W hipermarketach można stracić życie
Jak donosi gazeta.pl, pracownicy Biedronki są źle przeszkoleni do prowadzenia wózków widłowych. Przez to ludzie tracą zdrowie i życie. W grudniu 2005 w Biedronce w Olsztynie pracownica Anna Kordek wózkiem elektrycznym do przewożenia towarów, nie potrafiąc nad nim zapanować, wpadła na koleżankę i zmiażdżyła jej stopę. W marcu 2006 klient Biedronki, 84-letni Józef S. został staranowany przez taki wózek. Staruszek po tygodniu zmarł w szpitalu.
- Kurs obsługi wózka trwał trzy godziny, a w papierach wpisali mi przepisowe 43. Instruktor BHP pokazał, jak go uruchamiać i kierować. Koniec kursu, a ja nic nie umiałam. Bałam się, że kogoś rozjadę, ale zmuszono mnie do jazdy. - mówi Anna Kordek. Wnioski Romana Giedrojcia, zastępcy głównego inspektora pracy: "Ze wstępnych ustaleń (...) wynika m.in., że naruszono przepisy w zakresie nabywania uprawnień kwalifikacyjnych na obsługę wózków". Kobiety z innych miast oświadczyły na piśmie, że szkolenia nie przeszły, choć oficjalnie wszystko jest w porządku.
- Prawdopodobnie JMD chodzi o oszczędności. Człowiek, który jest na kursie, w tym czasie nie pracuje, ale i tak trzeba mu zapłacić. Prokuratura powinna wyjaśnić także, za ile faktycznie godzin płaci się prowadzącym kursy. Za 43 - czy za tyle, ile faktycznie pracowali? - mówi Lech Obara, prawnik stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe.
Naturalnie właściciel Biedronki wszystkiemu zaprzecza: - Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Szkolenia dotyczące wózków są prowadzone w uprawnionych przez Ministerstwo Gospodarki placówkach i nie ma możliwości, aby procedury nie były przestrzegane. A to całe stowarzyszenie wprowadza was w błąd - mówi rzecznik Jeronimo Martins Dystrybucja Paweł Tymiński.





