O samorządności słów kilka
Zygmunt Bauman w zbiorze esejów „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, szukając metafory mogącej opisać cechy „dziania się” kultury wybiera „spółdzielnię spożywców”. Podpierając swój pomysł odnosi się głównie do przykładu kooperatywy założonej w 1844 r. w angielskim mieście Rochdale (Bauman habilitował się z angielskiego ruchu robotniczego, więc wie co pisze).
Mniej tutaj interesuje mnie jego opis kultury (choć nie jest to tak zupełnie mało istotne - skoro jego zdaniem taki kształt przybiera kultura współczesna, to siłą niejako rzeczy musi prędzej czy później odcisnąć się to na instytucjach politycznych), jaki chciał dzięki temu pojęciu uzyskać, a bardziej, co przypadkiem mu chyba wyszło – dość dobre odzwierciedlenie istoty samorządności. Zbliża się ten opis bardzo do tego jak samorządność widzą anarchiści i inni pokrewni wolnościowi lewicowcy i jaką samorządnością (nie tylko w przypadku spółdzielni) chcieliby zastąpić obecną wersję demokracji liberalnej.
To, co dzieje się w spółdzielni spożywców, nie jest ani procesem żywiołowym, ani kierowanym; nieskoordynowane inicjatywy spotykają się tu i wiążą w różnych punktach układu, by się wciąż na nowo więzom wymykać. Żywioł nie tylko nie wyklucza, lecz wręcz domaga się zabiegów zorganizowanych i celowych, ale zabiegi te nie są obliczone na poskromienie spontaniczności, lecz na jej pobudzanie. Jak w Prygożynowskiej plazmie, rozproszone czynności zbiegają się i zagęszczają tu od czasu do czasu, tworząc lokalne „koncentracje” i „struktury”, ale po to tylko, by się na nowo rozproszyć, gdy kondensacja wyczerpała swą użyteczność. Nie jest działanie determinowane jednoznacznie ani przez cele, ani przez przyczyny; zachodzi raczej współgranie obu typów determinant – co zresztą podważa już sam sens pojęcia „determinanty” czy „determinowania”. Trudno w tych warunkach rozstrzygnąć, czy zajście było konieczne, czy przypadkowe. Mówić raczej wypada o przygodności zdarzeń; ten sposób mówienia wyraża właśnie nieprzydatność opozycji pojęciowej między koniecznością a przypadkiem.
Można też to spostrzeżenie wyrazić w inny sposób: „spółdzielczy” obszar społeczny, jak i obszar kultury, nie jest ani terenem monocentrycznie zarządzanym, ani terenem anarchii. Jest czymś trzecim: terenem samorządnym. Zauważmy, że także i pojęcie „samorządu”, jak i samo pojęcie „spółdzielni”, nieraz bywało użyte w sposób z ideą pierwotną niezgodny: aby mówić o „samorządności”, wystarcza często, by prawo- i rozkazodawcy byli wybierani przez ludzi im podległych, a nie mianowani przez władze zwierzchnie – nie zważając na to, jak rozległa i bezwzględna jest władza, która się w ich rękach skupia, ani na to, jak dalece rozrzut źródeł dyspozycji zbliża się do monocentrycznego modelu. Wypada więc zaznaczyć, że używamy tutaj pojęcia „samorządu” w mocniejszym znaczeniu. Idzie tutaj o rzeczywisty policentryzm władzy, a i o coś więcej jeszcze: o to, że źródła dyspozycji są nie tylko liczne i niezhierarchizowane, ale nadto jeszcze ruchome. Ich ilość się zmienia, zmienia się też ich lokalizacja. Podobnie jak działanie, tak i władza zachowuje się więc na Prygożynowską modłę; nie wlewa się ona i nie zastyga w formy piastowanych urzędów, lecz unosi się niejako, wzdłuż tras nie dających się z góry wytyczyć, na fali autorytetu, czyli takiego wpływu, który aby być wpływem, aby oddziaływać na zamiary i poczynania innych, musi być wciąż na nowo negocjowany. Właśnie owa niezależność autorytetów od aktualnego układu urzędów i rozproszenie szans okazywania wpływu są najistotniejszym znamieniem samorządności. W układzie samorządnym nie wiadomo z góry, w jakim miejscu układu wpływ się narodzi i z jaką mocą zadziała.
Już z tego, cośmy powiedzieli dotąd, wynika, że w spółdzielni spożywców, jak i na obszarze kultury, trudno odróżnić „autora” od „aktora”. Autorstwo i aktorstwo są aspektami tych samych czynności (aspektami obecnymi, choć w różnym nasileniu, w każdej czynności), a nie własnościami odrębnych kategorii ludzi. Wszyscy są tu aktorami i autorami naraz. Żaden z czynów nie jest po prostu naśladownictwem, kopią, graniem z góry napisanej, i to we wszystkich szczegółach roli (by użyć Derridiańskiej terminologii, każdy czyn jest iteracją, nie re-iteracją). W każdym czynie wzory odtwarzają się w sposób samoistny i do końca niepowtarzalny; każdy czyn jest „permutacją”, szczególnym wydaniem wzoru – nie można być aktorem nie będąc zarazem autorem... „Wzory” nie istnieją więc inaczej, niż w procesie nieustannego i nieustępliwego przekształcania się – ale przekształcenia są rozproszone, wyłaniają się (w miejscach z góry nieprzewidywalnych – „kłączowato”, jak powiedzieliby Deleuze i Guattari) z drobnych, trudnych nieraz do zauważenia innowacji nieuniknionych w każdym akcie odtwarzania. Ne ma w praktyce, w odróżnieniu od teorii, przedziału między „statyką” a „dynamiką”, ciągłością a zmianą.





