Michaił Bakunin: Bóg i Państwo [Rozdział 1]

Publicystyka

ROZDZIAŁ I

Kto ma rację, idealiści czy materialiści? Skoro zagadnienie zostało tak postawione, nie można się wahać. Nie ulega żadnej wątpliwości, że idealiści nie mają słuszności i że jedynie materialiści mają rację. Tak jest, fakty panują nad ideami; ideał — jak mówi Proudhon —jest kwiatem, którego korzeń stanowią materialne warunki istnienia. Tak jest, cała intelektualna i moralna, polityczna społeczna historia ludzkości jest odbiciem jej historii ekonomicznej.

Wszystkie gałęzie nowoczesnej nauki, o ile są sumiennie i poważnie opracowane, głoszą zgodnie tę wielką, podstawową i rozstrzygającą prawdę: tak, świat społeczny, świat w ścisłym znaczeniu ludzki, słowem, ludzkość jest tylko ostatecznym i najwyższym rozwojem — przynajmniej dla nas i względnie na naszej planecie —jest najwyższym przejawem tego, co zwierzęce. Ale wobec tego, że każdy rozwój nieuchronnie zawiera w sobie negację swojej podstawy lub punktu wyjścia, ludzkość jest w swej istocie
jednocześnie świadomą i ciągle wzrastającą negacją tego, co zwierzęce w człowieku. I właśnie ta negacja, zarówno racjonalna jak naturalna, która jest racjonalna, dlatego tylko, że jest jednocześnie historyczna i logiczna, zdeterminowana jak każdy proces rozwojowy i każda realizacja prawa naturalnego w świecie — właśnie ta negacja stanowi i tworzy ideał, świat intelektualnych i moralnych przekonań — idee. Tak jest, naszymi praprzodkami, naszymi Adamami i naszymi Ewami, były, jeżeli nie goryle, to ich bardzo bliscy krewni — zwierzęta wszystkożerne, rozumne i okrutne, które posiadają w stopniu nieskończenie
wyższym niż zwierzęta wszystkich innych gatunków dwie cenne właściwości, mianowicie zdolność myślenia oraz zdolność, potrzebę buntu.

Te dwa uzdolnienia, łącząc w procesie historycznym swoje działanie, reprezentują właśnie ten „czynnik”, tę stronę, siłę negatywną w pozytywnym rozwoju tego, co zwierzęce w
człowieku, i w rezultacie wytwarzają to wszystko, co w ludziach jest ludzkie. Biblia, księga bardzo interesująca, a w niektórych miejscach bardzo głęboka, jeśli traktować ją jako jeden z najważniejszych zachowanych przejawów ludzkiej mądrości i
fantazji, wyraża tę prawdę, zresztą w sposób niezmiernie naiwny, w micie o grzechu pierworodnym. Spośród wszystkich bogów kiedykolwiek uwielbianych przez ludzi Jehowa jest bogiem niewątpliwie najbardziej zawistnym, najbardziej próżnym, najbardziej okrutnym, najbardziej niesprawiedliwym, najbardziej krwiożerczym, jest największym despotą i największym wrogiem godności i wolności ludzkiej. Stworzywszy Adama i Ewę,
nie wiadomo, dla jakiej zachcianki, być może, by rozproszyć nudę, która musiała mu straszliwie dokuczać w tej jego odwiecznej egoistycznej samotności, czy też by dostarczyć
sobie nowych niewolników - wspaniałomyślnie oddał w ich władanie całą ziemię wraz ze wszystkimi płodami i ze wszystkimi zwierzętami istniejącymi na ziemi, pozwalając w pełni używać jej darów z jednym tylko ograniczeniem: kategorycznie zabronił im
spożywać owoce z drzewa poznania. Chciał więc, aby człowiek, pozbawiony świadomości samego siebie, pozostał po wieczne czasy zwierzęciem, chodził zawsze na czworakach przed odwiecznym Bogiem, swym Stwórcą i Panem. Lecz oto zjawia się Szatan,
odwieczny buntownik, pierwszy wolnomyśliciel i pierwszy bojownik o emancypację światów. On ukazuje pierwszym ludziom, jak wielką hańbą jest ich zwierzęca ignorancja i posłuszeństwo; wyzwala człowieka, na jego czole wyciska pieczęć wolności i
człowieczeństwa, skłaniając go do nieposłuszeństwa i spożycia owocu poznania.

Wiadomo, co nastąpiło dalej. Pan Bóg, którego zdolność przewidywania, jeden z atrybutów boskości, powinna go była ostrzec przed tym, co nastąpi, uniósł się straszliwym
i śmiesznym gniewem: przeklął Szatana, człowieka i świat, który sam stworzył, zadając jak gdyby cios samemu sobie w swoim własnym tworze, jak to czynią dzieci, kiedy się rozgniewają; i nie zadowolił się ukaraniem ówczesnych naszych przodków, lecz przeklął wszystkie ich przyszłe pokolenia, nie winne popełnionego grzechu przez przodków. Nasi katoliccy i protestanccy teologowie uważają, że wyrok ten jest bardzo głęboki i słuszny chyba właśnie dlatego, że jest tak potwornie niesprawiedliwy i niedorzeczny! Następnie Bóg, przypomniawszy sobie, że jest nie tylko Bogiem zemsty i gniewu, lecz także Bogiem miłości, gdy już wydał na męki życie kilku miliardów biednych istot ludzkich i skazał je na wieczyste piekło, zlitował się nad resztą i chcąc zbawić tę resztę i pojednać swą
odwieczną i boską miłość ze swym odwiecznym i boskim gniewem, zawsze żądnym ofiar i krwi, zesłał na ziemię jako ofiarę przebłagalną swego jedynego syna, by został umęczony przez ludzi. Jest to tajemnica Odkupienia, podstawa wszystkich religii chrześcijańskich.

Gdyby przynajmniej ten boski Zbawiciel zbawił świat ludzki! Bynajmniej; wiemy, gdyż tak głosi oficjalnie Kościół, że obiecany przez Chrystusa raj stanie się udziałem nielicznej
garstki wybranych. Reszta, olbrzymia większość pokoleń obecnych i przyszłych, będzie się wiecznie prażyć w piekle. Tymczasem, żeby nas pocieszyć, Bóg zawsze sprawiedliwy, zawsze dobry, oddaje ziemię pod rządy Napoleonów III, Wilhelmów I, Ferdynandów
austriackich oraz Aleksandrów wszechrosyjskich.

Takie oto niedorzeczne baśnie rozpowszechnia się dzisiaj, takie potworne doktryny wykłada się w dziewiętnastym stuleciu, i to we wszystkich szkołach ludowych w Europie, na specjalny rozkaz rządów. I to się nazywa cywilizowaniem ludów! Czyż nie jest rzeczą oczywistą, że wszystkie te rządy są trucicielami, systematycznie ogłupiającymi masy ludowe w imię własnych interesów?

Odszedłem od przedmiotu, dałem się unieść gniewowi, który opanowuje mnie zawsze, ilekroć myślę o niecnych i występnych środkach, które stosują państwa, by utrzymać narody w wiecznej niewoli i aby oczywiście w ten sposób jeszcze bardziej je ograbiać. Czymże są zbrodnie wszystkich Troppmannów świata wobec tej zbrodni obrazy ludzkości, jaką popełniają codziennie, w biały dzień, na całym cywilizowanym świecie, ci sami ludzie, którzy ośmielają się nazywać siebie opiekunami i ojcami ludów? Wracam do mitu o grzechu pierworodnym.

Bóg przyznał słuszność Szatanowi i potwierdził prawdziwość słów diabła, aż Adam i Ewa w zamian za akt nieposłuszeństwa otrzymają wiedzę i wolność. Gdy bowiem tylko spożywali zakazany owoc. Bóg powiedział do siebie samego (zob. Biblię): „Oto człowiek
stał się jak gdyby jednym z Nas, poznał dobro i zło; nie dopuśćmy więc, aby spożywał owoc życia wiecznego i aby stał się, jak My, nieśmiertelny”.

Przestańmy zajmować się teraz bajeczną stroną tego mitu i rozpatrzmy jego prawdziwy sens. Ten sens jest zupełnie jasny. Człowiek wyzwolił się, odłączył od świata zwierzęcego
i stał się człowiekiem; zapoczątkował swoją historię i swój czysto ludzki rozwój przez akt nieposłuszeństwa i poznania, tj. przez bunt i przez myśl.

Trzy elementy lub - jeżeli wolicie - trzy podstawowe zasady decydują o głównych warunkach całego rozwoju ludzkiego w historii, zarówno kolektywnego, jak indywidualnego: 1° zwierzęcość ludzka; 2° myśl; 3° bunt. Pierwszemu elementowi
właściwie odpowiada ekonomia społeczna i prywatna; drugiemu nauka; trzeciemu – wolność.

Idealiści wszystkich szkół, arystokracja i bourgeois*, teologowie i metafizycy, politycy i moraliści, duchowni, filozofowie czy poeci — nie zapominajmy tu też o liberalnych
ekonomistach, niepohamowanych, jak wiadomo, wielbicielach ideału — czują się głęboko dotknięci, gdy słyszą, że człowiek z całą swą świetną inteligencją, ze swymi wzniosłymi ideami i nieskończonymi dążeniami jest tylko, jak wszystko, co istnieje na świecie, materią, wy tworem tej pospolitej materii.

Moglibyśmy im odpowiedzieć, że materia, o której mówią materialiści, materia żywiołowo i wiecznie zmienna, aktywna, twórcza, materia o określonych prawach chemicznych czy
organicznych i przejawiająca się we własnościach czy siłach mechanicznych, fizycznych, zwierzęcych i intelektualnych, z którymi jest nierozłącznie związana — że ta materia nie
ma nic wspólnego z pospolitą materią idealistów. Ta pospolita materia, wytwór ich błędnej abstrakcji, jest rzeczywiście tworem głupim, bezdusznym, nieruchomym, niezdolnym do wytworzenia czegokolwiek, nawet najdrobniejszej rzeczy, jest caput mortuum, szkaradnym wyobrażeniem przeciwstawnym temu pięknemu wyobrażeniu, które oni nazywają Bogiem, Istotą Najwyższą. Wobec Boga materia, w ich właśnie ujęciu, ogołocona przez nich
samych z wszystkiego, co stanowi jej rzeczywistą naturę, reprezentuje z konieczności najwyższy Niebyt. Odebrali materii rozum, życie, wszystkie określające ją jakości, aktywność w stosunkach czy siłę, nawet sam ruch, bez którego nie posiadałaby nawet wagi — pozostawili jej tylko absolutną nieprzenikliwość i nieruchomość w przestrzeni; te wszystkie siły, własności i przejawy naturalne przypisali Istocie wyimaginowanej,
stworzonej przez ich abstrakcyjną fantazję; następnie odwracając role, ten wytwór własnej wyobraźni, to widmo, tego Boga, który jest Nicością, nazwali „Istotą Najwyższą”; i w nieuniknionej konsekwencji oznajmili, że wszystko, co realnie istnieje, materia, świat — jest Nicością. Po czym z całą powagą powiedzieli, że materia ta nie jest zdolna wytworzyć niczego, nie jest zdolna nawet wprawić się sama w ruch, więc musiała być stworzona przez ich Boga.

Na końcu tej książki wykazałem, do jakich naprawdę oburzających absurdów doprowadzają nieuchronnie owe wyobrażenia Boga bez względu na to, czy przedstawiają go one w postaci osoby, stwórcy i rządcy światów, czy też w nieosobowej postaci ujętej
jako pewien rodzaj boskiej duszy rozpostartej w całym wszechświecie, która stanowi w ten sposób odwieczną zasadę, czy też w postaci idei nieskończonej i boskiej, zawsze obecnej i
działającej w świecie, która przejawia się ciągle we wszystkich istotach materialnych i skończonych. W tym miejscu ograniczę się do jednej tylko sprawy.

Wszyscy doskonale rozumieją, czym jest stopniowy rozwój świata materialnego, jak również rozwój życia organicznego, wierzącego, oraz historycznego postępu inteligencji ludzkiej, zarówno indywidualnej jak społecznej. Jest to ruch całkowicie naturalny od prostego do złożonego, od dołu do góry czy od niższego do wyższego; jest to ruch zgodny ze wszystkimi naszymi codziennymi doświadczeniami, a więc zgodny także z wrodzoną nam logiką, z prawami właściwymi naszemu umysłowi, który zawsze kształtuje się i może się rozwijać jedynie przy pomocy tych właśnie doświadczeń, których jest tylko — że tak powiem — odtworzeniem myślowym, czy też refleksyjnym streszczeniem.

System idealistów przedstawia nam coś wręcz przeciwnego. Przekreśla on w sposób absolutny wszystkie doświadczenia ludzkie oraz powszechny i wszystkim wspólny zdrowy rozsądek, który jest koniecznym warunkiem wszelkiego porozumienia między ludźmi.
Który — wznosząc się od tak prostej i tak jednomyślnie uznanej prawdy, że dwa razy dwa jest cztery, aż do najbardziej wzniosłych i najbardziej skomplikowanych teorii naukowych,
a poza tym nie dopuszczając nigdy niczego, co nie byłoby najsurowiej potwierdzone przez doświadczenie lub przez obserwację rzeczy i faktów — stanowi jedyny poważny
fundament, na jakim opiera się wiedza ludzka. Zamiast iść naturalną drogą od dołu ku górze, od niższego ku wyższemu, od względnie prostego ku bardziej skomplikowanemu, zamiast rozumnie, racjonalnie śledzić progresywny i realny ruch świata zwanego nieorganicznym ku światu organicznemu, roślinnemu, a następnie zwierzęcemu, a jeszcze dalej ku specyficznie ludzkiemu; od materii chemicznej czy od istoty chemicznej ku materii ożywionej czy ku istocie żywej, a od istoty żywej ku istocie myślącej — zamiast iść tą drogą, myśliciele idealiści, opętani, zaślepieni i pchani przez boskie widmo, które odziedziczyli po teologii, obierają drogę całkowicie odwrotną. Oni postępują od góry ku dołowi, od wyższego ku niższemu, od
skomplikowanego ku prostemu. Zaczynają od Boga bądź jako osobowości, bądź też jako substancji czy idei boskiej, i pierwszy zrobiony przez nich krok staje się strasznym
upadkiem z górnych wyżyn wiecznego ideału w bagno świata materialnego. Z absolutnej doskonałości do absolutnej niedoskonałości; z dziedziny myśli o bycie, a raczej od bytu
najwyższego — w Niebyt. Kiedy, jak i dlaczego Istota boska, wieczna, nieskończona, doskonałość absolutna, prawdopodobnie znudzona samą sobą, zdecydowała się wykonać to rozpaczliwe salto mortale — tego żaden idealista ani teolog, ani metafizyk, ani poeta nie był w stanie ani sam zrozumieć, ani też wyjaśnić nie wtajemniczonym.

Wszystkie religie przeszłości i teraźniejszości oraz wszystkie transcendentalne systemy filozoficzne obracają się wokół tej jedynej i niesprawiedliwej tajemnicy". Ludzie święci,
natchnieni prawodawcy, prorocy, Mesjasze, szukali w niej życia, a znaleźli torturę i śmierć.

Pożarła ich jak starożytny Sfinks, ponieważ nie umieli jej wyjaśnić. Wielcy filozofowie, od Heraklita i Platona do Kartezjusza, Spinozy, Leibniza, Kanta, Fichtego, Schellinga i Hegla, nie mówiąc o filozofach hinduskich, napisali góry ksiąg, stworzyli systemy równie pomysłowe, jak wzniosłe, w których wypowiedzieli mimochodem wiele pięknych i wielkich rzeczy, i odkryli prawdy nieśmiertelne, ale tę tajemnicę, zasadniczy przedmiot ich transcendentnych dociekań, pozostawili równie niezgłębioną, jak przedtem. W swych gigantycznych usiłowaniach najwspanialsi geniusze, jakich świat kiedykolwiek znał i jacy
przynajmniej w ciągu trzydziestu stuleci podejmowali wciąż na nowo tę Syzyfową pracę, osiągnęli tylko tyle, że tajemnica ta stała się jeszcze bardziej niezrozumiała. Czy wobec tego możemy mieć nadzieję, że tajemnica ta będzie odkryta obecnie dzięki spekulacjom jakiegoś pedantycznego zwolennika sztucznie odgrzewanej metafizyki, i to w epoce, kiedy wszystkie żywe i poważne umysły odwróciły się od tej dwuznacznej nauki. Zrodzonej na skutek umowy, która bez wątpienia daje się historycznie wytłumaczyć, a zawarta została między nierozsądkiem wiary i zdrowym rozsądkiem nauki?

Jest rzeczą oczywistą, że ta straszliwa tajemnica jest nie do wyjaśnienia, czyli że jest absurdalna, bo tylko absurd nie poddaje się żadnemu wyjaśnieniu. Jest rzeczą oczywistą,
że ten, komu ona jest potrzebna do szczęścia, do życia, musi się wyrzec rozumu i powracając — jeżeli może — do naiwnej, ślepej, głupiej wiary, musi powtarzać za Tertulianem wraz ze wszystkimi szczerze wierzącymi w te słowa, w których streszcza się cała kwintesencja teologii: Credo, quia absurdum. Wobec tego ustają wszelkie dyskusje, pozostaje tylko tryumfująca głupota wiary. Lecz natychmiast nasuwa się inne pytanie: W jaki sposób u inteligentnego i wykształconego człowieka może się zrodzić potrzeba wiary w te tajemnice?

Jest to zupełnie naturalne, że wiara w Boga, stwórcę, władcę, sędziego, nauczyciela, rzucającego przekleństwa, zbawiciela i dobroczyńcę świata zachowała się wśród ludu, zwłaszcza wśród ludności wiejskiej, religijnej w stopniu o wiele jeszcze większym niż proletariat miejski. Niestety, lud trwa ciągle jeszcze w nieuctwie; wszystkie rządy systematycznie starają się go w tym nieuctwie utrzymać, ponieważ, jak sądzą nie bez racji,
ignorancja ludu jest jednym z najistotniejszych warunków ich własnej potęgi. Lud w swym codziennym trudzie, który go przytłacza, pozbawiony wolnego czasu, zajęć umysłowych,
lektury, słowem, wszystkich niemal środków oraz znacznej części bodźców, które rozwijają myśl w ludziach—przyjmuje najczęściej bezkrytycznie i w całości wszystkie tradycje religijne. Tradycje te, omotujące człowieka z ludu od wczesnego dzieciństwa we
wszystkich okolicznościach życiowych i sztucznie utrzymywane w jego sercu przez tłumy wszelkiego rodzaju oficjalnych trucicieli, przez księży i ludzi świeckich, przeobrażają się
w nim w rodzaj nawyku umysłowego i moralnego, który nazbyt często staje się silniejszy niż jego wrodzony zdrowy rozsądek.

Niedorzeczne wierzenia ludu można poniekąd wytłumaczyć i usprawiedliwić jeszcze inną przyczyną. Przyczyny tej należy szukać w nędznym położeniu, na które lud jest w sposób
fatalny skazany na skutek ekonomicznej organizacji społeczeństwa w najbardziej cywilizowanych krajach Europy. Zmuszony do ograniczenia się — zarówno pod względem intelektualnym i moralnym, jak pod względem materialnym — do minimum,
którego wymaga ludzka egzystencja, zamknięty w warunkach swego życia jak więzień w swojej celi, bez żadnych horyzontów, bez żadnego wyjścia, nawet — jeżeli wierzyć ekonomistom — bez przyszłości, lud musiałby mieć dziwnie ciasną duszę i płaski instynkt bourgeois, gdyby zupełnie nie odczuwał potrzeby wydostania się z tego położenia. Istnieją jednak tylko trzy sposoby tego wyzwolenia się, przy czym dwa pierwsze są złudzeniem, trzeci zaś jest realny. Dwa pierwsze sposoby — to karczma i kościół, rozpusta ciała lub rozpusta ducha; trzecim sposobem jest rewolucja socjalna. Twierdzę, że właśnie ten trzeci sposób, rewolucja socjalna, daje w każdym razie o wiele większe szansę niż wszelka teoretyczna propaganda wolnomyślicieli zburzenia — aż do zatarcia po nich wszelkiego
śladu — wierzeń religijnych oraz rozpustnych nawyków u ludu, wierzeń i nawyków, gdyż pozostają one ze sobą w bliższym związku, niż się na ogół przypuszcza. Twierdzę dalej, że
tylko rewolucja socjalna, która zastąpi rozkosz złudnego, a zarazem brutalnego wyuzdania ciała i duszy przez równie delikatną jak realną rozkosz obcowania z człowieczeństwem
całkowicie spełnionym w każdej jednostce i we wszystkich razem, że tylko rewolucja socjalna będzie miała tę siłę, aby zamknąć za jednym zamachem wszystkie karczmy i wszystkie kościoły.

Do tego czasu lud, w swej masie, będzie wierzył, a choć nie ma racji, to przynajmniej ma do tej wiary prawo.

Istnieje kategoria ludzi, którzy, jeśli nie wierzą, muszą przynajmniej udawać, że wierzą. Są to ci wszyscy dręczyciele, ciemięzcy i wyzyskiwacze ludzkości. Księża, monarchowie,
mężowie stanu, wojskowi, finansiści publiczni i prywatni, wszelkiego rodzaju urzędnicy, policjanci, żandarmi, dozorcy więzienni i kaci, monopoliści, kapitaliści, lichwiarze,
przedsiębiorcy i właściciele, adwokaci, ekonomiści, politycy wszelkiej barwy aż do ostatniego kupca korzennego — wszyscy zgodnie powtarzać będą słowa Voltaire’a: „Jeżeli Bóg nie istnieje, trzeba go stworzyć”. Jest to rzecz zrozumiała. Religia jest potrzebna dla ludu. Jest to zawór bezpieczeństwa.

Istnieje wreszcie dość liczna kategoria ludzi uczciwych, lecz słabych, którzy są zbyt inteligentni, aby poważnie traktować dogmaty chrześcijańskie, i odrzucają je w szczegółach, ale nie posiadają ani odwagi, ani siły, ani koniecznej stanowczości, aby je odrzucić w całości. Ci ludzie pozwalają na krytykę wszystkich niedorzecznych szczegółów religii, śmieją się z wszystkich cudów, ale rozpaczliwie chwytają się głównej niedorzeczności, źródła wszystkich innych, chwytają się cudu, który objaśnia i
usprawiedliwia wszelkie inne cuda — wiary w istnienie Boga. Ich Bóg nie jest bynajmniej Istotą silną i potężną, nie jest brutalnie pozytywnym Bogiem teologii. Jest to Istota
mgławicowa, przejrzysta, złudna, tak złudna, że kiedy wydaje się, iż się ją uchwyciło, przeobraża się w Nicość; jest to miraż, błędny ognik, który ani grzeje, ani oświeca. A
jednak trzymają się oburącz tej Istoty i sądzą, że gdyby ona znikła, wszystko znikłoby z nią razem. Są to dusze niezdecydowane, chorobliwe, nie rozumiejące współczesnej
cywilizacji, które nie należą ani do teraźniejszości, ani do przyszłości, to blade widma zawieszone wiecznie między niebem a ziemią i w taki sam sposób zawieszone między polityką burżuazji a socjalizmem proletariatu. Ci ludzie nie czują w sobie siły, by
cokolwiek przemyśleć do głębi, by czegoś pragnąć, powziąć decyzję, i tracą wiele czasu i trudu usiłując ciągle pogodzić z sobą to, co jest nie do pogodzenia. W życiu publicznym
noszą miano burżuazyjnych socjalistów.

Żadna dyskusja, czy to z nimi, czy przeciwko nim, nie jest możliwa. Są to ludzie zbyt chorzy.

Ale istnieje także liczna kategoria sławnych ludzi, o których nikt nie ośmieli się mówić bez szacunku i w których żywotne zdrowie, siły ducha i uczciwość nikt nie wątpi. Wystarczy,
jeśli przytoczę takie nazwiska, jak Mazzini, Michelet, Quinet, John Stuart Mili. Szlachetne i pełne siły dusze, wielkie serca, wielkie umysły, wielcy pisarze, a Mazzini jest przy tym
bohaterskim wskrzesicielem i rewolucjonistą wielkiego narodu — wszyscy oni są apostołami idealizmu, gardzą materializmem i są jego zagorzałymi przeciwnikami, a więc gardzą także socjalizmem, zarówno w filozofii jak w polityce.

W samej dyskusji nad kwestią istnienia Boga właśnie opiniom tych ludzi pragnę się przeciwstawić przede wszystkim. Najpierw trzeba stwierdzić, że żaden z tych znakomitych mężów, których nazwiska przytoczyłem, ani też żaden inny spośród wybitnych myślicieli-
idealistów naszych czasów nie zajmował się właściwie logiczną stroną tego zagadnienia.

Żaden z nich nie próbował rozstrzygnąć filozoficznie, o ile możliwe jest takie boskie salto mortale z wiecznej i czystej sfery ducha do bagna świata materialnego. Czy obawiali się
podjęcia problemu tej nierozwiązalnej sprzeczności, nie mając nadziei na jego rozstrzygnięcie, skoro największym geniuszom historii to się nie udało; czy też uważali go za dostatecznie rozwiązany? To już pozostanie ich tajemnicą, faktem jest, że nie zajmowali się teoretycznymi dowodami istnienia Boga i że szukali tylko przyczyn i konsekwencji tego istnienia w życiu praktycznym. Wszyscy oni mówili o tym jako o fakcie powszechnie
uznanym, który jako taki nie może być przedmiotem żadnych wątpliwości; za jedyny dowód służył im fakt dawności i powszechności wiary w Boga. Zdaniem wielu znakomitych ludzi i pisarzy, że wymienimy tylko najsławniejszych spośród nich, a więc według opinii Josepha de Maistre’a, wypowiedzianej z taką elokwencją — oraz według wielkiego patrioty włoskiego, Giuseppe Mazziniego — ta imponująca jednomyślność więcej znaczy niż wszelkie naukowe dowody, a jeżeli logika nielicznych konsekwentnych, choćby najpoważniejszych, lecz odosobnionych w swych poglądach myślicieli prowadzi do przeciwnych wniosków, to tym gorzej — powiadają — dla tych myślicieli i dla ich logiki, ponieważ ogólna zgoda i powszechne od dawna uznanie pewnej idei było zawsze uważane za najbardziej bezsporny dowód prawdziwości tejże idei. Uczucie powszechne, przekonanie, które wciąż powraca i utrzymuje się zawsze i wszędzie, nie może się mylić.

Musi mieć swe źródło w potrzebie, która jest integralnie związana z samą naturą człowieka. Ponieważ zaś zostało stwierdzone, że wszystkie narody, zarówno dawne jak
współczesne, wierzyły i wierzą w istnienie Boga, jest więc rzeczą oczywistą, że ci, którzy mają nieszczęście w Boga wątpić, bez względu na logikę, jaka ich do tego przywiodła, są
nienormalnymi wyjątkami, potworami.

A więc dawność i powszechność wierzeń miałaby stanowić niezbity i dostateczny dowód prawdy, wbrew wszelkiej nauce i wbrew wszelkiej logice. Dlaczego? Do czasów Kopernika i Galileusza wszyscy wierzyli, że Słońce obraca się wokół Ziemi.
Czyż wszyscy się nie mylili? A czyż niewolnictwo nie jest najbardziej dawne i powszechne? A może ludożerstwo? Od zarania istnienia historycznych społeczeństw aż do naszych czasów panował zawsze i wszędzie wyzysk przymusowej pracy mas,
niewolników, poddanych czy najemników ze strony jakiejś rządzącej mniejszości; Państwo i Kościół ciemiężyły ludy. Czyżby należało wysnuć stąd wniosek, że wyzysk ten i ucisk są
koniecznością integralnie związaną z istnieniem samego społeczeństwa ludzkiego? Oto przykłady, które wykazują, że argumenty adwokatów Pana Boga niczego bynajmniej nie
dowodzą.

Obserwując rozwój ludzkości dochodzimy do wniosku, że w istocie żadne panowanie nie jest tak powszechne i tak dawne jak panowanie niesprawiedliwości oraz niedorzeczności, a
przeciwnie, prawda, sprawiedliwość są najmniej powszechne i najmniej dawne. To wyjaśnia owo stale w dziejach powtarzające się zjawisko, że niesłychane prześladowania były i są nadal zawsze udziałem tych, którzy pierwsi tę prawdę i sprawiedliwość głoszą, prześladowania ze strony oficjalnych i uznanych przedstawicieli zainteresowanych w utrzymywaniu wierzeń „powszechnych” i „dawnych”, a często także ze strony tych
samych mas ludowych, które najpierw zadręczają głosicieli prawdy i sprawiedliwości, a wreszcie przyjmują ich idee i doprowadzają do zwycięstwa.

Dla nas, materialistów i socjalistów-rewolucjonistów, nic w tym zjawisku historycznym nie ma dziwnego ani strasznego. My, silni dzięki naszej świadomości, naszemu umiłowaniu prawdy wbrew wszystkiemu, dzięki tej pasji logiki, która sama w sobie
stanowi wielką potęgę i poza którą absolutnie nie ma myśli; silni dzięki pasji sprawiedliwości i naszej niezachwianej wierze w zwycięstwo ludzkości nad wszelkim bestialstwem teoretycznym i praktycznym; silni wreszcie dzięki zaufaniu i wzajemnemu
poparciu, jakiego udziela nam niewielka liczba zwolenników naszych przekonań — my musimy się pogodzić z wszelkimi konsekwencjami tego zjawiska historycznego, w którym
widzimy przejaw pewnego prawa społecznego, równie naturalnego, równie koniecznego i równic niezmiennego, jak wszystkie inne prawa rządzące światem.

To prawo jest logiczną, nieuniknioną konsekwencją tego, że społeczeństwo ludzkie wywodzi się od zwierząt; otóż wobec tych wszystkich dowodów naukowych, fizjologicznych, psychologicznych, historycznych, jakie się obecnie nagromadziły, jak również wobec wyczynów Niemców, zdobywców Francji, którzy dostarczają nam
najbardziej jaskrawych dowodów — naprawdę nie można wątpić, że takie jest rzeczywiście pochodzenie ludzi. Z chwilą jednak, kiedy uznamy tę prawdę o zwierzęcym pochodzeniu człowieka, wszystko się wyjaśnia. Wówczas historia zaczyna się nam
przedstawiać jako rewolucyjna negacja przeszłości, raz powolna, apatyczna, ospała, to znowu namiętna i potężna. Historia polega właśnie na progresywnej negacji pierwotnej zwierzęcości człowieka poprzez rozwój jego człowieczeństwa. Człowiek, zwierzę
drapieżne, kuzyn goryla, wyszedł z głębokiego mroku zwierzęcych instynktów, by dojść do światła rozumu. W ten zupełnie naturalny sposób stają się dla nas zrozumiałe wszystkie jego dawne błędy i znajdujemy pociechę wobec jego błędów obecnych. Wyszedł z okresu
niewolnictwa zwierzęcego i przeszedłszy przez okres niewolnictwa boskiego, stanowiącego etap przejściowy między zwierzęcością a człowieczeństwem, idzie dziś na podbój i ku urzeczywistnieniu swojej ludzkiej wolności. Stąd wniosek, że dawność pewnego wierzenia, pewnej idei nie tylko nie dowodzi ich słuszności, lecz nawet powinna być dla nas podejrzana. Naszą, bowiem zwierzęcość mamy poza sobą, a przed sobą nasze człowieczeństwo. Nauka ludzka, jedyna, która może nas ogrzać i oświecić, jedyna, która może nas wyzwolić, zapewnić nam godność, wolność, szczęście i zrealizować między nami braterstwo, nigdy nie rodzi się u progu historii, lecz biorąc pod uwagę epokę, w której się żyje — rozkwita zawsze przy jej końcu. Nie oglądajmy się więc wstecz, lecz patrzmy zawsze naprzód, bo przed nami jest nasze słońce i nasze zbawienie. Jeśli zaś wolno nam, a jest to na pewno pożyteczne, nawet konieczne, odwrócić się wstecz i podjąć
badania nad naszą przeszłością, to tylko po to, aby stwierdzić, czym byliśmy, a czym już być nie powinniśmy, w co wierzyliśmy i jak myśleliśmy, a w co wierzyć i jak myśleć już nie powinniśmy, co czyniliśmy, a czego nigdy więcej nie powinniśmy czynić.

Tyle, jeśli chodzi o dawność. Co się zaś tyczy powszechności jakiegoś błędu, to ona dowodzi tylko jednego: że natura ludzka jest podobna, jeżeli nie zupełnie identyczna we wszystkich czasach i we wszystkich klimatach. A skoro zostało stwierdzone, iż wszystkie ludy we wszystkich epokach swego życia wierzyły i jeszcze wierzą w Boga, to musimy stąd wyprowadzić prosty wniosek, że idea boska, zrodzona z nas samych, jest błędem historycznym, niezbędnym w rozwoju ludzkości, i musimy zadać sobie pytanie: dlaczego i w jaki sposób idea ta w dziejach powstała, dlaczego ogromna większość rodzaju ludzkiego uznaje ją dziś jeszcze za prawdę?

Dopóki nie potrafimy zdać sobie sprawy, w jaki sposób powstała i musiała nieuchronnie powstać w historycznym rozwoju świadomości ludzkiej idea świata nadprzyrodzonego czy boskiego, dopóty, choć będziemy naukowo przeświadczeni o niedorzeczności tej idei, nigdy nie uda nam się wykorzenić jej z myśli większości. Nie potrafimy bowiem zaatakować jej w samej głębi istoty ludzkiej, gdzie się zrodziła, i skazani na jałową, beznadziejną i nie kończącą się walkę, będziemy zawsze musieli zadowolić się zwalczaniem jej tylko na powierzchni, w jej niezliczonych przejawach, które w swej niedorzeczności zaledwie zostaną obalone pod ciosami zdrowego rozsądku, wnet ożywają w nowej i równie bezsensownej formie. Dopóki wiara w Boga, korzeń wszystkich niedorzeczności, które nękają świat, pozostaje nienaruszony, nie omieszka on nigdy wypuścić świeżych pędów. Tak właśnie w naszych czasach, w pewnych najwyższych sferach społeczeństwa spirytyzm usiłuje usadowić się na ruinach chrześcijaństwa.

Powinniśmy starać się zrozumieć, jaka jest historyczna geneza idei Boga, czym jest następstwo przyczyn, które wytworzyły i rozwinęły tę ideę w świadomości ludzkiej, powinniśmy to
uczynić nie tylko ze względu na interes mas, ale ze względu na zdrowie własnego umysłu. Na próżno będziemy w siebie wmawiać, że jesteśmy ateistami; dopóki nie zrozumiemy tych przyczyn, dopóty w mniejszym lub większym stopniu będą nami kierować głosy tej utartej opinii, której tajemnicy nie uchwyciliśmy. Ze względu zaś na przyrodzoną słabość jednostki, choćby nawet najbardziej odpornej na potężne wpływy otaczającego ją środowiska
społecznego, jesteśmy zawsze narażeni na to, że wcześniej czy później, w taki czy inny sposób popadniemy na nowo w otchłań niedorzeczności religijnej. Współczesne społeczeństwo daje
nam częste przykłady takich haniebnych nawróceń.