różnego rodzaju działaniami mobbingowymi wbrew kodeksowi pracy, który nakłada na pracodawcę obowiązek przeciwdziałania mobbingowi.
Pomimo Umowy Społecznej zawartej między Związkami Zawodowymi a Zarządem TP S.A. mi. o odejściach dobrowolnych, przełożeni dyskryminują pracowników sprzedaży nie wyrażaniem zgody na dobrowolne odejścia.
Społeczni Inspektorzy Pracy z ramienia Związków Zawodowych, którzy powinni dbać o przestrzeganie kodeksu pracy i etyki zawodowej nie robią nic aby ten stan rzeczy się zmienił.
List ten to nie jest anonim, list ten jest krzykiem rozpaczy zdesperowanych pracowników TP S.A. w Rzeczypospolitej Polskiej A.D. 2010, po tragicznej próbie samobójstwa naszej koleżanki.
Pytamy więc, kto Wam Panie i Panowie Prezesi dał prawo do tak podłego traktowania pracowników? Zastanówcie się w czyim interesie działacie, jakie szkody wyrządzacie Polskim Rodzinom! Czy w Polsce pracownicy mają zacząć popełniać samobójstwa ,tak jak we France Telekom, abyście się obudzili i zrozumieli jakie czynicie zło !!!
Z poważaniem
Pracownicy Telekomunikacji Polskiej S.A.
Szwabowski: Mroczna dyktatura
Czytelnik CIA, Pią, 2010-03-26 23:07 Kultura | PublicystykaMoje pokolenie opowieść o wyborze kulturowym zna z Matriksa. Pigułka czerwona czy niebieska? Wybieraj! Powracasz do matriksa i będziesz wiódł dalej życie nieświadomego niewolnika, reprodukował system i go wspierał, czy też wkraczasz na drogę wojownika, opowiadasz się przeciwko kontynuacji, tradycji, systemowym autorytetom, anarchistycznym gestem zrywasz z tym-co-jest i heroicznie oddajesz się tworzeniu tego-co-może-być, ustalasz, samemu lub kolektywnie, kontrwartości, inne strategie życia? Morfeusz stoi i czeka.
W Golemie autorstwa Gustava Meyrinka istnieje jeszcze trzecia opcja –- odrzucenie samego wyboru. Ani nie opowiadasz się za tradycją, ani za kontestacją –- zawieszasz wybór. Stajesz pomiędzy kulturami, jako ktoś akulturalny, ale tym samym aspołeczny. Jesteś osobą wyłączną z biegu historii, z życia, w przestrzeni bezczynu i bezsłów, gdyż próba przemówienia stawiać cię będzie ponownie przed wyborem, podobnie jak czyn. Można być tylko ujętym przez cudze słowa, zarejestrowanym przez kamery nadzorcze jako cień, przemykający poza granicami cywilizacji. Outsider usytuowany na krawędzi dwóch światów, swojego i cudzego, staje się obcy i swojej kulturze. „Nie będąc 'swoim' wśród 'obcych', pisze Wacław Mejbaum i Aleksandra Żukrowska, przestaje być 'swoim' wśród 'swoich'. (…) Pozycja ta zdaje się równie niewygodna jak nieosiągalna” (Mejbaum, Żukrowska, 2000:17.). Wybór więc pozostaje, podobnie jak paląca konieczność jego dokonania.
Nikt z mojego pokolenia raczej nie stanął przed taką sytuacją wyboru. Nigdy nie ukazał się on w pełni dramatyzmu, jako wybór ostateczny, determinujący dalszą egzystencję, określający tożsamość. Raz i na zawsze. W płynnej nowoczesności wyboru dokonujemy codziennie, a raczej co chwilę, nieustannie potwierdzając lojalność wobec panującego porządku, czy też dając wyraz naszej pogardzie dla jego zasad. Wymagając decyzji, od której zależeć będzie przynależność jednostki do określonego obozu, sytuacja pojawia się jako banalna, trywialna, a tym samym pozornie pozbawiona ciężaru egzystencjalnego. Dramat pojawia się nagle, niespodziewanie, wydziera spoza popowej inscenizacji.
Nikt też nie był sam: w chwili wyboru czuł skierowane na siebie ciężkie spojrzenia rodziców, koleżanek i kolegów, nauczycieli i pracodawców, medialnych specjalistów. Multum spojrzeń oceniających, milcząco doradzających. Spojrzenia piętnujące, spojrzenia wykluczające, sterujące spojrzenia nasycone pastoralną władzą.
Nieustanna konieczność wyboru, potwierdzania lojalności czy określenia siebie jako banity –- z wszelkimi tego konsekwencjami społecznymi –, sprawia, że tak jakby jesteśmy ciągle pomiędzy. W sferze pomiędzy byciem-w i byciem-przeciw, w sferze jeszcze-nie i już-nie. Przestrzeń jawiąca się jako niepewna, płynna, nie pozwalająca się ukształtować się stabilnej tożsamości, określana jest mianem wolności. Wybór zaś jest jej przejawem. Jedynym możliwym przejawem w konsumpcyjnym społeczeństwie.
Wybór jest jak najbardziej swobodny –- to urzeczywistnienie wszelkich emancypacji, zwieńczenie dążeń ruchów rewolucyjnych i reformistycznych. Obywatel w hipermarkecie. Ciągnące się kilometrami, uginające od towarów półki, tysiące rodzajów past do zębów, czekolad, zegarków, swetrów, samochodów, książek, filmów… Multum, z którego każdy może czerpać i w nieskrępowanym w niczym akcie twórczym kreować tożsamość, przebudowywać ją, inicjować nowe układy, rozkładać i składać wedle władnej fantazji. Od skarpetek po produkty przemysłu kulturowego. W przerwach między lekturą Hegla można obejrzeć japońską kreskówkę, pożywiając się owocami morza. I to wszystko na chwilę, bez konieczności zawierania długoterminowych transakcji. Znudzi ci się pizza, spokojnie, możesz bez wyrzutów sumienia powrócić do sushi. Wolność –- i jeszcze raz wolność. Nieustannie przejawiająca się w działaniach uczestników. Wszystko należy do nas… i od nas. To kim się stajemy, co reprezentujemy, jaki collage stworzyliśmy.
Tak to wygląda, tak się system reklamuje, jednak bliższe wejrzenie w istotę sprawy, ujawnia mroczny, represyjny wymiar hiperraju. Pomijam, że wolność prezentowana przez społeczeństwo konsumpcyjne jest karłowatą, zredukowaną wersją na potrzeby realnej dyktatury Rynku. Możliwe, że poza sklepem istnieje tylko ponura dyktatura, biurokratyczne zarządzanie, to jednak w środku, wśród regałów roztacza panowanie wolność. Jedno nie przeczy drugiemu. Możliwe, że obywatel przestał istnieć, konsument jednak egzystuje. Pomijam, iż nie wszyscy mogą wejść do sklepu,: należy się wykazać odpowiednio wysokim dochodem miesięcznym. Pechowcami, jak naucza współczesna moralność, nie należy się zajmować, przejmować. Trzeba tylko baczyć, by samemu nie znaleźć się w ich gronie.
Słusznie zauważa Jean Baudrillard, że daleko nam do swobody marnotrawienia, beztroski niszczenia. Samo już pojęcie marnotrawienia wskazuje na fakt, kontynuuje filozof, że żyjemy w erze niedostatku, w epoce braku, a nie obfitości. Jednorazowość, tymczasowość produktów, nie oznacza naszego panowania nad towarami. Nie stać nas na gest pana, niedbały, traktujący rzeczy jak zwykłe rzeczy. Wręcz przeciwnie. Pozbywamy się towarów pełni lęku, nerwowym gestem usuwamy wczorajszą tożsamość. Niepewnie czy pozbycie się danej rzeczy w danej chwili jest dobrym posunięciem, właściwym wyborem. Czas czy jeszcze nie na nową fryzurę. Wertujemy z bijącym sercem tysiące kolorowych magazynów, by dowiedzieć się czego pragniemy i pragnienie czego świadczy o byciu na czasie. Wsłuchujemy się z namaszczeniem w głos specjalistów, by nie narazić się na obciach. Marnotrawstwo nasze jest „funkcjonalne i biurokratyczne”( Baudrillard, 2006: 41.). Poruszanie się po sklepie i klejenie tożsamości poddane jest ścisłej dyscyplinie. I nie ma tutaj miejsca na improwizację. Każda tożsamość, definiowana nieustannie i nieustannie rozkładana, którą warto posiadać, obmyślana jest ponad głowami konsumentów. Menadżerowie mówią nam, jak stać się wyjątkową jednostką. Towary żyją krótko, a wraz z nimi nasze tożsamości. Zza pozornej narracji wyziera mroczna twarz autorytetu. Wprawdzie rozproszonego: nie ma już Króla, są za to książęta finansowych imperiów, nie mniej dyktatorscy. Roztaczający panowanie poprzez swoich agentów na coraz to inne aspekty rzeczywistości. Opanowanie przez ideologię kainiotyzmu Uniwersytetów jest lokalną wariacją ogólnych zasad gry w kulturze konsumpcyjnej. Liczą się najnowsze trendy myślowe, a postacie, o których warto i trzeba mówić, zmieniają się szybciej, niż można nadążyć z porządnym zapoznaniem się z proponowaną myślą.
Sensy, znaczenia, jakie nadaje się towarom i ich konfiguracjom, ustalane są w mrocznej, nieprzeniknionej i niedostępnej sferze. Zdają się emanować z samych rzeczy, tych, które zostały obdarzone łaską. Łaską lub anatemą. Spływającą następnie na posiadaczy magicznych artefaktów.
Lęk, dyscyplina i pozorny jedynie wpływ na kształtowanie sensu, każą nam porzucić wolnościową narrację. Jest ona jedynie zasłoną dymną, ideologicznym parawanem, dla niedemokratycznych praktyk rynkowych, na które jesteśmy skazani. Żaden wybór, żadna deklaracja nie jest w stanie uwolnić nas od niepewności, nieokreśloności, płynności. Wyzwolić od konieczności nieustannego wyboru pod bacznym okiem władzy. „Życie konsumenta, pisze Zygmunt Bauman, to niekończąca się seria prób i błędów. To nieustający ciąg eksperymentów, jednak bez widoków na experimentum crucis, który mógłby otworzyć im drogę do precyzyjnie oznakowanej i wytyczonej na mapie ziemi absolutnej pewności”(Bauman, 2007:133). Tak samo nie ma wyzwolenia od nadzorcy eksperymentów, od dyktatury niewidocznego autorytetu, przybranego w wolnościowe, luzackie ciuchy. „Zły” wybór w hiperraju można naprawić, unieważnić kolejnym, tym razem „dobrym”. Odrzucenie wyboru, odrzucenie samej gry, również nie ustanawia nas poza. Tożsamość, jaką wtedy otrzymujemy, jest „tożsamością obciachową”, jest to wciąż „zły” wybór. Wszyscy, chcąc nie chcąc, w społeczeństwie konsumpcyjnym jesteśmy konsumentami.
Totalność kultury konsumpcyjnej, która ruguje wszelkie inne sposoby egzystencji, możliwości przejawiania się, potwierdzania w inny sposób niż przez towary, nie daje nam narzędzi, którymi moglibyśmy się obronić. Nie mamy niczego, co moglibyśmy przeciwstawić narzucanym autorytarnie wartościom. Nawet nas samych. Egzystując w ramach rynku poprzez wyłączenie, jak mówi Agamben, pozostajemy w relacji wyłączenia poprzez wyłączenie. Outsider przemienił się w homo sacer.
*
Anarchiści, ludzie niesłusznie owiani złą sławą, krytykowali autorytet domagając się jego likwidacji z życia społecznego. Autorytet był dla nich przejawem wertykalnej organizacji społecznej, przestrzenią pozbawiania głosu i arbitralności. Autorytet to postać cesarza, wobec zdania którego wszelkie spory i, argumenty, muszą zamilknąć, ustąpić i poddać się woli władzy.
Domagając się odrzucenia zasady autorytetu pragnęli zrobić miejsce dla rozumu, którym wszyscy jesteśmy równo obdzieleni. Odsyłając w niebyt sztuczną, państwową zasadę tworzyli równocześnie miejsce dla mistrza, dla wzoru. Dla postaci, którą dobrowolnie naśladujemy, przyjmujemy jej wartości i sposoby egzystencji, pomimo, że nie stają za nią bojówki, ani mroczne karcery. Dla kogoś takiego jak Tołstoj czy Kropotkin. Zachwycających nas swoją etyczną postawą, a będących jednocześnie nagimi, poddanymi krytyce rozumu i zmysłu etycznego, takich jak my. Dla takich osób, tak rozumianych autorytetów, nie ma dziś miejsca, jak stwierdza Lech Lele Przychodzki (Przychodzki, 2005).
I być może tu tkwi prawdziwy wybór, przed którym stajemy u progu XXI wieku. Wybór między kulturą pozornego luzu i niewidocznych, mrocznych autorytetów a światem innej kultury niż mieszczańska, światem, którego na razie nie jesteśmy w stanie pojąć, tak jak etyki bez prawa.
Bibliografia:
1. Baudrillard Jean, Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2006, s. 41.
2. Bauman Zygmunt, Płynne życie, tłum. Tomasz Kunz, Kraków 2007, s. 133.
3. Mejbaum Wacław, Żukrowska Aleksandra, Zwierzęta zdenaturowane. Wstęp do antropologii filozoficznej, Szczecin 2000, s. 17.
4. Przychodzki Lech Lele, Tao niewidzialnych, Wyd. RegioPolis Bensheim/Gramma Lublin, 2005.
Filmiografia:
1. Matrix (Matrix), reż. Andy Wachowski, Larry Wachowski, USA, 1999.
Oskar Szwabowski
O "Dziwce" i Mizoginistycznym Języku
Kurka nioska, Pią, 2010-03-26 22:45 Prawa kobiet/Feminizm | Publicystyka | Ruch anarchistycznyPoniżej zamieszczam tłumaczenie posta Melissy McEwan, którego oryginał znajdziecie tu. Myślę, że artykuł ten może być głosem w dyskusji o transparencie FA i ACK. Główny nacisk kładzie się w nim na słowo "cipa", jednak nie oznacza to, że w miejsce owego słowa nie można wstawić słowa "dziwka". Jest w nim wiele przydatnych uwag, które mogą pozwolić niektórym uczestnikom dyskusji powrócić do meritum - czyli do pytania, czy wyrażenie "coś/ktoś to dziwka" jest seksistowskie. Dodam od siebie jeszcze jedną rzecz. Nie znamy ofiary tej inwektywy. Nie wierzymy już w antropomorfizację abstrakcyjnych pojęć. Nie zejdzie na ziemię Bogini Prostytutek lub Bogini Prawa, by upomnieć się o swoje. Proszę tylko, byście zwrócili uwagę na słowa Melissy McEwan dotyczące kultury, która poczyniła wszelkich starań, by słowo "dziwka" było obraźliwe, szczególnie wobec kobiet i taka jest jego etymologia we współczesnym znaczeniu tego słowa! To, że są "męskie dziwki" nie oznacza, że słowo "dziwka" nie jest określeniem stosowanym wobec pewnego rodzaju kobiet, które zostało przeniesione na coś lub kogoś, aby to coś lub tego kogoś obrazić, a więc JEST określeniem mizoginistycznym. Nie każda kobieta jest "prostytutką". Proszę mi tylko wskazać osoby, które nigdy, w żadnej sytuacji, nie mogłyby być w taki sposób określone (nie chodzi tu o życie seksualne, ale jej szczególne właściwości). W języku angielskim słowo "bitch" oznacza także "cwela". Określa się więc go JEDNOCZEŚNIE jako niemęskiego i "dającego dupy". Jest to więc sprawa jeszcze bardziej oczywista, niż polski odpowiednik. Życzę przyjemnej lektury, choć ponownie udzielam głosu nie-anarchistce. W tej kwestii nie ma to jednak żadnego znaczenia...
Andi Zeisler, współzałożycielka (wraz z Lisą Jervis) magazynu Bitch (ang. dziwka, kurwa, suka), napisała ciekawy fragment na temat "słowa na D" jego konotacji kulturowych, a także jego odzyskiwaniu:
Dziwka to słowo używane w kulturze do określenia każdej kobiety, która jest silna, gniewna, bezkompromisowa, a często także niezainteresowana dawaniem mężczyźnie przyjemności. Używamy tego terminu wobec kobiety na ulicy, która nie reaguje na męskie pogwizdywanie i uśmiechy, gdy mówią "Głowa do góry, maleńka, nie jest źle." [...] Używamy go wobec kobiety, która nie unika konfrontacji.
Więc skończmy z tą nieszczerością. Czy to złe słowo? Oczywiście. Zrobiliśmy wszystko, co jest tylko możliwe w ramach kultury, by właśnie tak było, począwszy od stale utrwalanego poglądu, według którego silne kobiety potępiane są jako straszne, złe i, oczywiście, niekobiece - a bezkompromisowe wypowiedzi kobiet są przekleństwem dla czystego, uporządkowanego świata.
... [W magazynie Bitch] nie chodzi o nienawiść do mężczyzn, ale o wyróżnienie kobiet. Jednak zbyt wielu ludzi nie widzi różnicy. I dlatego, przynajmniej w pewnym stopniu, "słowo na D" jest wciąż tak problematycznym zwrotem.
[…]
Uznałam to za szczególnie istotne w kontekście kampanii Hilary Clinton, lecz również dlatego, że w zeszłym tygodniu odbyłam naprawdę staroświecką i przygnębiającą dyskusję na temat seksistowskiego języka - naprawdę przygnębiającą dyskusję na temat seksistowskiego języka, które odbywałam już tyle razy w swoim życiu.
Zaczęło się w sekcji komentarzy na innym blogu, kiedy sprzeciwiłam się komuś, kto określił osobę, której nie lubił jako "totalną cipę". Oczywiście, byłam wyśmiana za wskazanie, że poniżający i marginalizujący seksistowski język może sprawić, że kobieta poczuje się poniżona i zepchnięta na margines. Nie jestem w jakikolwiek sposób powiązana z człowiekiem, który użył tego słowa, więc wysłałam email do autora, którego znałam lepiej, by zapytać, czy używanie tego słowa na blogu jako obrazy jest odpowiednie i czy określenie osoby publicznej "totalnym pedałem" byłoby do zaakceptowania. Powiedziano mi, że wszystko było dopuszczalne "w rozsądnych granicach". Rasowe inwektywy nie będą ani tolerowane, ani bronione, jednak użycie seksistowskiego języka jest akceptowane. Znaczy to, według moich obliczeń, że jeżeli mieszasz z błotem czarnoskórego mężczyznę nazywając go głupim czarnuchem, jest to przekroczenie pewnych granic, jednak nazywanie go głupią pizdą jest już super.
Chciałabym podkreślić, że jest to kompromis, który izoluje czarnych mężczyzn przeciwko ubocznemu poniżeniu, a już w inny sposób poniża czarne kobiety i ich siostry wszystkich kolorów. Jestem pewna, że to tylko zbieg okoliczności. Ekhm.
Tak więc, w przeciwieństwie do rasistowskich inwektyw, które nie będą ani tolerowane, ani bronione, mizoginistyczne inwektywy będą zarówno tolerowane, jak i bronione ponieważ:
1. W naszym kraju tak właśnie się mówi.
2. Ja tak mówię.
3. Facet, który używa takich określeń "nie jest mizoginem". Przede wszystkim używał go jako określenia kobiecych genitaliów, aby obrazić mężczyznę, a jego intencja nie była mizoginistyczna.
4. Porównanie „cipy” do „czarnucha” nie jest odpowiednie i trywializuje słowo „czarnuch”.
5. Nie może on pozwolić, by PC-policja (czyli ja) pilnowała, by jego komentarze stosowały się do politycznej poprawności.
Zupełnie szczerze, już wcześniej miałam niedal identyczną rozmowę z mężczyzną określającym się jako liberalny/postępowy bloger, ponieważ sprzeciwiłam się używania seksistowskiego języka na jego blogu, dlatego też nie identyfikuję mojego rozmówcy z owym twórcą bloga. Wyróżnienie go byłoby dla mnie zbyt typowe Byłam jednak szczególnie rozczarowana sposobem prowadzenia tej konwersacji, ponieważ myślałam, że osoba, z którą rozmawiam będzie otwarta na wysłuchanie jak bardzo jest to alienujące, a przecież prostą przyczyną takiego zachowania mogło być to, że pociągnęłoby to za sobą ograniczenie liczby czytelników bloga.
Przez co nie powinno dziwić, zważywszy, że, jak już mówiłam, miałam taką rozmowę już wcześniej, że za każdym razem jest tak samo. Pozwólcie więc odpowiedzieć mi na to punkt za punktem, ponieważ są to te same odpowiedzi, które nieustannie dostaję przy takiej wymianie zdań, i wszystkie z nich zostały przy wielu okazjach poruszone w komentarzach.
1. W naszym kraju tak właśnie się mówi. Pewna część naszego społeczeństwa rzeczywiście uwielbia używać słowa "cipa" przy niemal każdej okazji. Istnieją miejsca, w których nie ma 3 sekund, w ciągu których ktoś by nie krzyknął "Taa, cipo!" do swojego kumpla. I ... to naprawdę nie ma nic wspólnego z jego wykorzystaniem na blogu dotyczącym polityki.
Nie ma to również niczego wspólnego z tym, czy jest to z natury rzeczy seksistowskie. Istnieją także bary, w których nie mijają trzy sekundy bez nazwania innego faceta pedałem. Częstotliwość wykorzystania tego słowa w konktretnym regionie nie sprawia, że słowo to przestaje być homofobiczne - w tych regionach lub gdziekolwiek indziej.
Podobnie próba oderwania mizoginistycznych inwektyw od swoich korzeni, by je ponownie zdefiniować nie działa. Powiedzenie "Używam ich w sposób potoczny" jest tylko cyniczną zagrywką mającą na celu uzasadnić dalsze stosowanie mizoginistycznego języka, który wydaje się dobry i celny. Słowo "dupek" po prostu nie ma tego samego wigoru, co "cipa" dlatego mamy te wymęczone wyjaśnienie dlaczego słowo "cipa" nie jest używane w sposób mizoginistyczny, jednak potoczność oznacza, że wszechobecność słowa jest mylnie używana jako dowód, że straciło ono swój pierwotny sens.
Rzucając cipami na prawo i na lewo jakby nie miało już jakiegokolwiek znaczenia - lub jakieś "nowe" znaczenie nie związane z płcią - jest leniwym ignorantem i przyczynia się wbrew wszelkim protestom do kultury nierówności.
2. Ja go używam. Ja używająca słowa cipa, by opisać siebie i mężczyzna używający tego słowa, by opisać innego mężczyznę, to zupełnie różne konteksty. Udawanie, że ta różnica nie jest zajebiście oczywista, jest tym, co August nazywa wytworzonym przekonaniem (ang. a fabricated belief)[1]. Nikt, kto posiada dwie stukające o siebie komórki mózgowe nie twierdzi szczerze, że biali ludzie używając słowa "czarnuch" jako obraza i czarni ludzie używający go z jakiegokolwiek powodu to identyczne sytuacje. Także żaden gej mówiący o sobie "pedał" nie jest tym samym, co Ann Coulter mówiąca o Johnie Edwardsie jako o "pedale" [2]. I nikt nie powinien mieć najmniejszego problemu ze skminieniem, że jeśli ja (lub inne kobiety) odzyskuję słowo cipa (lub dziwka i inne seksistowskie eufemizmy) mówiąc tak o sobie jestem w tym podobna do mężczyzny używająca tego słowa jako obelgi.
Kocham słowo cipa i jestem w pełni za odzyskaniem go - jednak odzyskanie "cipy" należy do kobiet, które ją posiadają i władają nią w sposób ironiczny, co jest komplementem, nie obelgą. Jeśli nazwę swoją dziewczynę "piekną cipką" aby fachowo uporać się z seksistowskim onanistą, służy to odzyskaniu władzy. Jeśli jednak nazwę ją "głupią cipą", o robi coś głupiego, nie będzie to już miało takiej mocy.
Są jednak sposoby na używanie słów i istnieją sposoby na wykorzystanie słów znając różnice, dążąc do oddzielenia przewrotnego kontekstu od tego, co po prostu utrwala ucisk. Nie jest to aż tak trudne.
I nie ma znaczenia jak często kobiety używają go w celu odzyskania języka - nie daje to przedstawicielowi którejkolwiek płci przyzwolenia na używanie go jako zniewagę. Całe to uzasadnienie, że "ty go używasz" uderza mnie swoją żałosną płaczliwością. Dlaczego ty używasz go, a ja nie? Tak jakby był to jakiś wielki wyczyn dla dziewczyn. Zaufaj mi - w całej walce w klatce pomiędzy "niezasłużonym przywilejem z racji urodzenia" a "stosowaniem słowa cipa", masz większe szanse wygranej. Więc morda w kubeł.
3. Facet, który używa takich określeń "nie jest mizoginem". Przede wszystkim używał go jako określenia kobiecych genitaliów, aby obrazić mężczyznę, a jego intencja nie była mizoginistyczna. Dobra, po pierwsze, rozłóżmy to twierdzenie na dwie części:
A. Intencja: Jeśli zamieniasz część kobiecego ciała w inwektywę, wniosek jest taki, że cipki są złe, paskudne, czymś, z czym żadna osoba nie chciałaby być skojarzona. Tak właśnie działają obelgi. Kiedy słowo "cipka" używane jest jako inwektywa, implikuje to negatywną interpretację części kobiecego ciała - jest więc objawem mizoginizmu, ponieważ nieubłaganie znieważa kobiety. Używanie mizoginistycznej inwektywy przeciwko męzczyźnie nie może być inne jak mizoginistyczne w intencji. Jeśli nie masz zamiaru poniżać kobiety, nie używaj mizoginistycznych inwektyw. To naprawdę takie proste.
B. Żaden Mizogin. Jak często trzeba używać mizoginistycznego języka, by zostać uznanym za mizogina? Dwadzieścia razy? Sto? Nieskończoną ilość razy, dopóki nie uderzy kobiety? Podczas zadymy wokół "cipki/kurwy" zrelacjonowanej tutaj, Piny napisał(a) świetny post dotyczący tej ważnej kwestii:
[...] Przyznaję też, że istnieje różnica między kimś, kto otwarcie określa się jako feminista, ale mimochodem używa mizoginistycznych inwektyw i mizoginistycznych satyrycznych obrazków, by wyśmiewać innych ludzi, a szczególnie kobiety, a, powiedzmy, Johnem Knoxem[3].
Nie znaczy to, że dobrym pomysłem jest ograniczenie tego, co jest "rasistowskie", "seksistowskie" i "mizoginistyczne" do najbardziej radykalnych przypadków. [...] Umniejsza to protesty przeciwko wszystkim tym słowom do rangi osobistego afrontu, zrównując "seksizm" ze słowem "cipka". Nazwanie czegoś "seksistowskim" nie oznacza krytyki wyznawanych przez kogoś poglądów, czegoś w rodzaju "reakcyjności", oznacza krytykę tak ordynarnych inwektyw. […]
Strzał w dziesiątkę. W tej dyskusji Pam mówi o tym, że zarezerowawanie tych terminów dla ekstremalnych przypadków pozwala ludziom
racjonalizować takie incydenty, ponieważ prawdziwy rasista pali krzyże na czyimś trawniku lub przywiązuje czarnego człowieka do ciężarówki i ciągnie go po ziemi aż mu odpadną kończyny." Zarezerwowanie terminu "mizogin" i "seksista" dla przypadków okazywania pogardy wobec kobiet oznacza, że facet, który lekceważąco odnosi się do innego człowieka per „cipa” (lub „suka”, „pizda”, czy „dziewczynka”) może usprawiedliwić jego przekonania, że nie jest mizoginem, nawet jeśli używa tych wyrażeń regularnie. Wracając do Piny:
Wówczas staje się niemożliwe opisanie zachowania jako powtarzającego się i typowego, część wzorca, ponieważ zawsze znajdzie się jakiś John Knox, którego brak szacunku do kobiet jest bardziej stały i bardziej oczywisty. W rzeczywistości, łączy to prawdopodobnie ekstremizm z konsekwencją. Jeśli moja nietolerancja nie osiągnie pewnego poziomu, jest ona nieistotną częścią mojej osobowości, nawet w dyskusji o nietolerancji będącej odpowiedzią na objawy nietolerancji.
... Jeśli nie można nazwać kogoś seksista o ile nie traktuje on bez przerwy kobiet w sposób nienawistny lub jego zachowanie same Bill Napoli uważałby za obrzydliwe, wówczas takie rzeczy jak używanie mizoginistycznych inwektyw stają się trywialne. Są one tak dalekie od prawdziwego seksizmu, że mogą one być równie dobrze nazwane feministycznymi.
W rzeczy samej.
Ostatecznym rezultatem przeciwstawiania się nazwaniu mizoginem za używanie mizoginistycznego języka jest danie sobie przyzwolenia na opieranie się rachunkowi sumienia. Jak mówiłem nie mniej niż nonilion razy, każdy z nas, nie podejmując ogromnego wysiłku zbadania narracji uprzedzeń - czym każdy z nas jest skażony poprzez kulturę - starając się wyzwolić z jej objęć czyniących podziały, nie pozbędziemy się uprzedzeń. Pytanie tylko, czy pozwolisz sobie na brak refleksji nad uprzedzeniami. Odpowiadając na pytania dotyczące używania mizoginistycznego języka "Nie jestem mizoginem!" czynisz krok w kierunku ukrycia i uczynienia nieuleczalnymi uprzedzeń, które pozwalają zachowywać się w ten sposób. Bardziej wstydliwym jest odpieranie zarzutu o mizoginizm, gdy jesteś nim ewidentnie, niż powiedzenie "Tak, jestem mizoginem, ale nie chcę nim być."
Przypomniała mi się dyskusja z Billem, która wywiązała się wkrótce po publikacji posta na Shakes. W jednym swoim poście używał czegoś (o wiele mniej oczywistego, niż jawna obelga), wobec czego sprzeciwiłam się i poprosiłam, by to usunął. Oto jak on odpowiedział: Powiedział mniej więcej "Dzięki. Nie zawsze zauważam takie rzeczy i próbuję być na to bardziej wyczulony, więc doceniam, że zwróciłaś mi na to uwagę." To wszystko. Nie muszę nawet mówić jak bardzo szanowałam go za to, jak głęboko mu byłam wdzięczna za całkowity brak reakcji obronnej. I rzeczywiście świetny z niego gość - po tym wszystkim usunął rzeczony fragment ze swojego wpisu. (Innymi słowy nie były to obiecanki-cacanki.)
4. Porównanie "pizdy" do "czarnucha" nie jest odpowiednie i trywializuje słowo "czarnuch". Ostatnio zdążyłam się napatrzeć się na te "rankingi inwektyw" - JFH [...] stwierdził, że "czarnuch" i "cipa" to to samo, prawdopodobnie tylko dlatego, że odrzucał porównanie przez kogoś "dziwki" do "czarnucha": "[P]orównywanie "dziwki" do "czarnucha" jest niesprawiedliwe. Odpowiednik "dziwki" to "drań" lub "dupek". Odpowiednikiem "czarnucha" jest "cipa".
Największą niedorzecznością w tych wszstkich badaniach nad odpowiednikami jest to, że gdy ktoś mówi "Czy użyłbyś słowa "czarnuch" w ten sposób?", ma na myśli "Czy użyłbyś rasistowskiej inwektywy w ten sposób?" Analizowanie czy "cipa" to dokładny odpowiednik "czarnucha" jest tylko sposobem na uniknięcie stojącej za tymi słowami idei. Seksistowski język, tak jak rasistowski język, jest marginalizujący i poniżający. Kropka. I nie muszę określić dokładnego rasistowskiego ekwiwalentu "cipy", zanim określę swoje stanowisko. "Nie jest ono tak złe jak słowo "czarnuch", ale jest gorsze, niż słowo "murzyn"..." Taaaa.
Wewnętrzne rankingi są równie bezużyteczne, na przykład "suka nie jest tak złym określeniem, jak cipa." Kobiety, które są marginalizowane i poniżane przez mizoginistyczny język nie czują się zbyt komfortowo z faktem, że ludzie, którzy go używają marginalizują je i poniżają nas jednym słowem "w większym", a w innym "w mniejszym stopniu".
A jesli są kobiety, które mówią "Bardziej nienawidzę być nazywaną cipą, niż dziwką," podejrzewam, że wskazuje to na to, że jesteśmy na jedne słowo bardziej odporne, niż na inne i/lub mamy więcej kulturalnych możliwości odzyskania danego słowa. To, że istnieje magazyn Bitch, a nie Kwartalnik Pizdowy (a jeśli nawet, to jest to raczej magazyn pornograficzny), coś znaczy.
5. Nie może on pozwolić, by PC-policja (czyli ja) pilnowała, by jego komentarze stosowały się do politycznej poprawności. Oto właśnie to, do czego to się w końcu sprowadza. Jestem po prostu zbyt wrażliwa i staram się kogoś ocenzurować i bla bla bla.
Jestem bardziej wrażliwa na to jak mizoginistyczny język oddziałuje na kobiety, ponieważ jestem jedną z nich. Kolorowi są bardziej wrażliwi na rasistowski język (szczególnie na ukryty rasistowski przekaz), niż ja, ale nie oznacza to, że są zbyt wrażliwi. Kiedy czytelniczka zwróciła mi uwagę, że używane przeze mnie słowo "lame"(ang. "głupek" lub "kulawy" - przyp. tłum.) może być obraźliwe dla niepełnosprawnych, nie oznaczało to, że była zbyt wrażliwa - oznaczało to, że to ja nie byłam wystarczająco wrażliwa. Tak więc jeszcze wiele muszę się nauczyć.
Życie jest wystarczająco trudne bez mojego policzkowania ludzi ufających, że nie jestem głupkiem, i w tym samym duchu starałam się przekazać, że mizoginistyczny język nie jest fajny - hej, nie chcę być atakowany w taki sposób przez rzekomych sojuszników. Gdy podkreślam użycie seksistowskiego języka na blogu prowadzonym przez mężczyznę, jest tak ponieważ taki język jest alienujący, poniżający i wkurzający i działam pod podejrzeniem, że ci blogerzy nie chcą alienować, poniżać, ani wkurzać swoich czytelniczek.
Ale to, jak się okazuje, zwykle bywa błędnym założeniem.
Wielokrotnie sprowadza się to do tego stwierdzenia, gdy próbuję ocenzurować ich blogi, ale oni nie chcą być ocenzurowani. Cholera! To bzdura. Nie chodzi o cenzurowanie, lecz o odmowę samocenzury, co uczyniłoby ich blogi niemizoginistycznymi. Jest jednak tak, jakby samo zrezygnowanie ze słowa "cipa" było jakąś apokalipsą dla ich kreatywności. Mam dla was wiadomość: Jeśli czujecie, że samocenzura sprawia, że musicie zrzec się mizoginistycznego języka, co naraża na szwank waszą rzetelność, nie ma w tym ani krzty rzetelności.
Stosuję autocenzurę przez cały czas. Nie przyznaję tego ze specjalną dumą, jednak nie oznacza to, że wyrażenie "Bush is a fuckin' retard" ('retard' - ang. 'niepełnosprawny', 'ułom' - przyp. tłum.) nigdy nie przeszło mi przez głowę. Ale nie używam tej inwektywy - nie dlatego, że się tak strasznie boję, że "policja ds. politycznej poprawności" mnie dopadnie, lecz dlatego, że to nie jest miłe określenie. To wystarczający powód.
I nie uważam, że nie wyraziłam w ten sposob całego swojego negatywnego stosunku do myślącego inaczej prezydenta nie używszy słowa, które niepotrzebnie obrazi ludzi. Poszerzenie słownictwa poza słowa typu cipa lub retard" nie jest szczególnym wyzwaniem.
Ale stosunek który niezmiennie proponuję - tak jak nieskończone poszerzanie własnych horyzontów - można streścić jako "Radź sobie z tym lub spierdalaj".
Tak więc "spierdalaj".
Ja w ogóle nie czytam (aby nie wyrażać milczącego wsparcia) postępowych blogów stosujących mizoginistyczny język, nawet jeśli są oni ideologicznymi sojusznikami w inny sposób, ponieważ seksizm jest głęboko nieliberalny. Istnieje wiele postępowych blogów, wyłącznie z tymi tworzonymi jedynie przez męskich autorów, które nie używają mizoginistycznego języka - więc nie muszę czytać tych, które to robią.
Wielu z nas udało się pojąć, ze odrzucanie języka, który utrwala ucisk, nie jest tym samym, co zniewolenie przez językową policję. To po prostu podstawowa praca, którą powinien wykonać każdy, kto nie chce być pierdolonym dupkiem.
[1] http://www.someguywithawebsite.com/blogarchive/week_2007_04_08.html#0021...
[2] I was going to have a few comments on the other Democratic presidential candidate, John Edwards, but it turns out that you have to go into rehab if you use the word 'faggot,' so I'm – so, kind of at an impasse, can't really talk about Edwards, so I think I'll just conclude here and take your questions.
[3] Jeden z największych mizoginów w historii Wielkiej Brytanii, który popadł w konflikt z królową Marią w latach 1561–1564 - głównie dlatego, że nie podobało mu się to, że jest ona kobietą.
Nadzorować i karać – nadal aktualne
Jakub Raszewski, Pią, 2010-03-26 13:17 Publicystyka | RepresjeTekst ten, nie jest i nie ma być szczególnie odkrywczy i oryginalny. Postanowiłem jedynie zebrać swoje dotychczasowe informacje i przemyślenia dotyczące tematu, dla pożytku czytelników zina La Rage.
I. Wstęp
Kontrola społeczna, przymus, propaganda, represje, więzień polityczny, państwo policyjne... Słowa te kojarzą się przeważnie albo z powieściami science fiction o społeczeństwie zdominowanym przez opresyjną, zaawansowaną technologię, albo z minionymi reżimami, z Polską Ludową włącznie. Niewielu ośmiela się użyć ich przy opisie teraźniejszości, gdyż można w ten sposób narazić się na śmieszność, ataki ze strony innych – w końcu „żyjemy w wolnym, demokratycznym państwie” poza tym „zapomniałeś, jak było za komuny!”.
Jeżeli jesteś niezamożnym, młodym człowiekiem, w szczególności z większego miasta, na pewno słyszałeś, lub uczestniczyłeś w rozmowie o policji. W szczególności o „jebaniu policji”. Mimo wielkiej niechęci do służb mundurowych, zawsze pojawia się wątpliwość „co by się stało gdyby nie było w ogóle policji?”. Oczywiście pytania tego, nie można zignorować. Ludzie jeszcze bardziej krytyczni zadają pytania: kto kontroluje kontrolujących, czy można położyć kres bezkarności policji? Celem niniejszej pracy, jest odpowiedź na te pytania z perspektywy anarchistycznej. Pragnę pokazać, że jedynym rozwiązaniem, jest leczenie przyczyn a nie objawów, tj. zmniejszenie potrzeby kontroli społecznej do minimum, a zatem zniesienie instytucji, praw i całego systemu ekonomicznego, utrzymujących hierarchię i nierówności społeczne.
II. Zarys genezy polityki represyjnej
W skrócie: XX wiek (szczególnie pierwsza połowa) widział olbrzymią eskalację totalitaryzmu, dyktatur, ludobójstw. Jak to ktoś ładnie określił: „but depczący ludzką twarz”. Po zakończeniu II wojny światowej, część totalitarnych systemów zaczęła upadać na przestrzeni lat. Coraz więcej państw, przechodziło od kontroli poprzez pałkę policyjną, do kontroli poprzez medialną, zdecydowanie bardziej subtelną niż przedtem, propagandę i pacyfikowanie niepokojów mniej lub bardziej realną obietnicą konsumpcyjnego stylu życia (nic to, że sprzedano za bezcen nasze fabryki, w końcu mamy towary na półkach!). Zwiększenie praw obywatelskich i swobód, wraz z subtelniejszymi i inteligentnymi metodami manipulacji, spowodowały, że system wyzysku i dominacji miał się świetnie, jednocześnie przekonując ludzi, że on sam nie istnieje, że oto wszyscy jesteśmy wolnymi graczami na wolnym rynku.
Mniej więcej w latach 80. na zachodzie doszło do dość poważnych zmian – demontowano państwo opiekuńcze, niwelujące społeczne koszty nierówności i zastępowano je państwem neoliberalnym, będącym nocnym stróżem dzikiego kapitalizmu. Demontaż osłon socjalnych, zasiłków i wielu innych programów pomocy i idący z nim w parze wzrost biedy i bezrobocia wymagał pewnego powrotu do represyjności karnej i politycznej, w celu wymuszenia uległości na klasie robotniczej. Jednakże nie oznaczało to wcale, powrotu do dyktatur politycznych. Nastąpiło coś, co przewidział Guy Debord w swoim „Komentarzu do Społeczeństwa Spektaklu”. Spektakl skoncentrowany (kontrola totalitarna à la ZSRR), połączył się ze spektaklem rozproszonym (kontrola subtelna, oparta na subtelnej propagandzie) tworząc tym samym symbiozę dyskretnej manipulacji i wspierającej ją, na nowo zracjonalizowanej pałki policyjnej.
Na dzień dzisiejszy tendencja do łączenia obu tych metod rozwija się i nic nie wskazuje na to, by miało być inaczej. Co gorsza, przekonanie o nieistnieniu aparatu represji wciąż ma się dobrze. Aby zrozumieć fenomen systemów kontroli społecznej, należy zadać dwa kluczowe pytania:
1. Jakie są przyczyny eskalacji przemocy i przestępczości, na które kontrola społeczna i represyjność jest rzekomą odpowiedzią i ratunkiem?
2. Czy oby na pewno polityka kontroli i represji jest tylko sposobem radzenia sobie z problemami społecznymi, które kapitalizm kreuje, czy też jest świadomą polityką mającą również inne cele?
III. Podłoże ideologiczne – panika moralna, odpowiedzialność indywidualna
Istnieje kilka kwestii, co do których wszyscy politycy tzw. lewicy oraz prawicy, są zadziwiająco zgodni, szczególnie w naszym kraju. Pomijając już problematykę gejów, aborcji i finansowania kościołów i pomników za pieniądze podatników, najbardziej interesującym dla nas, jest konsensus odnośnie zaostrzania kodeksu karnego, polityki narkotykowej, systemów nadzoru i uprawnień policji. Jednakże aby nie niepokoić opinii publicznej, stosuje się następujący trik: wzbudza się tak zwaną panikę moralną, czy też inaczej strach przed prawdziwym lub wyimaginowanym wzrostem przestępczości, bestialstwa, wandalizmu a ostatnio również i terroryzmu. Innymi słowy –musisz się bać wyjść z domu i zacząć pragnąć by „ktoś zrobił z tym wszystkim porządek”.
Owszem, przestępczość i brutalność istnieje. Należy jednak zacząć od zrozumienia dlaczego tak jest. Aby obalić chociażby merytorycznie konieczność istnienia systemów kontroli, należy zrozumieć, że agresja, na którą są one rzekomym lekarstwem, jest skutkiem dużej degradacji jakości życia większości z nas. Degradacji będącej nierozerwalną częścią kapitalizmu, który musi radzić sobie z jej skutkami coraz mniej subtelnymi sposobami.
Kapitalistyczna ideologia nie ułatwia nam tego zrozumienia tego zagadnienia. Jej skrajny indywidualizm, skłania do poszukiwania przyczyn kryminalnych zachowań w indywidualnych, moralnych wyborach jednostki. Społeczeństwo i jego wpływ nie istnieją.
„Sam wybrał taką drogę”, „odszedł od Boga”, „zawsze ma się jakiś wybór”. I problem ten dotyczy wszystkich – od moherowych beretów i konserwatystów ubolewających nad bandytyzmem i wandalizmem, po dzieciaki ulicy, które szczerze (i słusznie) nienawidzą policji, nikt nie zadaje sobie pytań o uwarunkowania społeczne, które kształtują tak chorą rzeczywistość.
Tymczasem, od dziesiątek lat istnieje mnogość dowodów na to, że ludzie wyrzekają się swojego człowieczeństwa nie tak świadomie i dobrowolnie, jak byśmy chcieli w to wierzyć. Na to, że w obecny system dosłownie wbudowane są pewne defekty, które unicestwiają wszelkie próby budowania międzyludzkiej solidarności.
IV. Przyczyny przestępczości
1. Uwarunkowania materialne
Co kreuje przestępców? Zasadniczo istoty ludzkie zachowują się agresywnie kiedy:
- ich potrzeby materialne nie są zaspokojone
- ich potrzeby emocjonalne nie są zaspokojone
- kiedy zewnętrzne okoliczności wymuszają obronę swoich żywotnych interesów
W latach ‘90, został przeprowadzony projekt badawczy "Merva-Fowles" który ukazał mocne powiązania między bezrobociem i przestępczością. Oparli swoje badania na 30 największych strefach miejskich z całkowitą populacją ponad 80 mln. Odkryto, że wzrost bezrobocia o 1% dał w rezultacie: 6,7% więcej morderstw, 3,4% więcej przestępstw z użyciem przemocy, 2,4% więcej kradzieży. Od 1990 do 1992 to przedłożyło się na 1459 morderstw 62,607 aktów przemocy i 223,500 kradzieży mienia. (1)
Osoba żyjąca w zdeprawowanym środowisku, z małą ilością surowców, słabą edukacją i niewieloma opcjami pracy, po prostu zrobi co musi, by przetrwać. Co ważne, olbrzymia część wyroków zapada w związku z przestępstwami przeciwko mieniu (kradzieże, oszustwa). Następnie sporo jest przestępstw „bez ofiar”, tzn. takich, w których krzywdę wyrządzasz tylko sobie jak np. narkotyki. W gruncie rzeczy niewielu jest amatorów rekreacyjnego mordowania i gwałcenia. Ci ostatni to w większości ludzie cierpiący na dyssocjalne zaburzenie osobowości. (2) Jest to ważne spostrzeżenie, gdyż to właśnie oni są przywoływani jako straszak przez obrońców obecnego systemu penitencjarnego i całego systemu (nie)sprawiedliwości.
Nędzy materialnej nie poświęcam zbyt dużo miejsca, gdyż jest to kwestia oczywista i najczęściej przywoływana. Problem bezpieczeństwa socjalnego, jest najczęściej przebijającym się przez ścianę ognia skrajnie indywidualistycznej, neoliberalnej propagandy, która marzy o tym, by z dyskusji społecznej odsunąć kwestię wpływu otoczenia.
2. Uwarunkowania psychologiczne
Rzadziej słychać argumenty o niematerialnych uwarunkowaniach społecznych, generujących spiralę przemocy. Ubóstwo materialne jest istotnym czynnikiem, który mniej lub bardziej wpływa na wzrost przestępczości. Jednakże samym fundamentem na którym wyrasta destrukcyjność, jest skonfliktowanie interesów ludzi w społeczeństwie cechującym się:
a) hierarchią
b) sztucznym niedostatkiem (spowodowanym zagarnięciem bogactwa tej planety przez nielicznych)
c) rywalizacją
Aby wyjaśnić tak „skrajne” stanowisko, należy przyjrzeć się warunkom, w których uaktywniane są w człowieku mechanizmy agresji obronnej. Ogromna część zachowań destruktywnych w dzisiejszym społeczeństwie, jest agresją właśnie tego typu. Co oznacza, że ludzie ją stosujący nie są żadnymi psychopatami, oraz że destrukcyjność nie jest wpisana w naszą naturę. W hierarchicznym społeczeństwie, ludzie muszą być agresywni, by pewne rzeczy osiągnąć lub pewnych rzeczy uniknąć. W skrócie – by przetrwać.
Pozwolę sobie, pokrótce scharakteryzować ważniejsze rodzaje agresji obronnej:
- Agresja asertywna.
Na sam początek coś, co nie jest agresją sensu stricto. Agresja asertywna jest zdolnością do stanowczego i nieugiętego postępowania naprzód, osiągania celów, wbrew napotykanym przeszkodom. Dla przykładu - istnieją dane, które wskazują na dużą korelację między agresją asertywną a męskimi hormonami oraz chromosomem Y. To może tłumaczyć, dlaczego mężczyźni nieco lepiej sprawdzają się w zawodach takich jak generałowie, chirurdzy czy myśliwi. Aczkolwiek należy być ostrożnym w stawianiu takich tez w obliczu setek lat porządku patriarchalnego, który kształtował naszą kulturę. Natomiast tym, co nas najbardziej interesuje jest fakt, iż osoby z niczym nie skrępowaną agresją asertywną, skłonne są do mniej agresywnych zachowań obronnych niż te, których asertywność jest mniej rozwinięta. Dzieje się tak, gdyż u osoby o nieskrępowanej asertywności trudniej wywołać poczucie zagrożenia, większa jest natomiast wiara w siebie i swoje możliwości. Jest to ważne, jako że poczucie zagrożenia, często sztucznie kreowane, jest jedną z głównych przyczyn eskalacji agresji. Sposobem w jaki nasze społeczeństwo obniża poziom zdrowej, asertywnej agresji, jest wszechobecna autorytarna atmosfera panująca w rodzinie jak i w całym społeczeństwie. W hierarchicznym społeczeństwie, autoasercja – poszukiwanie i dążenie do własnych celów - utożsamiana jest z nieposłuszeństwem, atakiem na uznane wartości, grzechem. Tak więc instytucje społeczne kształtują nas od pierwszych chwil przyjścia na ten świat, w sposób który wyjaławia nas z wrodzonego poczucia siły, kreując jednostki bojaźliwe, a zatem skłonne do aktów irracjonalnej agresji i destrukcyjności.
- Agresja narcystyczna
W terminologii psychoanalitycznej, narcyzm jest sposobem doświadczania rzeczywistości w którym dana osoba, jej ciało, jej potrzeby, jej uczucia, jej myśli oraz wszystko co jest z nią związane, postrzegane są jako realne, podczas gdy ludzie i rzeczy nie stanowiący części jej życia osobowego, lub przedmioty obojętne względem jej potrzeb, są z pełni tej realności całkowicie wyzute. Niczym przedmioty intelektualnie rozpoznawane, natomiast afektywnie zupełnie pozbawione ciężaru i koloru. Gdy całkowicie subiektywne poczucie własnej doskonałości, które daje takiej osobie poczucie bezpieczeństwa, zostaje podważone, osoba ta reaguje intensywnym gniewem, niezależnie czy to okazuje, czy nie. Nie jest to błaha kwestia, gdyż według wielu psychologów, obserwujemy wzrost poziomu zarówno cech narcystycznych jak i NPD – narcystycznego zaburzenia osobowości. To ostatnie obejmuje nawet 6% populacji. Co ciekawe, im młodsza grupa wiekowa, tym wyższy wskaźnik zaburzenia. Myślę, że można z dużą pewnością postawić tezę o wpływie kultury konsumenckiej oraz mass medialnej papki na wzrost postaw narcystycznych. Ponadto, w rynkowej grze sukces przychodzi znacznie łatwiej tym, którzy rozwinęli w sobie bezkrytyczne, narcystyczne spojrzenie na świat.
Nie sposób też nie wspomnieć o narcyzmie grupowym. Tutaj przedmiotem uwielbienia jest grupa, do której się należy. W tym przypadku, jednostka może być w pełni świadoma swojego narcyzmu i wyrażać go bez najmniejszych przeszkód. Przekonanie, że mój kraj lub religia jest najwspanialsza, nie przypomina wypowiedzi szaleńca, lecz stanowi dowód wiary i lojalności. Problem z narcyzmem grupowym jest taki, że ułatwia manipulowanie ludźmi odwołując się do narcystycznych uprzedzeń. Jest również pewnym sztucznym pocieszeniem dla tych członków grupy, którzy nie mają zbyt wielu realnych powodów do radości. Tłumaczyć to może fakt, dlaczego wśród niższych klas społecznych obserwujemy więcej nacjonalizmu i rasizmu. Narcyzm grupowy jest jedną z najważniejszych wtórnych przyczyn wojen. Wtórnych, gdyż pierwotnymi przyczynami są prawie zawsze ekonomiczne i polityczne interesy klasy rządzącej. Natomiast by usprawiedliwić agresję na inne państwa, jak też pociągnąć na front swoich obywateli, klasa rządząca musi odwołać się albo do uprzedzeń narodowych lub religijnych, lub też stworzyć silne poczucie zagrożenia (panika antykomunistyczna, następnie wojna z terroryzmem).
- Agresja konformistyczna
To rozmaite działania, które nie są rezultatem agresywnych popędów, lecz tego, że tak kazano postępować agresorowi, on zaś uważa za obowiązek wykonanie rozkazów. We wszystkich hierarchicznie zorganizowanych społeczeństwach, posłuszeństwo jest jedną z najgłębiej zakorzenionych cnót. Nieposłuszeństwo natomiast utożsamiane jest z grzechem. Od członków gangu, przez pracowników biorących udział w nieuczciwym procederze, po żołnierzy w wojsku, wiele destrukcyjnych aktów popełnianych jest po to, by nie okazać się „miękkim” i jako akt lojalności.
- Agresja instrumentalna
Kolejnym biologicznie przystosowawczym typem agresji jest agresja instrumentalna, której celem jest zdobycie tego co konieczne lub pożądane. Nie chodzi więc o destrukcję jako taką, lecz wyłącznie jako środek do prawdziwego celu. Najbardziej jaskrawym przykładem może być narkoman, który kradnie lub napada, by zdobyć pieniądze na narkotyk. Nie będzie szokującym stwierdzenie, iż w chwili obecnej całe zachodnie społeczeństwa są dosłownie naćpane egoizmem, konsumpcjonizmem, pogonią za statusem społecznym, którego miarą jest pieniądz. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, iż agresji kierowanej chciwością nie da się wykorzenić, jako że chciwość towarzyszy nam od zarania dziejów. Jednak dopiero wraz z pełnym rozwojem kapitalizmu, chciwość stała się kluczowym motywem działania. Kiedyś oficjalnie głoszono ascezę po to, żeby ludzie wierzyli że bycie ubogim jest cnotą - czyli żeby łatwiej sprawować nad nimi kontrolę. Dziś odwrotnie - rynek potrzebuje konsumentów więc posiadanie jest cnotą. Dlatego rozbudza się przy użyciu reklamy coraz to nowsze pragnienia posiadania rzeczy, które bynajmniej nie są niezbędne. A wraz z pragnieniami formuje się chciwy charakter. Jednakże ze względu na wciąż panującą tradycję religijną, wielu nie chce przyznać się do chciwości otwarcie. Dylemat ten rozwiązano racjonalizując chciwość jako tzw. interes własny. Jak już wspomniano wcześniej, chciwość manifestująca się w politycznych i ekonomicznych ambicjach klasy panującej jest jedną z fundamentalnych przyczyn wojen.
Aby uniknąć nieporozumień, trzeba wyjaśnić w tym miejscu pewną kwestię. U zwierząt, agresja obronna jest prostym, instynktownym mechanizmem walki lub ucieczki. U człowieka wygląda to trochę inaczej, gdyż jego intelekt umożliwia tworzenie skomplikowanych konstrukcji wyobrażeniowych, dotyczących przyszłości i potencjalnego niebezpieczeństwa. A zatem człowiek może zachowywać się agresywnie nie tylko w obliczu aktualnego zagrożenia, lecz również możliwości jego nadejścia – niebezpieczeństwa wykluczenia, utraty zdrowia, pracy, bliskich ludzi itp. Ponadto, u człowieka kategoria żywotnych interesów rozciąga się zdecydowanie dalej, niż tylko potrzeby biologiczne. Tak samo ważne są potrzeby psychologiczne, jak chociażby akceptacja i uznanie własnego otoczenia. W systemie kapitalistycznym, który polega na nieustannej rywalizacji i walce wszystkich ze wszystkimi,
nasze żywotne interesy (utrzymanie siebie i rodziny, rozwój osobowościowy) znajdują się w permanentnym zagrożeniu. A zatem agresja, która przyjmuje postać pozornie ofensywną, nie bez przyczyny nazywa się agresją obronną – bez niej zostajesz wykluczony z rynkowej gry i skazany na wegetację na marginesie społeczeństwa.
Tak chory system wzmaga również inny rodzaj agresji – agresję złośliwą. Jest to taki typ zachowania, w którym destrukcja innych istot lub przedmiotów jest celem samym w sobie i sprawia przyjemność. Szersze omówienie tej kwestii przekraczałoby możliwości tego artykułu, niemniej warto przybliżyć chociaż jeden z kilku czynników wzmagających w istotach ludzkich, celową i uświadomioną destrukcyjność i autodestrukcyjność – nudę.
- Nuda
„Młodzież nie ma zajęcia” na pewno słyszałeś kiedyś takie zdanie. Choć argumenty o braku zajęcia i nudzie jako przyczynie agresji, na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nieco naciągane, warto jednak przyjrzeć się im bliżej. Aby przybliżyć to zagadnienie, posłużę się obszerniejszymi fragmentami rozdziału „Anatomii ludzkiej destrukcyjności” Ericha Fromma:
„Obserwacje życia codziennego wskazują, że ludzkie organizmy, w takim samym zresztą stopniu jak zwierzęce, potrzebują określonej minimalne porcji pobudzeń i stymulacji, podobnie jak to się ma z określoną ilością wypoczynku. Wiadomo, że ludzi chętnie reagują na bodźce i aktywnie poszukują podniet. Lista bodźców podniecających jest nieskończona. Różnice między ludźmi – i kulturami – leżą jedynie w formach, jakie przybierają główne podniety. Wypadek, morderstwo, pożar, wojna, seks stanowią podstawowe źródła podniet, podobnie jak miłość i twórczość; dramat grecki z pewnością był równie podniecający dla widzów jak późniejsze spektakle w rzymskim Koloseum, niemniej z pewnością treść tych podniet była zdecydowanie inna. Różnica ta jest bardzo istotna, jednak poświęcano jej niewiele uwagi.
(…) W literaturze psychologicznej i neurofizjologicznej termin „bodziec” (stimulus) był używany niemalże wyłącznie dla oznaczenia tego, co określę tutaj jako „prosty” bodziec. Jeżeli człowiek znajduje się w sytuacji równoznacznej z zagrożeniem życia, jego reakcja będzie prosta i bezpośrednia, niemalże bezrefleksyjna, ponieważ zakorzeniona jest w jego organizacji neurofizjologicznej. To samo jest prawdą w odniesieniu do innych potrzeb fizjologicznych, takich jak głód oraz do pewnego stopnia seks. W przypadku „reagującej” w ten sposób osoby mamy do czynienia z „reakcją”, ale nie z akcją – chcę przez to powiedzieć, że człowiek ten nie buduje aktywnie żadnej reakcji, która przekraczałaby wymiar minimalnego działania koniecznego, by uciec, zaatakować albo osiągnąć podniecenie seksualne. Można powiedzieć też, że w tym typie reakcji mózg oraz cały aparat fizjologiczny działa zamiast człowieka.
Tym, czego się nie zazwyczaj nie zauważa, jest fakt, że istnieją jeszcze odmienne rodzaje bodźców, takie, które stymulują jednostkę do aktywności. Takim aktywizującym bodźcem może być powieść, wiersz, idea, krajobraz, muzyka albo ukochana osoba. Żaden z tych bodźców nie wytwarza prostej reakcji; można by rzec, że pełnią rolę zaproszenia do określonej działalności. Aby zareagować na nie właściwie, należy odnieść się do nich „ze zrozumieniem”, aktywnie się nimi zainteresować, widząc i odkrywając za każdym razem nowe aspekty „przedmiotu wywołującego podnietę, stać się bardzie przytomnym i świadomym. (…) prosty bodziec tworzy popęd – tzn. osoba jest pchana przezeń; bodziec aktywizujący daje w efekcie dążenie – dana osoba aktywnie dąży do realizacji swego celu.
Współczesne życie w społeczeństwach industrialnych pobudzane jest wyłącznie za pomocą takich bodźców prostych. Stymulowane są jedynie takie popędy, jak pragnienia seksualne, chciwość, sadyzm, destrukcyjność, narcyzm; bodźce te rozpowszechniane są przez filmy, telewizję, radio, gazety, magazyny oraz rynek towarów. Traktując rzecz całościowo: reklama opiera się na stymulowaniu społecznie wytworzonych pragnień. Mechanizm jest zawsze taki sam: prosta stymulacja -> bezpośrednia i pasywna reakcja.”
A że bodźce proste muszą się zmieniać, dlatego też potrzebujesz wciąż nowych ubrań, nowego samochodu, nowych partnerów seksualnych.
Lecz prosta stymulacja nie ogranicza się jedynie do mediów i konsumpcji. W zasadzie nawet najbardziej fundamentalne aktywności w społeczeństwie monetarnym są oparte o taką stymulację. Przykładem może być proces uczenia się: jeżeli uczenie się oznacza wnikliwe przenikanie w głąb zjawisk, proces odkrywania prawdy, stanowi wtedy aktywny i radosny proces rozwoju. Jeżeli uczenie się oznacza bezkrytyczne, mechaniczne nabywanie informacji, do którego skłania nas warunkowanie takie jak otrzymanie pochwały, zdobycie bezpieczeństwa, nadzieja na sukces itp., mamy wtedy do czynienia jedynie z bodźcami prostymi. W ten oto sposób już od najmłodszych lat, proces socjalizacji sprawia, że nasz rozwój tożsamy jest nie ze świadomie obranymi przez nas wytycznymi, lecz prostym warunkowaniem opartym o karę i nagrodę. Potem jest już tylko gorzej – czeka nas sprzedaż naszej energii na rynku pracy najemnej. A ta z kolei jest często niezwykle nudna i monotonna.
Jak więc zachowuje się jednostka, której życie rozerwane jest pomiędzy przymus pracy i nauki a czas wolny w którym odzyskuje autonomię? W większości przypadków, niezdolna lub zdemotywowana do poszukiwania wymagających bodźców, stara się „rozerwać” (swoją świadomość) po pracy oddając się takim czynnościom jak zakupy, oglądanie telewizji, picie alkoholu lub seks.
Społeczeństwo funkcjonujące w oparciu o rywalizację i sztuczny niedostatek (spowodowany koncentracją bogactwa przez nielicznych), warunkuje ludzkie zachowania poprzez bodźce proste oparte o strach i nagrodę (byśmy pracowali i „uczyli się”), oraz o chciwość i egoizm (byśmy konsumowali po zawyżonej cenie to co sami wyprodukowaliśmy). W taki oto sposób następuje dosłowne „zdebilowacenie” całych pokoleń. Dorastają ludzie trwale niezdolni do bardziej wymagającej aktywności, chorzy na chroniczną nudę. Jest to spostrzeżenie kluczowe, gdyż chroniczna nuda ma olbrzymi wpływ na powstawanie zachowań agresywnych. Jest tak, gdyż jak przekonuje Fromm:
„Znacznie łatwiej jest zostać pobudzonym przez gniew, wściekłość, okrucieństwo czy namiętność do zniszczenia niż przez miłość, twórczość oraz aktywne zainteresowanie; pierwszy rodzaj pobudzenia nie wymaga wysiłku od jednostki – nie trzeba tutaj żadnej cierpliwości i dyscypliny, nie trzeba niczego umieć, nie trzeba się koncentrować, przezwyciężać frustracji, praktykować krytycznego myślenia, przezwyciężać własnego narcyzmu oraz chciwości. Jeżeli dana osoba poniosła porażkę w usiłowaniach realizacji własnego rozwoju, proste bodźce są zawsze pod ręką albo można poczytać sobie o nich w gazetach, usłyszeć z radia nowe doniesienia, obejrzeć w telewizji czy w kinie. Ludzie zawsze będą zdolni do wytworzenia tych bodźców w swoich umysłach, znajdując powodu do nienawiści, zniszczenia czy kontrolowania innych.”
V. Cele polityki represji
Odpowiedzieliśmy już na pytanie pierwsze, dotyczące przyczyn eskalacji agresji i destrukcyjności w kapitalistycznym społeczeństwie. Są, były i będą jego permanentnym problemem. Pozostaje jeszcze drugie, równie ważne pytanie o to, czy państwowa represyjność jest jedynie (chybioną) odpowiedzią na ten problem, czy też niezależnie od niego kreowaną polityką, mającą pewne dodatkowe cele?
U progu III Rzeczypospolitej w roku 1990 polskie areszty i zakłady karne zasiedlało niewiele ponad 50 000 osadzonych [3]. W marcu 2007 ich liczba sięgnęła 91 331[4]. Polska znalazła się tym samym w ścisłej czołówce krajów z najwyższym w Unii Europejskiej współczynnikiem inkarceracji (234 osadzonych na 100 tysięcy mieszkańców.). I tu zaczyna się ciekawie. Jak zauważa Michał Kozłowski we wstępie do „Więzień nędzy” L. Wacquanta:
„W trakcie trwania karceralnej eksplozji przestępczość w USA spadała a w Europie pozostawała na stabilnym poziomie. (W Polsce w latach dziewięćdziesiątych przestępczość rosła, także za sprawą rozszerzania katalogu przestępstw, lecz nigdy nie w takim tempie jak ilość wyroków skazujących i rzeczywista liczba osadzonych, potem ustabilizowała się, co nie przeszkodziło pęcznieć więzieniom). Polityka karnej represji nie była odpowiedzią (fałszywą lub prawdziwą) na gwałtowną falę przestępczości, po prostu dlatego, że fali takiej nie było.
Wiele wskazuje na to, że masowa penalizacja jest integralną częścią doktryny i praktyki politycznej neoliberalizmu. Deregulacja ekonomiczna i transfery bogactwa w górę drabiny społecznej skorelowane są wzmocnieniem państwowego aparatu przymusu i paternalistycznej ingerencji w życie obywateli, w szczególności obywateli słabszych społecznie i ekonomicznie. Łatwo sobie wyobrazić, że jeszcze dotkliwej odczuwają to mieszkańcy USA i Europy nie cieszący się „przywilejem” obywatelstwa. Rządy „prawa i porządku” nie są dla wszystkich równe. Tak więzienie jak arbitralne i brutalne działania policji uderzają przede wszystkim w słabszą część społeczeństwa: bezrobotnych, pozbawionych stałego zatrudnienia, mieszkańców biednych dzielnic. Ten oczywisty fakt jest trudny do ukrycia, więc dominujący dyskurs medialno-polityczny przeprowadza klasyczną operację demonizacji i moralnej deprecjacji biednych. Wykluczeni sami są sobie winni. Problem polega na tym, że polityka represji cieszy się niezmiennie poparciem większości obywateli. Coś, co samo jest częścią neoliberalnej polityki państwa dość powszechnie postrzegane jest jako antidotum na jej skutki.”
Ujmując to prostszymi słowami – system represji zawsze uderza bardziej w ludzi ubogich, a omija klasę średnią, nie mówiąc już o prawdziwych bogaczach. Dobrym przykładem może być tu ustawa antynarkotykowa. Cytując autora artykułu Sąd, konfidenci, psy to jedna banda(5):
„(Ustawa antynarkotykowa) jest najlepszym narzędziem nękania i dyscyplinowania nadwyżki siły roboczej. Ludzi bez szkoły, pracy i przyszłości. Dzięki niej ludzie tacy żyją z ciągłą świadomością, że są śledzeni, sprawdzani, a nawet odwiedzani przez policje. Wreszcie ona prowadzi ich do więzień. Wiadomo, że studenci, mieszczaństwo i artyści nie siedzą za narkotyki. Po pierwsze dlatego, że nie są przeszukiwani, po drugie dlatego, że nie są skazywani na bezwzględne więzienie za takie błahostki (np. w wypadku posiadania niewielkiej ilości marihuany studenci dostają zawiasy zwykle na podstawie ugody z prokuratorem, inni nie mają tego przywileju). Natomiast siedzą owszem dresiarze.
(…) Wszyscy popełniamy wykroczenia, występki i przestępstwa. Zwłaszcza w tzw. „młodości”. Naruszenie nietykalności cielesnej, udział w bójce, zniszczenie mienia, posiadanie narkotyków, jazda na rowerze pod wpływem alkoholu, udział w bójce z niebezpiecznym narzędziem, udział w zgromadzeniu z niebezpiecznym narzędziem, czy wreszcie napaść na policjanta, a nawet handel narkotykami i paserstwo to zarzut z jakim może się spotkać każdy. Pod warunkiem oczywiście, że z jakichś powodów zostanie poddany policyjnym procedurom przeszukań, zatrzymań, przesłuchań. Czyli pod warunkiem, że ubiera się nieodpowiednio i\lub mieszka w nieodpowiedniej dzielnicy i\lub porusza się po nieodpowiednim fragmencie miasta w nieodpowiedniej porze. To oczywiście argument za niszczeniem kamer CCTV, gdy tylko jest taka okazja. One również wyłuskują z tłumu przechodniów tych nieodpowiednio ubranych.”
Widzimy więc, że mamy do czynienia z świadomie kreowaną, uderzającą w niższe klasy społeczne polityką nadzoru i kary. Jakie są właściwie jej cele? Po kolei:
1. Więzienie zmniejsza bezrobocie. W Polsce, więziennym liderze Europy, to prawie 100 tysięcy osób mniej na rynku pracy, głównie mężczyzn w wieku produkcyjnym. To nadal niezbyt dużo, ale już światowy lider więziennictwa, czyli USA ma bezrobocie o około 2% mniejsze dzięki przepełnionym kryminałom.
2. Ciągła groźba uwięzienia i policyjne represje zniechęcają najbiedniejszych do aktywnego protestu, a zwłaszcza czynią ich uległych jak trusie wobec posiadaczy i tych pracodawców, którzy zechcą ich (zwykle na czarno, bądź szaro) zatrudnić. Prewencyjna funkcja rozciąga się również poza rynek pracy, czego dobrym przykładem mogą być represje za radykalną działalność społeczną. Tutaj władza ma do dyspozycji od niedawna różne prawa „antyterrorystyczne”.
3. Więzienie tworzy także rzeszę osób trwale niezdolną do wysokopłatnej pracy. Tworzy rezerwową armię pracy, wykluczoną z gry o wysokie stanowiska, chętną do zatrudnienia się na czarno na budowie czy zmywaku, uległą - bowiem zawsze zagrożoną ponowną inkarceracją. Obok nielegalnych imigrantów byli więźniowie tworzą największy popyt na niskopłatną pracę bez osłon socjalnych.
4. Nawet w ramach obecnego systemu można by zastosować bardziej humanitarne i efektywne metody wymierzenia sprawiedliwości, mocno minimalizujące potrzebę istnienia więzień (zobacz: sprawiedliwość naprawcza). Jednakże represyjna część systemu państwowego musi tworzyć grupę społeczną "przestępcy", umieszczoną w specjalnych budynkach zwanych więzieniami, by nieustannie uzasadniać potrzebę swojego istnienia. W ten sposób tworzy atmosferę zagrożenia, potrzebę "ochrony" uczciwej części społeczeństwa - błędne koło strachu i represji zamyka się.
VI. Wnioski
Wspomniana wcześniej agresja obronna, mylona z wrodzoną człowiekowi destrukcyjnością, jest zaprogramowana filogenetycznie, nie da się więc zmienić jej biologicznych podstaw, można natomiast usuwać wszelkie czynniki które wpływają na jej mobilizację. Głównym warunkiem jest to, aby żadna jednostka ani grupa nie czuła się zagrożona przez inne. Aby tak się stało, należy znieść hierarchiczne instytucje, które dzielą ludzi na rządzących i poddanych, na tych którzy podejmują decyzje i na tych którym owej upodmiotawiającej funkcji się odmawia (zobacz: demokracja bezpośrednia). Lecz najważniejszą kwestią, jest takie przebudowanie gospodarki, które zagwarantowałoby godne życie WSZYSTKIM ludziom, w której dobrobyt nie byłby tożsamy z wygraną w morderczej rywalizacji na śmierć i życie. To oznacza zastąpienie własności prywatnej własnością społeczną, oraz konkurencji współpracą i demokratycznym planowaniem produkcji i konsumpcji (zobacz: ekonomia uczestnicząca, anarchokomunizm). W gospodarce, w której sukces tożsamy jest z „drogą po trupach”, empatia ze słabością, a porażka z groźbą utraty podstawowych dóbr koniecznych do podtrzymania biologicznych funkcji organizmu, nigdy, przenigdy nie rozwinie się wyższa moralność.
Doskonale widać to, na przykładzie narcyzmu grupowego i uprzedzeń. Ponieważ podatność na propagandę zakorzeniona jest w bezsilności jednostki, zmiany o jakich mówimy powinny doprowadzić do rozwoju samodzielnego, krytycznego myślenia. Aby ograniczyć narcyzm grupowy, należy wyeliminować nędzę, monotonię, głupotę, bezsilność z którymi muszą zmagać się klasy pracujące.
Faktem jest, że nie można pominąć aspektu indywidualnego, gdy mamy do czynienia ze znacznym moralnym upadkiem jednostki – odwróceniem się od empatii ku sadyzmowi i chciwości. Jednakże do tego upadku przyczynia się z kolei wpływ rodziny we wczesnym dzieciństwie, a na zdrowie rodziny z kolei wpływają czynniki społeczne. Jednostka która przyszła na świat w społeczeństwie moralnie zdegradowanym, musi włożyć olbrzymi wysiłek, by wyjść poza wartości własnego otoczenia.
Co do polityki karnej - represjonowanie ludzi bez szans, stających się pospolitymi przestępcami, z jednoczesnym pobłażaniem przestępcom korporacyjnym i rządowym, nie jest niczym dziwnym w systemie w którym mamy nieszczęście żyć. System ten, nie bez powodu nazywa się kapitalizmem – jako że służy on interesom tylko tych, którzy posiadają kapitał, a tym samym władzę nad naszymi żywotami.
Dobrym wyrazem tejże władzy, może być fakt, że pomysły takie jak monitoring CCTV, czy wszczepianie ludziom chipów, znajdują poparcie wśród społeczeństwa ogłupionego propagandą strachu, ślepego stada owiec stawiających telenowele i plotki z życia gwiazd, ponad zrozumienie tego, kim i czym jesteśmy my i nasze życie…
____________________________________________________
1 Dane przytoczone za filmem Zeitgeist: Addendum
2 „Osoby z osobowością dyssocjalną stanowią 20-70 procent osadzonych w więzieniach”. Cytat za: „Mój psychomąż” Anna Golan, magazyn Charaktery
3 Mały Rocznik Statystyczny 2000, Zakład Wydawnictw Statystycznych 2008, s.97
4 Patrz Informacja o Wykonywaniu Kary Pozbawienia Wolności i Tymczasowego Aresztowania, Tabl.1 Ogólne dane o zaludnień Aresztów Śledczych i Zakładów Karnych , Centralny Zarząd Służby Więziennej, 2007
5 https://cia.media.pl/sad_konfidenci_psy_to_jedna_banda_0
Yura: Władza Szefów i Władza Pracowników. Taktyki i Możliwości.
Kurka nioska, Pią, 2010-03-26 12:47 Prawa pracownika | Publicystyka
Poniższy tekst został napisany przez słowacką sekcję MSP (IWA), Priama Akcia.
26 lutego 2010
W połowie stycznia media informowały, że niezadowolony pracownik firmy Yura Corporation Slovakia Ltd. w Hnúšcie uderzył szefa w reakcji na zamykanie pracowników spółki aby pracowali w godzinach nadliczbowych. Istnieją różne opinie na temat tego wydarzenia. Z jednej strony pracownicy są zachwyceni, że ktoś wreszcie wyraził swoje niezadowolenie z okropnych warunków pracy. Z drugiej strony, istnieją obawy, że spółka po prostu spakuje się i przeniesie w "bardziej opłacalne" miejsce.
Fabryki Yury w Lednickckiej Rovnie, Hlohovcu, Rimavskiej Sobocie i Hnúšcie obecnie zatrudniają około 3 700 pracowników. Większość pracowników w Rimavskiej Sobocie i Hnúšcie mają podstawowe wykształcenie i pochodzą z rodzin słabszych społecznie, dojeżdżających do pracy z sąsiednich wsi i miasteczek.Stopa bezrobocia w tym regionie osiągnęła prawie 30%, a więc pracodawcy (nie tylko w Yurze) mogą praktycznie traktować pracowników jak im się podoba.
PODSTAWOWE PROBLEMY W YURZE
Przymusowe nadgodziny. Praca w godzinach nadliczbowych w Yurze jest obowiązkowa. Na przykład, jeśli chcesz się zatrudnić w Rimavskiej Sobocie, nie możesz uniknąć pytania, czy chcesz przepracować duże ilości 12-godzinnych dni roboczych. Jeśli odmówisz, szansa zatrudnienia spada do zera. Wielu pracowników potwierdziło, że pracuje więcej godzin nadliczbowych niż jest dozwolone na mocy Kodeksu Pracy. Problemy wynikają także z odpoczynku po 12-godzinnych zmianach i płatności za nadgodziny.
Wynagrodzenia, premie i odpoczynek. Premia za wyniki maleje, choć spółka twierdzi, że jest odwrotnie. Urlopy i zwolnienia lekarskie są niepożądane i uważane są za równe celowej absencji - która grozi zwolnieniem z pracy.Wielu pracowników czuje się jak niewolnicy. Są pod ogromną presją, przymusem i groźbami.
Nieskuteczne kontrole Inspekcji Pracy. Podobnie jak w innych firmach, inspekcje nie mają zbyt wielkiego znaczenia. Kierownictwo twierdzi, że jeśli pracownicy wezwą inspektorów, będą musieli po prostu zapłacić grzywnę i zmniejszą kwotę premii pracowniczych.
Przenoszenie pracowników z jednego miejsca pracy na drugie. Zdarzały się przypadki, gdy niezadowolonych pracowników z Rimavskiej Soboty przenoszono do Hnúštu i vice versa. Dojazd do pracy jest trudny, więc wielu pracowników woli rzucić pracę. Takie praktyki są oczywistym naruszeniem kodeksu pracy.(Transfer pracowników musi być uzgodniony na piśmie, wymieniając powody zmiany. Powody te są ograniczone i wymienione w Kodeksie pracy wraz z dozwolonym czasem trwania transferu).
Związki zawodowe? Zapomnij! Firma po prostu nie akceptuje organizacji związkowych.
Aby stworzyć pełną listę problemów trzeba zebrać więcej informacji od większej liczby pracowników, niż mamy obecnie. Oczywiście, podobne problemy występują w wielu innych firmach. Jedyną różnicą jest to, że w przeciwieństwie do problemów Yurze, nie są one powszechnie znane.
MYŚLI O PRZENIESIENIU PRODUKCJI
21 lutego Dyrektor Generalny Yura Corporation Slovakia Ltd. i Yura Eltec Ltd., Seung Kil Park, podał kilka oświadczeń, które następnie pojawiły się w artykule "Yura rozważa odejście ze Słowacji". Niektórzy pracownicy zinterpretowali ten mylący nagłówek i oświadczenie o nierozwijaniu produkcji jako chęć przeniesienia jej gdzieś indziej. Takie rozmowy między pracownikami tylko wzmacniają ich posłuszeństwo i obawy. Dlatego konieczne jest wyjaśnienie pewnych faktów.
Pod koniec października 2009 r. w wywiadzie dla eTrend zatytułowanym "Producenci kabli zwalniającą pracowników, Yura ma inne plany", Park wprowadził przyszłą strategię firmy. "Chcemy zmniejszyć pewną część wynagrodzeń i zwiększyć premie motywacyjne i za wyniki.” Celem było zwiększenie wydajności i szybszego tempa produkcji. Yura również negocjowała obniżenie cen z czeskimi i słowackimi dostawcami.
Po nagłośnieniu problemów w spółce Park w zasadzie powtarza to samo, co 21 lutego. Wspomniał o tych samych oczekiwaniach jak w październiku 2009 r., gdy chodziło o straty w wysokości kilku milionów euro. "W naszej firmie rozmawiamy o wszystkim z naszymi siedzibami i rozważamy inne opcje. Szukamy innej strategii. Przede wszystkim musimy unormować sytuację finansową spółki." Według niego, spółka potrzebuje także (nie, to nie jest żart) lepszego podejścia do pracy! Innymi słowy nie ma zwolnienia lekarskiego i możliwości jakiejkolwiek nieobecności, należy jedynie pracować od świtu do zmroku, nawet bardziej intensywnie niż dotychczas.Wysłał on również wiadomość do tych, którzy mieliby w przyszłości dopuszczać się dalszych ataków fizycznych: "Klienci mogę przestać nam ufać. W najgorszym przypadku mogą oni przestać składać u nas zamówienia, a to może mieć bardzo poważny wpływ na całą produkcję. To, co się stało, jest nieodwracalne i ma poważne konsekwencje. [...] Incydent ten jest jednym z powodów, dla którego nie będziemy rozszerzać naszej produkcji na Słowacji, choć miasto Hnúšt oferuje sfinansowanie odbudowy zakładu produkcyjnego.Musimy jeszcze omówić naszą strategię operacyjną na Słowacji."Prawdopodobnie właśnie to zdanie wywołało debatę pomiędzy pracownikami dotyczącą możliwości odejścia firmy ze Słowacji. Park wyraził się w tej sprawiedość jasno - Yura nie zamierza zaprzestać produkcji.
Oczywiście Park nigdy nie powiedział, że Yura chce zaprzestać produkcji na Słowacji. Ani w lutym 2010 r., ani w październiku 2009 r., kiedy eTrend ogłosił co następuje: "SK Park twierdzi, że spółka pozostanie na Słowacji tak długo, jak Kia i Hyundai działają na terenie Republiki Czeskiej." Słowa Parka: "Odnosimy sukcesy tak długo, jak odnoszą sukcesy te właśnie firmy." Park zaprzeczył także podejrzeniom jakoby chciał produkować dla innych producentów samochodów, ponieważ siły produkcyjne są w pełni wykorzystywane, a popyt wzrośnie, kiedy Kia i Hyundai rozpoczną produkcję nowych modeli samochodów.
Spółka nie jest plecakiem i nie może się tak łatwo "spakować". Działa zgodnie z planem gospodarczym i wynikami biznesowymi.Decyzje dotyczące produkcji lub jej przeniesienia nie są reakcją na fizyczne ataki. Jeśli koreański zarząd postanowi odejść, decyzja ta nie będzie nagła - firma będzie na to w pełni przygotowana. Ucierpią na tym pracownicy. Firma w kryzysie zaczyna zwykle zwalniać ludzi i skraca dzień pracy (wtedy, gdy chce kontynuować działalność, a nie próbuje zbankrutować). W sytuacji Hnúšu jest wręcz przeciwnie - ludzie mają częściej pracować w godzinach nadliczbowych, a tempo pracy jest coraz większe. Ponadto główni klienci Yury zanotowali ogromne zyski w roku 2009 oraz wzrost sprzedaży.
UKARAĆ TYCH, KTÓRZY PROTESTUJĄ (O ILE TO MOŻLIWE)
Yura ma spore doświadczenie w praktykach wymierzonych przeciwko pracownikom, którzy sprzeciwili się temu, co się wyprawia w firmie. Na przykład w 2007 r. były dwie przerwy w produkcji w Sewonie (dzisiejsza Yura) w Rimavskiej Sobocie.W lipcu, ze względu na niższe płace, w listopadzie z powodu zaległych płatności i niezapłaconych nadgodzin. Osoby podejrzane o ich zorganizowanie zwolniono, a ci, którzy poinformowali opinię publiczną o strajku, także mieli problemy. Inne doświadczenia pochodzą z Korei, gdzie pracownicy są bardziej bojowi. Jeśli szefowie odczuwają opór pracowników, zawsze chcą karać i zastraszać pracowników, a tym samym ukształtować zdyscyplinowanych pracowników. Mogą sobie na to pozwolić, zwłaszcza gdy pracownicy są słabi i niezorganizowani.
Yura zna także praktyki swojego klienta, Hyundai. Na przykład podczas negocjacji po dzikim strajku na Morawach na początku grudnia 2009 r. zarząd Hyundai nalegał, by ukarać organizatorów strajku. Kontrola pracownicza została ostatecznie ustanowiona dzięki związkom zawodowym, które uzgodniły, że będą bronić pracowników, którzy chcą strajkować w przyszłości poza związkami. Firmie udało się w dużej mierze uzyskać kontrolę nad pracownikami. Jednak faktem pozostaje, że nikt nie został ukarany za dziki strajk, a pracownicy osiągnęli drobne ustępstwa ze strony kierownictwa fabryki. W marcu planujemy publikować analizy na temat tej walki i kontrowersyjnej roli związków, napisane przez grupę kolektívne proti kapitálu. Będziemy też publikować teksty na temat doświadczeń pracowników w przemyśle samochodowym w USA w latach 70-tych, które są w niektórych aspektach podobne do tego, co wydarzyło się w Hyundai.
YURA, KIA, HYUNDAI – WZAJEMNE WSPÓŁISTNIENIE I PIĘTA ACHILLESOWA
Wyniki biznesowe z Yura na rok 2009 nie są w danym momencie dostępne. W roku 2008 Yura zanotowała niewielki zysk, a w roku 2009 poniosła straty. Firma weszła na słowacki rynek cztery lata temu wraz z Kia Motors.W Korei Południowej była przez około dwudzieścia lat dostawcą wiązek przewodów dla Kia Motors.Po rozpoczęciu dostaw dla Hyundai w Nošovicach, Yura musiała zwiększyć produkcję, także z pomocą państwa (Yura myśli o tym samym na jesieni 2009 r.). Park oświadczył wtedy: "Jeśli nie będzie pieniędzy od rządu, prawdopodobnie zwiększymy produkcję w Rimavskiej Sobocie i Hnúšcie.”
Choć Yura ma także fabrykę w Tunisie (i więcej fabryk w Chinach i Korei), gdzie koszty siły roboczej stanowią jedną trzecią tych na Słowacji, produkuje tu jedynie z powodu Kia. W artykule w eTrend mówi: "... gdyby dziś zabrakło jednej wiązki przewodów w Kia, Yura wyprodukuje ją i dostarczy do Żyliny w ciągu trzech godzin po rozmowie telefonicznej. Nie będzie czekać na ciężarówki – wyśle przewody taksówką.” Co by się stało, gdyby to nie działało? "Wiązki przewodów montuje się jako pierwsze. Gdyby ich zabrakło, musieliby przerwać produkcję, a to oznaczałoby ogromne straty związane z przestojem." Kolejny powód rozwoju wzajemnych kontaktów pomiędzy pracownikami Yury, Kia i Hyundai. Dwie trzecie produkcji Yury przeszło do Kia w Żylinie jesienią 2009 r. W 2010 roku planuje się dostarczyć 50% do Kia i 50% do Hyundai.
Znajomość tych faktów daje pracownikom siłę. Jeśli będą wiedzieć, jak działa system produkcji i dostaw, mogą określić jego słabe punkty.Na tej podstawie, będą mogli rozwinąć skuteczną strategię egzekwowania swoich żądań. Mogę wywrzeć nacisk na najsłabszy punkt firmy i zmusić ją do dokonania pożądanych zmian w krótkim czasie.
AKTYWNOŚĆ PRACOWNIKÓW ICH SIŁĄ
Nawet jeśli pracownicy Yury są ofiarami ukierunkowanej strategii kierownictwa mającej na celu umocnienie w nich braku nadziei i bezradności, nadal mają pewną siłę. Wielu pracowników stane w obronie swoich żądań, nawet w skomplikowanych sytuacjach. Brak nadziei i bezradność w miejscu pracy jest powszechnym problemem. Ale problemy można przezwyciężyć naszym własnym działaniem. Mówimy o tym także w ulotce rozprowadzanej w Hnúšcie i okolicznych miastach i wsiach. Można ją pobrać tutaj. Oto jej fragmenty:
SOLIDARNI Z PRACOWNIKAMI YURY
Opisywanie tego, co jest znane każdemu w Yurze nie ma sensu. Warunki pracy i płace są po prostu nieznośne. Niektórzy tłumaczą to podejściem koreańskiego zarządu, który wymaga specyficznego podejścia do pracy i wyrzeczeń. Inni uważają, że problem nie tkwi w koreańskich przywódcach, lecz w słowackich kierownikach, którzy działają zawsze tylko na własną korzyść. Obie opinie są mniej lub bardziej trafne. Problem tkwi w organizacji pracy i w zarządzaniu, tj. we władzy, którą maszyny, kierownicy i szefowie mają nad pracownikami. Z powodu tej władzy jesteśmy tylko elementami maszyny.
KTO MA SIŁĘ, BY COŚ ZMIENIĆ?
Jednak można na to spojrzeć z jeszcze innego punktu widzenia. Bez pracowników nie ma produkcji. Na tym polega nasza władza nad maszyną, przełożonym i szefem.Ludzie zawsze musieli walczyć o istotne zmiany, walkę swą koncentrując na tym, co było największa słabością szefów - na produkcji. Bez produkcji szef traci zyski. Kiedy ludzie trzymają się razem i na przykład wstrzymują produkcję, szef staje się nagle bardziej skłonny wysłuchać tego, co mają oni do powiedzenia.
DOŚWIADCZENIA INNYCH WALK PRACOWNICZYCH
Gdyby tylko istniała prosta odpowiedź na pytanie jak osiągnąć jedność i mieć siłę, by przeprowadzić wspólną akcję, która zmusiłaby szefa do zastosowania się do naszych żądań. Jednak nie ma sprawdzonej recepty. Możemy tylko rozważyć sytuację i wziąć pod uwagę doświadczenia innych ludzi. Na przykład dostawy Yury dla Hyundai w Nošovicach na Morawach. Zaledwie trzy miesiące temu był tam dziki strajk. Pracownicy zatrzymali produkcję na jednej linii, inny pracownicy dołaczyli do nich i tak osiągnęli pewne ustępstwa.Miesiąc później, pracownicy z Grammer w Most poszli za ich przykładem i uzyskali zapewnienie poprawy. Grammer jest szczególnie odpowiednim przykładem dla Yury, ponieważ w akcję zaangażowali się pracownicy różnych narodowości. Ich siła tkwiła w tym, że powstali przeciwko szefom jako pracownicy, nie jako ludzie tej czy innej narodowości - co mogłoby ich podzielić. Oczywiście są to tylko dwa przykłady z niedalekiej przeszłości, które są dużo bardziej złożone, niż można tu opisać. Więcej informacji na ich temat, jak również inne przykłady i doświadczenia z miejsc pracy można znaleźć na www.priamaakcia.sk. Chcemy powiedzieć tylko jedno - pracownicy mają siłę i mogą tę siłe wykorzystać.
WYMIANA DOŚWIADCZEŃ
Istnieje większa szansa na spełnienie żądań, gdy ludzie komunikują się ze sobą regularnie. Nie tylko na jednej linii montażowej, ale również z ludźmi z różnych oddziałów firmy tu i na całym świecie. W ten sposób mogą odkryć prawdziwą sytuację na produkcji, przejrzeć informacje na temat szefów i złych wyników biznesowych, rozpoznać taktykę wobec pracowników w innym miejscu, itd. Jeśli ktoś ma takie informacje i wsparcie, łatwiej jest mu opracować strategię i istnieje większe prawdopodobieństwo, że ludzie będą trzymać się razem. Jednakże taka praktyczna działalność rozwija się na Słowacji tylko sporadycznie. Priama Akcia, słowacka sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Pracowników (IWA), konfederacja szeregowych pracowników pliku, samorządnych związków zawodowych i inicjatyw z 16 różnych krajów na całym świecie, starają się tę wizję rozwijać. Na naszej stronie internetowej informujemy o walkach w miejscu pracy, ich przebiegu, wnioskach i doświadczeniach. Wykonujemy akcje solidarnościowe i koncentrujemy się na tworzeniu kontaktów między pracownikami. (W ubiegłym roku wspieraliśmy pracowników uczestniczących w strajku w Ssangyong Motors, Pyeongtaek, gdzie znajduje się również zakład Yura).
Jeśli należysz do tych pracowników, którzy uważają, że takie działania mają praktyczne zastosowanie lub chcesz uzyskać więcej informacji, skontaktuj się z nami: priamaakcia (at) priamaakcia (dot) sk, lub na adres: akcia Priama, PO Box 16, 848 08 Bratislava 48. Aby uzyskać więcej informacji idź na: www.priamaakcia.sk.
Priama Akcia
Słowacka sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Pracowników (MSP)
Źródła:
Informacje od pracowników
Káblikári prepúšťajú, Yura má opačné plány
Yura Corporation zvažuje odchod zo Slovenska
Štrajk zamestnancov v Sewone? (PDF)
Zamestnanci spoločnosti Sewon ECS dnes štrajkovali
Štrajková pohotovosť v Hyundai, divoký štrajk v Dymose, odbory a solidarita
Więcej artykułów:
Hromadná výpoveď zdravotných sestier v Humennom ako taktika v boji za zvýšenie miezd
Akcie Priame na pracoviskách. PDF
Neistá práca počas krízy z pohľadu živnostníka
Štrajková pohotovost przeciwko Hyundai, divoký strajk przeciwko Dymose, odbory Solidarita
Divoký strajk vo firme Gramatyka v českom Moste
Solidarite V tak zamestnancami ZVL Prešov protestujúcimi proti nevyplácaniu miezd podmienkam pracovným złym
Televizna Reportaż o incidente przeciwko Yura z 12. 2. 2010
Diskusné fórum zamestnancov Hyundai KIA
















