Publicystyka
Bangkok - sytuacja nadal bardzo napięta
czerwony dres, Czw, 2010-04-22 13:36 Świat | Protesty | Publicystyka
To tłumaczenie tekstu jednego ze zwolenników ruchu Czerwonych Koszul. Osobiście nie popieram bezkrytycznego stosunku jaki żywi on do tego ugrupowania, którego celem jest najprawdopodobniej po prostu przywrócenie do władzy obalonego premiera Thaksina Shinavatry.
tłum. czerwony dres
Uzbrojeni żołnierze znowu grożą użyciem ostrej amunicji przeciwko pro-demokratycznym Czerowonym Koszulom, które obozują na jezdni w Rajprasong (bogata dzielnica Bankgoku -tłum) Otoczyli miejsce protestu. Okoliczne luksusowe hotele zostały ewakuowane. Mała grupa faszystowskich rojalistów także współpracuje z żołnierzami próbując sprowokować przemoc. Skytrain (szybka kolej - tłum.) i sektory biznesowe są zajęte przez armię.
Czerwone Koszule żądają natychmiastowych wyborów, ponieważ obecny rząd premiera Abhisity Vejjajiva'ego doszedł do władzy dzięki wojsku pod koniec 2008 roku, w skutek zamachu stanu z 2006 roku, dwóch sądowych wyroków i przemocy zorganizowanej przez faszystowskie Żółte Koszule, które zajęły międzynarodowe lotniska w 2008.
Czerwone Koszule są zdyscyplinowane i nie stosują przemocy (w trakcie trwających już ponad miesiąc protestów wybuchały bomby i granaty, ale nie wiadomo kto stoi za tymi aktami - tłum). Wzniosły bambusowe barykady dla obrony przed wojskiem. Członkowie ruchu na północnym wschodzie kraju zablokowali pociągi i autobusy wiozące wojsko do Bangkoku. Następuje bratnie się z niższymi rangą żołnierzami.
Czerwone Koszule to masowy ruch biednych: pracowników i małych farmerów. Reprezentują miliony obywateli, którzy chcą Demokracji i Sprawiedliwości społecznej.
10 kwietnia wojsko zastrzeliło 20 nieuzbrojonych cywilów i japońskiego kamerzystę (z agencji Reutera)
Trwa szeroko zakrojona cenzura mediów, w tym internetu w Tajlandii. SMS mogą być wkróŧce zablokowane. Abhisit i różni mówcy rządowi nie wstydzą się kłamać. Chcą zabijać ludzi w sekrecie, ale Czerwone Koszule mają sposoby na obejście cenzury. Tajlandia i świat widzą co się dzieje.
Spragnieni krwi rojaliści, którzy rządzą Tajlandią mogą utrzymać się przy władzy jedynie dzięki przemocy i cenzurze.Zamiast oddać ludziom władzę, przez rozwiązanie parlamentu i wybory, przygotowują zabicie setek ludzi. Klasy średnie organizacje pozarządowe i "liberalni" naukowcy, wszyscy wspierają rząd i wojsko. Nienawidzą zwykłych obywateli i gardzą nimi.
Mogą zabijać ludzi, ale nie zwyciężą ich serc i umysłów.
No Pasaran!!
Tekst pochodzi z anglojęzycznego bloga Gilesa Ji Ungpakorna
Oświadczenie FA Trójmiasto dot. działań policji i ABW
Czytelnik CIA, Pon, 2010-04-19 08:04 Publicystyka | Represje | Ruch anarchistycznyZdawałoby się iż czasy tropienia, szpiegowania i inwigilacji opozycyjnych grup politycznych to w Polsce przeszłość. Nic bardziej mylnego. Tak się składa, że od około trzech miesięcy aktywiści i aktywistki Federacji Anarchistycznej sekcji Trójmiasto oraz działacze Inicjatywy Pracowniczej są nachodzeni i niepokojeni przez śledczych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Policji. Szczególnie szokuje sposób w jaki się to odbywa - sposób, który jest sprzeczny z oficjalnie propagowaną wizją demokratycznego państwa prawa. Metody działania spadkobierców dawnych esbeków niczym nie odbiegają od ich pierwowzoru. Nie można inaczej określić najścia kilku funkcjonariuszy ABW miejsca zamieszkania aktywistki, zastraszenia całej rodziny, a także sugerowania powiązań terrorystycznych. Do tego dochodzi szarganie opinii wśród sąsiadów i znajomych, bo przecież Policja nie wypytuje o przyzwoitą osobę. Ale najścia to dopiero początek.
AlterKino.org – portal z filmami społecznie zaangażowanymi
Tomasso, Nie, 2010-04-18 10:14 alterkino.org | film | kino | portal | PublicystykaStrona filmowa Alterkino.org powstała jako odpowiedź na brak rzetelnej bazy społecznego i politycznego kina. W wielu polskich miastach z pewną regularnością odbywają się pokazy filmowe organizowane przez grupy lokalnych aktywistów. Ich organizatorzy oraz odbiorcy poszukując ciekawych materiałów często zdani są na niewielką ilość filmów krążących wąskimi kanałami w trzecim obiegu, dlatego nasz projekt ma za zadanie ułatwić dotarcie do wartościowych pozycji.

Celem Alterkino jest gromadzenie w jednym miejscu fabuły i dokumentu o wolnościowym, krytycznym społecznie odcieniu, aby wszyscy zainteresowani mogli łatwo do nich dotrzeć i wykorzystać we własnej działalności. Istnieje wiele dobrego dokumentu politycznego, który ginie przeoczony w natłoku masowej rozrywki i chaosu informacyjnego, dlatego potrzebna jest strona, która będzie docierać do takich pozycji i je archiwizować. Na tym polu istnieje w Polsce ogromna luka widoczna w porównaniu z zachodnimi stronami, które oferują bardzo szeroki przekrój tytułów o podobnej tematyce.
Naszym zdaniem aktywizm społeczny opiera się również na zaangażowanym, refleksyjnym kinie, które potrafi pobudzić intelekt i wyobraźnię, a przez to może kształtować ludzkie postawy i wpływać na wybory polityczne. Publikujemy filmy które przedstawiają obraz społecznych konfliktów odstający od oficjalnego. Dokumenty silnie akcentujące barbarzyństwo i bezsens wojny, ujawniające ekonomiczne interesy stojące za decyzjami rządzących; filmy autorów kierujących obiektyw w stronę zwykłych ludzi doświadczających opresji.
Dajemy możliwość poznania odmiennej wersji zdarzeń, przełamującej obowiązujący – neoliberalny – dyskurs ukazywania ważnych konfliktów współczesności, takich jak choćby wojna na Bliskim Wschodzie, manipulacyjna potęga mediów, globalna ekspansja wielkiego kapitału czy konflikty kulturowe.
Alterkino skupia się na brutalnym obliczu kapitalizmu oraz instytucji władzy. Zarazem przedstawia zalety samoorganizacji społecznej oraz przebieg starć i procesów na linii walki pomiędzy pracownikami a państwem i kapitalistami. Pod tym kątem planujemy cały szereg pozycji na temat samorządności robotniczej i walk klasowych w Europie oraz poza jej granicami.
Naszym zdaniem film to medium o dużym potencjale oddziaływania, szczególnie gdy niewygodna kamera dotrze tam, gdzie nie powinna – np. do palestyńskiego obozu dla uchodźców czy na czeczeńską wieś, aby pokazać życie w nędzy i strachu, by zarejestrować zwłoki cywili zamordowanych przez wojsko. Nie ma wówczas wątpliwości – jak w przypadku słowa pisanego – że brutalny obraz zapadający mocno w pamięć nie jest wytworem niczyjej stronniczej politycznie fantazji, lecz gołym faktem, który działa jak zimny prysznic.
Za pośrednictwem obrazu chcemy przekazywać innym emocje towarzyszące tym zjawiskom: krew i łzy, wzruszenie i radość, upór i niezłomność ludzi zjednoczonych we wspólnej walce.
Istnieje wiele słabo znanych w Polsce tematów, które film pozwala dziś odświeżyć i uczynić bliższymi polskiemu odbiorcy. Wiele historii należących do rewolucyjnej tradycji oporu społecznego, które z różnych powodów pomija się w polskich inspiracjach i dyskusjach. Do takich tradycji należą m.in. zachodnioeuropejskie i latynoamerykańskie grupy zbrojne oraz burzliwe wydarzenia okresu lat 60-ych, bardzo słabo znane i opisane w Polsce. Stąd nasze zainteresowanie partyzantką miejską, jak choćby niemiecką Frakcją Armii Czerwonej czy amerykańskimi Weathermanami (pokłosie ruchu studenckiego), ale również bogatym dorobkiem studenckiej kontrkultury. Stąd publikacja słynnego Zabriskie Point Antonioniego, który rewelacyjnie oddaje ducha hipisowskiej rewolty czy nagrodzonego w Cannes Klasa robotnicza idzie do raju, ilustrującego dramat robotnika schwytanego w pułapkę pracy wyalienowanej i goszystowskie rozruchy we Włoszech.
Obecnie na stronie udostępniamy filmy, które poruszają takie tematy jak: wojna w Czeczenii, zamachy z 11 września 2001 r„ rewolucja zapatystowska, oddolne protesty przeciwko neoliberalnej polityce ekonomicznej, geneza i losy niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii, represyjna działalność państwa, walka Palestyny o niepodległość, świat islamu, polityczny proces Mumii Abu-Jamala, wyzysk etiopskich chłopów uprawiających kawę, problem rasizmu we współczesnej Rosji, populizm polityczny, czy też manipulacje medialne w USA.
Filmów jest o wiele więcej i są one aktualizowane cyklicznie co tydzień. Do każdego dołączamy polskie napisy lub są z polskim lektorem. Każdy może także zapisać się do naszego newslettera i otrzymywać informacje o aktualizacjach na stronie prosto na skrzynkę e-mail.
Zachęcamy równocześnie wszystkich do zaangażowania się we współtworzenie serwisu. W tym celu stworzyliśmy poradnik, który objaśnia „krok po kroku” jak umieścić film na serwerze i wysłać informację o danej produkcji do redakcji.
Chcemy, aby Alterkino było centrum, gdzie niezależna myśl i obieg informacji będą dostępne poprzez kino społeczno-polityczne.
Redakcja Alterkino
Artykuł ukazał się w „Le Monde diplomatique – edycja polska” (luty 2008)
Wpis: AlterKino.org – portal z filmami społecznie zaangażowanymi pochodzi ze strony: Tomasso.pl
Kirgiskie deja vu
Yak, Sob, 2010-04-17 21:54 Publicystyka
Pięć lat temu, rosyjscy anarcho-syndykaliści przeprowadzili analizę „buntu nędzarzy” w Kirgistanie. Przewidywali wtedy, że nowy system władzy klanowo-burżuazyjnej nie będzie w stanie rozwiązać problemów społecznych kraju. Diagnoza niestety okazała się słuszna. Obecnie, wydaje się, że mamy do czynienia z powtórką tamtych wydarzeń. Niektórzy protagoniści przewrotu są tymi samymi ludźmi, z jedną różnicą. Główny bohater wydarzeń "rewolty nędzarzy" sprzed pięciu lat, Kurmanbek Bakijew, podzielił los swojego obalonego poprzednika, Askara Akajewa.
Jak można się było spodziewać, rząd Bakijewa nie zmienił sytuacji w kraju na lepsze. Wręcz przeciwnie - nastąpiło pogorszenie. W 2008 r., wraz ze światowym kryzysem, sytuacja w Kirgistanie stała się nie do wytrzymania. Jak zauważyli w listopadzie 2009 r. dziennikarze kirgiskiego serwisu internetowego Kyrgyznews: „Inflacja przekroczyła wszelkie prognozy. Suma udzielanych kredytów znacznie spadła, spadły również znacząco inwestycje i przelewy bankowe. Przed kryzysem, przelewy bankowe od emigrantów stanowiły prawie połowę PKB Kirgizji. Wraz z gwałtownym spadkiem dochodów, dosłownie każdy mieszkaniec kraju odczuł konsekwencje kryzysu. Możliwości pracy w Rosji się skurczyły, a rynek pracy w kraju nie dawał żadnych nadziei. Bezrobocie osiągnęło ogromne rozmiary. Masy bezrobotnych spotykają się codziennie na targach, w nadziei że pojawi się samochód klienta, który zaoferuje im pracę. Większość ludzi jest gotowa na każdą pracę: prace budowlane, sprzątanie, rozładowywanie ciężarówek, itd. Większość, to mieszkańcy wsi, którzy są w najgorszej sytuacji.” Ponad połowa ludności żyje poniżej oficjalnego poziomu biedy.
Nic więc dziwnego, że opozycja dla skorumpowanego rządu Bakijewa (który podobnie jak Akajew, plądrował zasoby państwowe dla swojego klanu, wykluczając inne klany) z łatwością znalazła masowe poparcie ze strony biednych. Jeden z uczestników rewolty w Biszkeku powiedział: "Kiedyś był reżim Akajewa. Teraz jest reżim Bakijewa. Ludzie są nieszczęśliwi. Zobacz, ilu jest wokół młodych ludzi. Jesteśmy biedni, nie mamy pracy. Władze strzelają do ludzi. Wszyscy to widzą. Dlatego będziemy przelewać krew za krew.”
Podobnie jak 5 lat temu, najbardziej gorliwi (lub naiwni) zwolennicy opozycji rozbroili policję i wdali się w krwawe bitwy z siłami bezpieczeństwa. Wielu biednych skorzystało z przewrotu i tymczasowego braku władzy, by zabrać bogatym przynajmniej część ich łupów.
W Talas, gdzie demonstracje antyrządowe rozpoczęły się 6 kwietnia, tłum przejął regionalną administrację. Według agencji Fergana.ru, ludność wyniosła z budynku wszelkie wyposażenie biurowe, kasy pancerne zostały otwarte. Policja próbowała schwytać „rabusiów”, ale 7 kwietnia tłum przejął regionalną komendę główną i zdobył broń.
Rankiem 7 kwietnia, burżuazja ze stołecznego Biszkeku zaczęła zamykać swoje sklepy w panice i usuwać z nich towary. Kantory i kafejki internetowe zostały zamknięte. W ciągu dnia rozpoczęło się „ludowe wywłaszczanie”: ludność niosła towary z centrów handlowych i sklepów spożywczych. Pomagali w tym mieszkańcy okolicznych miast i wsi - głównie bezrobotna młodzież.
Wieczorem tego samego dnia, gdy napastnicy wdarli się do parlamentu i zaczęli wynosić telewizory i wyposażenie biurowe, tzw. „uświadomieni” zwolennicy opozycji próbowali powstrzymać ludzi. Przywódcy próbowali nadaremnie wzywać powstańców do „powstrzymania się od grabieży” i do „zachowywania się w kulturalny sposób”.
W nocy, jak podawał serwis Lenta.ru, “ludowe wywłaszczenia” nabrały masowych rozmiarów. "Do rana, większość sklepów w centrum miasta została splądrowana... Ucierpiały galerie handlowe i supermarkety. Niektóre sklepy zostały spalone. Tłum ograbił i spalił dom należący do rodziny prezydenta Kurmanbeka Bakijewa. Wyniesiono wszystko: ubrania, dywany, urządzenia, obrusy i naczynia”.
Jak podała agencja Interfax cytując naocznych świadków, ludzie zniszczyli centra handlowe należące do chińskich i tureckich biznesmenów. Wiele sklepów, supermarketów w centrum Biszkeku zostało doszczętnie zniszczonych. Młodzi ludzie zaczęli niszczyć stacje benzynowe należące do syna prezydenta i podpalili rezydencje należące do rodziny prezydenta. Spalono również luksusowe kasyna w centrum Biszkeku.
Podobnie jak 5 lat temu, burżuazja zorganizowała własną “straż”, by chronić własność. Wstąpili do niej nawet weterani wojny w Afganistanie! Udało im się powstrzymać ataki na niektóre sklepy. Nowe władze zezwoliły wojsku i policji na strzelanie do „rabusiów”. Jeszcze raz, na ulicach Biszkeku doszło do wojny klas.
Pomimo represji, w dniu 8 kwietnia ekspropriacja trwała nadal. Trudno powiedzieć, które sklepy zostały zniszczone przez biednych, a które przez mafię, która zawsze korzysta z chaosu. Rosyjskie media burżuazyjne, pełne nienawiści do atakujących „święte prawo własności”, musiały jednak przyznać:
„Zwycięstwo należy do rabusiów. Przez pewien czas, znaleźli się znów w kraju, gdzie telewizory, komputery, żywność i dywany, meble i wyposażenie biurowe są za darmo. Ale to nie wszystko. Rebelianci udowodnili, że bez ich pomocy nie może odbyć się żadna zmiana władzy w Kirgistanie.”
Vadim Damier
KRAS-IWA
http://aitrus.info
Krwawa wiosna
XaViER, Pią, 2010-04-16 11:58 PublicystykaNie, to nie będzie kolejny tekst na temat katastrofy pod Smoleńskiem, drugiego Katynia, ani pierwszego Katynia. Napiszę o czymś innym.
Dziś mija 74 rocznica wydarzeń lwowskich z 1936 roku, kiedy to władze Najjaśniejszej II Rzeczpospolitej były łaskawe zgotować krwawą łaźnię protestującym robotnikom.
Tego właśnie dnia we Lwowie odbywał się pogrzeb zastrzelonego podczas demonstracji bezrobotnego Władysława Kozaka.
Jak wspomina jeden ze świadków zamordowania tego człowieka:
Tym razem była to kolejna manifestacja bezrobotnych. W pochodzie było ich niewielu, wyglądali nad wyraz biednie, jak ci bezdomni z cegielni, sami mężczyźni. Szli przez miasto z nędznym transparentem i krzyczeli: „Pracy i chleba". Nadeszli od placu Mariackiego przez ulicę Akademicką, na placu Akademickim zagrodziła im drogę policja, na czele oddziału jechali konno komisarz i jego pomocnik. Stałem od nich w odległości nie większej niż 50 metrów, w pobliżu pomnika Aleksandra Fredry, tego samego który obecnie znajduje się na Rynku wrocławskim.
Komisarz zaczął właśnie rozmawiać głośno z manifestantami, którzy stanęli widząc policję, gdy znajdujący się za nim pomocnik wydobył rewolwer i oddał serię strzałów w kierunku bezrobotnych. Jednego zabił na miejscu, drugiego, rannego, zaniesiono przy mnie do bramy pobliskiego domu. Manifestanci rozproszyli się, ale w mieście tego dnia zapanowało podniecenie. Organizacje lewicowe, związki zawodowe i robotnicze postanowiły urządzić manifestacyjny pogrzeb zmarłego, którego nazwisko brzmiało — Kozak. Było jasne, że nie naruszył on żadnego prawa, wina leżała całkowicie po stronie strzelającego policjanta.
Warto przypomnieć, że już wcześniej dochodziło do strajków i krwawych pacyfikacji. Na przykład w marcu doszło do strajków w wielu zakładach pracy w Krakowie i okolicach. W czasie starcia z robotnikami 23 marca 1936 roku pod krakowskim Urzędem Wojewódzkim policja zastrzeliła 8 robotników.
Wróćmy jednak do wydarzeń lwowskich z 16 kwietnia. Na ulicę wyszły wówczas nieprzebrane tłumy - tysiące robotników, by uczcić pamięć Władysława Kozaka. Kondukt żałobny przerodził się w wielką manifestację przeciwko władzy, przeciwko mordowaniu robotników, przeciwko nędzy.
Władze od początku zdecydowane były na starcie z maszerującymi przez centrum miasta na cmentarz Łyczakowski robotnikami. W kilku miejscach w centrum ustawiły już wcześniej karabiny maszynowe, w tym także na dachu jednego z budynków. Szpalery uzbrojonej policji próbowały uniemożliwić przemarsz żałobników. Wiadomym było, że zaraz poleje się po raz kolejny krew. Robotników jednak nie zatrzymało nawet widmo śmierci. Postanowili przejść na cmentarz tak jak planowali, z podniesioną głową. Wtedy policja otworzyła ogień, padli zabici i ranni. W wyniku tego w całym mieście wybuchły potężne rozruchy. Część protestujących próbowała odbić więzienie Brygidki, by uwolnić tam przetrzymywanych. Miejscowe władze nie były sobie w stanie poradzić ze zrewoltowanymi robotnikami i ściągnęła posiłki z kraju, m.in. z Poznania.
W efekcie zginęło 49 osób, 300 zostało rannych. Władze dokonały także masowych aresztowań działaczy robotniczych, członków partii lewicowych i wielu innych. Wydarzenie to wywołało spory wstrząs społeczny. Zwłaszcza wśród robotników, ale i ludzi kultury.
Władze niewiele przejęły się tymi protestami. Rok później, 18 kwietnia, zaatakowały chłopską manifestację. Tego dnia obchodzono 143 rocznicę bitwy pod Racławicami. Manifestacja, która się tam odbyła również przerodziła się w wiec przeciwko władzom. Zginęły 2 osoby. Kilka miesięcy później, w sierpniu, przez kraj przetoczył się potężny protest, tzw. Strajk Chłopski. Od 16 do 25 sierpnia mieszkańcy wsi blokowali drogi i wstrzymywali dowóz żywności. W proteście wzięły udział miliony chłopów. Władze nie stały bezczynnie. Aby spacyfikować strajk zamordowały 44 chłopów, a 5 tysięcy zostało aresztowanych.
Dziś, poza wąskim gronem osób, nikt tych wydarzeń nie pamięta, nie ma corocznych obchodów w całym kraju, w szkołach nie będzie specjalnych apeli. W dzisiejszych wiadomościach nie padnie ani słowo o tym. Nie będzie minuty ciszy. Wszak cisza o tym że władze II RP, tak wielbionej przez władze III RP, mordowały robotników, trwa przez dwadzieścia cztery godziny, 365 dni w roku.
Historia pisana jest przez zwycięzców. I teraz zwycięzcy wybierają sobie tylko takie fakty z historii, jakie pasują im do legitymizacji status quo. A państwowe i prywatne przekaźniki wtłoczą ten obraz do głów publice.
Przypomnijmy. Według IPN (czyli najbardziej ostrych kryteriów) w czasie stanu wojennego zginęło 56 osób. Niewątpliwie należy się tym ofiarom pamięć. Mówi się (i powinno się mówić) o robotnikach z Wujka zamordowanych przez władze PRL. Ale dlaczego nie mówi się o robotnikach ze Lwowa, czy Krakowa? Ponieważ ich ofiara burzy raz ustalony świadomie przez rządzących porządek symboliczny, który umacnia tych którzy już są silni. Jedne ofiary są “ważniejsze” inne “mniej ważne”. Ofiary kapitalizmu międzywojennego liczone w setkach zabitych i tysiącach rannych są mniej ważne niż 56 ofiar stanu wojennego. Jedni robotnicy są pożyteczni, bo walczyli z PRL, inni robotnicy są skazani na niepamięć, bo walczyli z Najjaśniejszą RP i kapitalizmem.
Dziś bowiem wielbi się władze II RP i relatywizuje ich winy. Wielu morderców z II RP ma swoje ulice, w szkolnych książkach od historii nie wspomina się ile robotniczej i chłopskiej krwi jest na ich rękach.
Tak być nie może. Jeśli nikt o nich nie pamięta, my musimy. Jeśli nikt o nich nie mówi, powinniśmy my mówić o nich głośno. Nie dlatego, żeby budować kolejne idiotyczne kapliczki martyrologii polskiej, ale aby przypomnieć, że każde państwo i kapitalizm wyrasta z krwi i opiera się na przemocy i jest zawsze gotowe po nią sięgnąć, by przetrwać.
Czym jest prekaryzacja?
Yak, Czw, 2010-04-15 22:03 PublicystykaOd przeszło 20 lat, coraz trudniej jest znaleźć stałe zatrudnienie, z gwarantowaną podstawową pensją i ubezpieczeniem zdrowotnym. Pracodawcy szukają wszelkich oszczędności w imię „wzrostu gospodarczego”, który ma rzekomo skutkować wzrostem zamożności nas wszystkich. Jednak bezpośrednim efektem dążenia do jak największych zysków jest zanik stabilnego, gwarantującego opiekę zdrowotną i emeryturę zatrudnienia. Taką sytuację nazywa się właśnie “prekaryzacją”.
Słowo „prekaryzacja” oznacza w skrócie “wzrost niepewności pracy” od łacińskiego słowa precarius – wyproszony, dany z łaski. Tym terminem można określić zastępowanie bezterminowych umów o pracę umowami na czas określony, często umowami o dzieło nie gwarantującymi ubezpieczenia, lub zmuszanie pracowników do otwierania własnej działalności gospodarczej, dzięki czemu pracodawcy przenoszą koszty i ryzyko zatrudnienia na pracowników. Jest to szczególnie niekorzystne dla osób, które i tak znajdują się w trudnej sytuacji życiowej – np. samotnych matek. Pracodawcy wymagają od nich “elastyczności”, której nie są w stanie zapewnić ze względu na opiekę nad dziećmi. Takie osoby w nowych warunkach jako pierwsze tracą pracę, przez co ich trudna sytuacja zamienia się w tragiczną.
Innym typowym zjawiskiem jest zastępowanie stałej wysokości wynagrodzenia i przyznawanych automatycznie dodatków do wynagrodzenia składnikami warunkowymi, uzależnionymi od wyników finansowych przedsiębiorstwa i realizacji – często zawyżonych – celów narzuconych pracownikom. To kolejny sposób przenoszenia ryzyka związanego z prowadzeniem przedsiębiorstwa na pracowników, którzy mogą otrzymywać niższe wynagrodzenia w okresie, gdy firma osiąga mniejsze zyski.
Rozwiązania o których mowa wyżej stały się tak nieodłącznym elementem rynku pracy, że wielu mogą się wydawać naturalne. Pracownikom, którzy wierzą, że wzrost produktywności i zyskowności przedsiębiorstw wiąże się ze wzrostem wynagrodzeń i zatrudnienia, może się nawet wydawać, że w dłuższym okresie te zmiany będą korzystne. Realia są jednak inne. Tempo wzrostu produktu krajowego znacznie przewyższa wzrost zatrudnienia. Możliwe to jest dzięki wielokrotnemu zwiększeniu wydajności pracy już zatrudnionych pracowników. Ten wzrost wydajności przekłada się na wzrost zysków prywatnych przedsiębiorców, ale już nie na wzrost płac pracowników. Wiąże się z nim też trwałe bezrobocie „niepotrzebnych” pracowników.
Zatrudnienie w warunkach “prekaryzacji” jest szczególnie niebezpieczne dla pracowników branży budowlanej i wszystkich pracowników narażonych na wypadki przy pracy. Zasada pracy tymczasowej dla podwykonawców innych podwykonawców oznacza, że faktyczny zleceniodawca (tzw. „pracodawca użytkownik”) nie odpowiada za szkolenia BHP, choć prace odbywają się na terenie jego placu budowy lub jego zakładu. Poszkodowani pracownicy, którzy nie otrzymali wynagrodzenia w wyniku oszustwa jednego z podwykonawców lub którzy próbują uzyskać odszkodowanie za wypadek przy pracy natrafiają na niespodziewane trudności prawne, gdyż okazuje się, że ich pracodawca nie jest za nic odpowiedzialny i całą winę przerzuca na inne firmy w łańcuszku pośredników.
Reasumując, „prekaryzacja” oznacza pracę tymczasową zamiast pracy na stałą umowę, brak gwarancji ubezpieczenia zdrowotnego, płatnych nadgodzin, płatnego urlopu i zwolnienia chorobowego, oraz brak kontroli nad warunkami BHP w pracy, brak gwarancji stałego poziomu wynagrodzenia i możliwość utraty pracy w każdej chwili.
ZSP Warszawa
Tekst pochodzi z najnowszego numeru pisma "Zapłata" (kwiecień-czerwiec 2010)
Mam gdzieś Wawel
Czytelnik CIA, Czw, 2010-04-15 11:51 Kraj | PublicystykaNie cierpię Wawelu. Nie cierpię tego typu miejsc bogoojczyźnianych pielgrzymek i narodowych uniesień. Nie cierpię kapiących przepychem, złotem i purpurą ołtarzy monarchii. Wraz z zachwytami nad nimi, wraz z ciszą nakazaną tam zwyczajami lub przez wszędobylskie tablice subordynujące, wraz z zadzieraniem głowy, by spoglądać w srogie, poważne, dostojne twarze sportretowanych królów, wciąż oddaje się hołd staremu porządkowi.
Stiuki, wazy, gobeliny, mozaiki, rzeźby, żyrandole, portrety dam, obrazy bitew, historie królewskich rodów to przejawy epok, które je stworzyły, to zapis ówczesnych gustów, to przejaw zasobności dworu. To butne manifestacje przepaści, jaka dzieliła władających od poddanych. Wozimy tam kolejne szkolne roczniki z całej Polski. Zmuszamy dzieci, by na te widoki pokorniały. Szkolimy w podziwianiu autorytarnej, nieznoszącej sprzeciwu, aroganckiej władzy. Uczymy je nostalgii wobec tamtych czasów. Czasów zmitologizowanych jako „złote”. Pełnych dzielnych rycerzy z mieczami, pięknie śpiących królewien i wielce mądrych królów. To z nimi utożsamia się kwiat młodzieży polskiej, bo na Wawelu próżno szukać znaków, że za czasów monarchii żył - i jak żył - ktokolwiek poza rodziną królewską, dworem i obsługującymi go artystami. Nikt zwiedzającym Wawel nie powie, że w tamtych czasach nie na tron mieliby szanse, lecz na odrabianie pańszczyzny, opłakiwanie synów wcielanych do armii albo patrzenie, jak bezkarność panów niszczy życie najpierw im, a potem ich córkom. Bo na Wawelu nie ma historii choćby tych, którzy go budowali własnymi rękami. Ani tych, którzy musieli wykarmić jego dwór. Nie ma tam pamiątek po ludziach, którzy feudalizmu czcić nie mają za co. Chętniej by go przeklęli.
Prawomocna historia państwa, a za nią historia jako szkolny przedmiot nauczania, to wciąż historia zwycięzców. Nie tylko międzykrajowych wyżynanek, na które kolejni władcy, błogosławieni przez kolejnych biskupów, wysyłali tabuny ludzi. Także tych wewnętrznych, których jedynym zwycięstwem, traktowanym jak zasługa, było urodzić się w odpowiedniej rodzinie.
Już nie wypada jawnie głosić, że komuś się z urodzenia bardziej należy niż innym, więc demokracje wynalazły rozmaite sposoby, by przywileje urodzenia ukryć pod pozorami, z których najcwańszym jest tzw. powszechny dostęp do edukacji. Pielgrzymując do miejsc takich jak Wawel - zamiast traktować je jako dokumenty historii - wciąż jednak afirmujemy najbardziej arbitralne hierarchie i porządek, który je podtrzymywał. To, co wzbudza estetyczne ochy i achy to nic innego jak znaki przemocy, dzięki której władza mogła być utrzymana. Na lekcjach historii każdą rewolucję przedstawia się jako atak rozjuszonej, brudnej, chamskiej tłuszczy na delikatnych, wrażliwych na sztukę, dystyngowanych władców. Wawel to epoka świetności tych ostatnich. To wcielenie właściwego stosunku do nich - pełnego nabożnego podziwu, ewentualnie niezrozumienia. To przypominanie tłuszczy, że wobec władców przybierają rozmiary mrówek. Wciąż to sobie robimy. Wciąż robimy to naszym dzieciom.
Czego tu zatem bronić przed tragicznie zmarłym prezydentem? Co to znaczy, że ktoś „nie zasłużył” na Wawel? Jeśli ktoś ma być na Wawelu, to niech to będą właśnie konserwatyści, tęsknie usposobieni do czasów, gdy władza nie musiała się z niczego tłumaczyć. Ja traktuję grób na Wawelu jako przejaw alienacji władzy. Tej dosłownej lub tej, która objawia się w polu kultury. Osobiście chciałabym być pochowana wśród świata, którego częścią się czułam i który przyjmował mnie jako swoją część. Jeśli rodzina pary prezydenckiej stwierdziła, że takim właśnie światem był dla zmarłych Wawel - czemu im go odmawiać?
Broniąc pałacu przed królem, wciąż dajemy wyraz przywiązania do idei pałacu.
Anna Zawadzka
(tekst ukazał się na jej blogu na portalu Lewica.pl)
Refleksja po katastrofie w Smoleńsku…
Tomasso, Śro, 2010-04-14 10:29 kapitalizm | katastrofa | media | polityka | propaganda | Publicystyka | smoleńsk | tragedia„Życie jest normalne, kiedy z głodu, biedy i uleczalnych chorób umierają miliony, a wielką tragedią, kiedy giną w katastrofie ludzie władzy, utrzymujący panującą niesprawiedliwość” – taki można wysunąć wniosek, po katastrofie samolotu rządowego w Smoleńsku, w którym zginęło 95 osób.
Każdy portal informacyjny, każdy główny kanał telewizyjny solidaryzuje się z tragedią. Wszędzie jest tylko jeden temat: śmierć naszych Panów i Władców, bez których w demokracji nie możemy żyć i których strata ma być dla nas wszystkich ogromną tragedią. Takie motto głosi propaganda medialna na usługach politycznego kagańca. Prawdziwe oblicze ukazywane jest tak naprawdę w sytuacjach krytycznych. Zdejmowana jest maska oficjalnego pluralizmu informacji i poglądów na rzecz „spektaklu”, w którym oficjalnie jesteśmy „jednością narodową”.
Jak pisze marud na forum Radio WNET:
“Byłam dziś i przed Sejmem i na Krakowskim Przedmieściu. Mam osiemnastoletnią córkę i chciałam, by doświadczyła udziału w historycznym wydarzeniu. Mimo, iż byłyśmy pod siedzibą prezydenta około godz. 21 tłum był tak gęsty, iż uniemożliwaiał swobodne poruszanie się. Pomimo tego ścisku nie zaznałyśmy poczucia wspólnoty. Poszczególne rodziny, czy grupki znajomych nie nawiązywały miedzy sobą kontaktu. Żadnych spojrzeń, słów, czy gestów wymienianych pomiędzy nieznajomymi. Ocieraliśmy się o siebie w całkowitej obcości. Jacek Kaczmarski – bard Solidarności powiedział mi kiedyś, że Polacy , to społeczeństwo widzów. Biernych widzów. I tak jest naprawdę. Choć te tłumy wyglądały w TV imponująco, to w środku wiało pustką. Za kazdym razem, gdy uczestniczę w podobnych spędach zadziwia mnie, jak wiele próżni może sie zmieścić w tak szczelnym tłoku.
No cóż, dystanu pomiędzy ludżmi nie powinno mierzyć się w cm, tylko w skali zaangażowania w to, co wspólne, w to, co społeczne.” [źródło]
Media ignorują także inne wydarzenia, odmienne opinie, komentarze. Marginalnie potraktowały poniedziałkową tragedię w kopalni Siltech w Zabrzu, czy też protest przeciwko pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu.
Ukazywana jest jedyną słuszna wizja wydarzeń, jedyne słuszne odczucia, które – jak się okazuje – w rzeczywistości są bardziej podzielone. Z politykami oddalonymi od naszej rzeczywistości, mamy czuć abstrakcyjną „jedność”, czcić jak „bohaterów narodowych”, których straty nie możemy sobie wyobrazić, nie wspominając o życiu bez nich. Ten patriotyczny fundamentalizm, przysłonił większości racjonalne podejście do samej katastrofy i życia społecznego, usuwając z pola widzenia wydarzenia, które są ważniejsze i mają bardziej tragiczne dla ludzkości konsekwencje:
- codziennie z głodu umiera ok. 20 tyś dzieci, 1 dziecko na 4.32 s. Na świecie głoduje już ponad 1 mld ludzi (2010r), codziennie ok. 20 tys. (mniej więcej tyle ile wynosi liczba ofiar Katynia) DZIECI na całym świecie umiera z przyczyn związanych z głodem, daje to ok. 7 mln na rok, czyli więcej niż w czasie wielkiego głodu na Ukrainie w latach 30. To wszystko ma miejsce w sytuacji, w której rocznie na całym świecie produkowane jest tyle żywności, że starczyłoby na ok. 40 mld ludzi!
- według raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) około 1,1 miliarda ludzi nie ma dostępu do wody spełniającej podstawowe normy czystości. Każdego dnia umiera około 6 tys. dzieci z powodu chorób związanych z niedostatkiem wody pitnej. Oznacza to, że co 15 sekund umiera jedno dziecko.
- co roku ok 9 milionów dzieci poniżej 5 roku życia, umiera na choroby, które są uleczalne lub którym łatwo zapobiec.
- codziennie z powodu braku dostępu do wody pitnej i odpowiednich warunków sanitarnych umiera kilkanaście tysięcy ludzi. – codziennie 250 milionów dzieci poniżej 15 roku życia jest zmuszanych do pracy zarobkowej.
- co roku na świecie przybywa 4 miliony głodujących. W następnych latach liczba głodnych zwiększy się o 100 milionów. “Normalnie” codziennie umiera z tego powodu ok. 25 tysięcy osób.
- 9,7 miliona dzieci, które umiera co roku na świecie przed ukończeniem piątego roku życia na takie choroby jak zapalenie płuc czy malaria, chociaż wiele z nich można by uratować.
O tych faktach media nas nie informują przez 24 godziny na dobę. W prasie nie spotkamy nekrologów. Elity finansowo-polityczne, które narzucają światu swój neoliberalny dogmatyzm, nie zrobią w tej sprawie „żałoby narodowej”, nie zapalą zniczy za ofiary ich zbrodniczego systemu i nie zmienią swej globalnej polityki ekonomicznej, która pogłębia głód, śmierć, bezdomność i cierpienie ludzi na całym świecie.
Miliony ofiar poświęconych na ołtarzu „kapitalizmu”, które nie wzbudzają tyle współczucia, co śmierć nielicznych (w większości wpływowych) istnień ludzkich. To jest współczesny wymiar „demokracji”! Elitarni dygnitarze chowani z honorami, demokratyczna większość, która umiera codziennie, zamiatana w pogardzie i CISZY, bez żadnej nadziei na lepszą przyszłość.
Inne ciekawe artykuły, wychodzące naprzeciw medialnej szopce:
Kiedy wielu obserwuje kilku. Spektakl tragedii jako przejaw spektaklu zintegrowanego
Lud jest zawsze lepszy niż jego władcy. Kilka uwag o żałobie narodowej.
Żałoba…
Cicha śmierć maluczkich
Umarł król, niech żyje król! Czyli co teraz będzie, prawicowa dyktatura czy nadal pozór demokracji?
Wpis: Refleksja po katastrofie w Smoleńsku… pochodzi ze strony: Tomasso.pl
Rynkowy urok biedy nie do odparcia, czyli gentryfikacja po Berlińsku i Warszawsku
Czytelnik CIA, Wto, 2010-04-13 21:51 Kraj | Świat | Lokatorzy | Publicystyka | Tacy są politycy | UbóstwoCi, którzy mogą sobie finansowo pozwolić na świadomy wybór miejsca zamieszkania, zbiorowo chcą się przeprowadzać do "fajnych" dzielnic. "Fajne" czytaj: centrum miasta, krajobraz starych, zapomnianych kamienic, atmosfera ulicznego życia mieszkańców, kwitnąca scena alternatywna ratująca przed mieszczańską nudą. A przy okazji tanio. Fantazje klasy średniej, aby być się tej rzeczywistości częścią, stały się narzędziem społecznego wykluczenia i rujnowania przestrzeni miejskiej.
SZALEŃSTWO KONTROLOWANE
W programie każdego ambitnego turysty odwiedzającego duże europejskie miasto jest "wyprawa do dzielnicy alternatywnej". Przedsięwzięcie to ma na celu dodanie wycieczce nutki szaleństwa i spontaniczności. Okazuje się, że nawet dobrze sytuowane, spokojne rodzinki pragną zachwycić się chaotycznym życiem ulicy, popodglądać mieszkańców, których raczej nie zdarzyłoby się im spotkać w swojej grzecznej, wypucowanej okolicy. Spacerując po nowojorskim Brooklynie, berlińskim Kreuzbergu, czy warszawskiej Pradze, fotografują zapuszczone kamienice i wąskie uliczki, na których ku swej uciesze nie natykają się na kolejny moloch H&M, a na małe sklepiki z lokalnymi produktami dla lokalnych nabywców. Analogiczne motywacje kierują ludźmi, którzy marzą o przeprowadzce do "fajnej dzielnicy". Nie chcą mieszkać z podobnymi do siebie ustabilizowanymi mieszczanami. Pragną uczestniczyć w "alternatywnej rzeczywistości", która wydaje im się ciekawsza, atrakcyjniejsza. Za realizację tego pragnienia są w stanie odpowiednio zapłacić. W ten sposób ściągają na swoją wymarzoną okolicę nieodwracalne zmiany, mniej "fajne" dla lokalnych mieszkańców, którzy mieli być barwną dekoracją w życiu entuzjastycznych nowych lokatorów. Jak pokazuje historia "alternatywnych dzielnic" zachodnich, w pewnym momencie chętnych do podziwiania "lokalnego kolorytu" zaczyna być tak dużo, że znika miejsce dla tych, którzy pierwotnie stanowili o atrakcyjności okolicy.
Części miasta cieszące się taką wyjątkową popularnością to zazwyczaj byłe dzielnice robotnicze, położone w centralnej części miasta. Do zapomnianych i bezwartościowych budynków wprowadzają się ludzie nie mający raczej wiele wspólnego z pieniędzmi i karierą: artyści, środowiska kontrkulturowe, społeczni i polityczni kontestatorzy. W dzielnicy "wykluczonych", prócz tego że tanio, wspólnotowo i bez policji (bo kogo interesuje bezpieczeństwo biedaków?), zaczyna kwitnąć odważna sztuka i polityka. Choć na tym etapie krajobraz dzielnicy poważniej się nie zmienia, a lokalni mieszkańcy - być może poza ewentualną konfuzją - skutków nowych migracji specjalnie nie odczuwają, przemiany te zwiastują przyszłe komplikacje. Wiadomo, że jedną ze sprytniejszych, a zarazem skuteczniejszych strategii kapitalistycznych jest tłumienie buntu przez jego utowarowienie. Bunt jest ładny, modny i generalnie sexy. Na tym można nieźle zarobić, a i przy okazji unieszkodliwić tych, którym nie podoba się obowiązujący system.
NUDNA DZIELNICA NUDNYCH LUDZI
Do dzielnic zdobywających sobie powoli sławę "fajnych" i "alternatywnych" sprowadzają się stopniowo studenci, intelektualiści, osoby dobrze wykształcone - ludzie bądź z przyzwoitą sytuacją materialną, bądź z takiej sytuacji perspektywą. Pieniądze do wydania w kieszeniach nowych lokatorów muszą - zgodnie z obowiązującą "logiką rynku" - pociągać za sobą pojawienie się kreatywnych przedsiębiorców, którzy te pieniądze chętnie zagospodarują. Powstają "przemiłe" (ale jakie drogie!) kawiarenki, otwierane są awangardowe (choć dla mniej "awangardowych" mieszkańców - niedostępne) kluby. Czynsze idą w górę, biedniejsi mieszkańcy lądują na bruku. Nie szkodzi - pojawia się więcej przestrzeni dla coraz bogatszych zainteresowanych. Aby sprostać im oczekiwaniom (już mało mającym do czynienia z "alternatywnym życiem"), budynki są restaurowane, odnawiane, upiększane. Obok kawiarenek zaczynają pojawiać się jeszcze droższe sklepy: z wygodnymi ubraniami, ekologiczną żywnością.
Wieloletni mieszkańcy dzielnicy są w ten sposób eksmitowani: bezpośrednio - przez zaporowe ceny czynszów i usług, pośrednio - przez nowobogacką, snobistyczną estetykę życia. Ulica przestaje być spontanicznym miejscem spotkań, przestrzenią artystycznej i politycznej ekspresji. Priorytetem stają się mieszczańskie fetysze czystości - sterylności i przesadnej kontroli wynikającej z histerycznego strachu przed utratą prywatnego mienia. W "wyglansowanej" dzielnicy nie ma już miejsca na sztukę uliczną, graffiti na murach i budynkach. Pierwotnie stanowiły one atrakcję cieszącą oko odwiedzających. Sympatia grzecznych, dobrze sytuowanych odbiorców okazuje się jednak zgubna dla ulicznej twórczości. Zafascynowani nią nowi lokatorzy nieświadomie przynoszą wraz ze swoją przeprowadzką także swoje potrzeby i przyzwyczajenia estetyczne. Ulice są coraz czystsze, budynki odmalowywane, a graffiti sklasyfikowane zostaje jako wandalizm zakłócający porządek. Nowi mieszkańcy ze zmian się cieszą, a władze jeszcze bardziej: czy można wyobrazić sobie wygodniejszą metodę na bezkonfliktowe usunięcie z głównego deptaka napisu: "MIASTO NIE JEST NA SPRZEDAŻ"?
Nowi lokatorzy wnoszą ze sobą także nowoczesny styl życia: "life style" nastawionego na konsumpcję indywidualisty. Model ten, wykreowany przez współczesny kapitalizm, nietrudno zdemaskować jako kolejną strategię władzy. Skrajna indywidualizacja skutecznie uniemożliwia masowy sprzeciw. Poza tym: człowiek pogrążony we własnej alienacji i samotności raczej nie znajdzie czasu ani energii na samodzielne kształtowanie swojego otoczenia. Jednym słowem: czym słabsza wspólnota, tym silniejsza kontrola polityczno-ekonomicznych macek nad jednostkami. Z nowymi, indywidualistycznie nastawionymi mieszkańcami, rozpadowi ulec muszą stopniowo sąsiedzka wspólnota i zażyłe relacje między pochodzącymi z różnych środowisk współlokatorami.
W efekcie dzielnica przestaje być atrakcyjna już nawet dla nowych lokatorów. Zaczyna coraz bardziej przypominać nudne i drogie miejsca, z których zechcieli się jakiś czas temu wyprowadzić. Miejska przestrzeń przestaje się podobać, staje się zbyt oczywistym wyrazem nowobogackich gustów i potrzeb. A przeglądanie się w krzywym zwierciadle jest dla dobrze usytuowanych lokatorów raczej średnio zabawne.
CO SŁYCHAĆ NA BERLIŃSKIM KREUZBERGU
Berlińska dzielnica Kreuzberg jest sztandarowym przykładem opisanych wyżej procesów. Ponad 30% ludności Kreuzbergu to imigranci: głównie z Turcji, ale także Włoch, Polski, Rosji, byłej Jugosławii. Kreuzberg to tradycyjnie dzielnica robotnicza, dziś zamieszkiwana głównie przez niższą klasę średnią i bezrobotnych. Od lat siedemdziesiątych stopniowo zajmowane były na Kreuzbergu opuszczone, zapomniane przez miasto i właścicieli budynki. Zasiedlały je grupy potrzebujące przestrzeni mieszkalnej, wywodzące się z niższych warstw społecznych. Ceny mieszkań i usług, dopasowane do zarobków mieszkańców, do niedawna były najniższe w Berlinie. Dzielnica słynie z alternatywnej sceny artystycznej i radykalnej polityki. Choć granicząca ze ścisłym centrum, do tej pory skutecznie opierała się prywatyzacji i drożyźnie. Z jednej strony silne tradycje masowego, lewicowego protestu, inicjatywa i sieć anarchistycznych squatów, z drugiej strony - duża część budynków pozostawała przez długi czas w rękach spółdzielni mieszkaniowych, chroniących obywateli przed nadchodzącą falą drożyzny.
Dziś oba punkty oparcia są systematycznie unieszkodliwiane. Ogromna większość kamienic znalazła się w prywatnych rękach, często zagranicznych inwestorów. Odgórnie zaplanowane renowacje stały się powszechną zmorą lokatorów, którzy najpierw zmuszani są do mieszkania na "placu budowy", a potem dostają rachunek za dokonane upiększenia w postaci podwyżki czynszów. W ostatnim czasie opłaty za mieszkania, w przeciwieństwie do zarobków, wzrosły błyskawicznie. Obecnie mieszkańcy Kreuzbergu wydają na czynsz średnio 40-50% swoich dochodów (podczas gdy w Monachium nie więcej niż 20-29%).
Umowy z mieszkańcami do niedawna licznych alternatywnych projektów mieszkaniowych są zrywane z byle powodu, jak drzwi na klatce schodowej 1 (rozwiązanie to było konieczne dla realizacji koncepcji domu: połączenie publicznej dostępności i organizacji wydarzeń społeczno-kulturalnych na dolnych piętrach, powierzchnia mieszkalna na wyższych). Squaty i polityczne "Hausprojekte" są systematycznie zastraszane i przeszukiwane przez policję, a mieszkańcy nie raz padają ofiarą policyjnych pałek. To ostatni przypadek ewakuowanego przez nieskromne siły porządkowe (włącznie z helikopterem) projektu Brunnenstrasse 183 oraz bardzo prawdopodobny scenariusz dla takich miejsc jak queerowo-anarchistyczne Liebig 34, czy Rigaer 94.
Do tego dochodzi prywatyzacja przestrzeni publicznej. Projekt Mediaspree - realizowana od lat dziewięćdziesiątych największa berlińska inwestycja, ma na celu zagospodarowanie całego nadrzecznego terenu wzdłuż Szprewy pod ogromne, nowoczesne budynki komunikacyjnych gigantów (między innymi O2, MTV, BASF, Universal Music, Toyota). Budowa nadrzecznych biurowców zagraża ważnym i symbolicznym inicjatywom, takim jak kultowy, reaggowy klub Yaam, czy queerowy Wagenplatz Schwarzer Kanal, organizujący masę wydarzeń kulturalnych i stanowiący schronienie przed wszelkimi formami dyskryminacji. Realizacja Mediaspree wymagała ponadto zniszczenia części East-Side-Gallery, najdłuższego istniejącego kawałka muru berlińskiego, w całości pokrytego graffiti. Budowa kompleksu została po części sfinansowana z publicznych środków: to przecież "projekt społecznego użytku". Obywatelom wystawiono też rachunek za budowę całej infrastruktury koniecznej dla działania Mediaspree (ulice, mosty, oświetlenie). Publicznej przestrzeni zielonej wzdłuż Szprewy powoli można szukać ze świeczką.
Kolejnym sztandarowym przykładem obecnej transformacji Berlina są plany zagospodarowania zamkniętego w październiku 2008, położonego na południe od Kreuzbergu lotniska Tempelhof. Mimo masowego sprzeciwu mieszkańców2 oraz alternatywnych projektów zagospodarowania Tempelhof jako przestrzeni publicznej, teren został sprzedany prywatnym firmom. Te zbudują na terenie gigantyczne, grodzone osiedle luksusowych apartamentów Columbia-Quartier. Na 10,6 hektarach przestrzeni powstanie 1500 "innowacyjnych, ekologicznych apartamentów". Na sąsiadującym na wschodzie z Tempelhof 8,5 hektarach Schillerkiez zbudowane zostanie dalszych 1200 luksusowych mieszkań. W południowej części miasta, na granicy ubogich dzielnic Tempelhof, Neuköln i Kreuzberg powstanie ogromna przestrzeń dla bogaczy, chroniona płotem i kamerami przed obecnością pozostałych mieszkańców dzielnic.
AKUMULACJA - EWAKUACJA
W tekstach odnoszących się do realiów niemieckich, czy brytyjskich traktuje się najczęściej o "pionierach" (osobach które jako pierwsze zasiedlają pustostany i zniszczone budynki, zmieniając dzielnicę twórczą działalnością) oraz "gentryfikatorach", będących konsumentami artystycznej i społecznej działalności tych pierwszych. Ich "wkładem" w okolicę są już głównie pieniądze. Trudno jednak wtłoczyć w wąskie socjologiczne kategorie przykładowo studentów, którzy - być może pierwotnie idealistyczni i bez specjalnych środków do życia, stają się z czasem nobliwymi pracownikami TVP, czy Gazety Wyborczej. Trudno też, aby przez "artystę" automatycznie rozumieć osobę krytyczną społecznie, która zastanawia się nad szerszym kontekstem otwarcia drogiej galerii na warszawskiej Pradze. Jednocześnie, pozostanie na poziomie analizy miejskiej fluktuacji warstw społecznych nie nasuwa jeszcze żadnej konstruktywnej odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie ze zjawiskiem zwanym gentryfikacją3.
Urbanizacja i transformacja struktury miejskiej jest wyrazem przemiany kapitalizmu i wynika z logiki systemu. Kapitał dąży do wiecznego pomnażania i akumulacji, stosując coraz to nowsze i bardziej kreatywne strategie. Każda faza kapitalizmu niesie ze sobą określone wyobrażenie miasta, w których system produkcji mógłby się idealnie realizować. Począwszy od ciasnego miasta przemysłowego, oferującego małe, brudne klitki robotnicze, miasto przejęło z czasem funkcję manifestacji klasowej władzy, a przy okazji imperialnej potęgi. Slumsy wypierane były stopniowo przez zastępy szerokich ulic zastawionych kamienicami. Ideałem miasta nowoczesnego stała się przestrzeń funkcjonalnie podzielona, w której klasa średnia znajduje dla siebie przytulny kącik na przedmieściach, robotnicy mniej przytulny kącik na blokowiskach, zaś centrum to miejsce poszkodowanych społecznie nieudaczników. To, w jakim kierunku zmieniają się współcześnie zachodnie miasta, związane jest stricte z neoliberalnym stadium kapitalizmu gruntownie przekształcającym społeczeństwa. Śródmieście zajmują nie masy robotnicze, a ludzie parający się szeroko pojętym handlem i usługami. "Od lat siedemdziesiątych rozpoczyna się ruch wsteczny w kierunku centrum, związany z nowym stylem życia opartym na dziale usług."4 Centrum staje się przede wszystkim miejscem handlu i konsumpcji, a zarazem przestrzenną manifestacją społecznego uprzywilejowania. Obok siedzib koncernów, instytucji politycznych i luksusowych sklepów centralna część miasta oferować ma mieszkania dla społecznych elit.
Kluczowym elementem systemu neoliberalnego jest zarazem nowa forma globalnej organizacji pracy. Coraz ważniejszą rolę w produkcji bogactwa odgrywa międzynarodowy rynek finansowy. Miasta muszą konkurować o światowych inwestorów, a przestrzeń miejska jest świadomie kształtowana tak, aby obiecywała pewny zysk.
GDZIE W TYM WSZYSTKIM ROLA PAŃSTWA
Integralnym elementem neoliberalnego systemu kształtującego przestrzeń miejską jest polityka państwa. Akceptując kapitalizm jako taki, trudno oczekiwać radykalnych państwowych instrumentów hamujących procesy urynkawiania przestrzeni miejskiej. Gentryfikacja jest polityką państwową (tyle tylko że zamaskowaną pod pojęciem "rewitalizacji"), a postępujące procesy podwyższania rynkowej wartości centralnie położonych dzielnic przedstawiane są z dumą jako oficjalne sukcesy. "Urzędnicy, politycy i inni od lat próbują sprzedać Pragę jako dzielnicę, która zmienia się, w którą warto inwestować. Obraz rewitalizacji w dokumentach promujących ten pomysł brzmi nieźle: tu będziemy otwierać więcej miejsc kultury, będą inwestycje, będzie więcej miejsc pracy, będziemy remontować kamienice. A kto nie chce, aby jego stara, rozpadająca się kamienica nareszcie została wyremontowana? (...) Ale podstawą muszą być przystępne ceny lokali. Bez tego wielu mieszkańców Pragi nie będzie tu mogło zostać. Tworzy się błędne koło: im więcej atrakcji będzie na Pradze, tym więcej ludzie będą mogli zarobić na spekulacji nieruchomościami, na wynajmie mieszkań itd. Ceny pójdą w górę."5 Warunki mieszkalne się polepszą, ale to nie obecni mieszkańcy są tych zmian adresatem. Ludzie biedni, starsi, bezrobotni, słabo wykształceni stają się przeszkodą na drodze do rentowności i atrakcyjności dzielnicy.
Elementem polityki państwa musi być przystosowywanie się do nowych form zarządzania. Oznacza to masowe prywatyzowanie dóbr publicznych: budynków i spółdzielni mieszkaniowych, transportu, wody, prądu, bezpieczeństwa, edukacji, opieki... Tym samym to do zagranicznych koncernów zaczyna należeć regulowanie wysokości czynszów, decyzje o zagospodarowaniu budynków i wynajmie mieszkań. Prawo chroni właściciela, co pozbawia obywateli udziału w kształtowaniu ich najbliższego otoczenia. Dwa filary kapitalistycznego państwa: świętość prawa i prywatnej własności, stają się batem na gorzej usytuowanych społecznie i ekonomicznie, odbierając im możliwość samostanowienia.
PRAWO DO MIASTA - JAK JE EGZEKWOWAĆ?
Wydaje się, że jakiekolwiek konstruktywne stanowisko w sprawie intratnej dla inwestorów rewitalizacji dzielnic mieszkalnych musi wykroczyć poza paradygmat obecnej polityki państwa socjaldemokratycznego, funkcjonującego w symbiozie z globalnym neoliberalizmem. Wymaga refleksji nad konsekwencjami systemu opartego na logice akumulacji kapitału, asekurowanej przez system prawny. "Gentryfikacja jest możliwa tylko w społeczeństwach, w których zaspokajanie potrzeb mieszkańców i ich udział w podziale dóbr i usług regulowane są przez rynek i mechanizmy konkurencji. W ten sposób elementarna potrzeba mieszkaniowa, związana ze społecznymi relacjami i strukturą miejską, natyka się na logikę finansowego zysku."6 Sztandarowym hasłem ruchu sprzeciwu wobec procesów gentryfikacji na berlińskim Kreuzbergu, czy w St. Pauli w Hamburgu stał się w związku z tym postulat "prawa do miasta". Odgórnemu przekształcaniu miasta pod dyktando kapitalistycznych potrzeb przeciwstawia się demokratyczną kontrolę nad sposobem produkcji i nad dystrybucją zysku czerpanego z przestrzeni miejskiej. Logiczną taktyką wydaje się zarazem minimalizacja zysku (wartości dodatkowej) jako takiego, jednym słowem: antykonsumpcjonizm. Czym większy popyt na drogie kawiarnie i sklepy, tym więcej ich powstaje.
Wyegzekwowanie prawa do miasta może się powieść jedynie pod warunkiem samoorganizacji i kolektywnego sprzeciwu mieszkańców. Oznacza to świadome przeciwdziałanie tendencjom indywidualizującym i alienacyjnym, zdiagnozowanym wyżej jako ukryta strategia władzy. Pierwszym celem procesów gentryfikacyjnych będą zawsze lewicowe projekty mieszkaniowe, próbujące wypracowywać alternatywną formę kolektywnego życia i działania. Przykładem są trudności, jakie stwarza się projektom we Wrocławiu, Poznaniu, czy Warszawie. Domaganie się demokratycznego kształtowania przestrzeni miejskiej, bojkot konsumpcji i kultu pieniądza, nienadzorowana działalność polityczna, czyli to wszystko, o co chodzi w lewicowych projektach mieszkaniowych, nie może być na rękę polityczno - ekonomicznym elitom. Zachodzi więc mało zaskakująca prawidłowość, że to właśnie pierwotnie bezwartościowe budynki, zagospodarowane pod przestrzenie mieszkalne i zaangażowane społecznie projekty, jako pierwsze okazują się znajdować na obszarze intratnej przebudowy. Za jednym zamachem inwestorzy zarabiają, a polityczne elity neutralizują zbyt ciętego przeciwnika. Dlatego też walka o to, aby alternatywne projekty społeczno - mieszkaniowe nie zniknęły z mapy miasta, leży we wspólnym interesie mieszkańców. W miastach niemieckich walka przeciw gentryfikacji, przybierająca formy demonstracji, społecznych zamieszek, wywierania nacisku na władze miasta, czy squatingu - toczą się od wielu lat. W ten sposób oddolne inicjatywy blokują (lub przynajmniej - manifestując swoje interesy - próbują blokować) samowolę "uatrakcyjniania" dzielnic pod dyktando inwestorów. Póki co, polskie miasta zaliczają powtórkę z rozrywki na Zachodzie, tyle tylko że w przyspieszonym i pod wieloma względami bardziej ekstremalnym wariancie. Można odnieść wrażenie, że tempo i intensywność, z jakimi Polska włączyła się w wolny obieg światowego kapitału, nie pozostawił ani chwili na dynamiczny, oddolny rozwój przestrzeni miejskiej - spontaniczne zagospodarowywanie pustostanów, rozwój inicjatyw społecznych sprzeciwiających się prawu rynkowej opłacalności. Wygrywamy za to światowe konkursy na największe supermarkety i centra handlowe, a grodzone, strzeżone osiedla dla klasy średniej stały się rzadko poddawaną pod rozwagę normą. Najwyższy czas, aby i w Polsce mieszkańcy dopomnieli się o swoje "prawo do miasta". Czas na refleksję, kto steruje procesami przemiany przestrzeni miejskiej i kto czerpie z nich zysk. "Lefebvre miał rację sądząc, że rewolucja będzie albo w pełnym znaczeniu tego słowa miejska, albo nie zdarzy się w ogóle."7 - podsumowuje swój manifest "Prawo do miasta" David Harvey.
Asia Kubiakowska
Przypisy:
1 Przypadek projektu Liebig 14
2 inicjatywy "Tempelhof dla wszystkich" (www.tfa.blogsport), "Zagospodarowanie Tempelhof" (www.nachnutzung-thf.de) i "Czy zesquatowałeś już kiedyś lotnisko" (tempelhof.blogsport.de), - inicjator demonstracji, która 20 czerwca 2009 podjęła stłumioną przez policję próbę symbolicznego zajęcia lotniska.
3 Termin gentryfikacja pochodzi od angielskiego gentry (szlachta). Oznacza proces dążący do nobilitacji miejsca, nadania mu wysokiego statusu, a tym samym podwyższenia jego rynkowej wartości. W praktyce jest to adaptacja starych śródmieść przez nowo powstałą klasę średnią. Naturalnym elementem procesu jest wypieranie mieszkańców gorzej usytuowanych społecznie i ekonomicznie.
4 A. Holm, Die Vergesellschaftung der Stadt na portalu inicjatywy "Wir bleiben alle": wba.blogsport.de
5 Rewitalizacja czy gentryfikacja?, Wolna Praga, No. 6, marzec 2009
6 What the fuck is Gentrification? na portalu inicjatywy "Wir bleiben alle": wba.blogsport.de
7 D. Harvey, The right to the city na portalu inicjatywy "Wir bleiben alle": wba.blogsport.de
Źródła informacji:
Wir bleiben alle!: wba.blogsport.de
A. Holm, Die Vergesellschaftung der Stadt, wba.blogsport.de
D. Harvey, Right to the city, wba.blogsport.de
MieterEcho. Zeitung der Berliner Mietergemeinschaft E.V., nr. 336, październik 2009 i nr. 337, grudzień 2009
Nie chcę się wyprowadzać - czekam na strajk czynszowy, www.lokatorzy.pl
Remont Dworca Głównego we Wrocławiu – i co z niego wynika?
Tomasso, Wto, 2010-04-13 21:37 crk | dworzec | gentryfikacja | nadodrze | polityka | Publicystyka | wrocław | zsp | związek syndykalistów polskichWłaśnie wystartował remont Dworca Głównego we Wrocławiu. Wszystko w ramach przygotowań do Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku. W oficjalnym dyskursie rewitalizacja ma służyć wszystkim mieszkańcom, lecz jak będzie naprawdę? Rąbka tajemnicy uchyla Gazeta Wyborcza w artykule zatytułowanym „W piątek handlowcy wyprowadzą się z Dworca Głównego”. Opisywana jest sytuacja drobnych handlarzy (budki z jedzeniem tzw. knyszami, warzywniaki, fryzjerzy itp), którzy muszą się wynieść z Dworca Głównego na czas trwania remontu. Część przeniesie się na „Tymczasowy Dworzec” do tzw. kontenerów, gdzie „w ciasnych, mało estetycznych klitkach nie ma szans na dobry handel”. Inni natomiast zawiną interes w okolicach dworca. Nie wiadomo do końca, czy wszyscy będą miel zapewnione alternatywne miejsce do handlu na czas trwania remontu.
W tym procesie można zauważyć pewne niebezpieczeństwo, które nasi nazwę „nowe zagospodarowanie przestrzeni”. Jak pisze Bartłomiej Sarna, rzecznik PKP Oddział Gospodarowania Nieruchomościami we Wrocławiu:
„Koncepcja zagospodarowania przestrzeni wewnątrz Dworca Głównego dopiero powstaje. Dlatego nie wiadomo, czy drobni kupcy będą mogli tam wrócić. Na pewno będzie miejsce do obsługi pasażerów, czyli kasy i poczekalnie. Powstanie też galeria handlowa o dobrym standardzie, bo skoro dworzec ma być na europejskim poziomie, galeria nie może być gorsza. Szczegółów jednak jeszcze nie znamy”.
- Nie wiadomo, czy nas tu zechcą, gdy zakończy się remont - martwi się Jerzy Jaworski, właściciel sklepiku z papierosami i artykułami spożywczymi.
W ramach renowacji, PKP pozbędzie się bez problemów „obskurnych” budek, a w ich miejsce zbuduje „ekskluzywną i nowoczesną” galerię handlową z „estetycznymi i markowymi” sklepami, które będą spełniać wymogi wszystkich wybrednych klientów z klasy średniej i tych, którzy do tej grupy społecznej pretendują. Obiekt zostanie po remoncie w pełni wykorzystany przez korporacyjny imperatyw.
Zastanawia mnie, czy rewitalizacji zostaną poddani również „klienci” Dworca? Czy zostaną wprowadzone „ekonomiczne bariery”, które skutecznie powstrzymają niepożądany element (tych, którzy nie korzystają z PKP a chcą się tylko na nim spotkać, czy przejść przez dworzec, czy też bezdomni)? Czy dworzec stanie się przestrzenią jedynie dla beneficjentów kapitalizmu z gotówką? Tego do końca nie wiadomo, lecz obserwując rozwój miasta, nie można tego wykluczyć.
Większość mieszkańców podnieca się nadchodzącą „odnową”, „jakością”, „czystością” przestarzałego i zaniedbanego do tej pory Dworca, lecz w tym optymizmie brak społecznego wyczucia zagrożenia ekonomiczną gentryfikacją. Przechodzi ona w ostatnich latach przez rejony miast jak huragan i stała się zagrożeniem dla spójności i jakości życia mieszkańców. Zawłaszczona przestrzeń pod rozwój globalnego kapitału wytycza coraz to nowe ekonomiczne granice dla jego mieszkańców.
Korporacyjne media nie poruszają tego problemu, co jest uzasadnione z ich liberalnego punktu widzenia „interesu społecznego”. W świecie „nowych możliwości” wygrywać ma najsilniejszy „kapitał ekonomiczny” oraz „kapitał ludzki” – w ramach stosownych powiązań i układów partnersko-materialnych i ideologicznych. Czy w takim razie kupcy będą w stanie wygrać z korporacyjnymi, zagranicznymi gigantami tworzącymi modne galerie handlowe, za którymi dodatkowo stoją lokalni politycy, media oraz znaczna część społeczeństwa? Czy będą mieć jakąkolwiek szansę na demokratyczną debatę w sprawie zagospodarowania tej przestrzeni „miejskiej”?
Władze miasta zamierzają również poddać rewitalizacji dzielnicę Nadodrze. Pod płaszczykiem walki z przestępczością, niskim wskaźnikiem prowadzenia działalności gospodarczej, niskim poziomem wartości zasobu mieszkaniowego, władze miasta będą „oczyszczać” dzielnicę z „niewygodnego” dla kapitału i ustatkowanych warstw społecznych elementu społecznego (m.in. pijaczków, bezrobotnych, biednych rodzin), podwyższając czynsz w ramach usługi „Nowa Jakość Dzielnicy”, który skutecznie odstraszy tych, którzy wcześniej zagrażali „estetyce” miasta. Większość kamienic może znaleźć się w prywatnych rękach, często zagranicznych inwestorów, co pokazuje przykład niemieckiego Kreuzbergu oraz warszawskiej Pragi.
W celu gentryfikacji Nadodrza powołano tzw. „konsultacje społeczne”, do których zaproszono również Związek Syndykalistów Polski. „Uwiarygodnić” ma to społeczne poparcie dla tego kierunku rozwoju miasta. Osobiście mam nadzieję, że ZSP, oraz środowisko CRK, które funkcjonuje w tej dzielnicy, przedstawią swoje krytyczne stanowisko, wobec neoliberalnego kursu „rozwoju” miasta.
Poznań już zdecydowanie powiedział „Miasto to nie firma!”
Czas na Wrocław!
Dość zawłaszczania przestrzeni miejskiej dla interesów ludzi z kasą!
Polecam artykuły:
Czym jest gentryfikacja i jak może zniszczyć Twoje życie?
Walka z gentryfikacją w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg
Brukowa polityka mieszkaniow
Rynkowy urok biedy nie do odparcia, czyli gentryfikacja po Berlińsku i Warszawsku
Wpis: Remont Dworca Głównego we Wrocławiu – i co z niego wynika? pochodzi ze strony: Tomasso.pl
Kiedy wielu obserwuje kilku. Spektakl tragedii jako przejaw spektaklu zintegrowanego
oski, Wto, 2010-04-13 17:37 Kraj | PublicystykaZamieszanie wobec tragedii ujawnia mechanizm funkcjonowania współczesnej polityki, czy raczej formę partycypacji dostępnej społeczeństwu. Tragedia – ukazująca się na ekranach telewizorów, na monitorach komputerów, stronach gazet, rozbrzmiewająca z głośników radiowych – pojawiła się jako spektakl, demaskując spektakularność panującego porządku. Ukazuje też irracjonalność jaką przesiąknięta jest medialna „przestrzeń publiczna”.
Partycypacja obywateli i obywatelek w rządzeniu jest zredukowana do roli „fana”, który obserwuje zawodowych polityków na ekranie niczym aktorów, gwiazdy czy po prostu ludzi znanych z tego, że są znani. Raz na jakiś czas głosują kogo chcą oglądać częściej, w jakiej tym razem roli. Przy pomocy karty wyborczej, jak przy pomocy SMS-ów w „Tańcu z gwiazdami”, głosują na ulubioną osobę. Przyglądają się z mniejszym lub większym (im większym tym lepiej) zafascynowaniem losom, potyczkom elity. Komentują w swoich pokojach, do głuchego medium. Przy piwie, wódce, winie, kawie czy herbacie roztrząsają, który klub sportowy jest lepszy: PiS czy PO, a może SLD. Idole, gwiazdy, które w tym przypadku zachęca do utożsamienia się nie tylko z „pozornym życiem”, ale i „pozorną polityką” (o ile takie rozróżnienie jest uzasadnione). Uosabiając to, co niedostępne dla szerokich mas, gwiazdy afirmują spektakl (Debord). Zaangażowanie w kiepski serial polityczny, identyfikacja z partią, konkretnym politykiem, oddziela nas tak naprawdę od zaangażowania, udziału w rządzeniu. Politycy nie tylko ustalają nasze życie, ale również niejako żyją za nas. W szeregu sław nauczają form istnień zgodnych z panującym porządkiem.
Lud jest zawsze lepszy niż jego władcy. Kilka uwag o żałobie narodowej.
Czytelnik CIA, Wto, 2010-04-13 12:49 Kraj | Publicystyka | Tacy są politycyMedialna histeria rozpętana w kontekście katastrofy prezydenckiego samolotu znalazła niewątpliwie odzwierciedlenie w nastrojach znacznej części społeczeństwa. Tysiące ludzi na ulicach, znicze, wzruszenie... Szczery smutek ogarnął szerokie rzesze i sam miałem okazję rozmawiać z osobą, której życie upłynęło na ciężkiej fizycznej pracy, płaczącą przed telewizorem z powodu śmierci prezydenckiej pary. Trudno było powstrzymać mi się przed zadaniem sobie pytania, czy polska elita rządząca, której podobno kwiat zginął w Smoleńsku, w takim samym stopniu przejmuje się losem społeczeństwa, jak owo społeczeństwo losem swoich władców? Czy klasę rządząca obchodzi w jakich warunkach pracujemy i czy jesteśmy w stanie przeżyć za te pieniądze? Czy obchodzi polityków sytuacja osób, które utraciły możliwość zdobywania środków do życia z powodu braku pracy? Czy troszczą się o możliwości leczenia osoby chorej, której nie stać na opłacanie prywatnych lekarzy? Czy przejmują się sytuacją osób, które z powodu wieku nie mogą już pracować? Osób które nie mają gdzie mieszkać i są skazane na powolną śmierć na ulicy? Każdy kto zna chociaż z grubsza sytuację na rynku pracy, kondycję służby zdrowia, wysokość emerytur i dostępność mieszkań łatwo odpowie na te pytania – polską klasę rządzącą nasze życie obchodzi tyle, co władców Kościoła ofiary nadużyć seksualnych księży – tyle co nic.
Warto w tym kontekście przypomnieć sobie, że polskie elity mają tendencję do przedstawiania społeczeństwa jako roszczeniowych egoistów, niezdolnych przejąć się niczym oprócz swojego interesu. Nasuwa się przypuszczenie, że owe elity przypisują cechę, którą same w żenujący sposób manifestują, społeczeństwu zdolnemu bezinteresownie przejąć się tym, co dotyka kogoś z kim obiektywnie nie ma wiele wspólnego. Łatwo też niestety zgadnąć jak elity odpowiedzą społeczeństwu na szlachetne gesty solidarności z jej członkami, którzy zginęli, jak zareagują na łzy i wrażliwość. Odwdzięczą się tym co zwykle – zwolnieniami, eksmisjami, wysyłaniem ludzi na kolejne wojny, kłamstwami, cynizmem, pogardą... Tak już jest.
Żałoba...
Czytelnik CIA, Wto, 2010-04-13 09:33 Kraj | Publicystyka | Tacy są politycyTo co się wydarzyło w ostatni weekend i dzieje nadal jest szalenie interesujące z punktu widzenia społecznego. Dosyć uważnie przyglądałam się spontanicznej reakcji ludzi na wypadek prezydenckiego samolotu w Rosji, a także na to kto w jaki sposób reaguje. Bliskie mi osoby, wcześniej darzące prezydenta i większość polityków lecących rządowym samolotem szczerą niechęcią, wywiesiły przed domem polską flagę. Zaczęłam się zastanawiać czy za tą wszechobecną, ogarniającą tłumy, schizofreniczną żałobą stoi tylko wspominana tu i ówdzie medialna, czy jakakolwiek inna "paranoja" i tradycja jednoczenia się w bólu?
Słuchając radia zauważyłam, że znaczna część słuchaczy uznała ten wypadek ze największą tragedię w historii polskiego narodu. Tego typu retoryka, obecna od soboty w mediach, jest dużym nadużyciem. Dla polskiego społeczeństwa większą tragedią jest choćby prywatyzacja, w dodatku nieudolna i przeprowadzana za wszelka cenę. W takim razie skąd ten żal...?
Świetnie zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy poddawani ciągłej tresurze, przystosowującej nas do neoliberalnego systemu. Wiemy, że praktycznie od przyjścia na świat, w szkole, w domu, w pracy uczymy się tego jak wygrać wielki wyścig zwany "życiem". Nie jesteśmy przyzwyczajani do życia w grupie, do bezinteresownego pomagania sobie, do odczuwania empatii. Każda grupa ma swojego lidera i kozła ofiarnego. Musimy być silni i dobrze przygotowani do ciągłego konkurowania ze sobą. Według neoliberalnego porządku najsłabsi muszą zostać wyeliminowani z gry. Poczucie prawdziwej wspólnoty rekompensuje ludziom konserwatywny, patriarchalny patriotyzm i ewentualnie kościół, już nie zawsze rodzina. Nie jest żadnym odkryciem, że olbrzymia liczba osób czuje się wyalienowana, samotna i niespełniona w świecie, w którym wszelkie stosunki społeczne są konsekwentnie zamieniane w towar.
Neoliberalny system wymaga od nas, aby każde uczucie, każda ludzka potrzeba ustąpiła racjonalnym, zgodnym z zasadami rynku regulacjom. Wmawia się nam, że nasza schorowana matka lub ojciec nie może być odpowiednio leczona, bo ratowanie jej życia się nie opłaca. Godzimy się na to, bo zazwyczaj nie mamy wyboru, i zostajemy sami w zdominowanej przez rynkowe zasady rzeczywistości.
Tak ekstremalne wydarzenie jakim jest zbiorowa śmierć, na chwilę oderwało ludzi od codzienności, pokazując, że nie jesteśmy do końca wyalienowanymi wrogami, ani bezdusznymi, racjonalnymi maszynami. Najsmutniejsze wydaje się właśnie to, jak bardzo brakuje ludziom poczucia wspólnoty i solidarności, relacji opartych na współdziałaniu, a nie rywalizacji oraz urzeczywistnienia się nadziei, że wszyscy są równi i biorą udział w czymś ważnym. Poza tym nieczęsto zdarza się, że tak wiele osób dookoła płacze i my możemy pozwolić sobie na płacz. Nie dziwi mnie też smutek z powodu śmierci "Pana". Znaczna część ludzi swoją polityczną aktywność przejawia jedynie poprzez głosowanie w wyborach. I teraz ci, którzy są wyrazem ich politycznego zaangażowania nie żyją.
Zginęły osoby, które poprzez media gościły w domach, samochodach i pracy zwykłych Polaków na okrągło, bez względu na to, czy ktoś ich lubił, czy nie. Przeciętni ludzie nie pojawiają się w telewizji z taką intensywnością, a życie coraz liczniejszej części społeczeństwa to samotne wieczory przed telewizorem i godziny spędzane w korkach. To ci, którzy są obecni w mediach, składając w nich nic nie warte obietnice lepszego jutra, są najbliżej nas. To ich los staje się dla nas ważny, a nie setek anonimowch istot, które umierają czy żyją w ubóstwie, przez decyzje tych, których opłakujemy.
Szkoda, że na codzień nie solidaryzujemy się, aby wspierać ludzi, którzy naprawdę tego potrzebują. Szkoda, że nie potrafimy na taką skalę jednoczyć się w trosce o tych, którzy żyją...
M.M.
źródło:www.rozbrat.org
Cicha śmierć maluczkich
Lewica Wolnosciowa, Sob, 2010-04-10 19:49 PublicystykaDzisiejsza katastrofa lotnicza na smoleńskim lotnisku zmusza do wielu refleksji, jednak do jednej szczególnie. Oglądając dzisiejsze relacje telewizyjne, komentarze i obrazy, rzuca się w oczy fakt, że wszyscy mówią głównie o prezydencie, a w dalszej kolejności o znanych politykach i dowództwu armii. Widzimy jak ludzie gromadzą się wokół Pałacu Prezydenckiego w Warszawie pod którego bramą zapalają tysiące zniczy.
Dla polityków i dziennikarzy zapełniających dziś studia telewizyjne i radiowe to właśnie śmierć innych polityków jest największą tragedią i dlatego ich śmierć jest szczególnie podkreślana. Ich znali osobiście, z nimi rozmawiali, czasem się spierali, ale generalnie byli członkami tej samej grupy społecznej, zwanej popularnie klasą polityczną. Myślę, że większość z nich jest autentycznie wstrząśnięta, bo mimo różnic politycznych są między sobą bardziej związani niż ze zwykłymi ludźmi. Podkreślił to dziś Bogdan Rymanowski, dziennikarz TVN, który mówił o politykach, jak o bliskich znajomych. Dla nich to jest o wiele głębsza tragedia niż dla szarych ludzi. Dlatego też pojawiają się wciąż opinie o tym, że “zginęła elita”, że “zginął kwiat polskiej polityki”. To, że zginęła elita jest dla nich kwestią podstawową.
Gdzieś, jakby mimochodem, przy okazji, mówi się o innych osobach, które zginęły w tym wypadku: stewardessach, przedstawicielach rodzin katyńskich, i osobach towarzyszących. W zasadzie w relacjach dziennikarze nie wiedzą co z nimi zrobić. Stanowią tło, które ma podkreślać tragedię w której ginęła elita polityczna.
Ma to wymiar symboliczny. Tak właśnie umierają zwykli ludzie, o nich pamięta głównie najbliższa rodzina i przyjaciele. Dziś na świecie umarły bezimiennie tysiące osób z powodu głodu, wojen i uleczalnych chorób na które wciąż brakuje środków pochłanianych na zabawki służące do mordowania ludzi. Ciągle umierają zwykli ludzie w Iraku, w wojnie prowadzonej między innymi przez dowódców wojskowych, którzy dziś zginęli. A zginęło przecież całe najwyższe dowództwo polskiej armii. Armii okupacyjnej. Nie wolno o tym zapomnieć nawet, a może zwłaszcza, w kontekście śmierci.
Stalin mówił, że śmierć jednej osoby, to tragedia, śmierć tysięcy, to statystyka. Wciąż, te cyniczne słowa, w świetle powyższego, okazują się tak bardzo prawdziwe. Nie chcę dać się wciągnąć w tę pułapkę myślenia wyłącznie o tych możnych i znanych, którzy zginęli. Chciałbym więc zadedykować ten wpis tym o których mówi sie najmniej w kontekście tej katastrofy, a także tym o których w ogóle dziś, ani nigdy się nie będzie mówiło inaczej niż w kontekście statystyki.
Umarł król, niech żyje król! Czyli co teraz będzie, prawicowa dyktatura czy nadal pozór demokracji?
czerwony dres, Sob, 2010-04-10 15:02 Publicystyka | WyboryBronisław Komorowski, jako marszałek sejmu, zgodnie z konstytucją przejął obowiązki prezydenta państwa. Musi teraz ogłosić wybory prezydenckie, które odbyć się mogą najpóźniej 20 czerwca 2010. Czasu na kampanie i decyzje personalne jest zatem mało. Ten sam Komorowski jest także oficjalnym już kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta. Będzie miał zatem dwa i pół miesiąca prezydentury na wsparcie swej kampanii.
Komorowski podpisze wszystko co przyśle mu jego przełożony – Donald Tusk. Tusk i Komorowski będą duetem niczym Putin i Miedwiediew. Nieomal na pewno wejdzie w życie ustawa o IPN, której Kaczyński był przeciwnikiem. Ale to jeszcze detal. Tusk ma masę pomysłów, a jego fantazję blokowała groźba prezydenckiego veta. Komorowski podpisze zapewne ustawę obniżającą renty. Ale nie zrobi tego przed wyborami.
Jeśli Komorowski faktycznie zostanie wybrany na prezydenta, do władzy dojdą doradcy w stylu Chicago Boys z czasów Pinocheta, czyli Lewiatan i Centrum Adama Smitha. Możemy się spodziewać zmian w kodeksie pracy, komercjalizacji szkolnictwa wyższego, z możliwością wprowadzenia płatnych studiów (na zasadzie: teraz albo nigdy) i tym podobnych przemian.
Ale śmierć Kaczyńskiego stwarza też szansę dla tzw. opozycji czyli PiS-u i SLD. Komorowski jest politykiem miałkim, znacznie mniej popularnym niż Tusk, Sikorski czy Kaczyński. Wygrałby pewnie z Lechem Kaczyńskim na zasadzie plebiscytu „nie PiS, ale PO”. Ale może nie wygrać z Jarosławem Kaczyńskim, który niczym hollywoodzki bohater będzie chciał kontynuować misję poległego brata. Żałoba może pomóc mniej popularnemu Kaczyńskiemu. Ale Komorowski może przegrać także z kandydatem SLD. Wielki sukces PO wyrósł na strachu przed PiS (oraz poczuciu, wyrażonym w zdaniu będącym mottem rządów Thatcher „There Is No Alternative”, „nie ma innej opcji” - w skrócie TINA). Paradoksalnie porażka PiS-u i tragiczna śmierć jego wierchuszki może PO osłabić. Bezzębny PiS nie jest już taki groźny.
Wyniki wyborów w Polsce zależą od frekwencji. Biedni nie głosują prawie nigdy, emeryci prawie zawsze. Wzrost frekwencji oznacza głównie większe zaangażowanie młodzieży i wielkomiejskich klas średnich, a więc wzrost poparcia dla PO. W zwołanych na szybko wyborach, bez wyrazistych kandydatów i bez groźby ze strony silnego PiS-u frekwencja będzie niska. A to może oznaczać, triumf drugiego Kaczyńskiego, albo co mniej prawdopodobne dobry wynik kandydata SLD. Ja na miejscu strategów SLD ściągnąłbym z powrotem Cimoszewicza, który swoim wizerunkiem i popularnością jest w stanie przyćmić Komorowskiego.
Jeśli popatrzeć na prawybory w PO w kontekście spadających samolotów, można powiedzieć śmiało, że Platforma strzeliła sobie w stopę. Gdyby ich nie przeprowadziła mogłaby wystawić teraz Radka Sikorskiego, który może mniej pokorny, ale z Cimoszewiczem by wygrał. Teraz zmiana kandydata po katastrofie lotniczej, która zdekapitowała przeciwników politycznych będzie dużym nietaktem. Druga tura z Cimoszewiczem i Kaczyńskim? W kontekście 50% poparcia dla Platformy w sondażach brzmi abstrakcyjnie. Ale nie skreślałbym tej możliwości.
Ale nie po to piszę ten artykuł byście poszli do urn. Pytanie brzmi bowiem, jaki będzie ostateczny efekt tej całej roszady. Wiadomo przecież nie od wczoraj, że w demokracji przedstawicielskiej intencje wyborców nie mają nic wspólnego z efektami ich głosów. Jeśli Jarosław Kaczyński zostanie prezydentem nic się nie zmieni. Tusk dalej będzie w żółwim tempie rozmontowywał osłony socjalne, budując w Polsce azjatycki wariant kapitalizmu. Cimoszewicz lub inny prezydent pod auspicjami SLD może być dla niego nawet mniejszą przeszkodą. SLD zdaje sobie sprawę, że ich „naturalny” elektorat fizycznie wymiera, a w oczach większości społeczeństwa Sojusz jest totalnie skompromitowany nieudanymi rządami pod koniec XX wieku. Starając się zyskać głosy młodzieży i wielkomiejskich klas średnich, może iść nawet bardziej pod rękę z PO, niż wspierający się głównie na emerytkach PiS. Prezydentura Cimoszewicza może po prostu jeszcze przedłużyć agonię SLD i podtrzymać przy życiu ten dziwny twór na poziomie chwiejnych 10% poparcia, w trakcie zyskanego czasu partyjka owa będzie nadal rozwadniać sens słowa „lewica”.
Być może dojście do prezydentury Komorowskiego najlepiej rokuje na rozwój ruchu społecznego w Polsce. Szybki demontaż osłon socjalnych wywoła fale niezadowolenia. Jeśli neoliberalne recepty zadziałają, bogaci zaczną się szybko bogacić, a nic bardziej nie denerwuje pracowników. Pozbawieni bezpłatnych studiów i opieki medycznej będą patrzeć, jak ich szefowie wymieniają auta na nowe. A kierownicy zmiany dostają 5% podwyżki rocznie. Oczywiście to brutalne i ryzykowne podejście. Oczywiście ja oddam głos nieważny. Tak tylko po to, żeby zobaczyć ilu nas jest. Tak czy inaczej nie ma co liczyć na wielkie zmiany. Chyba, że na gorsze.








