Publicystyka
Lekcje czeczeńskiej rewolucji cz. 2
Yak, Sob, 2010-07-17 12:14 Militaryzm | Publicystyka | Ruch anarchistyczny
Oto druga część tekstu Piotra Afosa, opisująca kampanię antywojenną anarchistów rosyjskich. Pierwszą część opublikowaliśmy w artykule: Anarchiści wobec drugiej wojny czeczeńskiej
To, co wydarzyło się w Czeczenii w latach 1991-1994 stanowi kolejny przykład porażki ideologii wyzwolenia narodowego. Rząd Dudajewa nie był w stanie powstrzymać grabieży i czystek etnicznych przeciw Kozakom znad Tereku, którzy żyli przynajmniej od XVI wieku na ziemiach, które nigdy nie zostały zasiedlone przez Wajnachów (Czeczenów i Inguszów). Wraz z innymi mieszkańcami Republiki, znaleźli się oni w niebezpiecznej sytuacji po upadku sowieckiego systemu administracji. Nie mam zamiaru opisywać tych wydarzeń w kategoriach „ludobójstwa”, gdyż jestem przeciwny nadużyciom semantycznym, którym poddane zostało to słowo w ciągu ostatnich 20 lat. Niemniej jednak jest znanym faktem, iż nikt, kto nie był wspierany przez bardziej archaiczne struktury społeczne (rody, klany, religie) nie mógł czuć się bezpiecznie w Czeczenii.
Byłoby skrajnym uproszczeniem opisywanie zmiany władzy, która dokonała się w Czeczenii w 1991 r. jako „zamachu stanu”. Właściwie, w Czeczenii dokonała się prawdziwa rewolucja, być może najbardziej fundamentalna ze wszystkich, które miały miejsce w dawnym Bloku Wschodnim w latach 1989-1991. W Europie Środkowej, a zwłaszcza w byłym ZSRR, zmiany dokonały się pod kontrolą przedstawicieli nomenklatury, lub opozycyjnej inteligencji. W Czeczenii za to, niższe warstwy społeczne były bardziej aktywne, niż gdziekolwiek indziej. Dudajew i jego najbliżsi współpracownicy wywodzili się z nomenklatury, ale główną siłą sprawczą tej rewolucji nie było niezadowolenie tej właśnie warstwy społecznej, ale niezadowolenie tych najbardziej marginalnych: starzejących się ofiar deportacji z 1944 r., mieszkańców wsi i bezrobotnej młodzieży. Wiązało się to ze specyfiką systemu sowieckiego w Czeczenii. Na najwyższych stanowiskach w Republice dbano o przestrzeganie parytetu narodowościowego, ale stanowiska techniczne wymagające wysokiej specjalizacji były zamknięte przed Czeczenami. Tak więc oprócz nielicznych przedstawicieli nomenklatury i inteligencji, większość Czeczenów pracowała na roli, lub na najniższych stanowiskach w miastach. Było to związane z wysokim wskaźnikiem płodności (który częściowo stanowił kompensację traumy deportacji) i ograniczonych możliwości zarobkowania, a także ze wzrostem – począwszy od lat 80'tych – ekonomii opartej na przestępczości zorganizowanej. Ci ludzie nigdy nie otrzymali niczego od władz sowieckich i mieli wszelkie powody, by darzyć nienawiścią wszystkich tych, którym udało się zintegrować z systemem.
Rok 1991 był czasem odpłaty. Tę okazję chętnie wykorzystano. Z Czeczenii uciekła wówczas ludność przynależąca do innych grup etnicznych, oraz większość inteligencji. Byłoby jedna uproszczeniem mówić, że konflikt był jedynie narodowościowy. Oprócz konfliktu pomiędzy grupami etnicznymi, istniały konflikty pomiędzy proletariatem, a inteligencją i byłą nomenklaturą, oraz konflikt pomiędzy ludnością wsi i miast.
Ponieważ stary system sowiecki nie dał aktorom rewolucji koniecznych narzędzi, by kierować nowoczesnym państwem, to co miało miejsce w Czeczenii można określić procesem „demodernizacji”. Bardziej archaiczne formy społeczne (takie, jak religia i klanowość) zastąpiły bardziej nowoczesne formy organizacji. W zderzeniu z nowoczesnym kapitalizmem, te formy przybrały skorumpowaną i zdeformowaną postać. Przykładowo, w dawnej społeczności górali, niewola (to słowo jest właściwie mylące) była rodzajem ochrony dla ludzi pozbawionych pomocy klanu i rodziny, dzięki czemu mogli zdobyć pożywienie.
Gdy do głosu doszły interesy ekonomiczne, tradycyjnie humanitarna instytucja „niewoli” zmieniła się w bardzo zyskowny handel ludźmi, który w latach 1996-1999 przybrał takie rozmiary, że stał się głównym źródłem dewiz w republice. Według "Nowaja Gazieta", większość przywódców Iczkerii, w tym Dokka Umarow (ale nie Aslan Maschadow), trudniła się tym procederem.
Oczywiście, wojna z 1999 r. nie toczyła się o “wyzwolenie niewolników”, ale o “zachowanie integralności kraju”. Powodem dla wojny z 1999 r. nie były na pewno naturalne bogactwa republiki, gdyż ilość ropy i gazu dostępna w Czeczenii nigdy nie zrekompensuje kosztów wygenerowanych do dnia dzisiejszego przez tę wojnę. Nie można jednak pominąć faktu, że handel ludźmi był jednym z głównych czynników, które zapewniły sympatię rosyjskiej opinii publicznej dla tej wojny. Separatyści tradycyjnie już obwiniają rosyjskie służby specjalne za sprowokowanie konfliktu pomiędzy frakcjami czeczeńskimi i za ich udział w handlu niewolnikami. Istnieją pewne dowody na poparcie tej tezy. Jednak trudno poważnie traktować twierdzenia, że Basajew był agentem FSB. Jest to podobne do teorii spiskowych wokół 11 września. Te teorie negują możliwość, by Muzułmanie mogli sami z siebie stworzyć silny ruch przeciw ambicjom imperialistycznym.
Teorie Abdurachmana Awtorchanowa, najważniejszego naukowca społecznego i pisarza, który mieszkał zagranicą w czasach sowieckich, który wychwalał względnie anty-autorytarną tradycję „demokracji wojowników”, nie miały wystarczającego wpływu, by skierować rewolucję na anty-autorytarne tory. Archaiczny system anty-autorytarny nie może po prostu przetrwać w otoczeniu nowoczesnego kapitalizmu. Nie ma możliwości powrotu do przeszłości. Nikt w sumie nawet nie podejmował takich prób. Dudajew jedynie pragnął stać się małym Jelcynem – tak jak Jelcyn pragnął stać się dużym Dudajewem. Atak na Czeczeński Parlament w 1992 r. został powtórzony przez Jelcyna w Moskwie rok później. Dudajew już w czerwcu 1993 r. ostrzeliwał ratusz w Groznym i wysyłał czołgi na opozycję.
Przykład rewolucji czeczeńskiej jest dobrym argumentem przeciw tym marksistom (a zwłaszcza lewicowym komunistom), którzy wierzą, że jedynie materialne uwarunkowania i struktura klasowa ruchu określają jego przyszłe losy - że komunizm pojawia się niejako samoistnie, jeśli te warunki są spełnione. Ale to nie działa w ten sposób. Emancypacja jest niemożliwa bez przeniknięcia idei anty-autorytarnych do mas społecznych. Idee są niezbędne – obok bazy materialnej. Nie chodzi tu o „zacofanie” Czeczenii. W czasach sowieckich, produkcja w Czeczenii była bardziej rozwinięta, niż w wielu innych republikach. Ale to w sowieckiej Czeczenii rosyjski proletariat był uprzywilejowany względem w większości wiejskiej ludności czeczeńskiej, która też zasilała szeregi lumpenproletariatu.
To jasne, że w latach 1991 – 1994 nie działo się w Czeczenii nic szczególnie strasznego, a na pewno nic, co mogło usprawiedliwić masakrę, która miała nastąpić. Proces dekolonizacji był o wiele bardziej brutalny wobec przedstawicieli dawnych elit w Algierii i Zanzibarze w latach 60’tych. To, co miało miejsce w Czeczenii w latach 1991-1994 powinno przypominać anarchistom, że nie każda rewolucja jest rewolucją anarchistyczną i że nie wystarczy, by była oparta na przemocy, by nie traktowała przynależności etnicznej jako klucza, oraz by była otwarta na najniższe warstwy społeczne. Oprócz wymienionych cech, konieczne jest również, by idee anty-autorytarne podzielała znaczna część społeczeństwa. W przeciwnym wypadku, historia rewolucji w Czeczenii może się powtórzyć. Krwawe konflikty pomiędzy licznymi frakcjami nowej elity i bezkarny bandytyzm i handel niewolnikami, którego ofiarami padali przedstawiciele mniejszości etnicznych (w przypadku Czeczenii, Kozacy znad Tereku, Rosjanie, Nogajowie i inni), a nawet przedstawiciele większości czeczeńskiej.
Opór anarchistów przeciw Drugiej Wojnie Czeczeńskiej
Jest prawdopodobne, że nawet bez eksplozji z 1999 r., ruch antywojenny okazał by się zbyt słaby. Ale po 1999 r. ruch antywojenny prawie nie istniał. Aż 3 miesiące musiały upłynąć od wybuchu wojny, by ruch anty-wojenny zebrał się na odwagę, by wyjść na ulice. Pierwsze demonstracje antywojenne, które odbyły się w Moskwie w grudniu 1999 r. zostały zorganizowane przez anarchistów. Drobne pikiety miały podobno miejsce wcześniej w innych miastach. Niedługo później, pojawiły się inne grupy (liberałowie i trockiści). Wówczas powstał problem współpracy. Ten dylemat rozwiązano inaczej w Moskwie, a inaczej w Petersburgu.
W Petersburgu, wszystkie grupy antywojenne (anarchiści, liberałowie i trockiści) zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych pikiet antywojennych, a każda z grup występowała pod własnymi symbolami. W Moskwie, liberałowie nie zgodzili się na obecność symboli politycznych na pikietach, a hasła obecne na cotygodniowej pikiecie (np. „Za negocjacjami między Putinem, a Maschadowem" zamiast „Żadnej wojny, oprócz wojny klasowej”) nadawały liberalny posmak protestom.
Kwestia obecności symboli politycznych ma wiele aspektów. W ciągu ostatnich lat, anarchiści często stawali w obronie idei autonomii protestu przeciw wpływom partii politycznych. W takim przypadku, ma sens domagać się, by nikt nie miał ze sobą symboli politycznych, w tym anarchiści. Jednak różnice dotyczą również proponowanych rozwiązań, które różnią się znacznie, zależnie od zapatrywań ideologicznych. W przypadku konfliktu na Kaukazie, symbole anarchistyczne pomagały podkreślić różnice pomiędzy rozwiązaniami proponowanymi przez anarchistów, a propozycjami innych grup politycznych.
Oddzielne pikiety antywojenne organizowane przez anarchistów wygasły do wiosny 2000 r. Wtedy mała liczba anarchistów zaczęła uczęszczać na pikiety organizowane przez liberałów. Moskiewska Akcja Autonomiczna uznała, że udział w cotygodniowej pikiecie jest jedynie symboliczny, a mała liczba uczestników pikiet nie ma odzwierciedlenia w szeroko rozpowszechnionej w społeczeństwie niechęci do wojny. W pierwszej połowie dekady, niezależne ośrodki badania opinii publicznej wykazywały, że 30%-50% respondentów sprzeciwiało się działaniom Putina na Północnym Kaukazie. Oznacza to, że udział w pikiecie mógł być traktowany bardziej jako "pokazówka" własnej wyższości moralnej względem reszty społeczeństwa, niż jako realna próba zmiany politycznej sytuacji na Północnym Kaukazie.
Z tego powodu, Akcja Autonomiczna w Moskwie postanowiła poszukać innych środków oporu. Z początku, gromadzono pomoc humanitarną i rozlepiano nalepki z adresem strony anarchistów z Kazania, którzy prowadzili poradnię, jak unikać przymusowej służby wojskowej. Później, począwszy od 2005 r., organizowany był “Festiwal Dezertera”.
Ruch antywojenny odżył po raz ostatni na jesieni 2002 r., gdy siły specjalne zaatakowały gazem porywaczy na Dubrowce, co spowodowało śmierć ponad 100 zakładników. Akcja Autonomiczna dołączyła wtedy wraz do Moskiewskiego Komitetu Antywojennego, zdominowanego przez nastawionych pro-zachodnio liberałów. Jednak reaktywacja była krótkotrwała. Tym, co ostatecznie pogrążyło jedność anty-wojennego środowiska było poparcie przez Moskiewski Komitet Anty-Wojoenny kandydatów na prezydenta, takich jak Irina Chakamada. Sentymenty anty-wojenne w Rosji zawsze sięgały poza koła liberalnej inteligencji sympatyzującej z polityką USA i z neoliberalizmem, ale liberałowie nigdy tego nie chcieli zrozumieć. Spowodowało to wycofanie się Akcji Autonomicznej z Komitetu - tym razem na dobre.
Nigdy nie mieliśmy zamiaru współpracować z partiami liberałów, niezależnie od ich decyzji udziału w wyborach, czy bojkotu wyborów. Byliśmy jednak gotowi na współpracę z tymi organizacjami pozarządowymi, które nie są jedynie fasadą partii politycznych. Nawet jeśli ich członkowie byli w większości liberałami. Na nieszczęście dla Moskiewskiego Komitetu Antywojennego, niezależność własnych organizacji nie była dla uczestników komitetu priorytetem.
Festiwal dnia dezertera
Już w 2001 r. w Moskwie, grupa Akcji Autonomicznej rozpoczęła taktyczną walkę przeciw przymusowej służbie wojskowej w ramach kampanii antywojennej. Oczywiście nie oznaczało to, że popieramy armię zawodową. Opowiadaliśmy się raczej za ochotniczą anty-burżuazyjną „czarną gwardią”. Jednak walka z poborem była najłatwiejszym sposobem na znalezienie wspólnego pola do działania dla pracowników rosyjskiego i czeczeńskiego pochodzenia. Nazwa festiwalu, który odbywa się co roku od 2005 r. (a poza Moskwą od 2008 r.) - „Dzień Dezertera” - była rozmyślną prowokacją. Wiadomości o dezercjach pojawiają się w rosyjskich mediach zazwyczaj jedynie wtedy, gdy zdesperowani żołnierze poborowi uciekają z jednostek z karabinem w ręku i zabijają przypadkowych ludzi. Rozumiemy ich desperacje, ale preferujemy bardziej racjonalne formy dezercji. Dezercja sama w sobie, jest jedyną zasadną reakcją na wojnę imperialistyczną.
Nazwę “Dzień dezertera” wybraliśmy w celu wyrażenia naszego stanowiska i zwrócenia uwagi na ślepy zaułek, jakim są reformy zmierzające do utworzenia „armii zawodowej” i zmierzania w kierunku „negocjacji z Maschadowem". Jedynie deklarując tak pryncypialne stanowisko możemy rozwijać autonomiczny anarchistyczny podmiot polityczny w Rosji. W przeciwnym wypadku, roztopilibyśmy się w masie liberałów i „lewicowców” (o dość podejrzanej „lewicowości”).
Dzień Dezertera okazał się dużym sukcesem. Na początku nie chodziło nawet o stworzenie nowej tradycji. Festiwal jednak przyjął się. W 2009 r. piąta edycja festiwalu została zorganizowana w Niżnym Nowogrodzie (w 2008 r. festiwal został zorganizowany po raz pierwszy poza Moskwą, w Kirowie). Dzień Dezertera stał się modelem dla wielu innych wydarzeń anarchistycznych na dużą skalę: Czarnego Piotrogrodu w 2004 r., Wolnościowego Forum w 2006 r., Festiwalu Genderowego w 2008 r. Tego typu spotkania całkowicie zastąpiły konferencje sformalizowanych organizacji anarchistycznych i stały się obowiązującą formą międzymiastowych spotkań ruchu w Rosji. Była to bardzo ważna zmiana w łonie rosyjskiego ruchu anarchistycznego. Po odwiedzeniu Festiwalu Dezertera, ludzie byli o wiele bardziej optymistycznie nastawieni do działania, niż po kolejnej pikiecie anty-wojennej. Z tego punktu widzenia, nowa taktyka okazała się sukcesem.
Pierwszy dzień akcji, który odbył się w 2004 r. i który został potem nazwany „Dniem Dezertera”, został zorganizowany w 60 rocznicę deportacji Czeczenów i Inguszów. Z biegiem czasu, temat antywojenny stał się bardziej elementem tła. Festiwal w Kirowie w 2008 r. był już tylko wydarzeniem antymilitarystycznym. W tym okresie, intensywność konfliktu w Czeczenii spadała od dłuższego czasu. Brak informacji o nowych atakach sprawił, że problem przestał być palący dla społeczeństwa, a także dla anarchistów. Paradoksalnie, klęska antywojennego ruchu anarchistycznego otworzyła drogę do nowych form działania. Konflikt na Północnym Kaukazie zszedł już z czołówek gazet, a anarchiści zajęli się bardziej konstruktywnymi działaniami, niż kampania antywojenna, która od samego początku była uznana za skazaną na porażkę. Przyczyną był brak struktur, który uniemożliwił mniejszości o nastawieniu antywojennym skuteczne stawianie oporu.
Porażka kampanii przeciwko Drugiej Wojnie Czeczeńskiej
Zarówno anarchiści, jak i inne grupy o nastawieniu antywojennym nie miały takich struktur. W czasach Pierestrojki, los ruchu anarchistycznego związał się z losem całego ruchu na rzecz demokratyzacji. Nikt nie był przygotowany na skalę obłudy i arogancji Jelcyna. Należy oddać sprawiedliwość niektórym liberałom, że zdawali oni sobie sprawę z sytuacji o wiele przed rozpoczęciem Pierwszej Wojny w Czeczenii. Ale w ciągu tych wszystkich lat, w których liberałowie budowali poparcie dla części nomenklatury, która chciała uchodzić za demokratyczną, masy popierały nomenklaturę lub stały się całkiem apatyczne i próbowały jedynie przetrwać terapię szokową z początku lat 90’tych.
Potem, było już zbyt późno by zmienić kierunek i anarchiści, "demokratyczna lewica", oraz „liberałowie z sumieniem” zostali bez poparcia społecznego. Stało się to całkiem jasne podczas Pierwszej Wojny w Czeczenii. Pomimo antywojennej propagandy w mass mediach, które znajdowały się jeszcze wtedy w rękach oligarchów (oligarchowie liczyli na to, że będą mogli szantażować Jelcyna opinią publiczną), skala protestów antywojennych była bardzo mała. Właściwie trudno znaleźć w historii przypadki sukcesów w zatrzymaniu wojny imperialistycznej jedynie dzięki aktywności ludności samych krajów imperialistycznych. Gdy ruchy anty-imperialistyczne były górą (jak w przypadku Wietnamu), stało się tak w większości dzięki ofiarom poniesionym przez partyzantki w krajach okupowanych.
W przypadku Czeczenii, od samego początku siły były zbyt nierówne. Zwycięstwo ruchu oporu w pierwszej wojnie było cudem, który nie ma analogii we współczesnej historii. Nie powinno więc dziwić, że cud nie powtórzył się w trakcie drugiej wojny. Przyczyny klęski były już jasne w 1996 r., gdy podczas negocjacji w Chasawjurcie rządowi Iczkerii nie udało się uzyskać uznania niepodległości ze strony Rosji. Pomimo cudu, jakim było zwycięstwo w bitwie o Grozny, w dyplomatycznej walce osiągnięto jedynie remis. Wydaje się, że zarówno Maschadow, jak i Basajew to rozumieli. Jednak tylko Basajew zdecydował się na kontynuację konfliktu, podczas gdy Maschadow rozumiał, że ruch oporu już całkowicie wyczerpał swoje możliwości. Być może, Maschadow liczył na tak głęboki kryzys w Rosji, że ten kraj doznałby tak całkowitej zapaści, że niepodległości Iczkerii de iure zostałaby uznana przez inne kraje. Jednak to nie nastąpiło.
Z powodu skutecznej “lokalizacji" konfliktu, czyli zasileniu oddziałów wojsk przez miejscową ludność, główne straty są po stronie miejscowej ludności i żołnierzy zawodowych. Rzadko się już zdarza, by w konflikcie brali udział mieszkańcy innych regionów, lub żołnierze z poboru, a jeszcze rzadziej któryś z nich ginie. Dzięki zwiększeniu kontroli państwa nad środkami masowego przekazu, wojna praktycznie zniknęła z ekranów telewizji, a dla większości ludności po prostu całkiem przestała istnieć. Obecnie, jedyną szansą dla ruchu oporu jest globalny kryzys, który doprowadziłby do całkowitego rozpadu Rosji i do powstrzymania dopływu pieniędzy z budżetu federalnego do miejscowej elity. Jednak wygląda na to, że obecny kryzys energetyczny jedynie wzmacnia siłę władz federalnych w Rosji, dzięki obecności potężnych rezerw gazu i ropy na terytorium kraju.
Upór anarchistów z Petersburga, którzy prawie bez żadnych przerw, współorganizowali pikiety antywojenne przez 8 lat zasługuje na podziw. Były takie momenty, gdy na pikietach pojawiało się mniej niż 10 osób i wydawało się, że pikiety są jedynie bezsensownym wyrazem masochizmu. Jednak w pewnym momencie, liczba pikietujących wzrosła. W latach 2004 - 2007, w pikietach brały udział tuziny ludzi, w tym 90% anarchistów. Anarchistom z Petersburga udało się odzyskać przestrzeń w mieście i każdy mieszkaniec miasta mógł każdego tygodnia spotkać się z anarchistami i nabyć prasę anarchistyczną. Było to możliwe jedynie dzięki uporowi i wyrzeczeniom. Więcej niż raz zdarzyło się, że pikietujący musieli się bronić, za pomocą pałek, a potem noży. W końcu, jeden z uczestników pikiet musiał na dobre opuścić Rosję, gdy władze zaczęły wykorzystywać przypadek samoobrony, by poddać represji cały ruch.
Problemy ruchu antywojennego w Petersburgu okazały się fatalne dla ruchu nie z powodu decyzji taktycznych, ale z powodów światopoglądowych, które doprowadziły do podziału i zaniku najstarszej działającej grupy anarchistycznej w Rosji - Petersburskiej Ligi Anarchistów (PLA). PLA przez lata była najbardziej aktywną sekcją Stowarzyszenia Ruchów Anarchistycznych (ADA), zrzeszonej na poziomie międzynarodowym w IFA (Międzynarodowej Federacji Anarchistycznej).
Na samym początku, pikiety antywojenne w Petersburgu zostały zainicjowane przez "anarchistów niezrzeszonych". Jednak członkowie PLA byli najbardziej widoczni na pikietach. Z biegiem czasu, zyskali pozycję dominującą. PLA głosiło stanowisko poparcia dla ruchu oporu w Czeczenii (krytykując jednocześnie ataki na cywilów). PLA dążyło do zjednoczenia wszystkich sił anty-putinowskich według zasady: „najpierw się ich pozbądźmy, a potem rozwiążemy własne spory”. Moskiewska Akcja Autonomiczna nigdy nie godziła się na tak rozumiany „ekumenizm”. Nasze stanowisko było zawsze takie, że aby uzyskać poparcie, musimy stanowić skuteczną alternatywę dla istniejącego reżimu. Jeśli współpracowaliśmy z innymi inicjatywami anty-wojennymi, to tylko pod warunkiem, że mogliśmy zaprezentować ściśle anarchistyczną alternatywę dla wojen imperialistycznych – czyli zbratanie proletariatu po obu stronach konfliktu – przeciw szefom.
Stanowisko PLA jest częściowo uzasadnione. W końcu, po 1994 r., to siły federalne rozpoczęły masakrę na szeroką skalę. Wewnętrzny konflikt w Czeczenii rozpoczął się o wiele wcześniej, ale Jelcyn eskalował konflikt do niespotykanego wcześniej poziomu. Aby przekonać ludzi, że istnieje alternatywa, musi być sposobność, by ją zaprezentować. Jednak patrząc z boku na „zjednoczony front”, odnosi się wrażenie, że ludzie, którzy biorą w nim udział nie do końca wiedzą, czego chcą. Dziś, cała opozycja w Rosji doznaje zapaści, a jedynie anarchiści rosną w siłę. To znak, że mieliśmy rację, stawiając na podtrzymanie naszych własnych poglądów na wojnę w Czeczenii. Gdybyśmy w 2000 r. połączyli się z jakimś „zjednoczonym frontem” – już by nas dzisiaj nie było.
Klęska nie stanowi końca walki
Choć głównymi winowajcami eskalacji konflikty są władze federalne, Moskiewska Akcja Autonomiczna nigdy nie wspierała nacjonalistycznych, islamskich elementów w czeczeńskim ruchu oporu. Zawsze byliśmy zwolennikami trzeciego rozwiązania: zjednoczenia proletariatu po obu stronach konfliktu, przeciw przywódcom po obu stronach. W praktyce jednak, od początku pierwszej wojny, to "trzecie rozwiązanie" realnie się nie urzeczywistniło. Ludność Czeczenii była zbyt zajęta walką o indywidualne przeżycie, by jeszcze dodatkowo walczyć z rządem. W pewnym sensie, ruch przeciw porwaniom, zdominowany przez nieuzbrojone kobiety, stał się takim „trzecim rozwiązaniem”. (Podobno według norm obowiązujących na Północnym Kaukazie, mężczyzna nie powinien o nic prosić władz bez karabinu w ręce.) Takim rozwiązaniem stał się również ruch mieszkańców Machaczkały (stolicy Dagestanu), którzy budowali barykady na ulicach w zimie 2007-2008, po całkowitej zapaści infrastruktury miejskiej spowodowanej korupcją lokalnych urzędników. Ten ruch był całkiem niezależny od polityków.
Niestety, choć podobne inicjatywy pojawiały się na Północnym Kaukazie od wielu lat, ruch anarchistyczny w Rosji nie był dość silny, by wesprzeć te inicjatywy. Trzecim przykładem jest ruch "Matek z Biesłanu", zorganizowany przez rodziny ofiar porwania i masakry z 2005 r. Z powodu politycznej sytuacji, nie było możliwe ukaranie ludzi, którzy nakazali atak na szkołę z użyciem czołgów i wyrzutni pocisków. Dlatego ten ruch stopniowo zdegenerował w kierunku quasi-rasistowskich i anty-inguskich haseł, które nie były szkodliwe dla władz.
Z braku “trzeciej siły”, stanowisko poparcia dla ruchu oporu jest oczywiście atrakcyjne dla radykałów. Brodacze z karabinami wyglądają przecież bardziej pociągająco, niż starsze panie z fotografiami zaginionych synów. Niektórzy w PLA znaleźli nawet wspólny język z anty-arabskim i anty-rosyjskim rasistą Borysem Stomachinem, który odsiaduje obecnie wyrok 5 lat więzienia za swoje poglądy, m.in. za „upokarzanie osób za ich przynależność narodowościową". Z pewnością dopuścił się on tego przestępstwa, co nie oznacza, że należało go skazać na więzienie (w moim przekonaniu, wystarczyło go pobić).
Antyrosyjskie (lub – jak to się mówi w Rosji – “rusofobiczne”) poglądy są logiczną, jeśli nie nieuniknioną, konsekwencją poparcia dla nacjonalistycznego lub islamskiego ruchu oporu. Tak więc anarchiści w Petersburgu rozeszli się w różne strony, a tradycję pikiet antywojennych przejęli ci, którzy odżegnują się od internacjonalizmu, a obecnie także od anarchizmu. Niektórzy towarzysze z Petersburga skrytykowali nas w Moskwie za to, że "nie przykładaliśmy dostatecznej wagi do tematu antywojennego". Jednak zamiast zrytualizowanych protestów woleliśmy wybrać bardziej kreatywne rozwiązania, które mogły odnieść lepszy skutek. Nigdy nie negowaliśmy znaczenia sprawy czeczeńskiej, jednak nie zamierzaliśmy z jej powodu zmieniać naszych priorytetów. W ostatecznym rachunku, nie da się uznać ani podejścia petersburskiego, ani moskiewskiego, jako udanych. Jednak w Moskwie udało nam się wyrobić pewne formy działania, które okazały się korzystne dla lokalnego ruchu anarchistycznego i pozwoliły osiągnąć wyższy poziom organizacyjny.
Obok podejścia Moskiewskiej Akcji Autonomicznej i Ligi Anarchistów z Petersburga, było jeszcze inne podejście antywojenne. Anarcho-syndykalistyczna organizacja KRAS-AIT drukowała nalepki o tematyce antywojennej i uczestniczyła w wielu akcjach antywojennych, ale nigdy nie koncentrowała się na nich. Woleli zajmować się konfliktami w miejscu pracy, starając się zbudować ruch społeczny stanowiący przeciwwagę dla kapitalizmu, a więc także dla wojen imperialistycznych, które są konsekwencją kapitalizmu. Ma to pewien sens. To jasne, że akcje antywojenne były bardziej symboliczne i miały raczej na celu oczyszczenie sumienia, niż realne powstrzymanie wojny. Z drugiej strony, wojna w Czeczenii jest najbardziej aktualnym problemem na początku nowego wieku. Akcja Autonomiczna w Moskwie uznała, że zbrodnią by było zachować milczenie, nawet jeśli małe były szanse na powstrzymanie wydarzeń.
Dzięki zorganizowanym protestom, przynajmniej udało się nam przełamać kompletną zmowę milczenia i odnaleźć nielicznych ludzi, którzy byli gotowi działać pomimo wszelkich przeciwności. Łatwo być anarchistą w czasach rewolucji, ale heroiczne czyny dawnych anarchistów, którym tak teraz zazdrościmy, wydają się łatwe, gdy wspiera je społeczeństwo. Najprawdziwszymi rewolucjonistami są ci, którzy nie tracą ducha nawet, gdy znajdą się w całkowitej izolacji. My prawie straciliśmy ducha, ale ostatecznie zdaliśmy egzamin.
Pyotr Afos
Artykuł został opublikowany w numerze 30 pisma Avtonom w grudniu 2008 r.
http://avtonom.org/node/9327
Oświadczenie FA-Śląsk dot. Marszu Autonomii Śląska
Czytelnik CIA, Pią, 2010-07-16 16:07 Kraj | PublicystykaCzłonkowie Federacji Anarchistycznej Śląsk zdecydowanie popierają zarówno marsz, jak i przede wszystkim idee uczynienia ze Śląska regionu autonomicznego. Uważamy, że osiągnięcie niezależności dla każdej, nie tylko śląskiej społeczności, jest kamieniem milowym w drodze do samostanowienia, a co za tym idzie posiadania realnego wpływu na gospodarkę, politykę i charakter przestrzeni w której egzystujemy. Nie ma miejsca na budowanie społeczeństwa obywatelskiego, opartego o wolne i równe dla wszystkich zasady, w świecie gdzie najistotniejsze dla nas decyzje podejmowane są tysiące kilometrów od naszych zakładów pracy, ulic i domów. Tysiące kilometrów które nie są odległością tylko w sensie fizycznym, gdyż tak samo daleko dzisiejszym włodarzom do naszych potrzeb i problemów, a rozwiązania które proponują służą raczej interesom korporacji i elit finansjery, niż uczciwym ludziom. Komisja Europejska oszacowała łączną, zatwierdzoną pomoc dla banków które padły ofiarą kryzysu finansowego, na 3 biliony euro! Dla banków które same ten kryzys wywołały. Ta sytuacja nie jest odosobnionym przypadkiem, a historia uświadamia nam, że za każdym razem gdy władza musi ponieść jakiekolwiek koszty, zrzuca je na barki społeczeństwa. Odbierając nam prawa pracownicze, narzucając elastyczne metody zatrudniania, szczując psami, naprawiają wyrządzone przez siebie szkody.
Mówimy dosyć! Sprzeciwiamy się sprowadzaniu społeczeństwa do roli zakneblowanych niewolników, którzy raz na cztery lata wybierają nowego pana. Nowego pana który nie musi się rozliczać ze swoich obietnic przedwyborczych. Nowego pana którego po objęciu stanowiska, nie interesuje zdanie opinii publicznej. Rzekomo będąc naszym reprezentantem utrzymuje kontyngent wojsk na bliskim wschodzie, mimo że ogromna większość chce aby go stamtąd natychmiast wycofać. Budżet i wszystkie instytucje użytku publicznego powinny znajdować się pod bezpośrednią i ciągłą kontrolą społeczeństwa. Powinniśmy współdecydować o naszych szkołach, szpitalach, zakładach pracy, transporcie publicznym, infrastrukturze i każdej innej dziedzinie życia która nas dotyczy. Częścią tak funkcjonującej społeczności staję się każdy z nas, mieszkańców danego regionu. Bez względu na swoje wyznanie, narodowość czy rasę. Bez względu na to czy określa się Polakiem, Ślązakiem, katolikiem czy ateistą. Wszyscy mamy prawo by w ramach autonomii zachować swoją tożsamość, obchodzić własne święta i wymagać poszanowania dla wyznawanych przez siebie wartości.
Samorządny Śląsk celem wszystkich jego mieszkańców!
Chlupot w butach wiceprezydenta Gdańska
michal, Pią, 2010-07-16 09:39 Kraj | Protesty | Publicystyka | Ruch anarchistyczny | Tacy są politycy
Od kilku dni wiceprezydent Gdańska Maciej Lisicki od kilku dni próbuje pozbyć się z centrum miasta handlarzy, polewając ich wodą z hydrantu. Z braku aktów wykonawczych i rozwiązań prawnych chamskie metody wiceprezydenta miały skutecznie wypłoszyć osoby trudniące się drobnym handlem.
Jednak dziś, gdy chwalił się swoim sprytem przed kamerami jednej z telewizji, sam poczuł jak to jest mieć schłodzone stopy i mokro w butach - chodnik pod Lisickim wyczyścili aktywiści Federacji Anarchistycznej. Poniżej prezentujemy ich oświadczenie.
Film z zajścia dostępny będzie w najbliższym czasie.
Dziś rano aktywiści Federacji Anarchistycznej s. Trójmiasto postanowili wesprzeć urzędników i władze miasta Gdańska polewających wodą chodniki. Chcemy pokazać, że władza może współpracować z obywatelami, że los cierpiących na upały nie jest nam również obcy. Dostrzegliśmy niesprawiedliwość w tym, że tylko handlarze są polewani wodą, podczas gdy prezydent Lisicki zmagać się musi bezlitosnym upałem i nikt nie chce zatroszczyć się o komfort jego ciężkiej pracy.
Na szczęście wysiłki FA Trójmiasto pozwoliły przezwyciężyć tą niesprawiedliwość, a spontaniczny czyn społeczny aktywistów pozwolił zaznać uroków schłodzenia prezydentowi Lisickiemu.
Odnosimy jednak wrażenie, że szereg dotychczasowych decyzji mogło być podejmowanych w upale, stąd troska o komfort pracy władz miasta, w tym miłościwie nam panującego prezydenta Adamowicza stanie się odtąd naszym nadrzędnym celem. Schłodzenie rozgrzanych umysłów może doprowadzi władze
miasta Gdańska do prowadzenia polityki, która będzie służyć mieszkańcom, a nie deweloperom i przedstawicielom wielkiego biznesu.
Zimna woda może w końcu skutecznie wybije z głowy prezydenta Adamowicza i jego kliki marzenie o mieście, w którym znajdują się tylko salony telefonii komórkowych i oddziały banków, w którym nie plącze się zbędny element, jak drobni sprzedawcy i nieładnie ubrani mieszkańcy. Może zimna woda wybije z głowy marzenia o mieście w którym nie ma drobnych sklepów spożywczych, doprowadzonych do ruiny podwyżkami czynszów, a ubodzy mieszkańcy mieszkają w kontenerach na przedmieściach.
Rozumiemy, że rozgrzany umysł prezydenta Adamowicza i jego pomocników doprowadził ich do wniosku, że sprzedającą kwiaty staruszkę należy przepędzić polewając wodą. Rozumiemy, że zmęczenie upałem nie pozwala dostrzec, że taki sam handel, z jakim walczą zaciekle miejscy urzędnicy prowadzony jest z błogosławieństwem miasta w ramach Jarmarku św Dominika. W trakcie jego trwania ma miejsce niesamowite przeobrażenie i stragany o podobnym standardzie estetycznym i podobnym asortymencie do tych, z którymi dziś się walczy, stają się z dnia na dzień turystyczną atrakcją.
Ta sama handlarka kwiatami i sprzedawczyni baterii za kilka tygodni przyciągać będzie rzesze turystów pod warunkiem, że zapłaci haracz spółce organizującej Jarmark, haracz który potem zasili miejską
kasę. Tego rodzaju hipokryzję zamierzamy piętnować.
Ponadto, jako że woda w Gdańsku znajduje się w gestii firmy Saur Neptun Gdańsk sponsorującej jubileusze i kampanie prezydenta Adamowicza, dostrzegamy jego troskę o to, żeby jej zużycie było jak największe. Hojne wykorzystywanie wody dla przepędzania handlarzy na pewno zostanie docenione przez donatorów Adamowicza. My również dostrzegamy ten uroczy gest dbałości o czystość miasta i komfort sprzedających, i mimo groźby nadchodzącej suszy, doceniamy, że co jak co, ale władza w Gdańsku potrafi zadbać o komfort obywateli!
Dlatego w podzięce, postanowiliśmy zadbać o komfort pracy władzy. Zimna woda dla wszystkich, nie tylko dla handlarzy!
DIY Hardcore Punk Fest promuje wyzysk w Green Way
czerwony dres, Pią, 2010-07-16 00:06 Kraj | Kultura | Prawa pracownika | Publicystyka Aktualnie gdy wpiszemy hasło "Green Way" w najpopularniejszą wyszukiwarkę internetową na piątym miejscu widzimy link do założonej przez Związek Syndykalistów Polski strony "Bojkot Green Way". Możemy na niej poczytać o tym jakich draństw dopuścili się franczyzobiorcy z wrocławskiego Green Way'a i o biernej postawie zarządu spożywczego molocha wobec tych praktyk.
Żadna z 4 osób, o których wiemy, że pracowały za darmo we wrocławskim Green Way'u (a mogło być ich znacznie więcej) na początku tego roku nie otrzymała wynagrodzenia. Nie wiemy nic o poprawie warunków pracy w tym lokalu, o ile nam wiadomo właśnie dostępne jest tam kolejne śmieciowe miejsce pracy - bez chorobowego i bez płatnego urlopu, być może tym razem również bez okresu pracy za darmo, ale tego na pewno nie wiemy. Nie wiemy też nic o tym, czy w rzeczonym lokalu nadal pracownicy zmuszani są do podpisywania kuriozalnych oświadczeń wedle byle wydzimiśie szefa: na przykład, że zgadzają się na przeszukania, albo, że są zadowoleni z pracy. Na pewno nikt nie przeprosił byłej pracownicy Green Way'a za skandaliczny bochomaz z groźbami przygotowany przez ewdientnie tempawą radczynie prawną na postronku GW.
Wreszcie pomimo 445 próśb o interwencję wysłanych do zarządu firmy, centrala GW nigdy nie podjęła kroków, które zapewniłyby nas, że takie sytuacje nie będą się powtarzać. Innymi słowy nie wprowadziła do umów franczeizingowych wymogów dotyczących warunków zatrudnienia pracowników. Dlaczego? Bo Green Way to taka sama krwiożercza machina nastawiona na zysk kosztem ludzi jak Coca-Cola czy Mc Donald. Zarząd firmy doskonale wie, że gdyby zmusił franczyzobiroców do uczciwej płacy za uczciwą pracę dorobkiewicze nie byliby zainteresowani współpracą z nim. Green Way dba więc o zysk swój i swoich franczyzobiorców. Nie dba tylko o pracowników.
Mając to wszystko na uwadze ciekawe, że impreza rozrywkowa odwołująca się do idei DIY, (do it yourself - z ang. zrób to sam), która to idea była odpowiedzią na rozpanoszenie korporacji pompujących pieniądze zwykłych ludzi do kieszeni szefów, promowała w tym roku na swojej stronie jedzenie w Green Way. To trochę tak jakby przed mszą ksiądz katolicki doradzał wiernym jak bezpiecznie i tanio pozbyć się teściowej. O tym, że subkulturowa rozrywka nie ma już wiele wspólnego z jakimikolwiek ideami wiadomo od dość dawna. Tym razem jednak byliśmy świadkami faktu, że rozrywka taka może wręcz jakkolwiek pojętej walce z opresją i wyzyskiem szkodzić. Gdybym był szefem Green Way i przypadkiem zawędrował na stronę omawianego festiwalu utwierdziłbym się w przekonaniu, że można bezkarnie żerować na ludzkim nieszczęściu skoro nawet na stronach imprez, na których bawią się amatorzy pikiet pod Mc Donaldami (bo tak nadal jest) reklamuje się nieczysto grające firmy.
Mam nadzieję, że publika tego typu imprez nadal ma więcej rozumu od organizatorów i propozycji by przed koncertami zjeść w Green Way nie przyjęła.
O sytuacji w Green Way pisaliśmy już na CIA wielokrotnie:
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6
Nie wieder Deutschland - krótkie przedstawienie problemu ruchu Antideutsch
Czytelnik CIA, Czw, 2010-07-08 12:16 Świat | Antyfaszyzm | Dyskryminacja | Publicystyka
Ciekawy artykuł na temat kontrowersyjnego ruchu Antideutsch, który używa symboliki podobnej do symboliki antyfaszystowskiej co wykorzystywane jest do kompromitowania antyfaszystów. W poniższym artykule pojawia się kilka fałszywych stwierdzeń takich jak teza jakoby cały niemiecki ruch antyfaszystowski wspierał Izrael.
Pragnę wybiórczo przedstawić zjawisko, tak mało niestety znane w Polsce, dać czytelnikowi możliwość ramowego zapoznania się z kontekstem historycznym oraz sytuacją obecną. Najistotniejsza jest dla mnie przy tym geneza problemu i źródło postawy polityczno-społecznej, jako produktu pewnej traumy. Traumy pokoleniowej, o której bardzo łatwo się zapomina.
Sam początek Antideutsch ma swoje korzenie w Federacji Komunistycznej, Marksistowsko-Leninowskiej organizacji politycznej mającej swoje zaczątki w Hamburgu. Charakteryzował ją lewicowy charakter oraz względne wyrafinowanie połączone z wysokim poziomem refleksji na temat teorii i idei, w porównaniu z innymi organizacjami tego typu. Po upadku rządów komunistycznych nastąpił naturalny podział parlamentarny. Większość opowiadała się za budowaniem kapitalistycznych Niemiec wraz z SDP. Mniejszość z kolei uważała, iż polityka wielkiej władzy doprowadzi do tendencji prawicowych, a w efekcie do powstania nowego faszyzmu. Lata 90te uprawomocniły reakcje na rozwijający się nacjonalizm, antysemityzm i rasizm w Niemczech zjednoczonych. Powstały z owej mniejszości parlamentarnej organ prasowy szeroko pojętej lewicy – „Bahamas” – gromadzący i jednoczący wszystkich, którzy w jakiś sposób chcieli się temu przeciwstawiać – doprowadził do powstania grupy skumulowanej wokół organizacji Freiburger, znanej jako Forum Inicjatywy Socjalistycznej. W tym czasie bardzo silnie działała niemiecka Antifa, która budowała swobodną przestrzeń dla młodych radykalnych polityków zorganizowanych po lewej stronie. Zaangażowane w to były, inspirowane szkołą frankfurcką i powołujące się na Theodora Adorno, anarchistyczne, lewicowe jak również skłoterskie środowiska. Gdy ruchowi Antifa zaczęło powodzić się gorzej, powstał kolejny podział. Wyłoniła się grupa, która zaczęła kwestionować Niemcy całościowo. To nie była nawet krytyka, to było odebranie prawa do egzystencji. Uznali oni, że postawa antyfaszystowska to za mało. Należy podważyć kulturę Niemiec w ogóle, gdyż już samo jej istnienie jakoby prowokuje tendencje faszystowskie. Posiłkując się Frommem, zakorzenieni w protestantyzmie, który pozostawia wierzącego samemu sobie, porzucając go na łaskę i niełaskę wielkiego boga i wiecznego poczucia winy, uznali, że społeczeństwo niemieckie ma skazę, która umożliwia zaszczepianie jej ideologii wykluczeń. Według nich rasizm, antysemityzm i faszyzm nie mógł trafić na podatniejszy grunt. Historia jednak uczy nas, że w każdym społeczeństwie drzemią demony, przyczyną może być ludzka zdolność do relatywizmów, w tym akceptacji zła, i psychiczna potrzeba podporządkowania się wyższej, charyzmatycznej sile.
Najbardziej ruch antyniemiecki kojarzy się z poparciem Izraela. I znów mamy tutaj dość toporne zrozumienie, słusznej skądinąd, idei walki z antysemityzmem. Ze, znów, zupełnie bezkrytycznym podejściem. Antideutsch w pewnym sensie jest mimowolną reakcją na środowiska neofaszystowskie używające pro-palestyńskiej retoryki, żeby ukryć stosunek do Żydów. Ten swoisty polityczny filosemityzm doprowadził do tego, że anty-Niemcy pojawiają się na demonstracjach anty-islamskich. Wywodząc się wszak z platformy antyfaszystowskiej! „Anty-narodowcy/anty-Niemcy są rasistowskimi reakcyjnymi obrońcami syjonistycznego terroru przeciw ludowi palestyńskiemu. Tym, czego nienawidzą, jest odrzucenie zakłamanego zrównywania antysyjonizmu z antysemityzmem.”[1] W magazynie „Bahamas” z kolei znajdziemy komentarze pochwalające działania: „holenderskiej deputowanej Ayan Hirsi Ali czy skrajnie prawicowego polityka holenderskiego Pima Fortuyna, a nawet fragmenty książki włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci, która nie przebierając w słowach obraża wyznawców jednej z największych religii świata”[2].
Był taki moment, w którym zaczęło być trudno traktować to całościowo, wszelkie inicjatywy ideologiczne miały charakter raczej płynny. Gdy Europa zaczęła się opowiadać za Arafatem, Izrael zareagował natychmiast oskarżając wszystkich o antysemityzm. To bardzo poważny zarzut, zawsze działający bezbłędnie. Niezależni komentatorzy uważają jednak, że Antideutsch wniosło trochę świeżości do polityki Niemiec. Odważnie zaczęło kwestionować tradycję i pewną bazę, bez której wydawałoby się, trudno się obejść. Pytanie tylko, czy mająca słuszne podstawy droga nie wyprowadziła ich na manowce? Grupy takie jak Antifa czy „Exit” lub „Krisis” również należą do sympatyków Izraela, ale nie mają z Antideutsch nic wspólnego.
Ze stanowiskiem pro-izraelskim wiąże się jeszcze jedna ciekawa sprawa. Sympatia ta rozciąga się bowiem na USA. Dochodzi do pewnego oksymoronu ideologicznego. Będąc w opozycji do kapitalizmu, członkowie ruchu antyniemieckiego z drugiej strony pochwalają go! Dochodzi do absurdu: ludzie wywodzący się z środowisk niezależnych i anarchistycznych, obrońcy praw zwierząt i wegetarianie – zaczynają jeść w Mcdonaldzie, by symbolicznie manifestować swoje poparcie dla Stanów!
Zbliżając się do meritum, chciałabym postawić tezę, że rozwarstwienie i wielki konflikt pokoleniowy jaki nastąpił w Niemczech w latach 60tych miał ogromny wpływ na powstawanie skrajnych zjawisk tego typu. Przykładowo, w Polsce w ogóle nie notuje się takiego zjawiska. Wartości pokolenia powojennego były kultywowane i przekazywane potomkom. Wyznawano tę samą martyrologię, dążenie do odbudowy kraju, tworzenia dobrobytu. Nie wydarzyło się nic takiego na gruncie społecznym, co mogłoby do konfliktu doprowadzić. Jedynym punktem zapalnym mogła być polityka i odchodzenie poszczególnych jednostek w stronę komunizmu. W Niemczech pokolenie powojenne musiało skonfrontować się z ogromnym problemem ucieczki tożsamościowej jaką wielu z nich wybierało. Jak uporać się z faktem, że własny ojciec jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy osób?
Lebert pisze tak: "Nie istnieli niemieccy żołnierze, niemieccy naziści, niemieccy esesmani, niemieccy działacze ruchu oporu jako tacy. Zbiorowe uwikłanie Niemców w rzeczywistość trwającej 12 lat Trzeciej Rzeszy stało się dziedzictwem niemieckiego narodu. Także sposób, w jaki się z tym obchodzimy i obchodziliśmy dotychczas".[3] Pierwszy autor tej odważnej książki, która narobiła sporo zamieszania w Niemczech, ojciec, mocno zaangażowany w działalność Hitlerjugend, z przerażeniem konstatuje, iż gdyby nie upadek Rzeszy brałby nadal udział w funkcjonalnej i dopracowanej machinie zbrodni.
Reakcje i sposoby radzenia sobie z bagażem pozostawionych doświadczeń: opozycji kochający ojciec – zbrodniarz wojenny, są skrajnie różne. Od akceptacji i przejęcia sposobu myślenia (Gudrun Himmler, która zajmowała się staruszkami-nazistami w powojennych Niemczech, wielka przyjaciółka okrytej złą sławą Herminy Ryan, esesmanki z Majdanka) po odrzucenie samego siebie jako jednostki zawierającej demoniczny element genetyczny (Niklas Frank, autor esejów "Mój ojciec, nazistowski morderca").
Była w tej drugiej postawie i konsternacja, i zagubienie właściwe wiekowi dojrzewania, połączone z zaskakującą prewencją:
Ostatnie trzy lata życia rodziców zamieniłem im w piekło. Kiedy zginęli, miałem osiemnaście lat. Jako piętnastolatek zacząłem zadawać się z mężczyznami i chłopakami. Kiedy moi starzy zorientowali się, że jestem pedałem chcieli mnie zabić (...) krzyczała matka. Musiała to wiedzieć (...) Kiedy zauważyłem jak bardzo mogę ich tym dotknąć pozbyłem się wszelkich hamulców. Przyprowadzałem przyjaciół do domu, nosiłem wyzywające ubrania, zachowywałem się jak ciota, zwłaszcza przy znajomych rodziców. Wykańczałem ich. (...) Nie wolno mi mieć dzieci. Ten ród musi skończyć się na mnie. Cóż mógłbym opowiedzieć dzieciom o ich dziadku? (...) Za długo byłem z rodzicami, kto wie co we mnie siedzi? Nie wolno tego przekazać dalej. Koniec, koniec z dumnym szlachectwem. Z "von" w moim nazwisku. 4
Do syndromu wyparcia, należy dodać jeszcze topornie wprowadzaną przez aliantów walkę propagandową z antysemityzmem i rasizmem w powojennych Niemczech. Anty-Niemcy są niejako produktem owej traumy pokoleniowej. Odrzucając proweniencje, uznali, że skoro nie mogą odrzucić swojej narodowości, to najlepiej jeśli ich kraj przestanie istnieć. W 2002r w wywiadzie w hamburskim radiu, przedstawiciel ruchu Antideutsch wyznał jak bardzo się cieszy, że zalane zostało Drezno. Dodał jednak, iż jego radość jest niepełna, gdyż całe Niemcy powinny zniknąć pod wodą.
Do tego czarno-białego sposobu postrzegania świata dochodzi jeszcze ciągła świadomość poczucia winy:
Czegoż to ona nie zrobiła, by uwolnić się od wielkiej winy. Kara, pokuta, śmieszne. Za co? Po co się w to miesza? Nie rozumiem, o co jej chodzi. Co roku jeździ do Izraela, żeby tam dobrowolnie i za darmo pracować w kibicu. Jest członkiem Komitetu pokoju, Komitetu na rzecz porozumienia między narodami... (...). Pewnego dnia założy jeszcze Komitet włażących w dupę i zostanie od razu jego prezesem (...). To nie humanitaryzm, to nieczyste sumienie, zgięte plecy, pochylony kark i strach (...). Chciałabym być tak dumna jak oni wtedy. Zawsze z podniesioną głową i z wiarą w przyszłość. Nawet jeśli się w końcu nie udało, ale przedtem musiało być obłędnie...”[5] Pisze o siostrze, w „Kainowych dzieciach” dziewiętnastoletnia Stefani.
Obecnie niełatwo określić jak bardzo wpływowy jest ruch Antideutsch na terenie Niemiec (ale też w Szwajcarii i Austrii). Ze statystyk wynika, że ilość młodych ludzi zaangażowanych w ten ruch, skupiający się wokół większych miast (Halle, Drezno, Lipsk, Berlin) mieści się spokojnie w marginesie. Są jednak bardzo głośni i jaskrawi w porównaniu z innymi ruchami o podobnej liczebności. W ramach kuriozów aktywistyczno-politycznych, pojawił się obecnie odłam neofaszystowski – pro-izraelski. W ich manifeście dostępnym na stronie internetowej czytamy: „Nie możemy być antysemitami, bo Żydzi udowodnili, że są w stanie stworzyć silne, suwerenne państwo, skutecznie broniące się przed zalewem islamskich dzikusów”. Dodają również, że gdyby Hitler miał okazję to zobaczyć, doszedłby do wniosku, że nie warto ich eksterminować, bo przestali być pasożytami, tułającymi się po diasporach i są w stanie bronić swojej kultury...
Tak jak w latach 30tych Niemcy maszerowali pod sztandarami idei wielkich Niemiec, tak Antideutsch maszerują z hasłami anty-Niemiec. Są to dwa końce tego samego kija. Istotnie binarny obraz świata...
Krystyna Masłoń
1 „Spartacist”,nr 152, jesień 2003, s.3
2 http://www.lewica.pl/?id=11345, 14.05.2009
3 Lebert Norbert, Lebert Stephan, Noszę jego nazwisko: Rozmowy z dziećmi przywódców III Rzeszy, Świat Książki, 2004
4 Sichrovsky Peter, Kainowe dzieci, Warszawa 1989
5 Tamże, s.34
Turystyka klasowa
Yak, Wto, 2010-06-29 20:16 Publicystyka | UbóstwoTurystyka klasowa to wbrew pozorom nie szkolne wycieczki nad Biebrzę, lecz wyprawy członków klas wyższych ku bliskiej egzotyce. Wśród lepiej sytuowanych warszawiaków najbardziej popularnym kierunkiem zwiedzania jest wschodnia strona Wisły. Można tam natknąć się na miejsca zaniedbane, można spotkać źle ubranych oraz brzydko wysławiających się - a przy odrobinie szczęścia także źle pachnących - tubylców, można być świadkiem dziwnych zdarzeń takich jak siedzenie na murku, picie piwa nie-w-knajpie, można usłyszeć szelest dresów, można sfotografować nieletnie mamy.
Wycieczki do krajów trzeciego świata powoli odchodzą w przeszłość. Czekam na nowy program Cejrowskiego, z którego dowiemy się o zwyczajach ludzi biedniejszych niż Cejrowski. Póki co egzotyzacją klas niższych zajęli się artyści. Od kilku lat obserwujemy wśród nich popularność tej formy turystyki. Jako pierwsi dostrzegli oni unikatową wartość estetyczną warszawskiej Polski be, ce oraz de. Za artystami - jak to zwykle bywa w krajach zachodnich - podążyli deweloperzy i niebawem za możliwość oglądania z bliska biedy będzie trzeba słono płacić. Póki co nadal wyjątkowość mieszkania na Pradze osób, którzy mieszkać tam nie muszą, polega na tym, że można uchodzić za odważnego białego wśród dzikich.
La Palmą warszawskiej Pragi jest dla turystów klasowych Stadion Dziesięciolecia, a raczej to, co z niego zostało. Kilka tygodni temu przedstawiał się on następująco:




Prawda, że imponująco? Dla jednych miejsce pracy od 5 rano, dla niektórych śmiertelnego - jak się niedawno okazało - niebezpieczeństwa, jest dla turystów nie lada gratką. Stadion spopularyzowała Gazeta Wyborcza przyznając tamtejszym barom z kuchnią wietnamską lajfstajlową nagrodę w postaci deski lub stołka (już nie pamiętam). Dzięki niej po uliczkach takich jak na załączonym wyżej obrazku szwendają się okazy lepiej ubrane niż najlepiej ubrani hipsterzy.
Inną formę turystyki klasowej zaproponował w radiu Tok Fm ekspert porannego programu "EKG: Ekonomia, Kapitał, Gospodarka", którego to programu możemy słuchać codziennie oprócz weekendu (bo w weekend w radiu tym większość ludzi pracuje za darmo). Nie pomnę nazwiska eksperta, ale jeśli nie był to były premier lub członek zarządu jakiegoś banku, to na inny bank musiał być to szef firmy finansowego doradztwa.
Każdy ekspert występujący w tym programie odpowiada na ezoteryczne pytanie: "co go dziwi". Tym razem trafiła się ekspertowi nie lada gratka, by wszystkich zaszokować cywilną odwagą i żyłką odkrywcy. Otóż usłyszeliśmy mrożacą krew w żyłach opowieść o wyprawie z podwarszawskiego Ursusa na stację Warszawa - Śródmieście... pociągiem podmiejskim zamiast samochodem. Nie chcąc wyjść na mięczaka prowadzący program odparował, że on ostatnio jechał - zamiast InterCity - Tanimi Liniami Kolejowymi. I to na trasie Kraków - Warszawa czyli całe 3 godziny. Z kamerą wśród zwierząt, ze strzelbą na lwy, z tasakiem na Indian - zaliczone!
Egzotyzacja biedy to kolejna forma kulturalizacji różnic społecznych. Opisywania systemowego udupienia jako ciekawego, estetycznego przypadku. Zniszczone domy, karawany karaluchów, brak centralnego ogrzewania, grzyb na ścianach, rozpadające się elewacje, lądowanie na bruku, mieszkanie w kilka osób w jednym pokoju, brak ciepłej wody, ciuchy z second handów, podwórka pełne drobnych interesów, samotne macierzyństwo i milion innych przyjemności to nowy folklor. Nowy "styl życia". Jaki on ciekawy, jaki barwny, jaki dziwny! W sam raz dla etnografów do badania. Nie trzeba daleko jechać, by odnaleźć niezbadane tereny. Wraz z rozwarstwieniem społecznym lądy się zaczerniają. Dzięki społecznym marginalizacjom góry wędrują do Mahometów.
Ale ale: oddaję honor etnografom. "Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy" Tomasza Rakowskiego to książka, która udowadnia, że można pisać bez upupiania o ludziach, którzy ugrzęźli w systemowej nędzy. Bez robienia z nich obcych, dzikich, fascynujących okazów ludzkich.
Na koniec swoista odpowiedź: wrzut sprzed kilku tygodni na warszawskim Żoliborzu. W inteligenckiej dzielnicy ludzi Dobrze Wychowanych, Wykształconych, Dystyngowanych oraz Zamożnych pojawiła się skandaliczna dziura w kulturze. Lepkie paluchy, żałoba za paznokciami i wrzask na przyjęciu, gdzie goście mówią ściszonym głosem, rubaszny rechot w oazie perlistych uśmiechów.

Nienawiść to Trzecia Furia. Megera. Siostra Gniewu i Zemsty. Zła emocja - powiedzą terapeuci. Nauczą, jak ją okiełznać. Nauczą tych, których stać na terapię. Tylko czy to ta sama nienawiść? Zła emocja? Cóż. Czasem bez złych emocji nie da się przeżyć. Czasem tylko one ci zostają, gdy chodzisz po pięknych dzielnicach pięknych ludzi pięknie ubranych i żyjących pięknymi problemami. Nie wolno ci tego powiedzieć, wszak zawiść, wszak zazdrość, wszak resentyment! Nie wolno ci nawet pisnąć, bo wyjdziesz na maluczkiego. Zostaje tylko ta chwila wolności, gdy nocą wychodzisz z puszką na miasto.
Anna Zawadzka
Nielegalny ginie łatwiej
Czytelnik CIA, Pon, 2010-06-28 13:37 PublicystykaMożna ich bezkarnie pobić, zastraszyć, obrabować. Można zmuszać do pracy za bezcen, zgwałcić, sponiewierać. Nielegalni nie idą na policję. Prawo nie broni nielegalnych. Prawo ich ściga, zatrzymuje i deportuje. Ze wszystkich złych rzeczy nielegalny najbardziej boi się policji i straży miejskiej. Nawet kanar w tramwaju reprezentuje aparat terroru. Nielegalny ryzykuje życie uciekając przed kontrolą. Nielegalny nie ma dokumentów, bo to one wskazują, gdzie go deportować. Nielegalny jest nieufny. Wszystko, co powie, może być użyte przeciwko niemu.
Polski policjant zastrzelił Nigeryjczyka. Stało się to w niedzielę 23 maja w Warszawie na targowisku przy Stadionie Dziesięciolecia. Nigeryjczyk sprzedawał nielegalny towar. Policjant walczył z przestępczością gospodarczą.
Działamy na ulicach, tam, gdzie jest prawdziwe społeczeństwo - wywiad z greckimi anarchistami
Czytelnik CIA, Pon, 2010-06-28 08:09 PublicystykaWywiad przeprowadzono latem 2008 roku
M: Mówiąc o Grecji, zakłada się, że państwo to będąc wieloletnim członkiem Unii Europejskiej, jest częścią Europy Zachodniej. Oznacza to, iż posiada ono dobrze rozwinięty systemem opieki społecznej, nie ma w nim wielu przestarzałych fabryk, a „elastyczne” formy zatrudnienia są rozpowszechnione. Czy możecie powiedzieć coś więcej o obecnej strukturze klasowej społeczeństwa greckiego?
B: To trudne pytanie. Powiem ci raczej jaki jest mój osobisty punkt widzenia, ale nie jestem pewien, czy jest to prawdziwy obraz społeczeństwa. Można powiedzieć, że 20% populacji Grecji żyje poniżej granicy ubóstwa, czyli poniżej 400 euro na miesiąc. Niemniej jednak z takim dochodem można przeżyć. Nie oznacza to bowiem, że te 20% jest bliskie nędzy i ludzie ci nie mogą sobie pozwolić na zapewnienie codziennych potrzeb. Istnieje też duża grupa, na którą składają się pracownicy sektora publicznego, zarabiający dość dobrze, od 1200 do 1500 euro miesięcznie. Stanowią oni grecką klasę średnią. Należą do niej również pracownicy małych przedsiębiorstw. Natomiast rolnicy od lat 80. zarabiają coraz mniej. No i oczywiście pozostają bogaci, ale oni, tak jak wszędzie, stanowią mniejszość. Imigranci w Grecji żyją na takim samym poziomie jak obywatele greccy żyjący na granicy ubóstwa, ale również są w stanie przeżyć. Przybywają oni do Grecji od 18 lat i od tego czasu zdobywają coraz więcej praw, są w stanie znaleźć pracę i można powiedzieć, że dziś są już częścią społeczeństwa.
A: Gdy w 2001 r. Grecja włączyła się do systemu monetarnego euro, ceny znacząco się zmieniły – wszystko podrożało. Dziś, jest ona jednym z krajów, w którym rozpiętość między cenami a dochodami jest ogromna. Ludzie coraz częściej obawiają się o swoją pracę. 20 lat temu posiadali pewniejsze zatrudnienie, głównie w sektorze publicznym, wypłacano im comiesięczne pensje, obecnie, głównie ze względu na skorumpowany rząd, wszystko jest powoli prywatyzowane. Myślę, że właśnie dlatego coraz bardziej odczuwa się tę niepewność.
M: Ruch anarchistyczny w waszym kraju wydaje się bardzo silny. Jaka jest jego realna siła i jak w społeczeństwie przejawiają się radykalne nastroje?
A: Jeśli mowa o strajkach i demonstracjach... ludzie są do tego przyzwyczajeni, tak samo, jak i państwo. To że ludzie wychodzą na ulice, nie jest niczym szczególnym. Władza robi to, co zwykle. Nawet wtedy, gdy na ulicach są tysiące studentów, czy pracowników podczas strajku generalnego, państwo wykonuje niewielki krok do tyłu. A wykonuje go tylko po to, aby wszyscy myśleli, że rząd coś zrobił. Po czym, i tak uchwala nowe prawa. W czasie ostatnich lat dzieje się tak bez przerwy. To już prawie tradycja. Ludzie wychodzą na ulice, gdy są wściekli – to nic nowego. Jeśli mowa o ruchu anarchistycznym i jego liczebności, to prawda jest taka, że na anarchistyczne demonstracje przychodzą tylko anarchiści. Inni nie uczestniczą w tych protestach; wiedzą o nich, ale nie biorą w nich udziału. Faktem jest, że zawsze istnieje margines, który w pewien sposób pomaga ruchowi. Pewni ludzie są blisko nas, nie uważają nas za taki problem, za jaki ma nas państwo.
B: Powodem, dla którego ruch anarchistyczny w pewien sposób wygrywa, jest to, że podąża on wciąż tą samą drogą. Nie zmienia co dziesięć lat swojego celu. Ta stabilność, konsekwencja działania jest bardzo istotna. Społeczeństwu jest ciężko przetrawić i zaakceptować ten zbiór założeń, sposobów działania, strajków, ale widzi ono, że poprzez akcje odnosimy się do wyznawanych przez nas idei. To wpływa na ruch budująco.
A: Ruch jest w takim, a nie innym miejscu, ponieważ doszedł do momentu, w którym władza jest przygotowana na przemoc z jego strony. Państwo i policja są zawsze gotowe na reakcję. Zdają sobie sprawę, że zawsze znajdą się ludzie, którzy będą protestować na ulicy, również z użyciem przemocy. W momencie gwałtowniejszych protestów, ruch stawał się coraz silniejszy. Działo się tak w latach 80. i 90., gdy na ulicach było dużo przemocy.
B: Tak, to jest ta trwałość, o której mówiłem wcześniej, przejawiająca się w akcjach, które mają miejsce od lat 80. Od 28 lat ludzie widzą przemoc na ulicach. Na początku nazywali to protestami młodzieży, ale to było dawno temu, dziś protesty są inicjowane przez różne grupy społeczne. Tak więc społeczeństwo widzi, że to nie tylko młodzież. Społeczna reakcja, w tym wypadku ma swoje podstawy – bezpośrednią ciągłość. W ruchu jest coraz więcej starszych osób, to oni wraz z młodymi utrzymują tą trwałość.
M: Jakie są więc najpoważniejsze problemy społeczne, ekonomiczne i polityczne, z którymi spotykają się Grecy? Jak odnoszą się do nich anarchiści? Przykładowo, kiedy policjant zabija imigranta, na ulicach dochodzi do zamieszek. Czy anarchiści są również zainteresowani pomocą imigrantom i ich samoorganizacją?
A: Przyznam, że od wielu problemów społecznych jesteśmy oddaleni. Dzieje się tak, ponieważ jako anarchiści – przynajmniej tak jak to rozumie społeczeństwo – jesteśmy przeciwko wszelkim formom organizacji, wszystkiemu, co wiąże się z partiami politycznymi. Wobec tego każda organizacja czy partia są oficjalną częścią państwa. My, jako anarchiści, nigdy nie współpracujemy z lewicowcami, czasami jedynie idziemy w jednej demonstracji, ale to wszystko. Wspólnie nic nie robimy. Oni występują wszędzie. Istnieją w każdej formie organizacji. Przykładowo wśród robotników, jest niewielu anarchosyndykalistów. Jeśli mowa o imigrantach, były próby, aby się do nich zbliżyć. Trudno jest jednak mieć realny wpływ na ich życie. Nasze żądania są naprawdę od siebie dalekie. Oni np. domagają się lepszych warunków pracy i my wtedy możemy zorganizować z nimi demonstrację, rozkleić plakaty, namalować hasła na murach, lecz w rzeczywistości nadal jesteśmy daleko od siebie. Możemy pomóc znanymi nam sposobami, na przykład poprzez atak na budynek administracji państwowej. Trudno jednak stwierdzić, że żyje im się po tym lepiej. Jeśli chodzi o problemy społeczno-ekonomiczne, to aktualnie jednym z najważniejszych jest nowy system ubezpieczeń. Niewielu z nas uczestniczyło w ostatnich protestach. Polegały one na bezpośrednim ataku na instytucje ucisku. Niedawno w Atenach przeprowadzono akcję, podczas której skradziono z supermarketu wiele produktów codziennego użytku. Po tym rozdano go ludziom. To przykład akcji bezpośredniej odnoszącej się do problemów społeczno-politycznych, walki z wysokimi cenami.
B: Według mnie, istnienie problemów społecznych to iluzja, największym problemem jest samo społeczeństwo, to jak jest ono zbudowane. Ruch anarchistyczny analizował strajki robotników z wielu punktów widzenia. Niektórzy mówili, że nie chcą w ogóle pracować, inni woleliby obrabować bank, jeszcze inni pracowaliby tylko trochę, a inni chcieliby pracować i organizować się jako anarchosyndykaliści. Czy ich praca byłaby wyrazem solidarności wobec imigrantów? Jest jeszcze kwestia skłotów, które są przez niektórych popierane a przez niektórych nie. Społeczeństwo postrzega nas jako ludzi, którzy posiadają nowe idee, lecz traktują je jako pewien rodzaj utopii i być może właśnie przez to – jak powiedział wcześniej A. – stajemy się wyrzutkami społeczeństwa. Mamy jednak społeczny charakter. Jesteśmy na demonstracjach, poprzez nasze działa staramy się powiedzieć ludziom, że to hierarchiczne społeczeństwo samo w sobie jest największym problemem. Nie mówimy, że gdy dostaną więcej pieniędzy, to ich życie się poprawi. Dochody są bardzo niskie, ale nie walczymy o większe zarobki. Nie chcemy tylko jednego ciastka, lecz całej piekarni. Przykładowo, zakładamy skłot, ponieważ jesteśmy przeciwko opłatom za czynsz...
A: Mamy do czynienia z jasno określonym ruchem antypaństwowym. Krytykujesz państwo, jego istnienie, istnienie każdej jego instytucji, odmawiasz pracy w kapitalizmie, ponieważ jest ona wyzyskiem. Nie będziemy więc żądać wyższych pensji. Jest to problem społeczny, ale nie patrzymy na niego w taki sposób jak inni ludzie. Problem społeczny to coś, co istnieje w państwie, a państwo będzie zawsze uciskać ludzi. Najpierw mówisz, że praca to wyzysk a państwo jest terrorystą, a potem okazujesz swoją solidarność z innymi.
M: Tak, ale nadal jako ruch anarchistyczny, reagujecie na pewne problemy społeczne? Gdy coś się dzieje, następuje reakcja ruchu. Jak mówicie, ta reakcja nie odnosi się do samego problemu, lecz do krytyki całego systemu państwowego.
A: Reagujemy bardzo często, np. gdy ktoś zostanie zamordowany przez władze. Mam na myśli to, że na każdy problem społeczny odpowiadamy naszą solidarnością. Reagujemy wobec wszystkiego, o czym się dowiadujemy. Robimy to w nasz własny sposób, bez mediów itd. Działamy na ulicach, tam, gdzie jest prawdziwe społeczeństwo. Nie przez Internet czy telewizję itd.
B: Gdy umiera robotnik w wypadku przy pracy, związki zawodowe mówią, że aby chronić pracowników, potrzebujemy lepszych praw. Wobec tego strajkują i wówczas również dołączamy do strajku, ale mówimy przy tym, że robotnicy umierają ze względu na ten system. Reformy nie wystarczą. Nie potrzebujemy lepszych praw, lepszych warunków, ten system nas wyzyskuje i ten system musi zostać zniesiony. To jeden z trwałych elementów naszych założeń, dzięki którym znajdujemy się właśnie w tym miejscu.
M: Grecki ruch anarchistyczny jest znany głównie ze spektakularnych akcji, jednak to nie jedyne jego działania. Co jeszcze robią anarchiści? Czy możecie powiedzieć coś o historii współczesnego ruchu w Grecji?
B: Te spektakularne akcje to tylko wierzchołek piramidy. Na jej dole są tysiące działań ulicznych. Mam na myśli wiele plakatów, wlepek i demonstracji. Demonstracje odbywają się co miesiąc bądź dwa. Nie wygląda to tak, że ktoś wstaje rano i stwierdza „ok, dziś rzucę sobie butelką z benzyną”, tak się nie dzieje. Ruch posiada społeczny charakter. Nie jesteśmy zamknięci, wołamy do ludzi „chodźcie z nami!”.
A: Tak, jak powiedział B. – butelki z benzyną to tylko spektakl w społeczeństwie spektaklu. Telewizja to pokaże, ponieważ to się dobrze sprzedaje. Powiedzą, przy tym że to chuligani, że są głupi, niewykształceni itd. Rzeczywistość jednak jest inna. Na zgromadzenia poświęca się wiele dni. Prowadzi się wiele dyskusji, o wszystkim decyduje większość – co i kiedy zaatakować. Na demonstracji, prawdopodobnie połowa ludzi to ci, którzy aktywnie biorą udział w ruchu, chodzą na spotkania, dyskutują o różnych sprawach codziennie, zajmują się propagandą, rozklejają plakaty, wlepki itd. Demonstracje i zamieszki to tylko czubek piramidy.
M: Czy możecie mi powiedzieć coś więcej o tym, w jaki sposób ruch stał się tak silny?
A: Nie powiedziałbym wcale, że ruch jest silny. Jest nas co prawda więcej niż w innych krajach, ale nic się nie zmienia, potrzebnych jest wciąż więcej ludzi. Toczą się walki, występują nowe problemy. Ciągle istnieją tematy, których nasz ruch jeszcze nie odkrył, ponieważ nie jest on jeszcze na to gotowy. Taka sytuacja stanowi problem. Liczby robią wrażenie, ale jeśli nadal występują nieprzedyskutowane kwestie to nie można powiedzieć, że ruch jest silny. Ruch byłby silny, gdyby rzeczywiście coś zmienił.
M: W takim razie, może słowo „silny” nie jest do końca odpowiednie, ale na pewno jest to największy ruch w Europie. Kiedy waszym zdaniem nastąpiły historyczne momenty, które wpłynęły na osiągnięcie dzisiejszej kondycji?
A: Myślę, że na historię składa się wiele niewielkich faktów, wiele przypadków. Również struktura społeczna, tradycyjne rodziny, niewielki kraj zamieszkiwany przez stosunkowo niewielką populację [10 milionów mieszkańców], to wszystko razem zebrane składa się na całość.
B: W Grecji, po zakończeniu dyktatury w latach 70. w rządzie byli konserwatyści, w latach 80. socjaliści. Myślę, że taki rozwój wydarzeń spowodował społeczną reakcję. Władza zainicjowała rozwój niezwykłego wyzysku. Ludzie zaczynają wobec niego reagować. Wyzysk państwowy plus „kultura reakcji”, demonstracje, aktywność, brak zaufania społeczeństwa wobec państwa to rzeczy, dzięki którym ten ruch się rozrósł. Po 1979 r. w kraju było wielu więźniów, ludzi walczących i oddających swoje życie za wspólną sprawę. To wspaniałe, że ludzie są w stanie zaryzykować całe swoje życie. Pobyt w więzieniu oznacza rezygnację, ze wszystkiego, co jest „na zewnątrz”, to również część taktyki.
A: Dyktatura skończyła się w 1974 r., przed nią miała miejsce II wojna światowa. Pomiędzy obiema datami ludzie klepali biedę. Po zakończeniu dyktatury, po wydarzeniach na politechnice z 17 listopada 1973 r. bardziej się upolitycznili. Z tego względu w kraju tak bardzo rozwinęła się lewica. W tamtym czasie było mnóstwo zaangażowanych osób, stali się oni swojego rodzaju rewolucjonistami. Grecy zaczęli studiować w różnych krajach europejskich, na co wcześniej tylko bogaci mogli sobie pozwolić. W przeszłości zwykle zaczynali pracę tuż po zakończeniu szkoły. Po przemianach zaczęli więcej czytać i uwierzyli, że zmiana jest możliwa. Ruch anarchistyczny rozwinął się w latach 80. i trwa do dziś, nigdy nie zanikł.
B: W 2000 r. oznajmiono, że w kraju nastał pokój społeczny, co miało oznaczać, że od tego momentu ludzie mają być zjednoczeni i będą pracować na rzecz rozwoju. Przed latami 80. konserwatywny rząd karał ludzi za to, że byli lewicowcami, komunistami czy anarchistami, za brak współpracy z systemem wyzysku. Po tym jak socjaliści dostali się do rządu, najważniejszym hasłem stała się zmiana, mówili „przyszliśmy, aby to wszystko zmienić”. Zrobili to w ten sposób, że np. niektórzy o poglądach lewicowych mogli pracować dla państwa, co było wcześniej niemożliwe, ale nic tak naprawdę się nie zmieniło. Wyzysk nadal trwa. Lewica potraktowała te lata również jako zemstę za okres wojny domowej (1945-1949) i okres późniejszy. Nie odniosła sukcesu, skorumpowała się i w rezultacie konserwatyści doszli ponownie do władzy. Później, prowadząc ze sobą bezustanną wojnę, kilkakrotnie wymieniali się władzą. Kiedy Grecja przystąpiła do strefy euro, ogłoszono, że wszyscy powinni być zjednoczeni i pracować razem na rzecz poprawy sytuacji państwa. Ten pomysł próbowano sprzedać społeczeństwu, które wcześniej było podzielone na lewicę i prawicę. W tej sytuacji odnalazł się ruch anarchistyczny.
M: Jak wyglądał opór społeczny wobec dyktatury w latach 70.? Czy był on powszechny? Jakie były nastroje? Jaką rolę odegrał, jeżeli jakąkolwiek, ruch anarchistyczny? Jaki miało to wpływ na dzisiejszy ruch? Czy ruch posiada swoje korzenie w tamtych wydarzeniach?
B: Po wojnie domowej, która skończyła się w 1949 r., a która była największym oszustwem w historii, ponieważ wcześniej Churchill i Stalin uzgodnili już pomiędzy sobą, aby Grecja pozostała w strefie wpływów Zachodu, istniała grupa greckich internacjonalistów. Nie chcieli oni władzy nazistów ani greckich komunistów, którzy byli nacjonalistami. Prawie wszyscy z nich zostali zabici przez komunistów. Przetrwała bardzo niewielka grupa. Walczyli w wojnie domowej jak również po jej zakończeniu. Domagali się odsunięcia komunistów i nazistów od władzy. Można ich nazwać pierwszymi powojennymi anarchistami, pomimo że sami nazywali siebie inaczej.
A: Ich największym problemem nie byli naziści, lecz podziały klasowe. Zdawali sobie sprawę z tego, że naziści również mogą być zmuszani do pracy w niemieckiej armii. Mówili, że są przeciwko szefom.
B: Wojna domowa była w pewnym stopniu pułapką szefów oraz kapitału, który miał uciszyć głosy sprzeciwu wobec kapitalizmu, nacjonalizmu i państwa. Po tym, wszyscy, którzy nie uciekli do bloku wschodniego, musieli podpisać dokument stwierdzający, że „Nie mam poglądów komunistycznych i żałuję swojej przeszłości”. Od 1949 r. do 1967 r. gdy nadeszła dyktatura, a później do lat 80., gdy pojawili się socjaliści, praktycznie nie zachodziły żadne poważne zmiany. W okresie dyktatury żyli również ludzie na wygnaniu, którzy później postanowili tworzyć demokrację. W tamtym czasie ruch anarchistyczny nie był aktywny, od okresu wojny domowej głosy przeciwne państwu nie były zbyt często słyszane. Podczas dyktatury, gdy system wydawał się bardziej brutalny, co nie oznacza, że wcześniej taki nie był, głosy te zaczęły być bardziej słyszalne. W czasie rewolty na politechnice ateńskiej można było zauważyć hasła takie jak np. „Precz z państwem!”. Była też grupa, która podłożyła bombę, aby zamordować dyktatora, jednak to jej się nie udało. W kilku miejscach kraju doszło do zamachów bombowych. W 1974 r. po upadku dyktatury społeczeństwo miało nadzieję na demokrację. Mimo tego społeczeństwo równe pod względem socjalnym nigdy nie powstało. Wielu lewicowców, którzy byli w opozycji, stało się częścią systemu. Istnieli również ludzie, którzy nie zgadzali się na nową rzeczywistość i kontynuowali swoją walkę. Pod koniec lat 70. i na początku 80. można było zauważyć pierwszych anarchistów. To była jednak nadal reakcja na nowy system występujący po dyktaturze. To pierwsze oznaki organizacji greckich anarchistów.
A: Wcześniej też były osoby, które czytały pisma anarchistów, ale się nie organizowały. Pierwszymi anarchistami po upadku dyktatury byli lewicowcy np. maoiści itp., niezadowoleni z nowej rzeczywistości, szukający czegoś bardziej radykalnego.
B: W latach 80. wraz z objęciem rządów przez socjalistów doszło do zmiany w społeczeństwie. W 1979 r. utworzono oddziały policji do tłumienia zamieszek (MAT). Na ulicach dochodziło do rozruchów, rząd był prawicowy. Później, system zmienił swoją taktykę i wprowadził lewicę do rządu. Wtedy, duża ilość osób z lewicy zaczęła pracować dla państwa i wielu z nich wstąpiło w szeregi policji. Kiedyś, niemożliwe było dla kogoś takiego, aby pracował w policji, nawet dla tych, czyj dziadek był komunistą. To właśnie ta zmiana w społeczeństwie. Socjaliści dokonali wielu przemian, zeuropeizowali kraj, wprowadzili sporo praw, wybudowali wiele szpitali, szkół i uniwersytetów. Był to zarazem moment narodzin ruchu anarchistycznego. Cały ruch lewicowy z tamtych lat zniknął, pozostały nieliczne jednostki, i to one stworzyły podwaliny ruchu anarchistycznego. Mówili oni wówczas, że socjalistyczny kierunek to pułapka. Po 27 latach, od momentu, gdy socjaliści doszli do władzy w 1981 r., można zobaczyć, że los ludzi, którzy na nich głosowali, się nie polepszył. Dziś ludzie Ci czują się oszukani. Ruch rozrastał się w latach 80. w uniwersytetach. Dużym udogodnieniem była możliwość azylu na jego terenie. Ustanowiono ją po tragicznych wydarzeniach w 1973 r. Anarchiści wówczas przychodzili na demonstracje studentów i niektórzy z nich włączyli się do ruchu. Po tym nastąpił czas dużych skandali korupcyjnych w rządzie socjalistów, do władzy powróciła prawica i wprowadziła bardzo surowe prawa, np. mundurki w szkołach, dziewczynki miały nosić spódniczki itd. W 1990 r. doszło do wielu gwałtownych protestów przeciwko tym zmianom, zginęło w nich pięć osób. Trwała ciągła walka. Był to ważny moment dla ruchu anarchistycznego, mógł on pokazać swoją organizację. W Atenach odbył się także duży strajk kierowców autobusów, którzy protestowali przeciwko prywatyzacji swojej firmy i anarchiści przyłączyli się do nich. Społeczeństwo nie było przygotowane na nowy konserwatywny rząd, więc po dwóch latach podał się on do dymisji, a za stery władzy powrócili socjaliści. Wprowadzając po cichu nowe prawa, kontynuowali jednak politykę prywatyzacji i ciągłego wyzysku.
A: To pewien rodzaj tradycji. W Grecji wszystko przychodzi powoli, nie można wprowadzić nowego prawa zbyt szybko, zawsze tak było. Tu powstaje ważne pytanie, co zrobimy, jeśli stracimy prawo do azylu na uniwersytetach?
B: Azyl nie do końca już mnie „obchodzi”. Obecnie jesteśmy w momencie, w którym swoją pracę możemy wykonywać o wiele lepiej. Mamy swoje skłoty, w Salonikach pięć, w Atenach jeszcze więcej, ludzie wynajmują też miejsca spotkań.
A: W ostatnich latach miejsce ma również wiele ataków na skłoty i inne przestrzenie autonomiczne. Nie jesteśmy pewni czy dokonują ich faszyści, czy ludzie opłacani przez państwo. Jeśli chodzi o azyl, to było wiele sytuacji, gdy łamaliśmy prawo, by następnie schronić się na terenie uniwersytetu, czasem nawet w 500 osób. Tak działo się przez 34 lata.
B: Azyl to narzędzie i moim zdaniem jego data ważności niedługo wygasa. „Poważny” ruch anarchistyczny nie może opierać się na prawach stworzonych przez państwo, używaliśmy go wiele razy, jednak to nie wystarcza. Nie możemy już na tym polegać. Gdy państwo rozpracuje tę taktykę, musimy być dwa kroki przed nim. Myślę, że obecnie jesteśmy na tym etapie. W momencie, kiedy państwo zniesie azyl, my musimy używać innych narzędzi takich jak skłoty, musimy odnaleźć się poza tą strefą.
Artykuł opublikowany w 9 numerze Przeglądu Anarchistycznego
Atak na kapitalizm na ulicach Toronto
Czytelnik CIA, Nie, 2010-06-27 13:10 PublicystykaOświadczenie montrealskiej grupy Żaden Człowiek Nie Jest Nielegalny
Toronto, 26 czerwca 2010 – Skrzyżowanie King i Bay jest finansową stolicą Kanady. W zabudowie tych owianych złą sławą ulic, pośród monumentalnych drapaczy chmur, znajdują się kwatery główne banków, korporacji, przedsiębiorstw public relations i firm prawniczych, które wspomagają kanadyjski, kolonialny kapitalizm, niosący ze sobą nędzę na całym świecie przez przedsiębiorstwa kopalne, leśne i pozotałe. Podczas gdy liderzy G20 planowali się tu spoktać, chronieni opancerzoną klatką i operacją bezpieczeństwa, której koszt sięgnął niespotykanej sumy 1 miliarda dolarów, brygada licząca tysiące demonstrantów zgromadziła się, by stawić opór twierdzy Stephena Harpera [premier Kanady – p.t.].
Machno: Historia Rewolucji Hiszpańskiej [1931 r.]
Czytelnik CIA, Sob, 2010-06-26 21:18 PublicystykaHistoria Rewolucji Hiszpańskiej [1931 r.] a także o roli odegranej w niej przez lewicowych i prawicowych socjalistów oraz anarchistów
Kiedy wybucha rewolucja, bez względu na to, jaki jest jej charakter, polityczny czy społeczny (w tym przypadku jest najważniejsze, żeby miały w niej udział szerokie masy pracujące) i gdy jej przywódcy, czy to w postaci spójnych grup, czy osób posiadających autorytet w oczach mas, wynoszą się ponad masy, nie idą razem z nimi, jakby nie dowierzając im, czekają nie wiadomo na co, albo co gorsza, przedstawiając się jako ich przyjaciele chcą pokazywać im, jaką drogą mają podążać - wtedy rewolucja przestaje się rozwijać i nie wprowadza odpowiednich rozwiązań, ponieważ nie potrafi właściwie ocenić sytuacji i poprawnie sformułować związanych z nią swoich zadań, które powinna wypełnić na czas. Nie pozwala to rewolucji wynaleźć odpowiadających chwili i sile wroga środków działalności społecznej. Schodzi na manowce i ginie pod ciosami tych, przeciwko którym walczy, albo też zmienia swój kierunek, cofa się po własnych śladach i kończy tak, jak chcą tego jej wrogowie.
¡BASTA DLA WYZYSKU!
Yak, Śro, 2010-06-23 18:18 PublicystykaTreść ulotki CNT-AIT z Francji opublikowanej w związku z międzynarodową kampanią przeciwko agencji pracy tymczasowej Start People. W kwietniu odbyła się już pikieta w tej sprawie, a kolejna ma się odbyć 24 czerwca.
Podobno żyjemy w czasach kryzysu. Ale bankierzy, handlowcy i prezesi nadal zarabiają krocie. Jednocześnie, pogarszają się warunki dla pracowników i bezrobotnych. Najbardziej zagrożeni bezrobociem są ci, którzy nie mają stałego zatrudnienia. Agencje pracy tymczasowej wykorzystują dostępność pracowników, którzy nie mają wyjścia jak godzić się na warunki wyzysku narzucone przez pracodawców, w obawie przed utratą kolejnych zleceń i przed iście policyjną inwigilacją ze strony agencji pracy.
Niektórzy pracownicy odrzucają taką logikę. Właśnie z tego powodu, działaczka CNT-AIT z Saragossy w Hiszpanii, która sprzeciwiła się nieludzkiemu traktowaniu, została zwolniona z naruszeniem prawa. W listopadzie 2009 r., pracownicy agencji pracy tymczasowej Start People otrzymali list, który podważał podpisane przez nich poprzednio umowy i otrzymali do podpisania nową umowę z gorszymi warunkami, pod groźbą zwolnienia lub nie przedłużenia umowy. Gdy pracuje się dla Start People, walka z pogarszaniem się warunków pracy jest wystarczającym powodem do zwolnienia.
Wiele sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Pracowników (MSP - po hiszpańsku AIT) zostało zmobilizowanych w całej Europie w kwietniu, by okazać wsparcie dla grupy CNT-AIT z Saragossy, która prowadzi tę walkę. Pod koniec kwietnia, warunki, które firma Start People próbowała narzucić pracownikom zostały uznane za nielegalne. Nie może być zgody na nieprawidłowe zwolnienie aktywistki CNT-AIT z Saragossy. Dlatego też, mobilizacja trwa na dal. Kapitaliści prowadzą atak na nasze prawa zarówno w Hiszpanii, jak i w innych krajach.
Wyzyskiwani i represjonowani pracownicy mają do wyboru dwie postawy w tej sytuacji: poddać się, lub walczyć o swoją godność. Kapitalizm nie ma granic, podobnie jak nasza walka! Z tego właśnie powodu anarchosyndykaliści utworzyliśmy Międzynarodowe Stowarzyszenie Pracowników, by walczyć o solidarność międzynarodową.
SOLIDARNOŚĆ Z PRACOWNIKAMI PROWADZĄCYMI WALKĘ!
EMANCYPACJA PRACOWNIKÓW MUSI BYĆ DZIEŁEM ICH SAMYCH!

Neoliberalny system nie chce egalitarnych szkół i przedszkoli
Tomasso, Śro, 2010-06-23 18:13 Kraj | Edukacja/Prawa dziecka | PublicystykaW edukacji gorący okres: trwa rekrutacja do przedszkoli, gimnazjów, liceów i na studia. Około tysiąca rodziców wrocławskich trzylatków odeszło z kwitkiem, bo zabrakło dla nich miejsca w publicznych przedszkolach. Usłyszeli w magistracie: - Są przecież przedszkola prywatne.
Marzena Żuchowicz: Uważa Pani, że reformy wprowadzane do szkół przez Ministerstwo Edukacji są oparte na decyzjach czysto politycznych?
Agnieszka Dziemianowicz- Bąk: - Wszystkie decyzje rządu są zanurzone w doraźnej polityce, mają polityczny charakter. Nie wyobrażam sobie rządu, którego plany nie miałyby politycznego charakteru, czasem mają też charakter ideologiczny. To samo dotyczy polityki edukacyjnej W tej chwili jest ona podporządkowana wizji neoliberalnej, stąd nasilające się zabiegi związane z komercjalizacją.
Do czego to prowadzi?
- Do podporządkowania edukacji logice ekonomicznej. Rząd chce budować gospodarkę opartą na wiedzy i społeczeństwo wiedzy, a jego działania konsekwentnie zmierzają w tym kierunku. Rozwiązania komercyjne są teraz szczególnie widoczne na poziomie edukacji przedszkolnej. W raporcie "Polska 2030" przygotowanym przez zespół doradców ministra Boniego jest postulat: upowszechnienie edukacji przedszkolnej. Poparte jest to szeregiem argumentów natury czysto ekonomicznej, czyli mówiąc krótko: to się nam wszystkim opłaca. Już teraz brakuje miejsc w przedszkolach. Ponieważ we wspomnianym raporcie nie ma konkretnych pomysłów, w jaki sposób to zmienić, wszystko wskazuje na to, że to "upowszechnienie" ma się odbyć za sprawą przedszkoli prywatnych lub utrzymywanych przez co bogatsze samorządy. Więc pytam: co to za upowszechnienie? Wśród jakich dzieci i do czego to doprowadzi? Jeśli obok przedszkoli prywatnych nie będą powstawać publiczne, to ograniczy to dostęp najmłodszych do rzetelnej edukacji i powiększy nierówności społeczne. Te nierówności będą się przenosiły z przedszkoli do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum, itd.
Argumenty ekonomiczne w odniesieniu do edukacji do Pani nie przemawiają?
- Nie, jeśli są jedyne lub dominujące. Uważam, że nie powinniśmy podporządkowywać edukacji wyłącznie rozwojowi gospodarczemu.
Testy na zakończenie szkoły też są tego przykładem?
- Testy to kolejna już, udana próba odgórnego sterowania w kierunku standaryzacji: wszyscy wiemy, co będą wiedzieć absolwenci poszczególnych szkół. Dzięki standardowym testom doskonale możemy to projektować. Taka szkoła to produkcja przewidywalnych obywateli i robotników wiedzy. Tak właśnie ma to działać. Szkoły mają wypuszczać ludzi o bardzo określonych kompetencjach, najlepiej z zakresu przedmiotów technicznych, przydatnych ekonomicznie.
Słyszałam opinie, że elitę powinno stanowić kilkanaście procent...
- Elita ma to do siebie, że jest nieliczna. Edukacyjna polityka równościowa, jakiej chciałby np. Związek Nauczycielstwa Polskiego, tworząc projekt ustawy o objęciu edukacji przedszkolnej subwencją oświatową, jest u nas bardzo niemodna. Jako społeczeństwo mamy zdecydowanie elitarne aspiracje. Niestety.
Dlaczego niestety?
- Dwoje brytyjskich badaczy - Richard Wilkinson i Kate Pickett - napisało książkę, której podtytuł brzmi „Why more equal societes almost always do better?” - o tym, dlaczego powinniśmy chcieć społeczeństwa bardziej egalitarnego. Okazuje się, że, że zachodzi wyraźny związek pomiędzy poziomem nierówności a problemami społecznymi - im głębsze nierówności, tym większe nasilenie tych problemów nasilenie. Na przykład, zgodnie z przeprowadzonymi przez nich badaniami, dziecko urodzone w najwyższej klasie społecznej w Wielkiej Brytanii ma porównywalne szanse przeżycia jak dziecko urodzone w klasie najniższej w Szwecji, w społeczeństwie zdecydowanie bardziej egalitarnym od brytyjskiego. Dążenie do równości nie musi być tylko wyrazem szlachetności. Ono się po prostu lepiej sprawdza.
U nas pojawiają się obawy, że "wpuszczenie" słabszej młodzieży do elitarnych szkół bardzo obniży ich poziom.
- Nie jest tak, że jak otworzymy elitarne klitki, to zaraz uderzy to w poziom i jakość wykształcenia. Jest szereg badań, które pokazują, że wcale to tak nie działa. Należą do nich na przykład klasyczne już badania amerykańskiego socjologa edukacji Jamesa Samuela Colemana. Z badań tych wynika, że w szkole znacznie lepsza jest integracja niż budowanie klas elitarnych. Na tej integracji dzieci z niższych warstw społecznych bardzo dużo zyskują, a dzieci z wyższych bardzo niewiele tracą.
* Agnieszka Dziemianowicz-Bąk jest absolwentką pedagogiki i filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim, doktorantką w Zakładzie Filozofii Społecznej i Politycznej Instytutu Filozofii UWr. W pracy doktorskiej zajmuje się krytyczną analizą współczesnych systemów edukacyjnych i ich podstawami ideologicznymi.
Od grudniowego powstania młodzieży do odrodzenia miejskich ruchów społecznych
Czytelnik CIA, Śro, 2010-06-23 10:46 Świat | Publicystyka | Ruch anarchistycznyPoniżej publikujemy znaczącą część tekstu jaki ukazał się w marcu 2010 w czasopiśmie International Journal of Urban and Regional Research. Tekst prezentuje ciekawe spojrzenie na grecki ruch wolnościowy, choć nie należy go traktować jako źródła informacji - autor nie przyznaje się do bycia uczestnikiem zajść i nie operuje prawie żadnymi potwierdzonymi danymi. Niemniej jednak warto się krytycznie zapoznać. Cały tekst po angielsku wraz z pełną bibliografią tutaj (przp. red.)
Grudniowe powstanie młodzieży w Grecji przybrało nową formę, taką która wytworzyła z kolei inne powstania i nowe rodzaje radykalnych, miejskich ruchów społecznych. Spowodowane przez szerokie spektrum ludzi w różnym wieku i z różnym podłożem społeczno-ekonomicznym stało się wołaniem o „prawo do miasta” pojmowane jako prawo do wolnej przestrzeni i wolnej ekspresji, zwłaszcza dla młodych, którzy żyją w miastach zaprojektowanych by służyć neoliberalnej*, kapitalistycznej ekspansji. Ten esej omawia przejawy globalizacji, które powstanie zaatakowało. Pokazuje, że celami powstania były symbole neoliberalnej konsumpcji i konsumeryzmu, zwłaszcza bogate centra miast. Następnie omawia nowatorskość powstania w terminach jego organizacji, sieciowości, kompozycji i zasobów oraz środków jakie użyło by osiągnąć swoje cele. Dalej opisuje jak odróżniło się od i jak przekroczyło dotychczasowe ruchy społeczne i jak wpłynęło i będzie wpływać na późniejsze. Artykuł konkluduje, że nowe ruchy miejskie wychodzą poza proste odrzucenie i konfrontację, aby wkroczyć we wspólnotowe tworzenie i radykalną zmianę przestrzeni i codziennego życia w mieście.
Wstęp
„Pozwolimy by tak dalej było? Nie! Dlaczego? Dlatego!, Co zrobimy? Ruszymy!” Byli owinięci szalikami gdy szarżowali na budynek Parlamentu. Mają 15 do 20 lat, są pełni zabitych marzeń, „uziemionych” pomysłów, pożądań, które muszą być wymienione na towary. Mają rodziców i nauczycieli – na umowach okresowych lub zwykłych konformistów – tak zadłużonych, że nie śmiących podjąć jakiegokolwiek wyzwania w obawie o utratę swych domów. Doświadczają kryzysu ekonomicznego, który właśnie obciążył długami ich przyszłość. Żyją w mieście, które jest coraz bardziej restrykcyjne. To miasto to Ateny, lecz także wszystkie miasta greckie i prawdopodobnie wszystkie miasta w Europie. To co stało się w grudniu 2008 było wyjątkowym rodzajem powstania, na które wpływ miały powstania w innych miastach, ale oparło się na głębokim zrozumieniu przez młodych, że ich przyszłość właśnie została zrabowana. Być może powinniśmy się zastanowić, które pokolenie w nowoczesnej historii (nie licząc pokolenia 1914 w Europie) zostało tak zdradzone przez przodków (Davis, 2008).
Dowodzę w tym artykule, że to co miało miejsce było współczesnym miejskim powstaniem o prawo do miasta w najszerszym sensie i być może pierwszym miejskim powstaniem o wolny czas i wolną ekspresję w wolnych przestrzeniach. Skutkiem tego, niektóre z najbardziej znaczących ruchów społecznych jakie nastąpiły później skupiły się na tych zagadnieniach. Związek pomiędzy tym powstaniem, a rozwojem miejskich ruchów tworzy zatem nowy obszar badań. Badając ten temat omawiam nową społeczno-przestrzenną charakterystykę tej rewolty i jej wzajemne oddziaływanie z ruchami miejskimi w Grecji, a zwłaszcza w Atenach.
Na początku XXI wieku, zanim Grecja weszła to strefy euro, zostało przedwcześnie przepowiedziane, że kraj będzie się cieszyć szybkim wzrostem ekonomicznym. Podczas tego okresu wskaźniki wzrostu ekonomicznego wydawały się dość wysokie, co ułatwiło przyjęcie Grecji do grona rozwiniętych krajów OECD pomimo jej społecznych i regionalnych nierówności. Grecka pełna integracja z UE, GATT i strefą euro (w 2003) ułatwiła szybkie przesunięcie ku implementacji neoliberalnych modeli, zwiększając znaczenie greckich bankierów i przemysłowców na Bałkanach i podtrzymując wysoką imigrację do Grecji tak samo jak głębokie nierówności społeczne. Odsetek pracownic i pracowników żyjących poniżej unijnej granicy ubóstwa jest jeden z największych w UE (14%), a państwo wydaje najwyżej 3,5% PKB na edukację (Kouvelakis, 2008). Procesy jakie nastąpiły po zmianach, które odbyły się w przestrzeni miejskiej Aten były kluczowe dla tego neoliberalnego zwrotu, a były z kolei ukształtowane i wspierane przez dominujące trendy produkcji przestrzeni w światowych metropoliach (Harvey, 2009).
Szeroki konsensus polityczny i społeczny panował wokół igrzysk olimpijskich, które odbyły się w Atenach w 2004 roku. Według OECD Ateny były miastem globalnym drugiego stopnia przyciągającym i akumulującym zarówno nowe aktywności ekonomiczne jak i wydarzenia międzynarodowe. Jednak udana organizacja Igrzysk stworzyła kilka problemów. Ateny zwróciły się w kierunku skrajnie scentralizowanego rozwoju z odpowiednimi negatywnymi konsekwencjami dla innych greckich miast oraz zaniedbywaniem ich własnego zrównoważonego rozwoju. Igrzyska pochłonęły także lwią część greckiego budżetu (i przychodu generowanego przez fundusze unijne). Te zmiany rozszerzyły się na inne greckie miasta i regiony skoro własność ziemi i nieruchomości stały się kluczowymi czynnikami wzrostu gospodarczego.
Prywatyzacji publicznych gruntów nastąpiła po ustanowieniu ścieżki sprzedaży publicznych instytucji i dóbr. Wiele zielonych przestrzeni publicznych stało się de facto prywatnymi terenami, a ich użytkownicy zmienili się, wbrew planom miejskim dla Aten i Salonik z 1985 roku. Dodatkowo wytworzył się nowy klimat polityczny, charakteryzujący się szeroką akceptacją intensywnej rywalizacji i kontrolą społeczną skłonną do nadzoru policyjnego (surveillance-induced social control), które z kolei zostały wchłonięte do zbioru wartości obywatelskich. Po wydarzeniach 9/11 wzrosła policyjna obecność i nadzór codziennego życia w Atenach, szczególnie w centrum miasta. Od tego czasu prawo populacji do miasta jest stale naruszane (Petropoulou, 2008). To był kontekst powstania wielu nowych ruchów miejskich. Ich zainteresowania dotyczą środowiska naturalnego, przestrzeni publicznej, pamięci historycznej, jakości życia, samorządnych przestrzeni i wolnego czasu na równi z innymi sprawami zbiorowej konsumpcji i symbolicznych interwencji w przestrzeń. Pomimo tego, że zaczynały lokalnie zostały ciśnięte na szersze terytorium, gdzie stawkami są fundamentalne ekologiczne i społeczne sprawy (Portaliou, 2008).
Kilka pytań
Kto wynagrodzi nam szkody na naszych marzeniach?
Spalony bank może wlać ogień w wasze umysły
(szkolny kolega Alexandrosa Grigoropoulosa**)
Grudniowe powstanie młodzieży współwystąpiło – chociaż niezamierzenie – z początkiem głębokiego kryzysu światowego, tak ekonomicznego jak społecznego i politycznego. Jednak nie skupiało się na kryzysie czy jego skutkach. Raczej miało do czynienia z przyczynami tego kryzysu.
Co zostało zastrzelone? Prawo do swobodnej ekspresji w „otwartych” przestrzeniach publicznych
6 grudnia 2008 w sercu Aten ograniczony, kreatywny czas wolny wszystkich wolnych ludzi – niezależnie od klasy społecznej i ideologii politycznej – został zastrzelony. Młodzi, którzy odwiedzają Exarcheię (gdzie miała miejsce zbrodnia) spotykają się tam ponieważ to obszar z wieloma uniwersytetami, barami, kawiarniami, klubami muzycznymi, miejscami gdzie młodzież spędza wolny czas i szkołami języków obcych. Ludzie w wieku 15-20 lat mają ograniczony czas wolny skoro muszą uczęszczać zarówno na lekcję w liceum i dodatkowe zajęcia prywatne aby zdać egzaminy wstępne na uniwersytety. Jak pisali na swoich transparentach chcą „szkoły, która uczy, a nie takiej, która egzaminuje”. Czas jaki spędzają na ulicach i na deptakach to ich ich najbardziej wolne momenty. Już nawet w tych momentach muszą stawić czoła w pełni uzbrojonej policji prowokacyjnie gotowej na wojnę. Przestrzeń życiowa (espace vécu) ich codzienności staje się bardziej i bardziej opresyjna i potencjalnie konfliktowa. Zatem to co zostało zastrzelone w grudniu to nie tylko 15-letni uczeń, Alexandros Grigoropoulos, ale wolność wszystkich by przechadzać się po mieście i wolność ekspresji w przestrzeniach publicznych. To było „prawo do miasta” (Lefebvre 1968; Harvey 2009).
To prawo właśnie zniknęło, nie tylko z wielu zwartych miejskich osiedli, gdzie mieszkańcy i mieszkanki nie mają przestrzeni gdzie mogą się spotkać, ale także z wielu przedmieść klasy średniej, gdzie mieszkańcy i mieszkanki poruszają się tylko samochodami i omijają miejskie parki, tak jak z wielu osiedli, które początkowo rozwijały się jako robotnicze wznoszone własnym sumptem kwartały, ale szybko zostały zmodernizowane (Petropoulou, 2003). Prawo to jest rozlegle łamane w centrach Aten i Salonik, gdzie wartość gruntów wzrasta gwałtownie. Jest także łamane przez wzrastające ceny najmu i przymusowe uwięzienie biedniejszych młodych ludzi w mniejszych i mniejszych domach, przez stałe betonowanie ostatnich otwartych przestrzeni w dużych miastach, a zwłaszcza w Atenach i przez postępujące upolicyjnienie codziennego życia.
Centra miast i okolice jako przestrzenie spotkań, dekonstrukcji i kreacji
Ludzie z wielu warstw społecznych spotkali się na wiecach okupacyjnych w Atenach, Salonikach i innych miastach: uczniowie, studenci, rodzice, nauczyciele, pracownicy kontraktowi, bezrobotni, nowi imigranci, dzieci dawniejszych migrantów, Romowie i inni, niezależnie od podziałów politycznych. Ludzie ci nie zamieszkiwali wyłącznie w biedniejszych zachodnich i północno-zachodnich okolicach tych miast, ale również w osiedlach klas średnich lub bogatszych północno-wschodnich czy wschodnich przedmieściach i mieli różny społeczny i kulturowy profil. Zatem, pomimo że wiele mobilizacji miało miejsce na zachodzie Aten i Salonik, główne centra mobilizacji istniały jednocześnie we wszystkich osiedlach ze szkołami i w szerszych obszarach centrów greckich miast, zwłaszcza w regionie metropolitalnym. To była kluczowa różnica pomiędzy powstaniem grudniowym, a tym francuskim z 2005 roku, które było ograniczone głównie do przedmieść. Miejskie powstania w suburbiach stanowią przypadki współczesnych rewolt w warunkach społecznej polaryzacji, z powodu których relacje pomiędzy grupami społecznymi w mieście są zrywane (Agier, 1999; Wacquant, 2008). Centrum Paryża nie było okupowane przez powstańców przez długi czas, jak miało to miejsce w Atenach. Jednak ma to przyczynę w różnej historii planowania przestrzennego w greckich miastach, gdzie zróżnicowana charakterystyka socjo-ekonomiczna, morfologiczna i funkcjonalna została zachowana i które nie cechują się ogromnymi gettami, pomimo społeczno-przestrzennego (Maloutas, 2007) i społeczno-ekologicznego zróżnicowania (Petropoulou, 2003). Wreszcie, centrum miasta, ze studencką okolicą Exarchei jako rdzeniem, zebrało różnymi drogami powstańców z innych dzielnic.
Współczesny krajobraz miejski i rewolta: cele
Banki, domy towarowe, duże sieci sklepów z samochodami, sprzętem komunikacyjnym i ubraniami przyjęły ciężar powstańczego gniewu. Najbardziej znaczącą nową architekturę centrów miast we współczesnym krajobrazie głównych greckich ośrodków to banki i domy handlowe raczej niż budynki użyteczności publicznej i kościoły, jak bywało dawniej. Gospodarka usługowa jest wyrażana przestrzennie przez tę transpozycję i zmianę miejskiego krajobrazu. (Petropoulou, 2008). Czasowa reprezentacja tych budynków, zbadana w ramach ich sieci społecznych, ekonomicznych kulturalnych i psychologicznych stosunków, pokazuje, że podczas minionej dekady znaczący odsetek mieszkańców i mieszkanek kraju związał swoją przyszłość z bankami, czy to biorąc kredyty z wysokimi odsetkami czy zostając pracownikiem, czy pracownicą w tym sektorze.
Ta przemiana miała miejsce w krótkim czasie, począwszy od połowy lat dziewięćdziesiątych. Zatem stanowi względnie nowe zjawisko w porównaniu do innych miast Europy Zachodniej. To samo tyczy się wielkich sklepów sieciowych, które nagle zagęściły się w drogich okolicach centrów miast, tym samym pokazując ich przewagę nad innymi dzielnicami. Te przestrzenie pokazują zarówno nowe symbole władzy (Stavrides, 2008) i centra współczesnego wzrostu gospodarczego. Mapa pokazująca zniszczenia podczas manifestacji w Atenach pokrywa się z mapą takich nowo odnowionych budynków, zwłaszcza w centrum miasta. Odwrotnie nowe budynki kompanii ubezpieczeniowych, prywatnych instytucji i banków ulokowane w strefie otaczającej centrum miasta nie były atakowane przez powstańców, a nowe multipleksy i centra handlowe położone na obszarach peryferyjnych także uniknęły ich furii.
Sztuczna choinka w centrum Aten stanowi szczyt wysiłków upiększania miasta w omawianym okresie. Wysokie ceny były głównym tematem gazet przed powstaniem. Były one spowodowane częściowo przez przedsiębiorstwa ulokowane w centrum miasta i częściowo przez gwałtowny wzrost wartości gruntów, który miał miejsce po ich regeneracji. Spacerowanie przed luksusowymi sklepami i kupowanie prezentów stało się jedyną rozrywką dzieci, których rodzice pracują dniami i nocami i nie mogą z tego powodu się z nimi bawić. To także względnie nowa zmiana w Grecji: dzisiejsi 35-latkowie wzrastali bawiąc się na pustych parcelach, ale nie mogą tego zaoferować swoim dzieciom, które rosną w środowisku zbyt gęstej zabudowy.
Sztuczna choinka jest symbolem symulacji natury, która dominuje w mieście. Inaczej niż inne zachodnioeuropejskie miasta i pomimo posiadania dzikich, naturalnych przestrzeni Ateny szybko zamieniły swoje parki nieużywane działki na parkingi i budynki. Wspomnienia tej przemiany są wciąż świeże. Zniszczenie sztucznego drzewka przez młodzież skandującą „Święta zostały przełożone, rewolta trwa” odbija ich sprzeciw wobec wszystkich skonstruowanych wartości, które nie odpowiadają ich marzeniom.
Jakich środków użyli powstańcy?
Używając koncepcji „repertuaru zbiorowych akcji” (repertory of collective action) (proponowanej przez Charlesa Tilly'ego, 1986) rozpoznajemy, że formy protestu nie są losowe, lecz przyjmują jako punkt startowy wcześniejsze repertuary, które mogą być dopasowane do celów społecznych aktorów, którzy ich używają. Szaliki, barykady, kamienie i telefony komórkowe to główne środki użyte przez protestujących podczas greckiego powstania młodzieży. Możliwe, że był to pierwszy ruch w Europie, który zdołał jednocześnie zmobilizować tysiące młodych ludzi w kraju i spowodować kolejne protesty na świecie. Ich szaliki, barykady i kamienie niosły pamięć, wcześniejszych powstań. Szybka komunikacja przez internet jest kolejnym doświadczeniem zsynchronizowanej rewolty (jak w Hiszpanii) i stanowi nowy element, który od teraz będzie częścią nowych ruchów.
Stosunki pomiędzy rewoltą, a ruchami miejskimi
Krzyżowe zapłodnienie miejskich powstań z innymi ruchami może zradykalizować te drugie, kierując je w stronę miejskich ruchów społecznych. Te są „agentami przemian przestrzeni miejskiej” (Castells, 1986 [2007]: 419); dla przykładu te ruchy społeczne, podczas gdy sprzeciwiały się znaczeniu danej struktury przestrzennej, testowały nowe miejskie funkcje i nowe formy. Różni się to od mobilizacji obywateli zorganizowanych jedynie wokół protestu. Jeśli szukają oni świadomie „przedefiniowania miejskiego znaczenia”, stają się miejskim ruchem społecznym (tamże). Przed powstaniem w 2008 roku lokalne ruchy miejskie nie koniecznie pokazywały te cechy. Sieciowe wysiłki rozpoczęły się przed Olimpiadą, ale zawsze konfrontowały się z rozbieżnymi politycznymi tendencjami wewnątrz takiego ruchu, który istotnie zakłócał pracę (nie licząc kilku wyjątków, takich jak w Elliniko)[1]
Greckie powstanie młodzieży wpłynęło na ruchy miejskie także jak się wydaje podnosząc nową kwestię: żądanie i praktykowanie wolnej ekspresji w otwartych przestrzeniach na poziomie życia codziennego. Waga walk społecznych na tym poziomie jest w erze globalizacji kluczowa. Zatem miejskie, społeczne konflikty mogą jednocześnie być „konkretne poprzez walkę o bezpośrednią poprawę warunków życia” i „radykalne przez otwieranie perspektywy poza istniejącymi relacjami władzy” (Köhler i Wissen, 2003:950). Na przykład, zaraz po powstaniu próba burmistrza Aten by w miejscu małego parku w Kypseli stworzyć parking stała się iskrą, która zjednoczyła ludzi wszystkich pokoleń i skłoniła ich do działania. Wiadomość rozeszła się szybko i szeroko. Jedność ludzi zapobiegła wdrożeniu planu burmistrza i zażądano jego rezygnacji. To pokazało, że ruch może przekroczyć ograniczenia swoich poprzedników w stawianiu żądań i kreatywnym działaniu. Nie chodziło tu tylko o petycje wypowiedziane słowa. Mieszkańcy chwycili za łopaty, posadzili sadzonki i przebudowali swoją przestrzeń[2].
Ta praktyka także znalazła odbicie w innych ruchach. Przykładowo ktoś zapewniał „jeśli tkniecie pola Douzenis dostaniecie to co stało się w Kypseli[3]. Później stało się to popularną taktyką. Charakterystycznym przykładem było masowe uczestnictwo w tworzeniu parku w Exarchei, która przekształciła dużą nieużywaną parcelę parkingu w park tylko w dwa dni. Głównym sloganem marszu zorganizowanego później było „Zostawcie wolne przestrzenie w spokoju. Samoorganizacja we wszystkich dzielnicach”[4]. Wiele innych radykalnych ruchów miejskich narodziło się lub znów zaczęło być widocznych. Jednym z nich był Ano-Poli w Salonikach kontynuujący dawną inicjatywę by utworzyć ciało koordynujące eksmitowanie Międzynarodowych Targów w Salonikach i baz wojskowych. Komunikacja pomiędzy różnymi światami życia i pokoleniami we wszystkich tych ruchach nadal jest trudna ale przynajmniej ją zapoczątkowano – z wszystkimi emocjami i kłopotami jakie to za sobą pociąga.
Według mapy Attyckiego Obserwatorium wolnych przestrzeni 24 maja 2006 były zarejestrowane w sumie 73 inicjatywy społecznego oporu. Liczba ta wzrosła w lutym 2008 do 111 (Gianiris, 2008), a w lutym 2009 liczba zarejestrowanych inicjatyw wynosiła 138. Dodatkowo nieopublikowane, nieformalne studium zarejestrowało ponad 100 inicjatyw społecznego oporu w całej Grecji. Po kilka okupacji budynków publicznych miało miejsce w wielu miastach. Wszystkie te interakcje nadały nowe właściwości ruchom miejskim.
Środki komunikacji używane przez młodych ludzi dominowały, ukazało się ponad 80 blogów w internecie ciągu miesiąca, podczas gdy kilka nowych prób koordynacji również miało miejsce: zostały ustanowione nowe spotkania internetowe poprzez formalne (Facebook) i nieformalne (blogi) sieci lub sieci oparte na ruchu takie jak Indymedia i IndyGr.[5] Formy akcji zostały wzbogacone nowymi formami tworzenia przestrzeni, a nie tylko produkowania i konsumowania jej. Na przykład sadzono drzewa w parkach, place zabaw były tworzone i malowane przez same dzieci, wiele inicjatyw artystycznych i performensów odbyło się na ulicach, świętowano z naturalnym jedzeniem i kawą wyprodukowaną przez Zapatystów***. Czasowe interwencje artystyczne jakie odbyły się w Atenach i Salonikach stworzyły nową dynamikę, która wpłynęła na tradycyjne ruchy miejskie. W tym samym czasie brutalny atak na imigrantkę i działaczkę związkową w branży sprzątania**** wywołał serię mobilizacji, które przyciągnęły względnie mało ludzi na ulicach, ale zgromadziły tysiące podpisów i poprawiły – po raz pierwszy – średniowieczne warunki pracy w tym sektorze. To była jedna z kilku okazji w Grecji, aby ruchy miejskie zbliżyły się do studenckich i pracowniczych ruchów i doprowadziły do zdemaskowania nielegalnych umów pracowniczych. Wszystko to miało miejsce pod wpływem powstania. (…)
CHRYSSANTHI PETROPOULOU
* - Neoliberalizm to słowo niezwykle często używane przez współczesną lewicę akademicką. David
Harvey definiuje neoliberalizm jako doktrynę mówiącą o służebnej roli państwa wobec
przymusu akumulacji kapitału (czym odróżnia się on od klasycznego liberalizmu, który państwu
powierzał jedynie rolę „stróża nocnego”). Niemniej jednak często słowo to jest używane jako
efektowny synonim „kapitalizmu” oraz dla podkreślenia specyficznych cech jego współczesnej
formy. (przyp. tłum)
** - Nastolatek zastrzelony 6 grudnia 2008 roku w Atenach przez policjanta. (przyp. tłum)
*** - Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego – partyzantka kontrolująca część
meksykańskiego stanu Chiapas, na której prowadzi autonomiczną gospodarkę opartą na
zasadach demokracji uczestniczącej. (przyp. tłum)
**** - Chodzi najprawdopodobniej o Konstantinę Kunevę sekretarz związku zawodowego
zrzeszającego sprzątaczki i opiekunki domowe oblaną kwasem solnym 25 grudnia 2008 w
Atenach. (przyp. tłum)
1 Odnoszę się do masowej i efektywnej mobilizacji wielu lokalnych ruchów miejskich w maju
2007 mających za cel „wyzowlenie plaży” w magistracie Ellinko od interesów prywatnych firm.
(przyp. autora)
2 Blog parku w Exarchei (2009) (http://parkingparko.blogspot.com/ odczytywane styczeń - marzec
2009) (przyp. autora)
3 Blog parku Kypseli (2009) (http://www.kiproukaipatision.blogspot.com/ odczytywane styczeń -
marzec 2009) (przyp. autora)
4 Blog skłotu Prapopoulou (2009) blog skłotu w Halandri, północnym przedmieściu Aten
http://protovouliaxalandriou.blogspot.com/ odczytywane styczeń - marzec 2009 (przyp. autora)
5 Indymedia (e.g. http://athens.indymedia.org/ odczytywane grudzień 2008 – marzec 2009) and
IndyGr (http://indy.gr/ odczytywane grudzień 2008 – marzec 2009) to otwarte kolektywy ludzi
oferujące oddolne, niekorporacyjne, niekomercyjne serwisy informacyjne.(przyp. autora)
Marek Belka – wierny sługa światowej finansjery
Yak, Nie, 2010-06-20 14:18 Gospodarka | Publicystyka | Tacy są politycy
Tydzień temu Sejm powołał Marka Belkę na stanowisko prezesa NBP na sześć kolejnych lat. Marek Belka jest znanym współpracownikiem banków o zasięgu światowym i międzynarodowych instytucji finansowych. Jego kandydatura świetnie obrazuje zależności polityki lokalnej od globalnej polityki finansowej.
Marek Belka znany jest ze swojej pracy w Iraku, na stanowisku szefa polityki gospodarczej okupacyjnego rządu USA w latach 2003-2004. Był wtedy odpowiedzialny za narzucenie neoliberalnej polityki gospodarczej podbitemu państwu. Jednocześnie był doradcą banku JP Morgan Chase, który spełnił kluczową rolę w instalacji neokolonialnego systemu zależności w Iraku. Później pracował na stanowisku dyrektora Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, narzucając neoliberalne reformy państwom w Europie Środkowej.
W momencie podboju Iraku, bank JP Morgan Chase odegrał kluczową rolę w ustanowieniu Irackiego Banku Handlowego, który przejął rolę koordynatora programu „ropa za żywność”, poprzednio zarządzanego przez ONZ. Program „ropa za żywność”, wdrożony w 1995 r. w odpowiedzi na krytykę humanitarnego aspektu blokady ekonomicznej Iraku, polegał na utworzeniu konta w banku BNP Paribas, nie należącego do władz irackich, na które wpływały pieniądze za ropę eksportowaną z Iraku. Z tego konta były pobierane pieniądze na reparacje wojenne wobec Kuwejtu, oraz na operacje wojskowe koalicji i ONZ na terenie Iraku. Pozostała część pieniędzy mogła być przeznaczana na zakup towarów, które nie były objęte embargiem, m.in. żywność. Suma obrotów na koncie programu wyniosła 46 miliardów dolarów w latach 1995-2003. Irackie władze mogły od 2003 r. zaopatrywać się w sprzęt potrzebny do utrzymania i rozwoju infrastruktury naftowej, żywność, nawozy, itp., ale jedynie za pośrednictwem banku, zarządzanego przez JP Morgan Chase, który udzielał kredytów gwarantowanych przyszłym wydobyciem ropy. Według raportu opublikowanego przez Iracki Bank Handlowy, od 2003 r. bank udzielił w ten sposób pożyczek na ponad 35 miliardów dolarów.
Marek Belka, jako szef polityki gospodarczej Iraku, nadzorował wdrażanie mechanizmu, który uzależnił społeczeństwo irackie od długoterminowych kredytów udzielanych przez jeden bank, którego doradcą był on sam. Uzasadniał to „mniejszymi kosztami zakupu dóbr”. Oczywiście monopolistyczny charakter programu, jak za czasów „ropy za żywność” sprzyjał wybieraniu dostawców faworyzowanych przez rząd USA (Bechtel, Halliburton), niezależnie od ceny i jakości dostarczanych przez nich produktów. Rząd tymczasowy Iraku, w którym zasiadał Marek Belka, wprowadził podręcznikowe reformy neoliberalne, korzystając ze stanu szoku w jakim znajdowało się społeczeństwo irackie w wyniku inwazji. A więc zmniejszono podatek dla firm z 40% do 15%, zezwolono zagranicznym firmom na zakup 100% wartości irackich firm, oraz zezwolono na wywóz 100% zysków zagranicę, bez opodatkowania i bez konieczności reinwestowania zysków w lokalną gospodarkę. Rząd tymczasowy pozostawił jednak ograniczenia wprowadzone przez rząd Saddama Husseina na działalność związków zawodowych i ograniczające możliwość prowadzenia sporów zbiorowych.
Działalność JP Morgan nie ograniczała się rzecz jasna do Iraku. JP Morgan był stroną głośnych w 2008 r. transakcji opcyjnych, na których ucierpiało bardzo wielu eksporterów z Europy Wschodniej. Bank dostarczał produkt finansowy (czyli opcje walutowe) polskim bankom, które dalej oferowały go eksporterom. Następnie doszło do spekulacji złotówką m.in. przez: Goldman Sachs, J.P.Morgan i UniCredito. Spowodowało to duże straty wśród klientów banków, którzy zostali wcześniej namówieni do kupna opcji. JP Morgan dokonywało też w tym okresie manipulacji w swoich raportach o zagrożeniach dla złotego, by grać na kursie waluty. Szacuje się, że wysokość funduszów wyprowadzonych w ten sposób przez banki wynosiła od 50 do 150 miliardów złotych. We wszystkich tych instytucjach rolę doradców odgrywali ludzie powiązani z najwyższymi szczeblami polskiej polityki: Jan Krzysztof Bielecki, Kazimierz Marcinkiewicz i właśnie Marek Belka.
Jako dyrektor Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mianowany w styczniu 2009 r., Marek Belka nadzorował wdrażanie dogmatów neoliberalnych w krajach Europy Wschodniej, m.in. Serbii, Macedonii, Rumunii, a także w Grecji. Pożyczki Międzynarodowego Funduszu Walutowego są uzależnione od bardzo ściśle określonych wymogów dotyczących polityki fiskalnej, budżetowej i socjalnej, których realizacja jest warunkiem wypłacania kolejnych transzy kredytu. Dlatego też wpływ rządów państwowych w poszczególnych krajach na politykę wydatków budżetowych jest tak ograniczony. To powoduje, że polityka budżetowa realizowana przez kolejne ekipy rządzące jest faktycznie polityką MFW, gdyż rządy nie mogą sobie pozwolić na odejście od porozumień podpisanych z tą instytucją. Listę dokumentów programowych narzuconych poszczególnym państwom można zobaczyć na stronie Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Przykładowo, by uzyskać pożyczkę od MFW, władze Serbii, w memorandum z 18 marca 2010 r., musiały się zobowiązać do zamrożenia płac w sektorze budżetowym i w przedsiębiorstwach usługowych należących do państwa, cięć w zatrudnieniu w administracji publicznej i zamrożeniu zatrudnienia w całym sektorze administracji, w tym także pracowników tymczasowych. Rząd zobowiązał się również do zastosowania reformy służby zdrowia zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, oraz do ograniczenia wydatków na renty i emerytury do 10% PKB.
Marek Belka zdążył jeszcze zatwierdzić dokument MFW zawierający zalecenia dla polskiego rządu i Narodowego Banku Polskiego, zanim został nominowany do realizacji tej polityki na stanowisku szefa NBP. Jak widać, przepływ pomiędzy stanowiskami w instytucjach, które określają politykę finansową (MFW), a instytucjami, które ją realizują (NBP) jest bardzo płynny i łatwy. Nie dziwi zatem, że Marek Belka od razu wystąpił o dodatkowe fundusze z MFW – staremu przyjacielowi i wiernemu słudze się nie odmawia.
Wspomniany dokument o oznaczeniu IMF Country Report No. 10/118, datowany na maj 2010 r., określa następujące kierunki polityki budżetowej dla Polski: ograniczenie indeksacji rent i emerytur, "racjonalizacja" świadczeń socjalnych na dodatki chorobowe i inwalidzkie (czyli powiązanie ich wysokości z płaconymi składkami), „zwiększenie elastyczności” wydatków na zbrojenia (elastyczność umożliwi zapewne zwiększenie tych wydatków), zwiększenie obciążeń podatkowych osób samozatrudnionych, rozszerzenie podatku dochodowego na rolników, powrót do dyskusji o reformie KRUS, zunifikowanie podatku VAT na wspólnym, wyższym poziomie, ograniczenie dodatków rodzinnych i reforma systemu podatków od nieruchomości (podwyżki podatków już się zaczęły – w Warszawie już doszło do 10-krotnych podwyżek podatku od nieruchomości).
Raport chwali Polskę za ostrą politykę względem emerytur, ale i tak zaleca zaostrzenie kryteriów umożliwiających przejście na wcześniejszą emeryturę i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn przez przesunięcie go do góry. Rosnąca populacja osób powyżej 50 roku życia przedstawiana jest jako „hamulec dla konkurencyjności”, w związku z czym zaleca się "mobilizację zawodową" dla osób po 50 roku życia. Dodatkowo, mowa jest o "agresywnej polityce prywatyzacyjnej" i „dalszemu ograniczaniu barier administracyjnych dla biznesu”, „ograniczaniu podatków dla biznesu”, czyli standardowych elementach litanii serwowanej przez MFW na całym świecie. Polska zbiera również pochwały za to, że program prywatyzacji na 2010 r. został już w 1/5 zrealizowany w marcu b.r., a planowane są dodatkowe prywatyzacje kluczowych firm sektora energetycznego. W sumie, w 2010 r. ma nastąpić sprzedaż firm o wartości 25 miliardów złotych. Dodatkowo, sprzedawana ma być ziemia rolna.
Niezależnie od wyników wyborów, polityka kraju została już od dawna zaplanowana. Wytyczne MFW dotyczące dalszego rozwoju polskiej polityki fiskalnej i budżetowej będą musiały zostać wdrożone, zupełnie niezależnie od wyników wyborów. O szczegółach tej polityki dowiemy się więcej z dokumentu MFW, niż z programów wyborczych poszczególnych partii.
Oświadczenie i plakaty w Krakowie.
Czytelnik CIA, Nie, 2010-06-20 13:26 Publicystyka | Wybory
Oświadczenie Federacji Anarchistycznej Kraków w sprawie wyborów prezydenckich w Polsce 2010 r.
Dnia 20 czerwca 2010 r. odbędą się kolejne wybory prezydenta Polski. Po raz kolejny politycy namawiają nas do udziału w wielkiej farsie, którą zwą „wolnymi wyborami”. Po raz kolejny próbują kupić nasz głos, aby usprawiedliwić swoją władzę. Po raz kolejny tysiące obietnic o poprawie sytuacji społeczno-gospodarczej w kraju padnie z ust kandydatów. Po raz kolejny z naszych podatków zostanie opłacona walka „elit”. I po raz kolejny uwierzymy w to wszystko i pójdziemy zagłosować.
Czy jednak wybory coś zmienią?
Czy naprawdę nasz głos będzie wpływał na decyzję prezydenta?
Czy taka demokracja jest naszym celem?
Odpowiadamy: NIE!
W Polsce i na świecie funkcjonuje system oparty na władzy, rządach „elit”, hierarchii. Uważamy, że społeczeństwo może, chce i potrafi zorganizować się samodzielnie. Wierzymy, że wyłącznie oddolna inicjatywa jest wyrazem prawdziwej demokracji – demokracji bezpośredniej.
Właśnie do takiej demokracji – poprzez pomoc wzajemną, solidarność społeczną i partycypacje obywatelską – dążymy. Nie chcemy jedynie krytykować demokracji przedstawicielskiej, nie dając nic w zamian – jak to często przedstawiają media oraz nieprzychylne nam opcje polityczne. Proponujemy demokrację bezpośrednią, która opiera się nie na negacji, lecz na tworzeniu realnych wspólnot.
Bojkot wyborów nie wystarcza. Ważne jest, aby społeczeństwo współpracując miało możliwość rozwoju własnych struktur i własnych projektów, jak na przykład wprowadzenie realnej partycypacji miejskiej – bez udziału polityków, bez rozkazu Pana, Dyrektora, Prezydenta etc. Ważne, aby społeczeństwo poprzez swój sprzeciw tworzyło inną rzeczywistość opartą nie na woli władzy, lecz na decyzjach podjętych oddolnie w szerokich kręgach społecznych.
Za Lysanderem Spoonerem powtarzamy: „Człowiek nie przestaje być niewolnikiem tylko dlatego, że raz na cztery lata może wybrać nowego pana.”
Nie narzucamy chaosu.
Wybór należy do Was!
Zanim pójdziecie na wybory, pamiętajcie:
„Gdyby wybory coś zmieniały, byłyby zakazane”
Federacja Anarchistyczna Kraków






